Tego jeszcze nie grali, czyli jakie sporty zadebiutują w Tokio

Tego jeszcze nie grali, czyli jakie sporty zadebiutują w Tokio

Przez wiele lat Międzynarodowy Komitet Olimpijski wzbraniał się przed poszerzaniem igrzysk o nowe dyscypliny. Trzymano się raczej sprawdzonego schematu: gdy do programu wchodzi nowa, trzeba usunąć jedną ze starych. Zmieni się to w 2020 roku, kiedy sportowcy z całego świata zawitają do Japonii. Tam bowiem zobaczymy poszerzony program igrzysk. I, być może, nowe medalowe szanse dla Polski.

Skąd to zejście z obranej wcześniej drogi? Thomas Bach, przewodniczący MKOl-u tłumaczył to następująco: – Młodzi ludzie mają wiele różnych sposobów na spędzenie wolnego czasu. Nie możemy oczekiwać, że wybiorą sport. Chcemy ich w ten sposób przyciągnąć. W podobnym tonie wypowiadali się i inni oficjele. Czy to z samej „góry”, czy z komitetu organizacyjnego igrzysk w Tokio. Zawsze mowa była o „młodych”, zawsze o „przyciągnięciu ich”, często powtarzano też, że to dla wielu z nich możliwość „realizacji olimpijskiego marzenia”.

Te słowa nie mogą dziwić, gdy spojrzy się na listę dodanych dyscyplin. Po tej wyraźnie bowiem widać, że jest „młodzieżowa”. Weźmy choćby pierwszy sport z brzegu. Sztukę walki, ale taką, w której… nie do końca się walczy.

Bij się, nie uderzając

Karate to dla nas jedna z większych medalowych nadziei. W zeszłym roku wzbogaciliśmy się przecież o złoty medal mistrzostw świata, który zdobyła Dorota Banaszczyk. Polka zaskoczyła wówczas wszystkich, na czele z samą sobą. Przed turniejem zajmowała bowiem 28. miejsce w światowym rankingu. Choć – jak przyznaje – myślała o medalu. Ale złota się nie spodziewała. Tym bardziej, że losowanie jej nie rozpieszczało – już w ćwiartce czekały ją starcia z najlepszymi na świecie. Przechodziła jednak przez kolejne rundy, aż w końcu zdobyła złoto.

Tę historię wszyscy fani sportu w Polsce dobrze znają, dlatego jej nie rozwijamy. Mamy przecież pisać o dyscyplinie w kontekście igrzysk, więc róbmy to. Na początek warto wyjaśnić jedną rzecz: odmian karate jest dość sporo (zresztą duże kontrowersje w polskim środowisku wzbudził fakt, że zabrakło na igrzyskach zabraknie m.in. karate kyokushin, które jednak nie podlega WKF – jedynej światowej federacji karate, współpracującej z MKOl-em). To, które pojawi się na igrzyskach, najłatwiej nazywać po prostu „olimpijskim”. Rozegrane zostanie w ośmiu konkurencjach: kata indywidualnym i kumite w sześciu kategoriach wagowych. To pierwsze to pokaz umiejętności. Serio, chodzi o to, by jak najlepiej zaprezentować przygotowany wcześniej układ ruchów. Trzeba zachować określony rytm, kolejność i wykonać wszystkie „formy” (bo tak się to zwie) dobrze technicznie. Jeśli mielibyśmy to do czegoś porównać, to pewnie blisko stałaby gimnastyka czy… taniec.

Nas interesuje kumite. To już sztuka walki, choć… nie do końca. I żeby wam tu przesadnie nie namieszać, poprosiliśmy samą Dorotę Banaszczyk, żeby wytłumaczyła, o co właściwie chodzi.

Uderzenie nie może być za mocne. Za to technika ma być odpowiednio zaznaczona i wyprowadzona w dobrym czasie. Najważniejsze są tempo, reakcja i zaznaczenie techniki. Sędziowie mają to dostrzec i przyznać punkt. Ta technika ma „dojść”, co oznacza, że nie ma być dwa metry od twarzy, ale nie ma też sprawiać, że, po jej wykonaniu, głowa rywala odleci do tyłu od siły ciosu. Musi być tak „pomiędzy”. Tak bym to ujęła – może nie do końca profesjonalnie, ale zrozumiale.

Karate to, oczywiście, wynalazek japoński. Tam powstało i wciąż dostarcza Japonii wiele medali ze światowych imprez. To, że pojawiło się w programie igrzysk, to mały ukłon w stronę Kraju Kwitnącej Wiśni. Mały na ten moment, choć może okazać się dużym, bo… nie wiadomo, czy nie będzie to – przynajmniej na razie – jedyna szansa na zdobycie medalu olimpijskiego w tej dyscyplinie. W kuluarach plotkuje się już bowiem o tym, że w Paryżu jej zabraknie. Co dziwi, bo Francuzi naprawdę dobrze radzą sobie w tym sporcie i mogliby liczyć na medale.

Zostawmy to jednak, skupmy się na Tokio i tym, co interesuje nas najbardziej – medalowej szansie. Bo taka istnieje. Skoro ma się mistrzynię świata, to trzeba brać pod uwagę i medal olimpijski. Sęk w tym, że trudniejsze od zdobycia krążka na igrzyskach, może okazać się samo zakwalifikowanie na tę imprezę. Szczególnie dla Doroty Banaszczyk, bo w jej kategorii organizatorzy jeszcze to wszystko skomplikowali.

Zacząć powinnam chyba od tego, że ta dyscyplina jest nieco „ucięta”, bo organizatorzy połączyli kategorie wagowe. Normalnie – będę mówić na przykładzie kobiet – są osobne kategorie do 50 i, moja – do 55 kilogramów. Na igrzyska je połączono, będzie tylko ta wyższa. Ogółem z pięciu kategorii zrobiono trzy: do 55, do 61 i powyżej 61 kilogramów, która łączy dwie wcześniej istniejące: poniżej i powyżej 68 kilogramów.

Pierwszym sposobem wejścia na igrzyska jest ranking, liczony do końca kwietnia przyszłego roku. Wchodzą z niego cztery zawodniczki, ale w mojej kategorii podział jest taki, że są to dwie dziewczyny z kategorii do 50 kilogramów i dwie z tej do 55 kilogramów. Sama aktualnie zajmuję szóste miejsce, a przede mną są dwie dziewczyny z mojej kategorii, więc nie weszłabym na igrzyska. Miejsc do Tokio jest dziesięć. Z rankingu na ten moment wchodzi pięć zawodniczek (oprócz wspomnianych czterech też najlepsza Japonka, jako najlepsza reprezentantka gospodarzy). Kolejne trzy dojdą z turnieju kwalifikacyjnego, który odbędzie się w Paryżu. Tam trzeba będzie zająć więc miejsce na podium. Do tego dochodzą dzikie karty. Jest to, niestety, dość skomplikowane. Najgorsze jest to, że znalazło się miejsce tylko dla dziesięciu zawodniczek i to jeszcze z połączenia dwóch kategorii. Przez to aż się czasem zastanawiam, czy nie lepiej byłoby, jakby tego karate nie było na igrzyskach. (śmiech)

Sami widzicie, łatwo nie będzie. Tym bardziej, że i punktacja w rankingu tak oczywista nie jest. Punkty zdobywa się w imprezach mistrzowskich (Dorota większość swoich zawdzięcza złotemu medalowi z MŚ) i zawodach z cyklu Premier League oraz Series A. Sęk w tym, że nie są one tej samej rangi i różnie się je przelicza. Łączy je tylko to, że punkty zdobywa się za każdą wygraną walkę. A potem mnoży się je przez określony współczynnik. Dla Premier League razy sześć, dla Series A razy trzy. A starsze imprezy dodatkowo dzieli się przez dwa. Innymi słowy: bez kalkulatora się nie obędzie.

Dorota, by wejść na igrzyska z rankingu, musiałaby odrobić stratę 660 punktów do Andżeliki Terliugi. To, oczywiście, możliwe. Czasu jest aż nadto. Ukrainka regularnie staje jednak na podium zawodów Premier League i Series A. Łatwo więc nie będzie i być może konieczne stanie się zajechanie do Paryża na turniej kwalifikacyjny. Jeśli jednak uda się przebrnąć i awansować do Tokio – tam już powinno być znacznie prościej.

W górę!

Wspinaczka sportowa to coś, w czym naprawdę świetnie sobie radzimy. Na ostatnich mistrzostwach świata nasze zawodniczki zdobyły tytuł mistrzyni i wicemistrzyni świata, dwa lata wcześniej mieliśmy też mistrza świata wśród mężczyzn, świetnie prezentują się również nasze juniorki. Generalnie: żyć, nie umierać, startować i się wspinać. Problem w tym, że dotyczy to tylko jednej z trzech konkurencji – sprintów („wspinaczka na czas” to właściwa nazwa, ale to słowo idealnie oddaje jej specyfikę, jego będziemy się więc trzymać).

Dlaczego to problem? Ano dlatego, że ktoś wpadł na pomysł, by wspomniane sprinty (zawodnicy startują w parach, na górę mają się dostać, jak najszybciej potrafią, trwa to zaledwie kilka sekund) połączyć też z boulderingiem (na czterometrowej ścianie szuka się tylu dróg, ile tylko da się odnaleźć, zawodnicy mają na to cztery minuty) i prowadzeniem (piętnastometrowa ściana, sześć minut, zawodnicy mają się wspiąć tak wysoko, jak tylko potrafią). Tomasz Mazur, trener współpracujący z polską kadrą, wyjaśnia nam, dlaczego to pomysł, który… chyba nikogo nie zadowala.

To jest trochę tak, jakby łyżwiarstwo szybkie, gdzie ci zawodnicy mają przecież masywne, rozrośnięte uda i są przygotowani do rywalizacji na dystansie, połączyć z łyżwiarstwem figurowym. Bo na przykład bouldering jest właśnie takim łyżwiarstwem figurowym. Do tego, żeby były trzy konkurencje, można dorzucić jeszcze short track. To jest w jakiś sposób masakra. Myślę, że nawet organizatorzy się z tego nie cieszą. Taka chyba jest prawda. Wiadomo, środowisko jest zadowolone, szczególnie federacja, bo wspinaczka jest na igrzyskach. Z perspektywy działaczy być sportem olimpijskim to coś świetnego, do czego dążyli odkąd właściwie wspinaczka stała się sportem. Z różnych względów musieli jednak te konkurencje połączyć. Przede wszystkim chodziło o określone limity uczestników, puli medalowej itd., które nałożył MKOl. Stąd zaproponowali taki format. I nagle dostaliśmy kombinację, która jest trudna. Bo wcześniej każdy specjalizował się w jednej konkurencji, a teraz musi dorzucić jeszcze dwie, często zupełnie inne, choćby pod względem przygotowania fizjologicznego.

Jak wspomnieliśmy: my, Polacy, jesteśmy znakomici w sprintach, być może najlepsi na świecie. Sęk w tym, że w pozostałych dwóch konkurencjach mieliśmy tak naprawdę jednego zawodnika na światowym poziomie. Zwie się Tomasz Oleksy, dziś już nie startuje, a największe sukcesy odnosił na początku XXI wieku. Zresztą jego brąz w boulderingu z 2003 roku to jedyny medal dla Polski zdobyty na mistrzostwach świata w innej konkurencji niż sprint. Z mistrzostw Europy nie przywieźliśmy nawet jednego takiego. Stąd też, jeśli ktoś traktował wspinaczkę, jako medalową nadzieję, powinien nieco się uspokoić. Ale nie do końca. Bo, jak mówi Tomasz Mazur, system jest skonstruowany tak, że Polki mogą powalczyć.

System premiuje zwycięzców. Dostaje się tyle punktów, jakie zajęło się miejsce, więc im ma się ich więcej, tym gorzej. Do tego punkty za poszczególne konkurencje się mnożą. Jeżeli wygrałem trzy razy – mam jeden punkt. Bo 1 razy 1 razy 1 równa się 1. To nieco promuje specjalistów. Na przykład Ola Rudzińska wygrała swoją konkurencję, a w pozostałych dwóch zajęła ostatnie miejsca i jest w rankingu olimpijskim siódma, więc dosyć wysoko. I to mimo tego, że w tych pozostałych konkurencjach była na końcu.

Skomplikowane? To czekajcie, matematyczna jazda zacznie się dopiero teraz. Przeanalizujmy system kwalifikacyjny do igrzysk. Zaczyna się mistrzostwami świata. Tam do grona dwudziestu zawodniczek (i tylu zawodników, ale trzymać kciuki możemy głównie za nasze reprezentantki), które wystąpią na igrzyskach, awans uzyska siedem najlepszych w klasyfikacji łączonej. Jest jednak obostrzenie: z jednego kraju mogą do Tokio wyjechać co najwyżej dwie zawodniczki. Może się więc zdarzyć, że nawet miejsce dziesiąte da awans, bo wyżej będą na przykład trzy Austriaczki i cztery Japonki.

Potem w grę wchodzi ranking olimpijski, decydujący o tym, które zawodniczki znajdą się w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk. W teorii powinno to być 20 najlepszych, ale część z nich z pewnością dostanie się do Tokio poprzez mistrzostwa świata. Więc możemy liczyć na to, że nawet 27. miejsce w tym rankingu da awans. A jeśli pula zawodniczek z któregoś kraju zapełni się już po MŚ, to możliwe, że i niższe. W tym rankingu Polski na ten moment są na 7., 19. i 23. pozycji. Dwie na pewno wzięłyby więc udział w kwalifikacjach, jedna na 99 procent.

To, że na igrzyskach wystartuje 20 zawodniczek i 20 zawodników, jest dla nas pozytywne. A do tego, że z jednego kraju mogą wystartować maksymalnie dwie zawodniczki, dochodzi też klucz kontynentalny. Okazuje się więc, że tak naprawdę poważnych zawodniczek będzie tam 12-13, bo mistrzyni Afryki czy Oceanii nie powinny walczyć o czołowe miejsca. Trudno będzie się więc do Tokio dostać – bo rywalizują wszyscy – ale już tam na miejscu, może się wszystko wydarzyć. Kiedy już dostaniemy się do finału, w którym udział weźmie osiem zawodniczek, najgorszy możliwy wynik – zakładając wygranie czasówki – to 64 punkty. Gdyby udało się ich „zdobyć” mniej, można by walczyć o brązowy medal. Więc ta nadzieja jest

– mówi Tomasz Mazur.

Dodatkowy plus jest taki, że od listopada (wtedy odbywa się turniej kwalifikacyjny) do sierpnia zawodniczka, która dostała się na igrzyska, może trenować wszystkie trzy konkurencje, by się w nich poprawić i powalczyć o lepsze rezultaty. Choć i tu pojawia się problem, przynajmniej patrząc z naszej perspektywy. Mówi się bowiem, że na kolejnych igrzyskach sprinty będą osobną konkurencją, a z pozostałych dwóch zostanie utworzony dwubój. Możliwe więc, że nie warto się w nich rozwijać.

Jakby jednak nie było, pewni możemy być jednego: jeśli tylko do Tokio pojadą, Polki na pewno powalczą o najwyższe cele.

Deska razy dwa

Pewnie wielu już tego nie pamięta, ale gdy do programu zimowych igrzysk włączono zawody snowboardowe, wielu uprawiających ten sport twierdziło, że to „zabije jego duszę”. Bo igrzyska wymuszają profesjonalizm, bo to już nie zabawa, nie freeride, nie zajawka. Takie argumenty powtarzały się regularnie. Ba, pierwsze zawody snowboardowe w historii igrzysk zostały zbojkotowane przez wielu czołowych zawodników. A dziś? Dziś nikt już o tym nie pamięta, bo snowboardziści pragną medalu olimpijskiego, a przy tym nadal dobrze się bawią.

Czemu o tym piszemy? Bo po włączeniu skateboardingu do programu igrzysk w Tokio historia się powtórzyła. Spora część środowiska wysunęła dokładnie te same argumenty. „To już nie będzie to samo”, „komercja”, „nie taką deskę pokochałem”. I tak dalej, i tak dalej. Serio, przeglądaliśmy wpisy naprawdę wielu skaterów z Polski i spoza jej granic. Co najmniej połowa z nich była utrzymana właśnie w takim tonie. Jest też jednak druga połowa.

I to ta, która widzi, że to spora szansa dla deski. W tym gronie jest też legendarny Tony Hawk (grało się w gry sygnowane jego nazwiskiem, co?), który w podcaście „Now what?” ujmował to tak:

Igrzyska mają swoje problemy, wiele jest w nich elementów, o których ludzie myślą negatywnie. Osoby zarządzające nimi niekoniecznie mają też doświadczenia z deską. Jak o tym myślisz, robi się bałagan. Jednak nie o to chodzi. Przede wszystkim w Tokio zobaczymy skaterów z całego świata. To mnie ekscytuje. Byłem w kilku „egzotycznych” miejscach. Wiem, że będzie tam solidna ekipa z Etiopii czy Kambodży. Szalone, prawda? To pokazuje, jak wielkim, ogólnoświatowym sportem, stał się skateboarding. I to jest ekscytujące. A to przecież się tylko rozrośnie. Dla wielu ludzi wejście na igrzyska to „sprzedanie się”. Wydaje mi się, że oni nie rozumieją, jak będzie to wyglądać. Nie zrobimy z tego nagle łyżwiarstwa figurowego. Snowboard to dziś jedna z największych atrakcji zimowych igrzysk. Skateboarding będzie czymś takim dla letnich, gwarantuję.

I jesteśmy w stanie mu uwierzyć, pamiętamy przecież doskonale, że za młodu chyba każdy miał zajawkę na deskę. U niektórych przetrwała, u niektórych nie, ale to wciąż cholernie widowiskowy sport. W Tokio rozgrywany będzie w dwóch konkurencjach: park i street. Obie przebiegać będą na tej samej zasadzie: to zawodnik decyduje, po jakich przeszkodach przejedzie i jakie tricki wykona. Liczy się szybkość, trudność i „czystość” przejazdu, wszystko oceniają sędziowie. Jedyna różnica jest taka, że park to tradycyjne przeszkody wyjęte żywcem ze skateparku właśnie, a street to przeszkody „naturalne”, miejskie. Schody, barierki, ławki, ściany. Co tylko wymyślą organizatorzy.

Co ważne, wszystko ma być utrzymane w „duchu” deski. Będzie głośna muzyka, będą atrakcje tworzone pod młodych ludzi, będzie też możliwość… przetestowania się na tych samych przeszkodach, po których będą jeździć olimpijczycy. Te bowiem – gdy tylko nie będą odbywać się na nich zawody – będą ogólnodostępne.

Najpierw odbędą się zawody, a potem, choćby po południu, ludzie będą mogli wejść i sprawdzić się na tych przeszkodach. To sport dla wszystkich, chcemy zachęcić do jego uprawiania młodych ludzi. W naszej wizji, którą podzielają też organizatorzy igrzysk, chcemy podarować, wręczyć te sporty ludziom. Myślę, że to dobre rozwiązanie

mówił John Coates z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego na łamach „Japan Times”.

To rozwiązanie – choć to trochę przykre – będzie prawdopodobnie jedynym scenariuszem, za sprawą którego będziemy mogli zobaczyć Polaka na arenie olimpijskiej w tej konkretnej dyscyplinie. Bo aktualnie trudno o naszych skaterów w światowej czołówce. Ale może za cztery lata się to zmieni? Z warunkami do treningów problemów być przecież nie powinno. Ławki, barierki i schody mamy w każdym polskim mieście. Nie radzilibyśmy jedynie jeździć po pomnikach.

Większy problem pojawia się przy innej desce. Na igrzyskach w Tokio zadebiutuje też bowiem surfing. I o ile morze mamy, o tyle fale, które się na nim pojawiają, raczej rzadko pozwalają trenować z deską. Przynajmniej dopóki nie przyczepimy do niej żagla, a i z tym bywa różnie. W surfingu zresztą, przy konkurencji ze strony Brazylii, USA czy Australii, prawdopodobnie nie mielibyśmy nawet czego szukać.

Inna sprawa, że w Tokio znajdzie się miejsce tylko dla 20 mężczyzn i 20 kobiet. A to niewiele, biorąc pod uwagę, że każdy kontynent musi mieć swą reprezentację. Dodatkowo USA i Hawaje są traktowane jako jeden kraj, podczas gdy w trakcie „normalnych” zawodów surfingowych wyspy są od Stanów oddzielone. To sprawia, że naprawdę wielu znakomitych surferów nie znajdzie swojego miejsca w Tokio. Surferek zresztą też – z tego powodu Tatiana Weston-Webb, która przez całą karierę reprezentowała Hawaje, teraz zmieniła barwy na Brazylię (w niej się urodziła), bo tam ma większe szanse na to, by dostać się do igrzysk. O samym systemie kwalifikacji nie będziemy jednak wspominać, bo – bądźmy szczerzy – kompletnie nas nie interesuje.

Rywalizacji w samej Japonii chętnie się jednak przyjrzymy. A tam – choć pierwotnie plany zakładały wybudowanie specjalnego basenu – odbędzie się ona w oceanie, co oznacza, że problemem może być pogoda. Dlatego surfing nie ma wyznaczonej jednej, konkretnej daty. Na przeprowadzenie zawodów potrzebne będą dwa dni, a wszystko odbędzie się wtedy, gdy warunki będą sprzyjać. Organizatorzy przed podjęciem tej decyzji analizowali wykresy pogodowe z dziesięciu ostatnich lat i stwierdzili, że okno pogodowe na pewno się znajdzie. Wypada im więc w tej kwestii zaufać.

I tu też, podobnie jak w skateboardingu, jury oceniać będzie widowiskowość i trudność poszczególnych ewolucji. Na ich zaprezentowanie surferzy mają 20-25 minut, „startują” czwórkami, a dwóch najlepszych przechodzi dalej. Poza tym – znów jak w przypadku drugiej deski – rywalizacja ma być obudowana dodatkowymi wydarzeniami. W grę wchodzą tu zajęcia jogi, organiczne jedzenie, tego typu rzeczy. Generalnie wszystko nawiązywać ma do kultury surferów, bo, jak ujął to Fernando Aguerre, prezydent Międzynarodowego Stowarzyszenia Surfingu, „surfing uosabia styl życia osób, które go uprawiają”.

Aguerre jest zresztą głównym architektem tego, że sport ten dostał wreszcie swą olimpijską szansę. „Wreszcie”, bo pierwszym surferem, który zdobył olimpijski medal był Duke Kahanamoku, który zrobił to w… 1912 roku, ale w pływaniu na dystansie stu metrów (a potem dołożył kolejne dwa, wszystkie złote). Siedem lat później przyszło mu do głowy, że jego ukochany surfing mógłby sprawdzić się na igrzyskach. MKOl niby podzielił jego zdanie, ale surferzy musieli na to poczekać niemal sto lat. A i tak obowiązują ich pewne ograniczenia. W programie igrzysk znalazło się bowiem miejsce jedynie dla krótkiej deski, mającej maksymalnie 180 centymetrów długości i uważanej za bardziej dynamiczną. Odpadła za to rywalizacja na dłuższej. Opcjonalne rozszerzenie konkurencji wydaje się być jednak jedynie kwestią czasu.

Mój brat, który jest inżynierem, zapytał mnie kiedyś, czy wiem, ile czasu poświęciłem na wprowadzenie surfingu do programu igrzysk. Powiedziałem, że nie, na co on odpowiedział: „12000 godzin”. Wtedy zrozumiałem, że to naprawdę dużo. Zacząłem jeszcze w 1994 roku, naszą organizację uznał wtedy MKOl. Pomyślałem „Bingo. Zaraz będziemy na igrzyskach”. Zadzwoniłem do nich, a oni powiedzieli, że to tak nie działa. Musieliśmy stworzyć sobie drogę na tę imprezę, ale ostatecznie się udało. Teraz młodzi ludzie nie muszą zostawać tenisistami czy lekkoatletami, mogą być surferami i olimpijczykami równocześnie. Surfing czekał na to sto lat, a to naprawdę sporo czasu. Jednak najlepsze ciasta trzeba długo trzymać w piekarniku

mówił Fernando Aguerre.

Powroty, czyli to jednak grali

To z jednej strony nowa dyscyplina (która tak naprawdę składa się z dwóch różnych), a z drugiej… już kiedyś na igrzyskach była. Brzmi skomplikowanie? Spokojnie, wcale takie nie jest. Po prostu MKOl zdecydował o ponownym wprowadzeniu do programu igrzysk w Tokio baseballu i softballu. Dlaczego więc liczymy je razem? Bo w pierwszy grać na igrzyskach będą tylko mężczyźni. Dla kobiet przeznaczony jest drugi z tych sportów. To naturalne, bowiem na całym świecie tak to mniej więcej wygląda. Choć istnieją kobiece zespoły baseballowe i męskie softballowe, to po prostu jest ich mało.

Co warto wiedzieć? Po pierwsze, że w Japonii uwielbiają baseball. To wręcz jeden z ich sportów narodowych, a tamtejsze reprezentacje to światowa czołówka. Od 1992 do 2008 roku, gdy baseball i softball były dyscyplinami olimpijskimi (wcześniej wielokrotnie znajdowały się w programie, ale wyłącznie jako sporty pokazowe, po raz pierwszy już w 1912 roku) Japonki trzykrotnie stały na podium, raz zdobywając złoty medal. Ich koledzy po fachu też osiągali sukcesy: brązowe medale przywieźli z igrzysk w 1992 i 2004 roku, srebro zgarnęli w 1996. Stąd nie dziwi, że Japończycy bardzo pozytywnie odnieśli się do pomysłu ponownego wzbogacenia programu igrzysk o te dyscypliny.

W turnieju olimpijskim swoje miejsce znajdzie zaledwie dwanaście drużyn – sześć męskich i sześć kobiecych. Dwa miejsca zajmą, naturalnie, gospodarze. To sprawia, że system kwalifikacji jest bardzo utrudniony. W softballu pewne awansu są już Amerykanki, które wygrały w ubiegłorocznych mistrzostwach świata. W baseballu dostaną się dwie najlepsze ekipy z WSBC Premier 12 (turniej dla dwunastu najlepszych reprezentacji świata), a do tego jeden z Azji i Oceanii, jeden z Ameryki i jeden z europejsko-afrykańskiego turnieju. Podobnie będzie w softballu. By dostać się jednak do turnieju dla Europy i Afryki, trzeba najpierw znaleźć się w najlepszej szóstce ekip ze Starego Kontynentu. I tu możemy trzymać kciuki za Polki. Głównie dlatego, że współgospodarzem mistrzostw, wraz z czeską Ostrawą, został Rybnik. Jeśli chodzi o naszych baseballistów – na ten moment nie są nawet pewni startu w mistrzostwach Europy.

Z baseballem i igrzyskami jest też jeden problem. MLB, najlepsza liga świata, nie za bardzo chce robić przerwę w swoim sezonie. A to może spowodować, że na igrzyskach nie pojawią się najlepsi zawodnicy z USA (o ile, oczywiście, Stany się dostaną). Zresztą poszkodować może to też Japończyków – wiele z ich gwiazd gra właśnie w MLB.

Dla widzów mogłaby to być jednak… dobra wiadomość. Możliwe bowiem, że z tego powodu mecze będą bardziej zacięte, a słabsze kadry będą w stanie powalczyć z potęgami. Choć nie spodziewamy się, by akurat w Polsce oba te sporty zyskały sobie sporą publiczność.

Dodatki

Gdyby porównać to do menu w restauracji, przedstawiliśmy wam przed chwilą wszystkie dania główne, które do niego dodano. Zostały nam jednak nowe przystawki, desery i różnego rodzaju dodatki. Wiecie: frytki, sałatki, tiramisu i tak dalej. Jako że jest ich jednak sporo, pozwolimy sobie omówić je najkrócej, jak tylko się da.

Boks: zmiana kategorii wagowych. Męskich będzie osiem (zamiast dziesięciu), kobiecych pięć (zamiast trzech). Wszystko w celu dążenia do równości płci.

Judo: rywalizacja w mieszanych zespołach, składających się z trzech mężczyzn i trzech kobiet (po jednym zawodniku i po jednej zawodniczce z każdej kategorii wagowej).

Kajakarstwo: trzy konkurencje więcej u kobiet (kanadyjki: jednoosobowa na 200 metrów i dwuosobowa na 500 metrów oraz pojedyncza w kajakarstwie górskim). Z kolei u mężczyzn dodano jedną (czteroosobowy kajak w rywalizacji na 500 metrów), a usunięto trzy (dwuosobowy kajak i jednoosobowa kanadyjka na 200 metrów oraz dwuosobowa kanadyjka w slalomie).

Kolarstwo: wśród BMX-ów dodano park (dokładnie ten sam, po którym jeździć będą skateboarderzy), a na torze do programu wraca Madison – w trakcie tego wyścigu ścigają dwuosobowe zespoły, w składzie których jeden zawodnik zawsze odpoczywa, a drugi jedzie. Na trasie są umieszczone lotne finisze, gdzie zdobywa się punkty. Wygrywa ekipa, która na dystansie 50 (mężczyźni) lub 30 (kobiety) kilometrów zgarnie ich najwięcej.

Koszykówka: doszła rywalizacja w trzyosobowych zespołach. Rzuty warte są jeden lub dwa punkty, w zależności od miejsca, z którego się je oddaje. Gra się do 21 punktów lub końca wyznaczonego czasu – w tym drugim przypadku wygrywa ekipa, która zdobyła więcej oczek.

Lekkoatletyka: uzupełniono program o sztafetę 4×400 metrów w mieszanych ekipach.

Łucznictwo: skład konkurencji uzupełniono o rywalizację w mieszanych zespołach.

Pływanie: do rywalizacji mężczyzn dodano dystans 800 metrów stylem dowolnym, a kobiety – tym samym stylem – popłyną na 1500 metrów. Wprowadzono również sztafetę mieszaną na dystansie 4×100 metrów.

Strzelectwo: jak w wielu innych przypadkach – dodano mieszane zespoły.

Szermierka: po raz pierwszy w historii rozegrane zostanie wszystkie sześć konkurencji (floret, szabla i szpada – w każdym z tych przypadków indywidualnie oraz drużynowo). Do tej pory na każdych igrzyskach brakowało co najmniej dwóch z nich.

Tenis stołowy: dodano mikst.

Triathlon: również postawiono na rywalizację mieszaną. W czteroosobowych zespołach znajdą się dwaj mężczyźni i dwie kobiety. Każda osoba będzie miała do pokonania pomniejszoną trasę triathlonu: 300 metrów pływania, osiem kilometrów jazdy na rowerze i dwa kilometry biegu.

Wioślarstwo: usunięto męską czwórkę wagi lekkiej bez sternika, a w jej miejsce (dla równouprawnienia płci) dodano jej kobiecy odpowiednik.

I to tyle. Na zapamiętanie wszystkiego, co przeczytaliście, macie nieco ponad rok. Powinno wystarczyć, choć przyznajemy, że jest tego sporo. Ale to przecież może nas tylko cieszyć. Bo im więcej sportu na igrzyskach, tym lepiej.

 

PKN ORLEN jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Polskiego Związku Piłki Siatkowej, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki oraz wielu najważniejszych mityngów w kraju.

 

 


Aktualności

Kalendarz imprez