Święty Graal, czyli Klasyczny Wielki Szlem

Święty Graal, czyli Klasyczny Wielki Szlem

W przypadku sportowców, startujących na igrzyskach olimpijskich sprawa jest prosta. Największym marzeniem, celem i najcenniejszą nagrodą jest złoty medal olimpijski. Skala trudności jest ekstremalna, bo odbywają się dziesiątki turniejów, w wielu dyscyplinach w każdym sezonie są mistrzostwa świata i Europy, a igrzyska są przecież zaledwie raz na cztery lata. W praktyce może to oznaczać, że ktoś jest na absolutnym szczycie przez trzy lata, a po olimpijskie złoto nigdy nie sięgnie. W tenisie sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Bo choć tenisiści na igrzyskach olimpijskich występują, to najcenniejszym trofeum jest dla nich co innego: Klasyczny Wielki Szlem. Problem w tym, że całkiem zasadne pytanie brzmi: czy tego króliczka w ogóle da się dzisiaj złapać?

Na początek, tytułem uporządkowania, garść faktów. Igrzyska, jak wiadomo, odbywają się raz na cztery lata. W ich trakcie rozgrywa się turniej kobiet, mężczyzn, turnieje debla oraz miksta (kobieta i mężczyzna). W turniejach gry podwójnej obowiązuje zasada, że ekipę tworzą gracze z jednego kraju. W roku olimpijskim, podobnie jak w każdym innym, rozgrywa się także cztery klasyczne turnieje wielkoszlemowe: w styczniu Australian Open, w maju Roland Garros, na przełomie czerwca i lipca Wimbledon, a na przełomie sierpnia i września – US Open. Zwycięzca każdego z nich automatycznie zdobywa miejsce w historii tenisa. Oczywiście – podobnie, jak mistrz olimpijski, choć w tym przypadku często bardzo wyraźnie widać, że w tenisie akurat igrzyska aż tak ważne nie są. Niemal na każdym olimpijskim turnieju trafiają się mniejsze czy większe niespodzianki, jak choćby złoto w Rio de Janeiro dla Moniki Puig, która ani wcześniej, ani później nic poważnego nie wygrała. Bo w świecie tenisa to jednak Wielkie Szlemy mają zdecydowanie większy ciężar gatunkowy. A wspomnianym tenisowym Świętym Graalem jest Klasyczny Wielki Szlem. Żeby go zdobyć trzeba w jednym roku kalendarzowym wygrać wszystkie turnieje wielkoszlemowe. Brzmi jak coś niemal nieosiągalnego? Jak najbardziej! Właśnie dlatego w całej historii tenisa takim osiągnięciem może się pochwalić raptem pięć osób.

Wielka Piątka

John Donald Budge, znany jako Don Budge, był synem szkockiego emigranta do USA, nawiasem mówiąc byłego piłkarza. Sam grał w koszykówkę i baseball, ale ostatecznie postawił na tenis. Tuż przed wybuchem II wojny światowej był absolutnie najlepszym graczem na świecie. Dość powiedzieć, ze od lata 1937 do jesieni 1938 wygrał sześć kolejnych turniejów wielkoszlemowych, zostając pierwszym w historii zdobywcą Klasycznego Wielkiego Szlema. Warto dodać, że w międzyczasie zanotował także niebywałą serię 92 kolejnych zwycięstw! Inna sprawa, że tenis był wówczas absurdalnie podzielony na amatorów i zawodowców, a w turniejach wielkoszlemowych mogli rywalizować jedynie… ci pierwsi.

Kolejny Klasyczny Wielki Szlem także pojechał do USA. Zdobyło go cudowne dziecko amerykańskiego tenisa, Maureen Connolly, w dodatku w wieku zaledwie 19 lat! O tym, że ma niewyobrażalny talent, było wiadomo już wcześniej, kiedy jako 17-latka triumfowała w US Open w 1951 roku. Co ciekawe, trenować zaczęła ledwie trzy lata wcześniej i to tylko dlatego, że tenis był tańszy od jazdy konnej, na której zajęcia nie było stać jej matki. W sumie wygrała dziewięć turniejów wielkoszlemowych, ostatni był Wimbledon 1954. Triumfów byłoby dużo więcej, niestety Connolly wróciła do ukochanej jazdy konnej i niedługo po zwycięstwie w Londynie miała poważny wypadek. Długo walczyła o powrót do zdrowia, jednak o powrocie na kort nie mogło być już mowy. Jej dramat dopełnił się kilkanaście lat później, kiedy w wieku zaledwie 34 lat zmarła na raka.

