Szkocki upór i polska fantazja

Szkocki upór i polska fantazja

Bronek był inny.

Urodzony lata po wojnie – w 1951 roku – był pierwszym polskim biegaczem nowego pokolenia, na którego tak bardzo liczono, nie tylko w kraju nad Wisłą, ale i w całej Europie. Był pierwszym z tych, na którego nie czekano z pistoletem w ręku.

Wcześniej – Jan Mulak. Zanim założył RKS Siła na warszawskim Żoliborzu, zanim stał się trenerem polskich biegaczy, zanim wyrzucono go z Polskiej Partii Socjalistycznej ze statusem wroga Ludu i Związku Radzieckiego, Mulak musiał biec. Nie po medale, nie po olimpijskie złoto. Biegł po życie. Walczył w Powstaniu Warszawskim, uniknął jednej z zasadzek, przygotowanych w kamienicach. Biegał niemal od najmłodszych lat, później tego biegania uczył innych.

Wcześniej – Jerzy Chromik. Zanim stał się najszybszym człowiekiem na swoim koronnym dystansie, zanim stał się mistrzem Europy, Chromik musiał swoje przebiec. Urodził się trzy lata przed wybuchem drugiej wojny światowej.

Wcześniej – Kazimierz Zimny. Zanim został doktorem nauk o kulturze fizycznej, zanim cieszył się na igrzyskach, zanim dwukrotnie otarł się o złoty medal Mistrzostw Europy, musiał pewne rzeczy przepracować. Najpierw wydarzenia po 1939, później pękniecie nogi w Melbourne, gdy miał zaledwie 21 lat. Przepracował i osiągnął sukces, tak jak całe to pokolenie.

Wcześniej – on. Zdzisław Krzyszkowiak. Zanim wziął pałeczkę legendy, zanim przekazał ją kolejnemu, zanim stał się najlepszy na świecie, zanim zaczęto rozpoznawać go na ulicach, jako jednego z nielicznych polskich biegaczy, zanim wygrał plebiscyt Przeglądu Sportowego, Krzyszkowiak musiał biegać więcej niż reszta. Przeszedł krzywicę, która mogła zabrać mu możliwość poruszania się. Przeszedł serię kontuzji, głębokie rozcięcie nogi podczas meczu z ZSSR, do którego go nakłaniano. Przeszedł też przez wojnę, bo gdy ta się kończyła, był już nastolatkiem. Biegał od kiedy tylko mógł, trenować zaczął, gdy trafił do powiązanej z wojskiem Legii.

To był Wunderteam, generacja dzieci wojny. Narodzili się dwa razy, dwa razy dzięki Niemcom. Raz w 1939, raz w 1957, gdy pokonali RFN podczas meczu lekkoatletycznego w Stuttgarcie. 

Niemal wszyscy lekkoatleci z tamtego okresu spotkali się z piekłem, które niosła wojna. Niemal wszyscy sprawili, że  polskiej lekkoatletyce zaczęło się robić głośno nie tylko na europejskim poletku, ale i całym świecie. Chromik ustanowił rekord świata w biegu na 3000 metrów, pobity później przez Krzyszkowiaka. Ten sam przywiózł z igrzysk olimpijskich w Rzymie złoty medal, wyprzedzając na ostatniej prostej przedstawiciela ZSSR – Nikołaja Sokołowa. Zimny zaś wrócił wówczas z brązowym medalem.

20 lat później historia napisała się na nowo, ale w gruncie rzeczy tak samo.

W 1960 – dziewięcioletni wówczas Bronek Malinowski, ten, który był inny – też biegał. Jednak nie jak Mulak, Chromik, Zimny, Krzyszkowiak. Nie po życie, zdrowie, by pokazać, że Polska wychodzi spod radzieckiego buta. Bronek biegał do szkoły, tak, jak jego brat – Robert. Mieszkali w domu oddalonym od warlubskiej szkoły o niemal pięć kilometrów. Biegali po obiady, biegali na długiej przerwie, ściągając się między sobą. Biegali też po to, by posłuchać języka angielskiego.

Inność Bronka Malinowskiego zaczyna się bowiem w jego rodzinnym domu. Chociaż razem z bratem uniknęli widma wojny, ich ojciec musiał stawić mu czoła. U Malinowskich biegano zatem od zawsze, chociaż inaczej niż Wunderteam. Konstanty najpierw biegł z armii niemieckiej do armii polskiej, później biegł pod Monte Casino. Nie zasiał tam jednak kolejnego z czerwonych maków, wrócił do Polski i założył rodzinę. Jak na owe czasy – nietradycyjną.

Szkotkę Irene Duvall poznał podczas zmagań wojennych. Jednak nie między okopami, trupami, gąsienicami czołgów. Nie w salonach przyjęć dyplomatycznych, ani podczas obiadów na Kremlu. Spotkali się w drukarni, która tworzyła materiały przeznaczone na front zachodni.

Gdy zatem Irene Duvall stała się Irene Malinowską, dom położony niedaleko Grudziądza stał się domem dwujęzycznym. Angielski przeplatał się z polskim, polski z angielskim. Tak jak przeplatały się charaktery.

Dzięki temu wszystkiemu Bronek Malinowski stał się Bronisławem Malinowskim. Dzięki temu był inny.

Pewnego dnia wyszedł z domu i pobiegł dalej, niż do szkoły. Dalej niż Robert, dalej nawet niż tato, który z Andersem i Maczkiem zjeździł pół Europy. Bronek wyszedł i zatrzymał się dopiero w Kenii.

Po co, Bronku, po co? By spełnić marzenia, przejąć pałeczkę Kusocińskiego, Krzyszkowiaka, by móc ją przekazać Mamińskiemu. By nauczyć się czegoś od tych chłopców, którzy w pocie afrykańskiego słońca mijali go biegnąc bez butów, w podartych jeansach ocierających chude, ale wprawione i umięśnione nogi.

*/Rozpoczął ostro Bayi. On w każdym biegu jest tutaj inaczej ubrany/

Bronisław śmieje się rzadko. Przynajmniej w towarzystwie obcych mu osób stwarza wrażenie zdystansowanego, nieco nieprzyjemnego. Inaczej jest, gdy przybywa w towarzystwie najlepszych biegaczy świata. Inaczej jest, gdy przebywa w Afryce.

W Afryce, gdzie szaleje apartheid. Rok 1976 – kraje Czarnego Lądu nie mogą wyjechać na igrzyska olimpijskie w Montrealu. Ale ich sportowcy ciągle trenują, są otwarci na przyjazd innych. Jadą więc i Jerzy Kowol, i Ryszard Kopijasz, i Bronisław Malinowski. Czołówka nie tylko polska, ale i europejska. Kowol to rekordzista kraju w biegu na 10000 metrów, Kopijasz  wschodząca gwiazda, zaś Malinowski miał już przetarcie na największej z aren, gdy cztery lata wcześniej pojechał do Monachium i otarł się o miejsce na podium.

Biegają więc nasi chłopcy w afrykańskim słońcu. Biegają, ale nie na tartanie, a żużlu. Podobnym do tego, którym przed laty wysypane były tory lekkoatletyczne w Polsce. Żużel się nagrzewa, pali w stopy nawet przez buty. Nie pomaga też liczba chętnych, bo w Kenii biegają wszyscy. Nie tylko największe gwiazdy, ale i anonimowi zawodnicy. To właśnie oni pozbawieni są sprzętu, to właśnie oni często nie mają osłoniętych nóg.

Na swoją serię Malinowski czeka dwie godziny. Koronny dystans zdołałby przebiec kilkanaście razy, ale teraz tylko rozgrzewa się, by móc sprawdzić, czy wytrzyma porównanie z tymi najlepszymi smukłymi ciałami, biegającymi tak elegancko, jak niektórzy Anglicy chodzą. Wreszcie start, wreszcie bieg. I śmiech.

Bronisław nie startuje na 3000 metrów, przyjechał spróbować się na niego dłuższym dystansie, na tak zwanej „piątce”. Idzie mu nieźle, chociaż kombinacja żużla, słońca i wysokości wyklucza go z rywalizacji z najlepszymi. Wreszcie jednak nadchodzi moment kluczowy – czwarty kilometr. Malinowski zrywa się, może powalczy, przetestuje swoje płuca. Minie kilka sekund nim spostrzeże, że to nie jego cień coraz bardziej wydłuża się, że to Kenijczyk, ten bez butów, w jeansach podwiniętych tak, by nie szorowały po bieżni, że to jakiś anonimowy chłopak właśnie go wyprzedza.

Schodzi z bieżni, siada na piachu. Nie potrafi być zły, nie potrafi się dąsać, nie tutaj, nie na nich. Z reprezentantami Afryki zawsze łączyła go dobra więź. Przysłuchujący się rozmowom Malinowskiego z tymi biegaczami, Bogusław Mamiński jest zdziwiony, jak bardzo życzliwe relacje łączą Polaka z innymi lekkoatletami. Bronisław śmieje się, żartuje. Tym razem kawał był jednostronny. Słońce Eldoret zażartowało właśnie z niego.

/Ten Bayi… powiadają, że on ma nieograniczone możliwości!/

Być może przejąłby się tymi kenijskimi przygodami, gdyby dotyczyły one wielkiej imprezy. Ale Bronisław myśli inaczej. Dla niego w całym roku przygotowań liczy się tylko jedno – zakończenie sezonu złotym medalem. Czy to igrzyska olimpijskie, czy mistrzostwa Europy, czy mistrzostwa świata. Ma być złoty krążek, ma być hymn Polski.

Nie trenuje jednak w Spale. Tam, gdzie żyje lekkoatletyczna brać, tam, gdzie wykuwane są kolejne sukcesy sportu w pewnym nadwiślańskim kraju. Tam Malinowski nie trenuje, bo znowu – jest indywidualistą.

Bieg długodystansowy to zwykle jest bieg indywidualny. Nawet jeśli ocierasz się z kimś ramię w ramię, to minutę, pół minuty później już spotykasz kogoś innego. Twarze mogą się powtarzać, w zależności od zawodów, kraju, dystansu, ale trudno złapać z kimś głębszą relację. Gdyby istniał wówczas szeroko rozwinięty „speed dating”, bieg na 3000 metrów z przeszkodami byłby jego sportową odmianą.

Malinowski się izoluje. Ucieka od kombinatów, nie chce się podporządkować czemuś innemu, bo to mogłoby zaburzyć jego proces przygotowań. Tak, jak Krzyszkowiakowi rozorano nogę kolcami, tak Malinowski boi się, że i jego mogłaby spotkać rzecz podobna.

Pozwala mu się na to, bo władza wie, że to gigant. Że dzięki niemu łatwiej jest tworzyć narrację sukcesu. Razem z Ireną Szewińską są tymi biegaczami, którzy w kwestii lekkiej atletyki w Polsce mają najwięcej do powiedzenia. To pod nich dobiera się zgrupowania, tak jak to w Meksyku, gdzie – chociaż trzeba było jeździć trzydzieści kilometrów za Mexico City w poszukiwaniu nieprzeludnionych ścieżek – Malinowski uwielbia trenować. To sprawdzone miejsce, w którym dobrze się czuje. Jeden z niewielu pozytywów ówczesnej polityki. Dzięki nawiązaniu relacji z państwem z Ameryki Południowej, następuje wymiana. Nasi lecą do nich, oni lecą do nas, do Spały.

Ale nie spotkają tam Bronka.

W Polsce bierze on psa na trening i biega. Pies zostaje z tyłu. Nie dlatego, że jest słabszy, że przemieszcza się wolniej niż człowiek, że biega nie po równych udeptanych bieżniach Spały, a po Borach Tucholskich i do Wałcza. Zostaje w tyle dlatego, że pies nie ma tej taktyki, którą Bronisław jest w stanie sięgać po medale.

Ze wszystkich cech Malinowskiego-biegacza wyróżnia go właśnie taktyka. W żadnym razie nie jest to finisz – ten ma słabszy. Nie jest to jednak konieczne, kiedy cały bieg jest rozplanowany. W biegach poprzedzających olimpijski finał ktoś mógłby się rzucić na niego, starać szarżować przez pierwsze 1500 metrów. Ale po co? Bronisław i tak by dobiegł. Jeśli był dobrze przygotowany, jeśli nic mu nie dolegało, zawsze dobiegał wtedy, gdy chciał. I mijał, i wygrywał, nawet jeśli czas nie był rewelacyjny.

Bronisław jest zatem inny. W świecie biegów na 3000 metrów z przeszkodami dominują reprezentanci z Afryki. Od czasów polskiego Wunderteamu i wybitnych sportowców z demoludów, to właśnie Czarny Ląd cieszy się najlepszymi lekkoatletami, szczególnie na tych dłuższych dystansach. Ich przygotowanie fizyczne sprawia, że trudno narzucić im ich warunki. A ten inny to potrafi.

Siedzący nieopodal Bogusław Mamiński przygląda się temu, co robi jego starszy kolega. Nie wie zapewne, że to właśnie jemu za kilka lat zostanie przekazana pałeczka. Wie jednak, że ma się czego uczyć, bo Malinowski wyróżnia się na europejskim tle. Nie jest specjalnie wysoki, ani zaskakująco niski, ma 181 centymetrów wzrostu. Jak na biegacza jest jednak Malinowski dość przysadzisty, ma wyraźnie zarysowaną linię mięśni. Nic dziwnego – jego styl jest siłowy. Nie siermiężny, siłowy.

Metr po metrze widać jak pracuje przywodziciel długi, skok za skokiem, lądowanie w głębokim na kilkadziesiąt centymetrów basenie za lądowaniem, widać, jak napina się i rozkurcza strzałkowy. To maszyna. Mieszanka krwi polskiej i szkockiej skoncentrowana na tym, by osiągnąć zamierzone cele.

/Ale Bayi niezmordowany, niezmordowany, ale nie najlepiej już pokonuje te przeszkody. Wydaje mi się, że nieco niżej już te kolana unosi/

Bogusław Mamiński nie ma jednak zamiaru udawać. Wie, że przygotowania Malinowskiego do igrzysk w 1980 nie były najlepsze, nie potrafił wejść w swój normalny rytm. Faworytami są – a jakżeby inaczej – Afrykanie. Przede wszystkim Eshetu Tura z Etiopii oraz Filbert Bayi z Tanzanii.

To oni odstawiają Polaka na pierwszych metrach, później kilometrach. Po połowie dystansu obaj biegną na najlepszy wynik na świecie. Ludziom przed telewizorami zdaje się, że Malinowski – ten, który tak dobrze radził sobie na wielkich imprezach, ten który był inny – znowu obejdzie się smakiem i co najwyżej sięgnie po brązowy medal. Że znowu czegoś zabraknie i na pierwszy złoty krążek zdobyty u naszego wrogiego sąsiada, przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

Nie tym razem. Tym razem wszystko było idealnie obliczone. Tura odpada pierwszy, Bayi na ostatniej przeszkodzie. Malinowski mijając swojego rywala zdąży jeszcze spojrzeć się przez ramię, upewnić się, że się udało, że jest mistrzem. Nie mylił się.

Piorunuje jego wypowiedź po biegu. Jest pewny siebie, lekko uśmiechnięty, przede wszystkim jednak bardzo analityczny. Na pytanie dziennikarza o to, czy nie bał się, że rywale mają zbyt dużą przewagę, kręci przecząco głową. 

– Oni to źle rozłożyli taktycznie. To świetni biegacze, ale popełnili błędy. Tak nie można biegać. Bardzo szybko pobiegli pierwszą połowę, ale druga była tragiczna. Tak naprawdę i Tura, i Bayi biegli pode mnie. Gdy tak pędzili, wiedziałem, że wygram. Tanzańczyk przegrałby ze mną tak już w Sztokholmie. Tam jednak przewróciłem się na ostatnim płocie. Normalnie wygrałbym ja. Tutaj musiałem się odkuć. Musiałem tylko uważać na ostatniej przeszkodzie.

Tylko ktoś, kto miał w sobie szkocki upór i polską fantazję mógł porwać się na podobną, zasłużoną pewność siebie. Ale nic dziwnego, w końcu Bronek był inny. Jego fantazja nie była ułańskim rzuceniem się na czołgi z szablami, ale efektem kalkulacji.

/Wreszcie Moskwa, złoty medal w przepięknej karierze polskiego zawodnika. Bayi przeliczył się z siłami/

W momencie triumfu na Łużnikach, Malinowski miał 29 lat. Za sobą Kenię, Meksyk, Bory Tucholskie, Warlubie, Spałę, Montreal, Monachium. Dwa olimpijskie krążki, ostateczne przejęcie schedy po Wunderteamie.

Przed sobą jeszcze letnie zmagania w Los Angeles i przekazanie pałeczki Bogusławowi Mamińskiemu. A przynajmniej tak zamierzał.

Rok 1980, Warszawa, po imprezie w Moskwie.

Malinowski nie trenuje, planuje sobie rok przerwy, chce trochę odpocząć od biegania, skupić się na innych rzeczach. W głowie kołacze mu się myśl o tym, żeby jeszcze polecieć do USA i powalczyć o medale. Przede wszystkim jest jednak skupiony na tym, kto ma go zastąpić w niedalekiej przyszłości.

Chociaż robił to rzadko, tym razem dał się namówić. Wybiegają z Mamińskim do parku, niedawno zaczęło świtać. Chociaż lekkoatletyka jest w Polsce popularna, a Wunderteam przeszedł do historii, podobnie jak wygrana Malinowskiego na ostatniej przeszkodzie, podobnie jak jego obejrzenie się za siebie, ale elegancko, nie z wyższością, bieganie ustępuje w swej popularności piłce nożnej, siatkówce, ale i niektórym sportom indywidualnym. Trudno jest ludziom Malinowskiego rozpoznać. Szczególnie wtedy, gdy w ich żyłach krąży alkohol.

Mijają razem z Mamińskim kolejne drzewa. Malinowski wyprzedza go o krok, o siedem dziesiątych sekundy, znikają za nimi kolejne ławki, a na nich podchmielonych ludzi, patrzących w przestrzeń mętnym wzrokiem. Nagle krzyk, gardłowy głos, urwane sylaby, ale przekaz jest czytelny, słyszalny.

– Co wy tak biegacie, do jasnej cholery?! I tak nie będziecie Malinowskim!

Bronek jest inny. Nie reaguje, śmieje się wraz z Mamińskim i biegnie dalej, aż do 1981 roku.

JAN PIEKUTOWSKI

*cytaty pochodzą z telewizyjnego komentarza do biegu w Moskwie

MISTRZ, KTÓRY ZGINĄŁ NA MOŚCIE

Bronisław Malinowski (urodzony 1951 roku, zmarł 1981) – polski sportowiec, medalista olimpijski na dystansie 3000 metrów z przeszkodami. Olimpijskie złoto przywiózł z Moskwy (1980), srebro zaś z Montrealu (1976). Jego wynik z imprezy w Kanadzie – 8 minut 9 sekund 11 setnych – do dzisiaj pozostaje rekordem kraju. Poza sukcesami na igrzyskach olimpijskich, Malinowski dwukrotnie wygrał Mistrzostwa Europy (1974 i 1978). Ceniony za swój profesjonalizm, indywidualizm, doskonałe przygotowanie taktyczne do biegów oraz niezłomność. Jako jeden z nielicznych Europejczyków potrafił zagrozić dominacji reprezentacjom Afryki w dyscyplinach biegowych. Jego kariera została przerwana nagle, rok po sukcesie w Moskwie. Dokładnie 40 lat temu zginął w wypadku samochodowym w Grudziądzu, gdy samochód ciężarowy nieprzepisowo włączył się do ruchu i zmiażdżył prowadzone przez lekkoatletę Audi 80. Niedługo później feralny most na którym doszło do kolizji otrzymał imię Bronisława Malinowskiego.

Artykuł pochodzi z magazynu ORŁY Tokio 2020.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
kynes
kynes
23 dni temu

Genialny biegacz. Pamiętam do dzisiaj te emocje, kiedy jako 6-latek oglądałem z rodzicami w TV Jego bieg na olimpiadzie w Moskwie.

smyk
smyk
23 dni temu

Super się czytało, dzięki

Karol Rolka
Karol Rolka
23 dni temu

No tak. Filmik z finału 3000 mzp. z igrzysk w Moskwie mogę oglądać w nieskończoność. Im więcej razy oglądam, tym większe robi wrażenie. A miałem szczęście widzieć też wtedy ten bieg na żywo, w starym czarno-białym telewizorze. I chociaż skok Kozakiewicza i jego słynny gest stały się dla nas symbolem tych igrzysk i w ogóle jednym z symboli tych czasów, to bieg Malinowskiego jest czymś innym. To jak romantyzm i pozytwizm. Jak spektakularny przebłysk geniuszu vs długa, żmudna praca uwieńczona w pełni zasłużonym sukcesem, gdzie nie było żadnego przypadku, żadnego łutu sczęścia i uśmiechu losu. Wysiłek, spokój i cierpliwość. Ogląda… Czytaj więcej »

renegat
renegat
22 dni temu

ulanskie wojska doskonale spisywaly sie na wielkich przestrzeniach sowieckich (rosyjskich) i do tego byly przygotowywane. dowodem na to jest skuteczne wykorzystanie tego typu wojsk podczas kampanii wschodniej Rzeszy, kiedy niemieckie czolgi stawaly sie latwym lupem do unieruchomienia, wlasnie dla tych przestarzalych formacji “ulanow”. dlatego pragne tylko zauwazyc, ze to niepoprawne stwierdzenie, ze fantazja Bronislawa Malinowskiego nie była “ulanskim rzuceniem się na czołgi z szablami, ale efektem kalkulacji”. ulanska fantazja rowniez byla efektem kalkulacji wbrew temu co probuje sie narzucic jako prawda objawiona dla narodu polskiego.

Aktualności

Kalendarz imprez