Taki trafia się tylko jeden na miliard – legenda tenisa kończy karierę

Taki trafia się tylko jeden na miliard – legenda tenisa kończy karierę

Leander Paes. To nazwisko przeciętnemu kibicowi sportu może nie kojarzy się z sukcesami na miarę Rogera Federera, Rafy Nadala, czy Novaka Djokovicia. A może powinno? Reprezentant Indii ma na koncie 18 wielkoszlemowych tytułów w grze podwójnej oraz… brązowy medal olimpijski w singlu. Właśnie ogłosił, że 2020 rok będzie ostatnim w jego karierze i w wieku 47 lat wreszcie zawiesi rakietę na kołku. Co tu dużo gadać – będzie go brakować, bo to wyjątkowy oryginał.

Zacznijmy od sprawy absolutnie fundamentalnej. Leander Paes zawodową karierę tenisową rozpoczął… w 1991 roku, czyli wtedy, gdy bardzo wielu czołowych dziś zawodników nawet nie było na świecie. Przez te wszystkie lata dał się poznać, jako fenomenalny specjalista od gry podwójnej, posiadacz woleja nie z tej ziemi oraz wyjątkowo ciekawa postać. Dziś na tle zgrai dwudziestolatków, a nawet nastolatków, Paes wyróżnia się w tourze na pierwszy rzut oka. Ba, ze swoimi 46 latami jest znacznie starszy nawet od wielu trenerów. A jednak – żywotności w żadnym razie mu nie brakuje, choć nie da się ukryć, że w ostatnich latach zdecydowanie spuścił z tonu, już nie wygrywa tak często, a ostatni naprawdę solidny występ w Wielkim Szlemie zaliczył prawie trzy lata temu, kiedy osiągnął ćwierćfinał miksta w Australian Open. Trudno się dziwić, że powoli dobijający do pięćdziesiątki tenisista z Kalkuty właśnie powiedział: dość.

130 partnerów i 25 partnerek

W tenisowych deblach bardzo często mamy pary, które grają ze sobą przez lata, takie „stare, dobre małżeństwa”. Mówisz: Kubot, od razu dopowiadasz: Melo, a wcześniej Marach; mówisz: Matkowski, słyszysz: Fyrstenberg; i tak dalej. Albo mówisz: Paes i… masz mętlik w głowie. Jak wyliczyli statystycy, przez wszystkie lata kariery, reprezentant Indii nazbierał tylko w deblu (nie licząc miksta) grubo ponad setkę partnerów!

Kogo tam nie było! Od rodaków Zeeshana Alego i Ramesha Krishnana w początkach kariery, przez znakomitego Kevina Ullyetta z Zimbabwe, partnerów z Japonii, Gruzji, Portoryko, Haiti, Izraela, Kanady, Bahamów, RPA, Malezji, a nawet Kolumbii, Ekwadoru, czy Pakistanu. A to wszystko zaledwie w pierwszej połowie kariery! Z niektórymi Paes rozgrywał po jednym turnieju, a gdy nie wypaliło – szedł dalej swoją drogą, poszukując nowych opcji. Z innymi wiązał się na kilka lat, jak ze wspomnianym Ullyettem, czy później z rodakiem Mhaheshem Bhuphatim, z którym wygrał Wimbledon i dwa razy Roland Garros. Pozostałe wielkoszlemowe tytuły w deblu zdobywał jednak, co może mocno zaskakiwać, z… Czechami: Martinem Dammem, Lukasem Dlouhym oraz Radkiem Stepankiem. Ostatni w US Open 2013, kiedy miał już skończone 40 lat.

Setka partnerów pękła mu w dwa lata później, setnym był Marcel Granollers. Chwilę wcześniej, jego numerem 97. był… Marcin Matkowski. Polsko – indyjski duet wygrał nawet Malaysian Open w Kuala Lumpur jesienią 2014 roku, potem grał także w ćwierćfinale Roland Garros. Jeszcze ciekawiej w karierze legendarnego deblisty z Kalkuty było rok później. Wtedy na liście partnerów w grze podwójnej dobił do 106, ale trzeba przyznać – nie były to byle jakie nazwiska. Zaczął od Andy’ego Murraya, potem próbował sił z Fernando Verdasco i Grigorem Dimitrovem, przez moment grał z mniej znanym Johnem Peersem, a potem tworzył parę z Rafaelem Nadalem oraz naszym Łukaszem Kubotem. Przyznacie – cały przekrój osobowości i stylów tenisowych! Na koniec tej wyliczanki dodajmy tylko, że rok 2019 zakończył, grając z kolejnym rodakiem, Jeevanem Nedunchezhiyan, partnerem numer… 130.

Módlmy się, żeby się nie spotkali

Turnieje debla rozgrywa się przez cały rok, a miksta tylko na Wielkich Szlemach oraz igrzyskach olimpijskich. W tej sytuacji nie może dziwić, że na liście partnerek Leandera Paesa jest „tylko” 25 zawodniczek. W 1999 roku z Carą Black wygrał Wimbledon, potem dołożył zwycięstwa w Australian Open i ponownie w Londynie w parze z Martiną Navratilovą, wtedy już ponad 47-letnią. Następne trzy mikstowe tytuły zdobył z Carą Black, a ostatnie cztery z Martiną Hingis. Ostatni – w Roland Garros trzy i pół roku temu.

Z tym Leanderem Paesem i dużą liczbą jego partnerów to była trochę skomplikowana sprawa. Potrafił się umówić z dwoma czy trzema partnerami na jeden turniej, co nie było w porządku. W szatni nie był przez to za bardzo lubiany. Ale to był bardzo dobry partner deblowy, nie tylko dzięki umiejętnościom, ale także z powodu wsparcia na korcie. Tworzył w trakcie meczów bardzo dobrą atmosferę w drużynie, ale również lubił zrobić show – opowiada nam Mariusz Fyrstenberg, były znakomity deblista, wieloletni rywal Paesa, choćby w przegranym finale turnieju w Szanghaju w 2010 roku. – Potrafił także wdawać się w konflikty, najczęściej z Maheshem Bhupathim.

Właśnie, z Bhupathim. Młodszy niemal równo o rok od Paesa tenisista najdłużej był jego partnerem. Zanim razem wygrali Roland Garros 1999, Bhupathi został pierwszym reprezentantem Indii ze zwycięstwem w turnieju wielkoszlemowym (mikst w Paryżu dwa lata wcześniej, z japońską partnerką Riką Hiraki). W każdym razie, potem razem święcili spore sukcesy, nie tylko w Wielkich Szlemach, ale także na przykład w Pucharze Davisa. Tam ustanowili rekord największej liczby kolejnych wygranych w deblu (23 zwycięstwa), w sumie w karierze mają bilans 303 zwycięstw w 406 meczach. A jednak – piękna przyjaźń nie przetrwała próby czasu i rosnącej presji. Dziś Paes i Bhupathi szczerze się nie znoszą. Kiedy ten drugi, już jako kapitan daviscupowej reprezentacji Indii powołał swojego byłego partnera na mecz z Uzbekistanem, ale nie wypuścił go na kort, Paes publicznie powiedział, że został poniżony, kłótnia przeniosła się najpierw na konferencję prasową, a potem do mediów, także społecznościowych. Doświadczony hinduski dziennikarz Deepak Narayanan w artykule „17 lat walki” opisuje dzisiejsze relacje na linii Paes – Bhupathi tak: „Najlepsze, co możemy teraz zrobić, to modlić się i mieć nadzieję, że ich ścieżki się nie przetną. Mniej więcej, jak dzieci, które mają do czynienia ze wściekłymi, rozwiedzionymi rodzicami. Po prostu, upewnij się, że trzymają się od siebie z daleka, inaczej ktoś skończy z bliznami…”.

Gniot na ekranie w Bollywood

Skoro już mówimy o występach Paesa w barwach swojej ojczyzny, trzeba wspomnieć lato 2016 roku i igrzyska w Rio de Janeiro. Tam występował w parze z Rohanem Bophanną, ale odpadł już pierwszej rundzie turnieju debla. Może by nam go nawet było szkoda, gdyby nie fakt, że po drugiej stronie siatki stali Marcin Matkowski i Łukasz Kubot.

Bez względu na niepowodzenie na korcie na brazylijskich igrzyskach, Paes i tak przeszedł do historii. Rio de Janeiro to były jego siódme igrzyska. Szybki rzut oka w statystyki: siedmiu olimpijskich startów nie ma na koncie żaden tenisista w historii. Czymś takim nie może się także pochwalić żaden reprezentant Indii, co robi chyba jeszcze większe wrażenie, w końcu mówimy o kraju, w którym jest grubo ponad miliard potencjalnych olimpijczyków. Paes jednak przez całą karierę był „jednym na miliard”. W Rio tylko dołożył kolejną cegiełkę do tej budowli. Teraz ogłosił, że 2020 będzie ostatnim rokiem jego kariery. Pięknie by było, gdyby miał szansę pożegnać się nie tylko z Wielkimi Szlemami (trzeba podkreślić, że może się pochwalić zwycięstwami we wszystkich zarówno w deblu, jak i w mikście), ale także z igrzyskami olimpijskimi. O awans do tokijskiego turnieju łatwo nie będzie, bo dziś Paes jest notowany na początku drugiej setki rankingu deblistów. Ale – jeśli ktoś miałby przeżyć na koniec kariery taką filmową historię – to kto, jak nie on.

Nawiasem mówiąc, skoro wspominamy o filmach, nie możemy zapomnieć o… Bollywood. 7 lat temu w Indiach ukazał się mocno promowany film „Rajdhani Express”. W największym skrócie to bollywoodzka odpowiedź na amerykańskie kino akcji. Bohater to były cyngiel mafii, który ma dość pracy dla swojego ojca chrzestnego, kradnie więc torbę pełną broni i wskakuje w tytułowy ekspres do Bombaju. W pociągu okazuje się jednak, że został wystawiony przez córkę szefa, przez co zaraz na głowie ma antyterrorystów, którzy próbują go zatrzymać za wszelką cenę. Słowem: nic szczególnie wyszukanego, film, jakich wiele. Kłopot w tym, że główną rolę powierzono komuś, kto zazwyczaj nie biega z atrapą karabinu po planie filmowym, tylko… z rakietą po tenisowym korcie. Paes w chwili premiery miał w Indiach status absolutnej gwiazdy, był trzecim deblistą rankingu ATP. A jednak, krytycy nie pozostawili na nim suchej nitki, pisali, że jego jedyny atut to fakt, że jest przyzwyczajony do występów przed kamerą i nie miał tremy. Niestety, nie miał także zdolności aktorskich. Ponoć był tak „drewniany”, że sceny z jego udziałem „zyskały nieplanowany efekt komiczny”. W efekcie film został zmasakrowany przez krytykę, większość gazet w skali od 1 do 5 oceniła go na 1, w porywach do 1,5.

Paes szczególnie się nie przejął, ale wnioski wyciągnął. Jego romans z Bollywood trwał mniej więcej tyle, co z większością partnerów i był raczej jednorazowym skokiem w bok od tenisa. Po nieudanym debiucie na wielkim ekranie, wrócił na wielkie korty, zdobywając jeszcze deblowy tytuł w US Open oraz dokładając cztery tytuły w mikście.

Tata na medal, syn na medal

Prawda jest jednak taka, że większości jego tytułów mogłoby nie być. W 2001 roku z Lisą Raymond dotarł do finału miksta na US Open (przegrali ze Stubbs i Woodbridge’em). To było w sobotę 8 września 2001 roku. Kiedy dzień później 20-letni Lleyton Hewitt pokonał Pete’a Samprasa w finale singla panów, życie w Nowym Jorku toczyło się zupełnie zwyczajnie. A kilkadziesiąt godzin później dwa samoloty wbiły się w wieże World Trade Center i nic już nie było normalne. Paes w jednej z wież robił zakupy przed wyjazdem do Indii. Skończył je niedługo przed atakiem. Kupował spodnie khaki, a paragon zachował sobie na pamiątkę do dzisiaj.

Tak przynajmniej opowiadał. A – jak słyszymy od tych, którzy go dobrze znają – nie zawsze to, co mówi Paes musi się całkowicie pokrywać z tym, co wydarzyło się naprawdę. – Ogólnie mówiąc, to on jest mitomanem, więc opowiada mnóstwo historii – śmieje się Mariusz Fyrstenberg. – Ja za to mam taką historię o nim: Leander miał najlepszy wolej na świecie. Jak ktoś mu zaszedł za skórę na korcie, to zawsze go potem upolował tym wolejem. To wcale nie jest takie proste, ale jemu się zawsze udawało.

Wśród osób, które go ukształtowały i które starał się naśladować, wymienia Matkę Teresę oraz Muhammada Alego. Bardzo ważni byli też rodzice, którzy od małego zaszczepili mu miłość do sportu. Trudno zresztą, żeby było inaczej. Mama, Jennifer, to była kapitan reprezentacji Indii w koszykówce (między innymi na Igrzyskach Azjatyckich w 1980 roku). Co ciekawe, Leander miał już wtedy 7 lat i mógł z bliska śledzić jej karierę. Nieco inaczej było w przypadku jego ojca, bo największy sukces odniósł, na rok przed urodzinami syna. Vece Paes grał w hokeja na trawie i był pomocnikiem reprezentacji Indii, która w 1972 roku w Monachium sięgnęła po brąz igrzysk. Po 20 latach Leander także zadebiutował na turnieju olimpijskim.

W Barcelonie się nie powiodło (ćwierćfinał debla), ale 4 lata później już jak najbardziej. Paes w Atlancie wystartował dzięki dzikiej karcie, pokonał kolejno rywali z USA, Wenezueli, w trzeciej rundzie w dwóch setach ograł rozstawionego z trójką Szweda Enqvista, a w ćwierćfinale Włocha Furlana (14). Wprawdzie w półfinale nie miał większych szans z Andre Agassim, ale w meczu o brąz, po zaciętej walce, zdołał pokonać Fernando Melligeniego z Brazylii (3:6, 6:2, 6:4). W Indiach z miejsca zyskał status bohatera narodowego, bo ten kraj, choć ogromny powierzchnią i liczbą ludności, olimpijskimi sukcesami nie stoi. Dość powiedzieć, że brąz Paesa z Atlanty był pierwszym indywidualnym medalem dla sportowca z Indii od… brązu Khashaby Jadhava w zapasach w 1952 roku!

Mimo pięciu kolejnych prób i wielu deblowych sukcesów, olimpijskiego dorobku nie zdołał powiększyć. Dziś powoli dobija do pięćdziesiątki i jest jedną z ikon indyjskiego sportu. Jeśli zdoła się zakwalifikować do Tokio, dołączy do bardzo wąskiego grona sportowców z ośmioma olimpijskimi występami na koncie.

Relacje, które mogłem podtrzymywać, podróżując po świecie i grając w tenisa to najlepsze, co dało mi życie. Przez ponad 30 lat moją największą radością było dawanie ludziom szczęścia poprzez sport. Żyjemy w świecie, który porusza się bardzo szybko. Uświadomiłem sobie, że tworzenie wspomnień i dawanie ludziom radości w życiu pełnym stresu jest powodem, dla którego wciąż gram. Świetnie jest wygrać Wimbledon sześć czy siedem razy i tyle samo razy być numerem 1 na świecie, ale gdy spojrzę wstecz na moją karierę i dziedzictwo, ważniejsze jest to, co udowodniłem: że my, sportowcy z Indii możemy być mistrzami, zarówno na igrzyskach olimpijskich, jak i w innych sportach.

JAN CIOSEK

foto: wikimedia, newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Marky
Marky
7 miesięcy temu

Tenisowy Kasai – tak mi się skojarzyło. Zresztą panów sporo łączy, są w niemal identycznym wieku – Kasai rok starszy, mają na koncie wiele zwycięstw, medal olimpijski, w swoim sporcie znacznie się wyróżniają wiekowo, na tyle że większości ich rywali na świecie nie było, gdy debiutowali, a i trenerzy zdarzają się od nich młodsi. Jak by jeszcze Kasaiemu policzyć wszystkich partnerów, z którymi skakał w konkursach drużynowych to też spora liczba by się uzbierała.

Aktualności

Kalendarz imprez