Sztafeta na szlaku po medal olimpijski

Sztafeta na szlaku po medal olimpijski

Polskie specjalistki od dystansu 400 metrów serwują współczesnemu kibicowi prawdziwy szok kulturowy. Justyna Święty-Ersetic i spółka piszą historię bez precedensu. Wśród dziesięciu najlepszych Polek wszech czasów na dystansie jednego okrążenia, aż cztery biegają na naszych oczach – w drugiej dekadzie XXI wieku. Takim dobrobytem, nie może się pochwalić nawet Liechtenstein.

Trudno w to uwierzyć, ale jeszcze kilka sezonów temu kobiece 400 metrów istniało między Odrą a Bugiem jedynie teoretycznie. Wystarczyło łamać 54 sekundy, żeby rozgościć się na podium mistrzostw kraju. 53,83 s w roku 2011 dawało brąz. Iga Baumgart, aby zdobyć brązowy medal MP w roku 2018 musiała już nabiegać 51,73 s. Jakościowa przepaść. W 2013 roku była w Polsce tylko jedna kobieta biegająca 400 metrów poniżej 52 sekund. Dziś mamy aż trzy panie z życiówkami na poziomie 51 sekund (z mniejszym lub większym ogonkiem) oraz kosmiczną Justynę Święty, której możliwości zdają się nie mieć granic.

Każde pokolenie ma własny czas

Coś w tej opowieści o najlepszej sztafecie 4×400 metrów w historii jednak się nie klei, bo rekord Polski wciąż należy do pań szarżujących po bieżni na początku wieku. Dokładnie w roku 2005 podczas mistrzostw świata w Helsinkach załoga w składzie – Guzowska, Bejnar, Prokopek, Jesień ustaliła rekord kraju na poziomie 3:24,49. Jak na razie jest to życiówka nie do pobicia, choć przynajmniej w teorii powinna pęknąć przy pierwszej możliwej okazji, ponieważ indywidualny potencjał poszczególnych dziewcząt biegających dla aktualnej sztafety jest wyraźnie większy.

Nieco bardziej sceptyczny i tonujący tak optymistyczne nastroje wydaje się być jednak sam trener Matusiński: – Jeszcze nie są lepsze od swoich poprzedniczek, bo nie pobiły rekordu Polski w sztafecie. Z kolei w biegu indywidualnym rekord kraju należy do świętej pamięci Ireny Szewińskiej (49,28 – przyp. red.). Znamy więc swoje miejsce w szeregu. Najpierw pobijmy rekord Polski, wówczas będziemy mówić o wspaniałym pokoleniu – mówi kadrowy szkoleniowiec w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego.

Dobitnym dowodem na potężne możliwości współczesnych zawodniczek jest halowy rekord Polski. Mimo że na hali biega się trudniej i wolniej niż na stadionie, ustanowiony podczas ostatniego halowego mundialu w Birmingham wynik 3:26,09 dawałby również medale dwóch ostatnich mistrzostw Europy pod gołym niebem. A jeśli dodamy, że Polki wystąpiły wówczas bez Igi Baumgart… to mój Boże, ta drużyna ma rezerwy nie do oszacowania. Dla porównania, rekordzistki z 2005 roku biegały na hali – 3:28,95 (MŚ Moskwa, 2006) prawie trzy sekundy wolniej niż aktualny team! Biorąc te wszystkie fakty i zestawienia pod uwagę stadionowy potencjał dziewcząt można szacować na bieganie w granicach 3:23, a może nawet 3:22… 3:21(?!), co mogłoby dać medal olimpijski w Tokio i to wcale nie ten z najmniej wartościowego kruszcu.

O ile lekkoatletyka to sport wyjątkowo mierzalny, o tyle w sztafecie nie zawsze dwa plus dwa daje cztery. Przekonali się o tym doskonale Amerykanie ulegając polskim zawodnikom podczas pamiętnych MŚ na hali w Birmingham. Mimo dużo lepszego potencjału, jeśli chodzi o rekordy życiowe, zazwyczaj niepokonani sprinterzy zza Oceanu musieli tym razem zadowolić się srebrem. A jak powszechnie wiadomo dla każdego Amerykanina, drugi na mecie jest zawsze pierwszym przegranym. W sztafecie dużą rolę odgrywają cechy wolicjonalne, innymi słowy – nierzadko trzeba po prostu dać od siebie „coś ekstra”, czego nie jest się w stanie wykrzesać w biegu indywidualnym. Piłkarze mówią, że dla dobra drużyny trzeba nieraz „dać z wątroby”. W sztafecie działa podobna zasada. Team spirit, tego naszym paniom nie można odmówić. Dobrą atmosferę w drużynie budują rzecz jasna wyniki, choć w szczerych i nierzadko bardzo spontanicznych wywiadach zaraz po starcie widać jak na dłoni, że jest w tej ekipie chemia.

Jak zeszłam ze swojego indywidualnego biegu, to trener tylko przybił mi piątkę i powiedział – pamiętaj, sztafeta bez ciebie nie pobiegnie
– tak zaczęła swoją wypowiedź dla Aleksandra Dzięciołowskiego z TVP Sport chwilę po zdobyciu złota ME w Berlinie Iga Baumgart.

A potem dodała:

Faktycznie dziewczyny dogoniły mnie na zejściu z pierwszego łuku i przycisnęły, więc nawet je przepuściłam… dobra biegnijcie se Grażyny, a ja zaraz wam pokażę na co mnie stać. No i włączyłam swoją przerzutkę, swoje długie kikutki i poleciałam!

Problem bogactwa i duże rezerwy

Zgodnie z logiką nowy rekord Polski w sztafecie 4×400 m pań winien był paść podczas sierpniowych ME w Berlinie. Po znakomitej zimie i jeszcze lepszym sezonie letnim, kiedy to życiówki poprawiały Święty (51,05 w maju w Osace) i Hołub (51,18 w lipcu w Lublinie) można było przypuszczać, że dni starego rekordu Polski sprzed 13 lat są policzone. Obronił się jednak z dość paradoksalnego powodu – mieliśmy aż dwie zawodniczki w finale biegu indywidualnego, które w sztafecie wystąpiły raptem 90 minut po swoich życiowych startach. Problem bogactwa i nakładającego się zmęczenia sprawił, że sztafeta nie wystąpiła w swojej optymalnej odsłonie.

Zwraca na to uwagę trener Matusiński:

Może wynik sztafety, jeżeli chodzi o czas, nie jest rewelacyjny (3.26,59 – przyp. red.), ale okoliczności były takie, a nie inne. Dwie z czterech dziewczyn były bardzo zmęczone. Iga i Justyna biegły przecież chwilę wcześniej w finale indywidualnym. Gdyby nie to, to dziewczyny pobiłyby rekord Polski (3.24,49). Na pewno mogę zapowiedzieć, że niedługo padnie. Liczę, że do igrzysk w Tokio się z nim uporamy. W biegu sztafety nie o wynik szła jednak walka, ale o zwycięstwo i w tej kwestii cel został zrealizowany w stu procentach.

Gdzie zaczyna się bieganie na dłuższym dystansie, tam większą wagę zaczyna odgrywać taktyka. Sztafeta to de facto wyścig na 1600 metrów, dodatkowo rozgrywany na zasadzie turnieju, aby wystartować w fazie finałowej trzeba najpierw przejść przez sito eliminacji. Nie bez znaczenia jest zatem odpowiednia strategia trenera (np. ustalanie składu i jego rotacja), jak też trafione zachowanie zawodniczek podczas samego wyścigu, a więc dostosowanie tempa biegu do sytuacji. W jednym i drugim przypadku drużyna zawiadywana przez trenera Matusińskiego radzi sobie znakomicie. Finał podczas marcowych mistrzostw świata w Birmingham wywalczyły między innymi nominalne rezerwowe, czyli Joanna Linkiewicz i Natalia Kaczmarek. Nie inaczej było latem w Berlinie, kiedy w biegu eliminacyjnym doskonale swoją pracę wykonała ponownie Natalia Kaczmarek, lecz także Martyna Dąbrowska.

Jesteśmy przede wszystkim zżyte ze sobą i sobie ufamy. Wiemy, że biegając jednym czy drugim składem każda z nas da z siebie 110 procent…Jesteśmy równe i silne, i nie będę miała problemu jeśli w biegu finałowym miałabym nie wystartować tylko pomagać przy rozgrzewce i kibicować dziewczynom
– mówiła na ME w Berlinie Patrycja Wyciszkiewicz.

Pani od wykończeń

Każda drużyna musi mieć swojego lidera. Czy to siatkarze, piłkarze, koszykarze, czy sztafeta – bez lidera jakikolwiek projekt prędzej czy później upadnie. Prawdziwą liderką czterystumetrówki jest już od paru lat Justyna Święty-Ersetic. Znaki szczególne? Nerwy ze stali, ogień w oczach i niewiarygodna wytrzymałość. Na ostatnich metrach, gdy mięśnie innych zawodniczek „zalewa beton”, pani Justyna biegnie po swoje i… najczęściej zwycięża. Boleśnie przekonała się o tym Greczynka Belimbasaki, której Polka sprzątnęła złoto sprzed nosa na ostatnich dwóch krokach w berlińskim finale mistrzostw Europy. Ale nie tylko reprezentantka Grecji doświadczyła bliskiego spotkania trzeciego stopnia z nieziemską ostatnią setką w wykonaniu Justyny Święty. Równie efektowne biegi nasza sprinterka ma również w swoim sztafetowym CV.

