Szkoda gadać. Polacy odprawieni przez Szwajcarów

Szkoda gadać. Polacy odprawieni przez Szwajcarów

Mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor. Znamy ten schemat doskonale ze spotkań kadry w piłce nożnej. Dziś jednak dostosowali się do niego nasi szczypiorniści. Jasne, mało kto przed mistrzostwami Europy oczekiwał od nich, że awansują do kolejnej fazy. Ale w spotkaniu ze Szwajcarami mieli zawalczyć, możliwe, że nawet o zwycięstwo. A wyszło… po prostu bardzo źle i nawet wynik 24:31 nie przedstawia całego obrazu.

Właściwie moglibyśmy napisać, że przegraliśmy nie tyle ze Szwajcarami, co z jednym z nich. Andy’ego Schmida zna każdy, kto jest choć trochę zafiksowany na punkcie szczypiorniaka. To legenda tego sportu, pięciokrotny MVP niemieckiej Bundesligi, najmocniejszej ligi świata. Ale równocześnie gość, który coraz częściej miewa słabsze mecze, wiekowy, zbliżający się do emerytury. Tyle że dziś nic sobie z daty w akcie urodzenia nie robił. Tylko rzucał. I trafiał.

Sam Schmid wpakował nam 15 bramek. Jego koledzy, często obsługiwani przez niego znakomitymi podaniami, dorzucili 16. Inna sprawa, że Polacy specjalnie im nie przeszkadzali. Andy miał naprawdę sporo miejsca, by pokazać swoją najlepszą wersję. Zresztą pozostali ze Szwajcarów przedzierali się pod bramkę Adama Morawskiego często nie niepokojeni przez żadnego z naszych obrońców. Bywało nawet, że Polacy rozstępowali się przed nimi, jak kierowcy przed wozem jadącym na sygnale.

Sam Morawski w pierwszej połowie robił jeszcze, co tylko mógł i bronił na naprawdę dobrym poziomie, dzięki czemu udało się nam utrzymać całkiem niezły rezultat – 12:14. Inna sprawa, że naszą słabość w defensywie dobitnie obnażyła ostatnia akcja tamtej części gry. Szwajcarzy w kilka sekund przedostali się pod naszą bramkę, a pozostawiony sam sobie Roman Sidorowicz (były młodzieżowy reprezentant Polski) rzucił celnie z dystansu tuż przed końcową syreną. Powiedzmy sobie szczerze: każda inna ekipa najprawdopodobniej zdołałaby zapobiec utracie takiej bramki. My nie.

I po przerwie wszystkie te braki, przykrywane wcześniej przez Morawskiego, wyszły nagle na światło dzienne. Polacy mylili się w każdym elemencie. Z przodu gubili piłkę, podawali niecelnie, rzucali obok albo w bramkarza w znakomitych sytuacjach. Akcjom brakowało pomysłu i tempa, jakbyśmy w ogóle nie ćwiczyli żadnych schematów, a grali – jak to mawiał klasyk – “na chaos”. Nawet w chwilach, gdy graliśmy z przewagą zawodnika. Z tyłu przepuszczali rywali, bezsensownie faulowali, nie potrafili dobrze się ustawić. W pewnym momencie zabrakło nawet tego, co do końca trzymało nas w grze w starciu ze Słowenią – ambicji, woli walki, charakteru. Nasi reprezentanci wydawali się zrezygnowani mniej więcej tak, jak student po uwaleniu trzeciej poprawki z konkretnego przedmiotu. Po prostu nie wierzyli, że mogą tu coś zdziałać.

Pozytywy? O dziwo, mamy jeden. Bo jeśli już kogoś chwalić, to najmłodszego – Michała Olejniczaka. Niespełna dziewiętnastoletni zawodnik zastąpił w składzie kontuzjowanego Przemysława Krajewskiego i zadebiutował na mistrzostwach Europy. Tym samym rozegrał na nich więcej spotkań niż… w naszej Superlidze. Nie możemy napisać, że zagrał świetny mecz i nie ma się do czego przyczepić. Ale na pewno zaprezentował się z dobrej strony, kilkukrotnie dając nam powody do radości. Czy to celnym rzutem, czy dobrym ustawieniem, którym wymusił faul Szwajcara, dzięki czemu odzyskaliśmy piłkę.

Tyle tylko, że na parkiecie byli też inni, znacznie bardziej rutynowani zawodnicy, od których oczekiwaliśmy, że zagrają dużo lepiej. I, może poza Morawskim, żadnego z nich po dzisiejszym występie pochwalić nie możemy. Graliśmy z reprezentacją na teoretycznie podobnym poziomie, która ma jednego lidera i wszyscy o tym wiedzą. Z reprezentacją, z którą mieliśmy nawiązać wyrównaną walkę. I co? I nic. Przegraliśmy w sposób, o którym, jeśli mamy być szczerzy, nawet nie chce nam się pisać.

Przed nami jeszcze mecz ze Szwecją. Teoretycznie, o ile ekipa ze Skandynawii przegra dziś ze Słowenią, możemy mieć przed nim jeszcze szanse na awans. Ale nawet gdyby się tak stało, po takim występie, jak ten dzisiejszy, trudno będzie choć na chwilę w to uwierzyć.

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez