Szymon Kołecki: Wszystko sobie zaplanowałem – złoty medal z zeszytu 15-latka

Szymon Kołecki: Wszystko sobie zaplanowałem – złoty medal z zeszytu 15-latka

Szymona Kołeckiego nikomu przedstawiać nie trzeba. Na igrzyskach zdobył dwa srebrne medale – pierwszy chciał wyrzucić do kosza, drugi – po latach zamienił się w upragnione złoto. Dziś były już prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów z powodzeniem walczy w MMA, niedawno pokonał Mariusza Pudzianowskiego. W dużej rozmowie z Janem Cioskiem i Dariuszem Urbanowiczem opowiada między innymi o tym, dlaczego był taki wściekły po srebrnym medalu w Sydney, jak zaplanował całą karierę w wieku 15 lat, co myślał, wiedząc o tym, że rywale się koksują i dlaczego nie ciągnie go do Australii, choć żona od lat go namawia na wakacje na Antypodach.

Szymon Kołecki – legenda nie tylko podnoszenia ciężarów, ale całego polskiego sportu. Witamy serdecznie, bardzo nam miło!

Dziękuję, witam. Ale określenie „legenda” to chyba trochę za dużo. Na zdjęciu u was w korytarzu widziałem: stoi Muhammad Ali nad gościem. On jest legendą. Mi do legendy daleko.

Nie bądź taki skromny, na koncie masz dwa medale olimpijskie, oba zdobyte w nietypowych okolicznościach. Z pierwszego srebra, w Sydney, byłeś bardzo niezadowolony, z kolei drugie po latach zamieniło się w złoto.

Rzeczywiście trochę niestandardowo, jak na olimpijskie warunki. Pewnie nie byłem pierwszy, bo około stu medali już zmieniło właścicieli. Ja byłem pierwszy w Polsce, któremu po latach przyznano złoto. Myślę, że w historii olimpizmu będziemy jeszcze mieli takie przypadki.

Pamiętam igrzyska w Sydney i to, że dziwiłem się twojej złości, nie rozumiałem jej. Wiedziałem, że stać cię na złoto, że po to tam pojechałeś, a jednak nie ukrywałeś, że jesteś rozczarowany.

Ja pojechałem tam walczyć o złoto, ale oczywiście zakładałem możliwość porażki. Gdybym przegrał w sportowej walce, gdy przeciwnicy okazali się ode mnie mocniejsi, nie miałbym do siebie pretensji. Dziesieć miesięcy wcześniej startowałem na mistrzostwach świata w Atenach, podchodziłem do bardzo dużych ciężarów, ale nie udało mi się podnieść i zająłem drugie miejsce. Mimo wszystko byłem zadowolony i nie było problemu. Jak się okazało później, w Sydney nie miałem konkurencji pod względem fizycznym, powinienem po nich bez najmniejszego problemu przejechać. Ale doznałem kontuzji i nie mogłem dokończyć zawodów. Dlatego byłem taki zdenerwowany. Do dzisiaj zresztą jestem, kiedy myślę o tamtych zawodach.

Właśnie widzę, cały się zagotowałeś…

To jest jeden z dwóch moich najgorszych startów, choć może lepiej było powiedzieć najgorzej wspominanych. Widziałem moich przeciwników na rozgrzewce, widziałem jak zdychają, w piłce nożnej powiedziało by się, że oddychają rękawami. Ja się czułem naprawdę bardzo dobrze, ale w drugim podejściu w podrzucie skręciłem nogę. Może za wcześnie witałem się z gąską w ogrodzie, kiedy widziałem ich słabość, to może się już trochę rozluźniłem. Oni naprawdę byli słabi.

Może w takim razie srebro, mimo kontuzji, jednak powinniśmy rozpatrywać w kategoriach sukcesu.

Ale ja to srebro zdobyłem jeszcze przed kontuzją. W pierwszej próbie w podrzucie zapewniłem sobie co najmniej drugie miejsce, potem walczyłem o złoto. To trochę bardziej złożona historia…

Na ile w ciężarach na tym najwyższym światowym poziomie można zaplanować przebieg zawodów?

Podnoszenie ciężarów na pewno jest jednym z bardziej wymiernych sportów i z większym prawdopodobieństwem można przewidzieć pewne wyniki. Kiedy ja startowałem, skupiałem się na swoich podejściach. Dwa podejścia w rwaniu i dwa w podrzucie miały już mi dać pozycję medalową. Dopiero ostatnie próby miały być ponad moje możliwości, mogły być atakiem na przeciwników. Taktyka odgrywała dużą rolę. Ale pierwsze dwa podejścia w rwaniu i podrzucie miałem zawsze zaplanowane od kilku tygodni. Oczywiście na zawodach mogły się odrobinę różnić, ale to o kilogram w jedną czy drugą stronę.

Czy da się dokładnie przeliczyć formę z treningów na wynik na zawodach? Czy da się założyć, że skoro podnosisz w czasie przygotowań tyle i tyle, to na zawodach, o ile nie odniesiesz kontuzji lub nie spalisz się psychicznie, też dasz radę tyle podnieść?

Każdy ma inaczej. To też zależy, czy jesteś młodym zawodnikiem, czy doświadczonym, czy budujesz formę, czy wracasz do niej. Przed każdymi ważnymi zawodami były starty kontrolne, sprawdziany na lidze, czy mistrzostwach Polski. Tam mogłem sobie pozwolić na większe ryzyko, żeby lepiej dobrać ciężary na kluczową imprezę. Ale to bardzo indywidualna kwestia. Są zawodnicy, którzy są mistrzami mistrzostw Polski, a na mistrzostwach świata, czy igrzyskach widzą czarne ściany i nie potrafią dźwignąć sztangi. Ja dosyć precyzyjnie potrafiłem obliczyć ciężary podnoszone na treningach w stosunku do ciężarów podnoszonych na zawodach.

Jakie to były różnice?

Na zawodach zawsze podnosiłem więcej. Jak na treningach wyrwałem 170 kg bez pasków, to wiedziałem że 173-174 mogę zaczytać, a pod 180 mogę wyrwać na zawodach. Albo kiedy miałem odciski pozrywane i nie mogłem dźwigać bez pasków, robiłem treningi w paskach. Wiedziałem że tyle samo potem będę w stanie podnieść na zawodach. W podrzucie było trochę inaczej, bo to są dużo większe ciężary, 220-230 kilogramów i stosuje się inną technikę. Na przykład kiedy 210 kg zarzucałem 3 razy w jednym podejściu, to wiedziałem że stać mnie na 230 na zawodach. Podrzut jest bardzo eksploatujący dla organizmu, dlatego starałem się pracować na niższych ciężarach, lepiej podrzucić coś dwa czy trzy razy i mieć prawie pewność, że to się uda na zawodach, niż niepotrzebnie ryzykować na treningach.

Dlaczego podrzut jest bardziej eksploatujący?

Ciężar jest dużo większy. W rwaniu, jeśli ktoś coś źle zrobi, może mu wyskoczyć łokieć, ale nie ma większego ryzyka. W podrzucie wyciąga się większy ciężar na niższą wysokość, trzeba wykręcić łokcie, jak się nie zmieszczą, sztanga może zostać, łokieć oprze się o kolano, może dojść do złamań rąk, do załamania pleców, kontuzji grzbietu, kontuzji kolana w siadzie. Generalnie stawy mocno obrywają.

Kojarzę takie obrazki, gdzie na zawodach zawodnik mało nie omdlewa.

To akurat właśnie w podrzucie. Często wiąże się to z klimatem, w jakim odbywają się zawody Singapur Santo Domingo czy Kuba, jest gorąco i wilgotno, trudno robi się podrzut. Sztanga jest zarzucona na klatkę piersiową i dociska tętnicę – w takiej sytuacji łatwiej o zmniejszenie dopływu tlenu do mózgu. Ale jeśli człowiek jest dobrze przygotowany, w dobrej formie i sala jest klimatyzowana, nie powinno być problemów. Wbrew pozorom, nie jest to takie niebezpieczne. Koła sztangi są na tyle wysokie, że nawet gdyby zawodnik zemdlał, sztanga go nie dociśnie i nic mu nie zrobi.

A ty jakie miałeś najgorsze kontuzje? Jakie są zawodowe choroby sztangistów?

Choroby zawodowe może i są faktycznie, ale ja bym powiedział, że kontuzje wiążą się raczej z konkretnymi trenerami i schematami treningowymi. Naprawdę mądrze prowadzony trening bardzo ogranicza ryzyko kontuzji. Ja miałem bardzo poważną kontuzję kręgosłupa, którą jednak wyleczyłem operacyjnie. Miałem też drobną kontuzję kolana, ale jak mnie lekarz zoperował to miałem potem osiem operacji poprawkowych. 20 lat podnoszenia ciężarów nie uszkodziło mi tego kolana za bardzo, a jeden jego zabieg zakończył moją karierę. Moją zawodową chorobą był lekarz, który mnie operował. A żona mówiła: nie idź do tego papraka, leć do Francji czy Niemiec, zrób to porządnie. A ja mówię: przestań, to jest taki prosty zabieg, sam bym go sobie zrobił! Miała rację, przez nieudaną operację skończyłem z ciężarami.

Jak wspominasz igrzyska olimpijskie, faktycznie wielkie święto sportu?

W ogóle nie zwracałem na to uwagi, nie bardzo mnie interesowało, czy to święto, czy nie święto. Ja miałem swoje zadanie do wykonania: przyjeżdżałem do wioski w odpowiednim terminie, spałem, jadłem, trenowałem, odpoczywałem i skupiałem się na zawodach. Potem aktywności medialne, bo zawsze miałem wielu kolegów dziennikarzy. Pod koniec przygotowań starałem się jak najmniej czasu poświęcać mediom, więc po zawodach nadrabiam zaległości i byłem do dyspozycji dziennikarzy przez dzień czy półtora. Potem samolot i wracałem do domu. Ja igrzyska najchętniej oglądam przez trzy tygodnie w domu przed telewizorem, wtedy jest mi najlepiej.

Da się porównać igrzyska olimpijskie z mistrzostwami świata?

Nie no, to zupełnie inne wydarzenie. Ja po prostu zawsze robiłem swoje, miałem tryb zadaniowy i się na tym nie skupiałem. Ale wioska olimpijska robi wrażenie, to małe miasteczko, ciekawe doświadczenie. Można wielu fajnych sportowców spotkać, ale ja zawsze byłem skupiony tylko na przygotowaniu do zawodów. Dziesięć tygodni przed startem byłem poza domem, więc po wszystkim ciągnęło mnie do rodziny.

Które igrzyska wspominasz lepiej? Nie chodzi mi o same wyniki, tylko atmosferę, emocje, klimat wioski olimpijskiej?

Kurde, nie wiem. Kiedy jechałem na pierwsze igrzyska w Sydney, miałem 19 lat. Do wioski dotarłem trzy doby przed startem, zjadłem, wyspałem się, dwa masaże i na zawody. Nawet nie wiem, czy raz z wioski wyszedłem. Zawody, wiadomo: tragedia, głowa w dół, przesiedziałem w pokoju, poleciałem do domu. Nawet nie pojechałem do rodziców, tylko prosto na kolejne zgrupowanie do Spały, bo za kolejne trzy tygodnie mieliśmy jeszcze mistrzostwa Europy juniorów. Poleciałem leczyć skręconą kostkę, nie chciałem z nikim gadać. Ogólnie jakoś nie wspominam tego Sydney najlepiej. Zresztą, już rok wcześniej było źle, kiedy polecieliśmy tam na zgrupowanie aklimatyzacyjne. To było po mistrzostwach Europy, w trakcie roztrenowania. Spodziewaliśmy się, że więcej czasu spędzimy na plaży niż w sali treningowej, niektórzy koledzy nawet nie wzięli butów. Tymczasem już pierwszego dnia trener zarządził trzy treningi. W ciągu tych trzech w tygodni obozu miałem chyba sześć kontuzji i już naprawdę zniechęciłem się do tej Australii.

A nie do trenera?

Nie no, żartuję, to tak podświadomie. W każdym, razie tamto zgrupowanie wspominam bardzo źle.

Może podpadliście czymś trenerowi w samolocie?

Trener to chyba sam sobie podpadał, jak tylko w lustro patrzył… Naprawdę, miałem mnóstwo kontuzji, w tym jedną poważną – barku. Słabo, słabo. Nie wiem, jaką on miał wizję trenowania. Pamiętam jak raz wracaliśmy o 21:00 z treningu do hotelu i wszyscy byliśmy bardzo głodni. Przejeżdżaliśmy koło KFC i poprosiliśmy kierowcę, żeby się zatrzymał. Trener się nie zgodził, kazał jechać dalej do hotelu i spać. Nie wiem, jak on miał wizję. Andrzej Cofalik nie potrafił zasnąć, kiedy był głodny, prawie do rana kręcił się w łóżku i nie spał. No, nie mogę dobrze wspominać Australii. Chociaż kraj piękny i jedno z miejsc, do których moja żona by chciała pojechać. Mam nadzieję, że uda mi się ją tam zabrać.

A kolejne igrzyska, osiem lat później w Pekinie?

One były dla mnie jedną, wielką niewiadomą. Miałem kontuzję kolana, które później operowałem, trochę się zaleczyła, ale na mistrzostwach Europy znów je rozdrażnieniem. Do igrzysk pozostawało siedem tygodni. Zrobiłem blokadę, kilka dni odpoczynku. Stwierdziłem, że albo wytrzyma, albo nie pojadę. To był wyjątkowy cykl przygotowań, bo podnosiłem bardzo małe ciężary. Fizycznie czułem, że jestem przygotowany, ale nie zrobiłem żadnego testu, sprawdzianu. Nie wystartowałem w żadnych zawodach, nie poniosłem żadnych większych ciężarów. Trudno było mi jechać do Pekinu bez standardowego przygotowania. Na treningu wyrwałem 165 kg bez pasków, a jechałem na zawody gdzie trzeba było wyrwać 180. Różnica jest taka że 165 to jest 15. miejsce, a 180 to walka o medal. Mógłbym na wielu różnych miejscach skończyć, myślę, że to zagrało doświadczenie i bardzo duża koncentracja.

Na moją korzyść zadziałał też zbieg okoliczności. Rosjanie mieli dwóch bardzo mocnych zawodników, a jednego z nich ulokowali w grupie B, która startuje pierwsza. Chyba chodziło o jakiś konflikt między trenerem a zawodnikiem. Ten z grupy A miał po prostu wiedzieć, ile zrobił ten z grupy B, żeby łatwiej go ograć. Okazało się jednak, że ten z grupy B był dużo mocniejszy. Wyrwał 185, podrzucił 217, a do tego jeszcze był ode mnie lżejszy. To oznaczało 402,5 kg w dwuboju, czyli zrobił w grupie B taki wynik, jakiego ja w tej kategorii wagowej nie zrobiłem od 7 lat! Wiedziałem, że jeśli chcę zdobyć medal, muszę osiągnąć lepszy wynik. To mi pomogło, bo już po grupie B wiedziałem, jak ustalić pierwsze i drugie podejście w rwaniu i pierwsze i drugie w podrzucie. Zaplanowałem tak, że drugie podejście w podrzucie dawało mi medal. Nie, że przypadek, że uda się, czy nie uda, to była gwarancja – tak ułożyłem swoje podejścia. Na szczęście w trzecim podejściu udało mi się wyrwać 179, ale trzecie podejście to zawsze loteria, bo to jest maksymalny atak. W ciężarach są dwa uda: albo się uda, albo się nie uda. Mi się udało. Do medalu potrzebowałem 224 w podrzucie.

Dostałem mapę drogową co mam zrobić i nie patrzyłem w ogóle na przeciwników. Dopiero jak zaliczyłem drugie podejście w podrzucie i miałem pewny medal, wtedy zacząłem patrzeć na tablicę, analizować i tak dalej. To były bardzo stresujące zawody, nie miałem pojęcia czy będę trzeci, czy ósmy, różnie mogło się skończyć. Siedziałem przed ważeniem i przypomniałem sobie, że podobnie jak w Sydney znowu jest niedziela, znowu koło południa, najlepszy czas oglądalności. Pomyślałem: kurde przecież ja nie wiem w jakiej jestem w formie, jak to wyskoczy, zagra czy nie zagra, a jak dam ciała, to sześć milionów Polaków mnie z tego zapamięta. Oczekiwania były duże, trzy razy z rzędu zdobyłem złoto mistrzostw Europy, łatwo zdobywałem medale na mistrzostwach świata. Wszyscy zawsze liczą medale Polaków: ten zdobędzie, tamten zdobędzie, a ten to superpewniak. Polakom wtedy trochę nie szło. Świętej pamięci Piotr Nurowski, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, w którymś wywiadzie mówi: no co nie idzie, co nie idzie? Zaraz pójdzie. Co, Kołecki medalu nie zdobędzie?! A ja 165 na treningu nie mogę wyrwać… Czułem presję że muszę się spiąć.

Jak smakowało srebro z Pekinu? Zupełnie inaczej niż to Sydney?

W Pekinie miałem jeszcze podejście na złoty medal. Kiedy się okazało, że 228 daje pierwsze miejsce, to ja już byłem tak zadowolony, jakbym już to podniósł. Sprawdzianów nie miałem ale czułem fizycznie, że 230 mogę podrzucić. Ale kiedy zarzuciłem 228, poczułem kontuzję kolana, sztanga wpadła mi za obojczyki, przyćmiło mnie, już nie byłem w stanie podnieść. Gdybym wiedział, że mnie zaboli to bym się przygotował, okej, nie ma problemu, niech boli. Ale ten ból mnie zaskoczył, zdekoncentrował i przeszkodził. Z wyniku i medalu byłem jednak bardzo zadowolony. Stawka była bardzo wyrównana, po 15 procent szans miałem na każde miejsce od pierwszego do szóstego. Po szóstym byłbym smutny i niezadowolony, ale nie zaskoczony.

A propos tej próby o złoty medal: kiedy zawodnik wie, że próba się nie uda? Czy jest taki konkretny moment?

To są bardzo krótkie momenty, bardzo precyzyjne ruchy, minimalne wahnięcie w lewo, w prawo i sztanga spada.

Może to głupie pytanie, ale ile waży kilogram? Czy więcej kiedy sztanga jest na podeście, czy jak masz ją w górze?

To znowu bardzo indywidualna kwestia, dla mnie zawsze najwięcej ważyła, gdy była na ziemi. Pamiętam kiedyś na treningu chciałem zarzucić 240 kg. Ja wtedy wąsko trzymałem sztangę i byłem mocno zmęczony, bo ciężkie treningi, a szedłem na rekord świata. Rekord był 230. Ja poprawiłem na 232, a na treningu miałem podejść na 240. I idę, tak się zawziąłem, a to było takie ciężkie! Ale czuję – sztanga idzie w górę. I nagle – w pewnym ułamku sekundy się zorientowałem, że to dopiero stal się wygięła, a koła są jeszcze na ziemi – a to już było tak tragicznie ciężkie! To moje najcięższe podejście w życiu. Zarzuciłem ją, trzy razy próbowałem wstać, ale za bardzo mnie wymęczyła. Wielu zawodników nie ma problemu z zarzuceniem i wstaniem, ale nie potrafią wynieść nad głowę.

Czy siła z podnoszenia ciężarów działa także w życiu codziennym?

Oczywiście, nie w każdej czynności pomoże, ale od przeciętnego człowieka jesteśmy znacznie silniejsi i wiele czynności siłowych nie sprawia nam żadnych problemów, a dla innych były niewykonalne. Ale to przecież głównie ze względu na mięśnie, które trenowaliśmy. Ciężarowcy mają bardzo mocne prostowniki, a przywodziciele już niekoniecznie. Sztangiści są niesamowicie dynamiczni – w sprincie na 25 m, w trójskoku, czy wyskakiwaniu na przeszkody na pewno są w czołówce wśród innych sportowców. Jeśli jednak wysiłek ma trwać dłużej, to wygląda inaczej. Podnoszenie ciężarów w rwaniu trwa około sekundy, w podrzucie jakieś trzy-cztery. Do takiego czasu jesteśmy przyzwyczajeni i przygotowani.

Czy podnoszenie ciężarów jest popularne? Teraz otworzyła się furtka dla podnoszenia ciężarów w postaci crossfitu.

Podnoszenie ciężarów na pewno nie jest żadną z bardziej popularnych dyscyplin. Dzięki crossfitowi więcej osób zna tę dyscyplinę, chociaż ja akurat uważam, że crossfit w części ciężarowej jest dość niebezpieczny. Przerzucanie piłek, wskakiwanie na przeszkody jest do opanowania, a podnoszenie maksymalnego ciężaru może się skończyć poważnymi obrażeniami, wiele osób robi sobie krzywdę. Ale dla byłych i obecnych zawodników, czy dla trenerów podnoszenia ciężarów crossfit jest dobrą pracą i dobrym źródłem zarabiania pieniędzy, bo na treningi ciężarowe jest popyt.

W jakim wieku powinno się zaczynać podnoszenie ciężarów? Pamiętam twojego synka jak biegał po sali z rurką hydrauliczną…

Teraz na 200 kilogramów robi przysiady… Kiedy zacząć zależy od tego, z kim zaczynasz. Jak z trenerem, co nie chciał się zatrzymać na jedzenie w Australii, lepiej byś zaczynał jak najpóźniej, bo będziesz twardszy. Ale jak trafisz na trenera, który ma właściwe podejście do młodzieży i dużą wiedzę na temat ogólnego rozwoju, możesz zacząć jak masz nawet trzy lata. Ja właśnie zacząłem w takim wieku. Ale mój tata był akrobatą sportowym, ja ćwiczyłem akrobatykę i technikę podnoszenia ciężarów. Nie nauczyłem się chodzić na rękach, ale skakałem, salta robiłem, szpagaty, przewalałem się z chłopakami, graliśmy w piłkę. W szkole byłem w każdej reprezentacji, we wszystkich dyscyplinach, we wszystkich! Tylko nie biegałem na dystansach powyżej kilometra. Wieloboje lekkoatletyczne, ręczna, nożna, koszykówka, siatkówka, sprinty, sztafety. Gdyby były zawody w japonkach, też bym się w nich znalazł! Byłem do nich ogólnie przygotowany, to była zasługa taty i trenera. Dzięki takiemu przygotowaniu, potem było mi łatwiej wyspecjalizować się w podnoszeniu ciężarów.

Wspomniałeś o synu, który zaczynał z rurką hydrauliczną. Co u niego?

1 grudnia będzie miał 18 lat i… wydaje mu się, że już nie będzie musiał mnie słuchać. Ale to tylko tak mu się wydaje! Trenuje od kilku lat, warunki fizyczne ma podobne, budowę, technikę…

Nazwisko ma dobre!

Różnica jest taka, że ja się chowałem na wsi, w innych czasach i warunkach, on się wychował w mieście, choć niedużym. Nie jest tak skoncentrowany na dążeniu do sukcesu, jak ja byłem 25 lat temu, ale i tak jest bardziej zdeterminowany niż jego koledzy, więc ma szanse być dobrym sportowcem.

A jakie ma wyniki?

Już koło 170 podrzuca. Ale on mało waży, nie może wagi zrobić. Na razie ma osiemdziesiąt parę kilo, a musi ważyć pod stówę, bo jego kategoria to 96 kilo. Myślę, że zanim skończy wiek juniorski, będzie podrzucał dwieście.

Czyli – kierunek Tokio nie wchodzi w grę?

Nie, choć rok temu jeszcze o tym wspominał coś trenerowi, ale ten na szczęście go szybko sprowadził na ziemię. Celem jest Paryż za pięć lat. Ja mu troszeczkę pomagam, mój trener Iwan Grikurowi też go obserwuje. Co z tego wyniknie, to już zależy od niego.

Kurczę, nie kojarzę przypadków w Polsce, żeby ojciec i syn zdobyli medal olimpijski…

Na razie to on ma myśleć o tym, żeby tam pojechać. A wcześniej zrobić maturę…

Mówiliśmy o Pekinie. Ty zdobyłeś srebro, złoto wywalczył Ilia Ilin, a brąz ten wspomniany Rosjanin z grupy B – Akajew. Obaj potem zostali zdyskwalifikowani.

No, tak – nieudacznicy… Coś dobrego najwyraźniej zjedli, jakieś kanapeczki.

Ile jest w ciężarach gry pozorów?

Ja zawsze stosowałem jedną zasadę, którą ktoś mi kiedyś podpowiedział: jesteś silny – udawaj słabego, jesteś słaby – udawaj silnego. Czasem jesteś słaby, ale możesz zagrać psychologicznie.

A zdarzało się tak, że ktoś, kto był wcześniej słaby, nagle cię zdecydowanie wyprzedzał i wiedziałeś, że poszedł na skróty?

Tacy się nie zdarzali. Przecież ja 3-4 razy w życiu przegrałem na zawodach. Ja mogłem przegrać, gdy miałem kontuzję, albo ktoś był trzy razy mistrzem olimpijskim, jak Akiaszwili.

Co sprawiało, że byłeś taki mocny? To była kwestia talentu, ciężkiej pracy, dobrej taktyki?

Głowy. Z perspektywy czasu patrząc, mogę powiedzieć, że od początku wszystko było bez wymuszania: ja zawsze spałem, jadłem i trenowałem, nie zajmowałem się niczym innym, nie miałem żadnych biznesów, nie jeździłem na otwarcia supermarketów. Jak pozostawało dziesięć tygodni do zawodów, to zamykałem się w jednym Centralnym Ośrodku Sportu, kończyło się zgrupowanie, jechałem do kolejnego. Zawsze dużą wagę przykładałem do odnowy biologicznej, regeneracji. Ja z Pawłem Salachem, naszym terapeutą, przez lata miałem stałe godziny zabiegów, dwa razy w tygodniu, środa i sobota o tych samych godzinach. Ale już kiedy byłem dzieciakiem, wiedziałem, że będę podnosił rekordy świata. To były tylko kolejne etapy. Kiedy miałem 15 lat, oglądałem igrzyska olimpijskie w Atlancie. Rwałem 120 kilo, podrzucałem 150, ważyłem 78. Od razu sprawdziłem, kiedy są następne igrzyska: Australia, cztery lata i jeden miesiąc od teraz. Wziąłem zeszyt, wpisałem dzisiejszą datę, wagę i wyniki oraz dwie możliwe kategorie wagowe wraz z wynikami za cztery lata. Wtedy wagi były 99 i 108, choć rok później się zmieniły. Zapisałem, że w pierwszej muszę dźwignąć 185, 235, czyli tyle, co mistrz olimpijski, a w wyższej 200, 240, pięć kilo więcej od mistrza z Atlanty. Podzieliłem to na miesiące, kwartały i szedłem według planu: tyle wagi i ciężarów dodać w tym kwartale, tyle w tym. Trenując przez pierwsze lata pilnowałem, czy zdążam.

Zdążałeś?

Tak. W 1997 zdążyłem, w 1998 trochę przesunąłem. Miałem na koniec roku wyrwać 170, podrzucić 210, a wyrwałem 167,5, ale podrzuciłem 218, więc byłem piątkę do przodu. Największy progres zrobiłem w 1999, robiłem już wtedy tyle, co powinienem w 2000. Cały mój plan czteroletni wypalił doskonale, tylko… skręciłem nogę na zawodach. Tego nie przewidziałem…

Czyli odpowiadając na pytanie: bardziej niż talent była to po prostu jakaś niesamowita determinacja.

Ale ja to miałem od dziecka, miałem 8-10 lat i w głowie słyszałem tylko tytuł „,mistrz olimpijski”. Tylko to mnie interesowało, niczego innego nie chciałem. W III czy IV klasie podstawówki podobała mi się taka dziewczyna. Wiesz, jak to jest w takim wieku, słabo zabajerujesz, zwłaszcza na wsi. Przyszła któregoś dnia jej koleżanka, pyta, czy ja bym się z tą dziewczyną nie chciał spotykać. Trochę byłem zdezorientowany, to fakt. Ale powiedziałem: wielobój atletyczny mam za dwa tygodnie, teraz się przygotowuję i nie mam dla niej teraz czasu. Paulina…

Wracając jeszcze do Pekinu, kiedyś mi powiedziałeś, że doskonale wiedziałeś, że Ilia Ilin łyka różnego rodzaju witaminki…

Nie tylko Ilia. Ja po praktycznie każdym zawodniku wiedziałem, co łyka, z jakiego jest kraju, jakie mają systemy i schematy. Ale w ogóle mi to nie przeszkadzało, i tak mieli ze mną ciężko. Wiedziałem, że tak jest, zwłaszcza w byłym Związku Radzieckim, systemowo. Co, miałem się męczyć i płakać: oni mogą, a my nie? Wiedziałem, że jest rekord świata i jak go minę, to mi nie podskoczą.

Kiedy bardziej cię uderzył doping: jako zawodnika, czy prezesa Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów?

Gdy byłem działaczem, zaczęła się ogólnoświatowa walka z dopingiem, ulepszyły się metody i procedury. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w dopingu działy się takie rzeczy, że można by obdzielić całe stulecie koksowania, praktycznie we wszystkich dyscyplinach. Teraz to jest margines, resztka. Ja do kadry juniorów trafiłem w 1996. Pamiętam, jak przyjechał gość z kontroli antydopingowej. Powiedział: juniorów trzeba pilnować, bo to niezdrowe jest. A seniorzy? Niech robią, co chcą. Facet z kontroli!

Z dopingiem był związany także koniec twojej pracy w roli prezesa Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów. Kiedy mistrz olimpijski Adrian Zieliński wpadł na koksie tuż przed igrzyskami w Rio de Janeiro, podałeś się do dymisji.

To uderzyło w środowisko. Mi osobiście krzywdy to nie zrobiło. Cztery lata pracowałem, a Związek dostał po tyłku, bo wybuchła taka bomba. To boli, ale nie tak, jak kiedy skręcisz nogę i nie wygrasz zawodów, które powinieneś wygrać.

Co dziś czujesz po tej aferze?

Sam jestem sobą zawiedziony. Powinienem złapać za kark, przycisnąć do ziemi i zrobić porządek. Tyle. Brakło mi doświadczenia. Mieliśmy odpowiednie procedury, ale wielu chciało się odłączyć od kadry i szykować się na swój sposób. Tak się wyszykowali, że prawie wszyscy powpadali… Zamiast zrobić porządek, albo definitywnie skreślić, nie byłem na tyle stanowczy. Skreśliłem ich, ale zarząd cofnął moją decyzję, a ja się ugiąłem. Dziś bym podstawił pod ścianą.

Ale jak prezes ma wyrzucić z kadry mistrza olimpijskiego?

A dlaczego nie?

Bo by cię media zjadły…

Ja się mediów nie boję. Gdybym zrobił tak, jak chciałem i powinienem, gdybym wyciął to równo z ziemią, nie byłoby tego wszystkiego.

Czy są jakieś szanse na to, że w Tokio sztangiści dadzą nam powody do radości?

Nie, medalu nie będzie. W sporcie może być wiele przypadków, w podnoszeniu ciężarów też. Powiedzmy dwóch nie zaliczy żadnej próby w rwaniu i nagle można wskoczyć na pozycję medalową. Ale jeśli nie wydarzy się żaden przypadek na naszą korzyść, nie mamy podstaw, żeby oczekiwać medalu na igrzyskach w Tokio…

ROZMAWIALI: JAN CIOSEK i DARIUSZ URBANOWICZ

Wysłuchaj rozmowy w formie podcastu:

 

Do wysłuchania jest druga część rozmowy, która dotyczy tematyki MMA w wykonaniu Szymona Kołeckiego:

Ciosek na wątrobę #60 – Ciosek, Urbanowicz, Kołecki

 

 

 

foto: newspix.pl, 400mm.pl


Aktualności

Kalendarz imprez