Belgrad 2017. Mistrzostwa Europy w hali. Wszystko szło jak z płatka. Wyciszkiewicz do Hołub, Hołub do Baumgart, Baumgart do Święty i Polki zaczynają ostatnią zmianę z wyraźnym prowadzeniem. Nasza reprezentantka jednak nie zamierza szaleć z tempem i stopniowo daje się dojść rywalce z Wielkiej Brytanii. I gdy już wydaje się, że Nielsen za moment „połknie” Polkę, Święty robi to co lubi najbardziej – odziera rywalkę ze złudzeń.

– Justyna Święty jak profesor – proszę bardzo możesz mnie dogonić na pierwszych dwustu metrach. I Brytyjka ją dogoniła, wydawało się, że będzie chciała przepuścić atak na przeciwległej prostej, potem złapała naszą reprezentantkę gdzieś na łuku, ale Justyna na to – przewiozę cię, chcesz? I jak już wyszła na ostatnią prostą to nikt nie był w stanie jej pokonać – celnie komentował taktykę naszej sprinterki Sebastian Chmara.

Nie inaczej Justyna Święty pobiegła na ostatniej zmianie zeszłorocznych ME w Berlinie. Tym razem jednak zawodniczka z Raciborza poszła o krok dalej. Nie tylko pozwoliła się dojść rywalce, ale nawet wyprzedzić. W tym biegu dla odmiany to nie Brytyjka a Francuska przez kilkanaście sekund mogła biec z nadzieją na sukces. 200 metrów do mety i gdy wyglądało na to, że złoto wymyka się Polkom z rąk… Liderka naszej drużyny ponownie wykończyła robotę na chłodno i precyzyjnie.

– Justyna musi je wziąć na plecy, dopuścić, a potem skontrować. Nie dać się ponieść szaleństwu – mówił w transmisji TVP Przemysław Babiarz.

– Jakże pięknie taktycznie rozegrany bieg! – nie krył zachwytu Sebastian Chmara i dodał: – Nie było sensu przyśpieszać pierwszych dwustu metrów. Poczekać, dać się wyprzedzić. Niech ciągną na łuku, a później migacze w prawo i to co Justyna Święty potrafi najlepiej – pięknie przyśpieszyć ostatnie 100 metrów.

Londyn-Rio-Tokio

Podczas mistrzostw Europy w Helsinkach w roku 2012 Polki zajęły ostatnie, ósme miejsce w finałowym biegu. Tego samego roku podczas IO w Londynie odpadły już w eliminacjach z wynikiem 3:30,15. Co ciekawe, ponad sześć lat temu naszą olimpijską reprezentację stanowiły raptem osiemnastoletnia Wyciszkiewicz, dwudziestoletnia Święty i tylko odrobinę starsza od swoich koleżanek Iga Baumgart. Z czasem drużyna dojrzewała, panie poprawiały swoje indywidualne wyniki a tym samym sztafeta rosła w siłę. W Rio Polki niemal w tym samym składzie co cztery lata wcześniej awansowały do finału igrzysk z czasem 3:25,34. Jedyną zmianą było pojawienie się Małgorzaty Hołub, która zajęła miejsce kończącej karierę Anny Jesień. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęły pojawiać się pierwsze sukcesy. Brąz halowych ME w Pradze (2015), srebro halowych MŚ w Portland (2016), złoto halowych ME (Belgrad 2017), brąz MŚ na stadionie (Londyn 2017), srebro halowych MŚ (Birmingham 2018) oraz złoto ME na stadionie w Berlinie (2018). Do tej okazałej kolekcji łupów brakuje już tylko jednego – medalu igrzysk olimpijskich.

Polacy w historii swoich występów na igrzyskach wielokrotnie zdobywali medale w biegach sztafetowych. Jeśli jednak chodzi o dystans 4x400m, zdarzyło się to jedynie raz, podczas IO w 1976 roku w Montrealu, panom w składzie: Zbigniew Jaremski, Jerzy Pietrzyk, Ryszard Podlas i Jan Werner. Panie na swój medal wciąż czekają. Zbliżające się w siedmiomilowych butach IO w Tokio mogą być największą szansą w dziejach, aby wywalczyć dla Polski krążki w biegu 4×400 m kobiet.

Tych dziewczyn po prostu nie da się nie lubić. Waleczne na bieżni, elokwentne i uśmiechnięte w wywiadach, sumienne na treningach. Gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić? Jeśli Voltaire poznałby polskie sprinterki specjalizujące się w dystansie 400 metrów, jestem pewny, że nieco zmieniłby swoją słynną sentencję.

Źródło:

Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce 2018: Aleksander Matusiński o kobiecej sztafecie 4x400m

All-Time Lists/Tabele najlepszych w historii

HME Belgrad 2017 i ME Berlin 2018, transmisje TVP Sport.


PZLA Video, kanał na YouTube

 


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez