Światowe rozterki. Kiedy piłkarz zostaje “Sportowcem Roku”?

Światowe rozterki. Kiedy piłkarz zostaje “Sportowcem Roku”?

Czy można na uczciwych zasadach porównać przedstawicieli różnych dyscyplin? Temat wrócił niedawno jak bumerang w związku z werdyktem czytelników “Przeglądu Sportowego”, którzy najlepszym w 2019 roku uznali żużlowego mistrza świata Bartosza Zmarzlika, a nie najbardziej bramkostrzelnego napastnika w Europie – Roberta Lewandowskiego. Wyniki plebiscytu spotkały się z szerokim odzewem, ale nie powinny specjalnie dziwić, bo podobne przypadki w tego typu zabawach zdarzają się na całym świecie. I to na większą skalę niż mogłoby się wydawać…

Cała dyskusja sprowadza się do wyjątkowo subiektywnych kryteriów i w pewnym sensie przypomina debaty o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem. Nie da się przecież zmierzyć sportowych osiągnięć totalnie obiektywną miarą. Weźmy takie mistrzostwo świata. To termin pod wieloma względami niejednoznaczny. Inną rangę ma wygrana w piłkarskim mundialu, a inną zdobycie jednego z kilku tytułów w boksie zawodowym. Mistrzostwo mistrzostwu nierówne, podobnie jak dyscyplina indywidualna dyscyplinie zespołowej.

Podstawowa kwestia sprowadza się do tego, kto właściwie wybiera. W plebiscycie “PS” decydują czytelnicy i fani sportu. Głosować może każdy – i to nawet po kilka razy. Z roku na roku w plebiscycie głosuje coraz mniej osób, co także ma znaczenie, bo przy mniejszej liczbie wskazań w siłę rosną przedstawiciele dyscyplin, które mają dobrze zorganizowanych fanów i traktują plebiscyt także jako okazję do promocji.

Wielu dziennikarzy podkreśla, że takie jest właśnie żużlowe środowisko, które mocno wsparło swojego człowieka. Przewaga Zmarzlika była bezdyskusyjna – dostał ponad 98 tysięcy głosów, Lewandowski niecałe 76 tysięcy. Porównując ten rezultat z wynikami z ostatnich dwóch lat (odkąd parterem telewizyjnym został Polsat) widać, że taki wynik piłkarza dałby mu zwycięstwo w 2018 (Bartosz Kurek dostał 68 tysięcy wskazań) i 2017 roku (85 tysięcy Kamila Stocha).

Tym razem zmobilizowało się środowisko, o którego sile wiele osób skupionych głównie na piłce nożnej nie miało pojęcia. Wystarczy porównać średnią frekwencję na meczach żużlowej ekstraligi i piłkarskiej ekstraklasy w 2018 roku (za ostatni rok nie ma jeszcze kompletu danych). W pierwszym przypadku to prawie 11 tysięcy widzów, w drugim ciut ponad 9 tysięcy.

Choć żużel jest sportem niszowym w skali światowej, to w Polsce ta nisza jest jednak wyjątkowo pojemna. Oczywiście w tych rozważaniach szybko dojdziemy do ściany, bo nie da się sprawiedliwie porównać mistrzowskich dokonań w sporcie uprawianym na poważnie w kilkunastu krajach do poważnych osiągnięć w znanej praktycznie pod każdą szerokością geograficzną piłce nożnej.

Jest jednak także druga strona tego zjawiska, bo przecież Amerykanie za “futbol” uważają coś kompletnie innego. Każdy kraj ma pewne głęboko zakorzenione sportowe tradycje, które często są trudne do zrozumienia dla ludzi z zewnątrz. Pewne zasady są jednak uniwersalne – liczy się przede wszystkim sukces, najlepiej taki w skali globalnej. Jeśli kogoś zdziwiła niedawna porażka Lewandowskiego, to nieco inną perspektywę może zyskać analizując sytuację w innych krajach.

Argentyna nie kocha futbolu?

Otóż kolekcjonujący “Złote Piłki” Leo Messi najlepszym sportowcem kraju został… tylko raz, w 2011 roku. Przypominającą pod pewnymi względami Oscara statuetkę Olimpia de Oro przyznaje się od 1954 roku. Triumfatora nie wybiera się w otwartym losowaniu; decyduje panel złożony ze sportowych dziennikarzy. W teorii to opcja, która powinna minimalizować ryzyko kontrowersyjnego werdyktu, ale nie w Argentynie. Patrząc na długą historię nagrody trudno nie dostrzec ciekawych paradoksów.

O ile Messiego zna pewnie każdy kibic piłkarski, tak Pedro Dellacha to postać w dużej mierze anonimowa. Ten solidny obrońca w latach pięćdziesiątych zaliczył ponad 30 występów w kadrze, ale trudno nazwać go wirtuozem swojego rzemiosła. Występował w trzech klubach i nigdy nie spróbował sił w Europie. Znalazł się jednak we właściwym miejscu o właściwej porze – był kapitanem reprezentacji Argentyny, która sięgnęła w 1957 roku po wygraną w Copa America.

To wystarczyło, by cichy kapitan wygrał statuetkę kosztem choćby Humberto Maschio – króla strzelców tej samej imprezy. Dzięki temu szerzej nieznany obrońca ma dziś tyle samo triumfów w krajowym plebiscycie co obiektywnie dużo bardziej utytułowany Leo Messi. By zdobyć nagrodę w 2011 roku piłkarz Barcelony potrzebował Złotej Piłki, triumfu w Lidze Mistrzów, wygrania La Liga, wygranej w klubowych mistrzostwach świata i dwóch superpucharów.

Ale już na przykład w 2010 roku ten sam Messi przegrał z Lucianą Aymar – hokeistką na trawie. Dlaczego? Wczytując się w historię werdyktów nie sposób odmówić Argentyńczykom pewnej logiki. W pierwszej kolejności premiują sukcesy w narodowych barwach. Wyniki Barcelony interesują ich średnio. Ważniejsze są dokonania kadry. A w 2010 roku Messi na poziomie międzynarodowym nie spełnił nadziei, bo Albicelestes odpadli w ćwierćfinalemundialu.

Aymar z kolei była liderką reprezentacji, która sięgnęła po złoto mistrzostw świata, które na dodatek były rozgrywane przed argentyńską publicznością. Po wszystkim dostała nagrodę dla najlepszej zawodniczki turnieju i kilka innych środowiskowych wyróżnień. W kolejnych latach Messi podziwiał triumfy nie tylko Juana Martina Del Potro, ale też zawodnika polo, judoczki i kierowcy rajdowego.

Ciekawie wygląda również inne porównanie z historią. Diego Maradona “Sportowcem Roku” zostawał w ojczyźnie dwukrotnie. Za każdym razem doceniano głównie sukcesy na arenach międzynarodowych. W 1979 roku triumfował po poprowadzeniu reprezentacji U-20 do złota mistrzostw świata. Został najlepszym piłkarzem tego turnieju, co pomogło mu triumfować także w piłkarskich plebiscytach w ojczyźnie.

W 1986 roku doceniono wygrany mundial, trudno by było inaczej. Ale już w 1990 roku nikogo nie porwały heroiczne wyczyny Diego, który na włoskich boiskach prawie w pojedynkę wprowadził Argentynę do finału mistrzostw świata. Wtedy triumfował bokserski mistrz świata kategorii super koguciej Pedro Ruben Decima. Nie był to raczej dobry wybór, bo pięściarz zdecydowanie nie został legendą. Tytuł mistrz stracił już w lutym 1991 roku i nigdy go nie odzyskał. Messi w 2016 roku za wprowadzenie Albicelestes do finału mundialu również nie został doceniony. Wygląda więc na to, że Argentyńczycy doceniają przede wszystkim zwycięzców i nie poważają zbytnio mniej lub bardziej szlachetnych porażek.

W Europie też bywa dziwnie

Nieco inaczej wygląda na krajowym podwórku wizerunek Cristiano Ronaldo. Liczba “Złotych Globów” na jego koncie jest już dwucyfrowa. Przedstawiciele innych dyscyplin rzadko są w stanie nawiązać walkę, ale w 2013 roku triumfowali Fernando Pimenta i Emanuel Silva – kajakarscy mistrzowie świata. Portugalia żyje jednak futbolem – w 2017 roku w ścisłym gronie kandydatów oprócz Ronaldo znaleźli się także Ricardinho i Madjer, gwiazdy odpowiednio futsalu i piłki plażowej.

Zupełnie inne podejście prezentują Niemcy. Dla nich “Sportowiec Roku” to najczęściej przedstawiciel dyscypliny indywidualnej. Piłkarzom nie pomagały sukcesy na niwie klubowej i reprezentacyjnej. W głosowaniu dziennikarzy sportowych o długiej historii (pierwszą nagrodę przyznano w 1947 roku) nie wygrali nigdy. Nagrodę “Piłkarza Roku” przyznaje się oddzielnie, ale to wszystkiego nie wyjaśnia, bo w ostatnich latach udało się wygrać na przykład koszykarzowi Dirkowi Nowitzkiemu.

Kiedy w 2014 roku kadra Joachima Loewa sięgała w Brazylii po złoto, “Sportowcem Roku” zostawał… Robert Harting. Doświadczony dyskobol właśnie zanotował trzeci triumf z rzędu w głosowaniu ekspertów, a największym jego osiągnięciem w tamtym roku było “tylko” złoto mistrzostw Europy. Żadnego piłkarza nie było nawet w czołowej dziesiątce, ale zespół Loewa wygrał w kategorii “Drużyna Roku”. W ostatnich latach wygrywali też przedstawiciele triathlonu (Patrick Lange) i dziesięcioboju (Niklas Kaul).

Ciekawie wygląda też spojrzenie na Francję. Ostatnim piłkarzem, który wygrał krajową nagrodę, był w 1998 roku Zinedine Zidane. Statuetka jest przyznawana od 1946 roku, a w całej historii z piłkarzy zgarniali ją jeszcze Raymond Kopa, Michel Platini i Alain Giresse. Gdy kadra sięgała po złoto w 2018 roku, nagroda padła łupem rekordzisty świata w dziesięcioboju Kevina Mayera.

W Holandii z kolei głosują sami sportowcy, którzy wybierają z listy ułożonej przez dziennikarzy sportowych. Piłkarze wygrywają bardzo rzadko; w XXI wieku ta sztuka udała się tylko Arjenowi Robbenowi, który zgarnął nagrodę w 2014 roku. To była zresztą pierwsza wygrana futbolisty od 1987 roku i triumfu Ruud Gullita. Wcześniej wygrywali jeszcze tylko Johan Cruyff i Abe Lenstra.

A Hiszpania? W ostatnich latach to właśnie stamtąd wyszła tiki-taka, którą zachwycał się świat. Reprezentacja tego kraju w 2008 roku sięgała po mistrzostwo Europy, a dwa lata później wygrała mundial. Mimo wielu osiągnięć piłkarz wygrał nadzorowany przez krajowy komitet plebiscyt tylko raz – uczynił to w 2009 roku Xavi. W ostatniej dekadzie wygrywał za to między innymi łyżwiarz figurowy Javier Fernandez czy kajakarz Saul Craviotto.

Dyskusyjne werdykty zdarzają się więc pod każdą szerokością geograficzną i przy tak abstrakcyjnych kryteriach będą się zdarzać. Każdy kraj ma własną optykę na sportowe sukcesy, którą często trudno zrozumieć komuś z zewnątrz. Piłka nożna może bić rekordy popularności na całym świecie, ale w poszczególnych krajach docenia się przede wszystkim sukces – i to najlepiej ten w narodowych barwach.

KACPER BARTOSIAK


Aktualności

Kalendarz imprez