Roda Lavera (na głównym zdjęciu z Rafaelem Nadalem) młodsi kibice mogą kojarzyć z Rod Laver Arena, najważniejszym obiektem Australian Open. I słusznie. Co zdarza się bardzo rzadko, pan Laver został uhonorowany w ten sposób za życia. Dziś ma 81 lat, a jego rekordy już pół wieku. Co więcej, praktycznie pewne jest to, że jednego z nich nikt nigdy nie pobije. Bo Australijczyk jest jedynym człowiekiem w historii, który ma na koncie… dwa Klasyczne Wielkie Szlemy! Pierwszego zdobył w 1962 roku, czyli podobnie jak Budge i Connolly – w czasach podziału tenisa na amatorski i zawodowy. Sześć lat później władze światowego tenisa doszły do słusznego wniosku i dopuściły do rywalizacji w turniejach wielkoszlemowych także zawodowców. Rod Laver po roku został pierwszym i jedynym jak na razie męskim zdobywcą Klasycznego Wielkiego Szlema w erze open. Być może sam czuł, że niczego większego już nie dokona, bo od tego momentu nigdy nawet nie osiągnął wielkoszlemowego finału w singlu.

Choć Klasyczny Wielki Szlem to osiągnięcie niezwykle rzadkie i wyjątkowe, to akurat rok po Laverze zdarzyło się ponownie. I znów – splendor spadł na Australię. A konkretnie, na wracającą z tenisowej emerytury Margaret Smith Court (nawiasem mówiąc, Court to całkiem niezłe nazwisko dla tenisistki). Miała 18 lat, kiedy wygrała Australian Open po raz pierwszy. Co ciekawe, w tym samym roku rywalizowała tam także w turnieju juniorek, gdzie osiągnęła tylko finał. W każdym razie, w rodzimym turnieju wielkoszlemowym wygrała 11 razy w singlu. Do tego dołożyła pięć triumfów w Roland Garros, trzy w Wimbledonie i kolejnych pięć w US Open. W międzyczasie, w 1966 roku ogłosiła koniec kariery, wyszła za mąż i zajęła się rodziną. Na emeryturze jednak długo nie wytrzymała i szybko wróciła na korty. I bardzo słusznie, bo dzięki temu pobiła i wyśrubowała mnóstwo rekordów, a w 1970 roku skompletowała Klasycznego Wielkiego Szlema. Łącznie ma na koncie 24 wygrane turnieje wielkoszlemowe w singlu, plus kolejnych 40 w deblu i mikście! Podobnie, jak Rod Laver, doczekała się stadionu swojego imienia na obiektach Australian Open.

Ostatnią przedstawicielką elitarnego klubu wreszcie jest ktoś z Europy. W dodatku ktoś, kogo część z nas w ogóle ma prawo pamiętać z kortu. To Steffi Graf, złote dziecko niemieckiego tenisa. Zawodową karierę rozpoczęła w wieku 13 (!) lat, a przed osiemnastką miała już na koncie pierwszy tytuł wielkoszlemowy. Ten sezon był genialny, bo przegrała tylko dwa z 76 meczów, ale kolejny był… jeszcze lepszy. Rok po osiągnięciu pełnoletności absolutnie zdominowała światowe korty, osiągając coś, czego nie dokonał nikt wcześniej, ani nikt później. Wygrała kolejno wszystkie turnieje wielkoszlemowe, a kropkę nad „i” postawiła w Seulu, zdobywając złoto olimpijskie (tenis właśnie w 1988 roku, po 64 latach wrócił do programu olimpijskiego). Mało brakowało, a powtórzyłaby Klasycznego Wielkiego Szlema rok później, ale nieoczekiwanie przegrała finał Roland Garros z Arantxą Sanchez Vicario. Karierę zakończyła dekadę później, z 22 tytułami wielkoszlemowymi w singlu. Dziś jest żoną innej legendy tenisa, Andre Agassiego.

Komu Szlema, komu?

Właśnie, Agassi. To jeden z wielu przykładów na to, jak ekstremalnie trudno jest sięgnąć po tenisowego Świętego Graala. Choć Amerykanin ma na koncie złoto olimpijskie (Atlanta 1996), choć wygrał każdy turniej wielkoszlemowy chociaż raz, to do Klasycznego Wielkiego Szlema nigdy nawet się nie zbliżył. W najlepszym sezonie 1999, zaliczył triumfy w Roland Garros i US Open oraz finał Wimbledonu, ale za to w Australian Open, gdzie wygrywał w sumie aż czterokrotnie, tym razem odpadł już w IV rundzie.

Kto więc po Steffi Graf był naprawdę blisko osiągnięcia niemożliwego? Cóż, lista nie jest jakoś szczególnie długa. Bez wątpienia zdecydowania najbliżej była Serena Williams. Amerykanka już w 2003 roku skompletowała tak zwanego „karierowego szlema”, czyli wygrała wszystkie najważniejsze turnieje. Był to także Niekalendarzowy Wielki Szlem, bo wygrała cztery kolejne turnieje wielkoszlemowe, tylko nie w jednym roku (Roland Garros 2002 – Australian Open 2003). Jeszcze bliżej tenisowego Świętego Graala była nieco ponad dekadę później. W 20015 roku zwyciężyła kolejno w Australian Open, Roland Garros i Wimbledonie. Kropkę nad magicznym „i” miała postawić, wygrywając po raz siódmy w karierze i czwarty z rzędu US Open. Do półfinału wszystko szło elegancko, Serena straciła raptem dwa sety. Co więcej, z gry odpadły niemal wszystkie najgroźniejsze rywalki. I wtedy nastąpiła jedna z największych tenisowych sensacji ostatnich lat. W półfinale właśnie Williams kompletnie niespodziewanie uległa Robercie Vinci, z którą w czterech poprzednich spotkaniach, w tym jednym niedługo wcześniej, nigdy nie przegrała nawet seta!

Tak blisko osiągnięcia Klasycznego Wielkiego Szlema w ostatnich dekadach nie był nikt. Nawet Roger Federer, który na przykład w latach 2004-2007 wygrał 11 z 16 turniejów wielkoszlemowych. Szwajcar jednak mógł taśmowo wygrywać w Australii, Wielkiej Brytanii i USA, ale we Francji niepodzielnie rządził Rafa Nadal. W latach 2006 i 2007 Federer notował trzy wygrane Szlemy i finał Rolanda Garrosa. Z kolei w 2009 roku, kiedy jedyny raz triumfował w Paryżu, potknął się w finałach w Melbourne i Nowym Jorku. W latach 2006-2009 na 16 wielkoszlemowych finałów zagrał w 15, z czego 9 wygrał, ale o powtórzeniu osiągnięcia Roda Lavera mógł tylko pomarzyć.

To może wspomniany Nadal? Otóż – nie. Hiszpan wprawdzie ma rekordowe 12 tytułów z Rolanda Garrosa, ale za to w Australii wygrał tylko raz. To właśnie pierwszy Szlem 2010 roku pozbawił go szans na Klasycznego Wielkiego Szlema. W ćwierćfinale w Melbourne musiał uznać wyższość Andy’ego Murraya. W kolejnych 21 meczach na Roland Garros, Wimbledonie i US Open nie przegrał już ani razu.

3 z 4 Wielkich Szlemów w sezonie potrafił także wygrać Novak Djoković. W przeciwieństwie do Sereny Williams, nigdy nie miał jednak szansy na skompletowanie Klasycznego Wielkiego Szlema w Nowym Jorku. W 2011 po triumfie w Australii, odpadł w półfinale we Francji, zanim dołożył wygrane w Anglii i USA. Najbliżej był w 2015 roku, kiedy zaliczył trzy triumfy i finał w Paryżu. Nawiasem mówiąc, wtedy naprawdę mogło się udać, bo w meczu o tytuł wcale nie grał z niemal nietykalnym tam Nadalem (którego pokonał w ćwierćfinale), a ze Stanem Wawrinką. Szwajcar jednak niespodziewanie okazał się lepszy w czterech setach.

Do grona największych wypada zaliczyć także Marię Szarapową, jedyną obok Sereny aktywną tenisistkę, która wygrała wszystkie Wielkie Szlemy (ale nigdy więcej niż jednego w roku).

Z roku na rok coraz trudniej

Czy więc w ogóle można wierzyć w to, że osiągnięcie czegoś takiego jest w dzisiejszym, niezwykle konkurencyjnym tenisie w ogóle możliwe?

Myślę że przez najbliższe lata nie jest to realne, zarówno u mężczyzn, jak i kobiet. Jeżeli nie udało się to Serenie Williams, jeśli nie zrobili tego Roger Federrer, Rafael Nadal i Novak Djokovic, to trochę poczekamy na kandydata, który będzie wstanie to zrobić – mówi krótko Klaudia Jans-Ignacik, była znakomita deblistka, dwukrotna reprezentantka Polski na igrzyskach olimpijskich, a dziś komentatorka tenisa w telewizji.

Równie sceptyczny w tej sprawie jest Adam Romer, redaktor naczelny miesięcznika „TenisKlub”.

U mężczyzn wygranie Klasycznego Wielkiego Szlema jest dziś właściwie niemożliwe. Obawiam się, że już nigdy nikomu nie uda się powtórzyć osiągnięcia Roda Lavera, bo konkurencja jest zabójcza. Nie mówię tu nawet o tak zwanej „wielkiej trójce”, ale też o kolejnym pokoleniu. Jest po prostu za dużo chętnych do podziału tego tortu, stąd prawdopodobieństwo wygrania czterech turniejów wielkoszlemowych w jednym roku spada drastycznie – ocenia i wskazuje kilka przyczyn, dla których także wśród kobiet którejkolwiek zawodniczce będzie piekielnie ciężko nawiązać do osiągnięcia Steffi Graf.

U kobiet to mogłoby się udać, choć nie widzę nikogo, kto mógłby tego dokonać teraz. Inna sprawa, że z każdym rokiem będzie o to coraz trudniej, bo najzwyczajniej w świecie rośnie konkurencja. Jest coraz więcej młodych, silnych i bardzo zdeterminowanych dziewczyn. A przecież, żeby zdobyć Klasycznego Wielkiego Szlema, trzeba wygrać 28 meczów na najwyższym poziomie. Tymczasem zawsze może się trafić słabszy dzień, pech, okres, foch, czy chandra – wylicza. – Teoretycznie może mogłaby tego w pewnej przyszłości dokonać Naomi Osaka. Może też Bianca Andrescu, tyle tylko, że jej ciało już teraz nie wytrzymuje obciążeń. Serena już nie zdoła tego osiągnąć, jest dla niej za późno. Z kolei większość dziewczyn w wieku 25-30 lat nie jest przygotowana mentalnie do zniesienia takiej presji. Ze starszych teoretycznie mogłaby o tym myśleć Petra Kvitova, ale ona ze swoim stylem gry nigdy nie wygra Rolanda Garrosa, rywalki ją po prostu zamęczą na kortach ziemnych…

Osiągnięcie Steffi Graf ma już ponad 30 lat, zaś Roda Lavera skończyło pięćdziesiątkę. W czasach, gdy kolejne rekordy padają jak muchy, a granice ludzkich możliwości są systematycznie przesuwane dalej i dalej, być może musimy się pogodzić z tym, że akurat Klasycznego Wielkiego Szlema już nigdy nikomu nie uda się zdobyć. Może zresztą dobrze?

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez