Świątek bez awansu, ale wstydzić się nie ma czego

Świątek bez awansu, ale wstydzić się nie ma czego

Wynik – 4:6 2:6 z perspektywy Polki – może tego nie odzwierciedlać, ale mecz Igi Świątek z Wiktorią Azarenką zdecydowanie nie był jednostronnym widowiskiem. Polka postawiła się renomowanej rywalce, która pozostaje jedną z faworytek do zwycięstwa w US Open. Równocześnie jednak… z pewnością mogła popełnić mniej błędów. I możliwe, że wtedy byłaby w stanie powalczyć nawet o zwycięstwo.

Przed meczem

Azarenka jest w najlepszej formie od kilku lat. Dopiero co – choć po walkowerze w finale – wygrała turniej Western & Southern Open, co sprawiło, że wiele mediów natychmiast uznało ją za jedną z najpoważniejszych kandydatek do zwycięstwa i na US Open (rozgrywanego w większości na tych samych kortach). Już w trakcie wielkoszlemowego turnieju ograła w II rundzie Arynę Sabalenkę, aktualnie 11. w rankingu WTA. Do meczu ze Świątek przystępowała jako zdecydowana faworytka. Tak duża, że w naprawdę optymistycznych przewidywaniach i ze sporą dozą ostrożności pisano, że Polka może ugrać seta. O opcjonalnym zwycięstwie się raczej nie mówiło.

Tym bardziej, że poprzedni mecz Igi był festiwalem błędów. Obustronnym, na szczęście, bo dzięki temu Świątek w ogóle do III rundy weszła. Sachia Vickery, która w normalnych warunkach nie powinna jednak urwać Polce więcej niż jakieś trzy gemy na seta, wygrała pierwszą partię (po tie-breaku, w którym Iga prowadziła już 5:0, by potem w katastrofalnym stylu przegrać kolejnych siedem piłek), a w trzeciej prowadziła z przewagą przełamania. Świątek ostatecznie utrzymała nerwy na wodzy, choć w całym spotkaniu popełniła tyle niewymuszonych błędów, że spokojnie obdzieliłaby tym trzy inne mecze. Było oczywiste, że jeśli chce powalczyć z Azarenką, musi zagrać lepiej.

Więc swój poziom faktycznie podniosła.

Gdyby nie ten serwis…

W I secie Świątek zaczęła świetnie. Już na samym starcie – do zera – przełamała Azarenkę, a potem utrzymała swój serwis. Grała agresywnie, atakowała i, co najważniejsze, trafiała. Po pierwszej małej partii zaczęła się seria czterech kolejnych, w których grano na przewagi, co tylko pokazywało, jak wyrównany był to mecz. Żadna z zawodniczek nie była w stanie uzyskać przewagi przy swoim serwisie. Tyle tylko, że Wiktoria swój dwukrotnie w tym czasie utrzymała, a Iga podanie straciła. Potem zrobiła to jeszcze raz i nagle zamiast 2:0, na tablicy wyników widniało 2:4.

Polka się jednak nie poddała i straty odrobiła. Tylko po to jednak, by przegrać dwa następne gemy i całego seta, w którym trzykrotnie dała się przełamać. Gołym okiem dało się dostrzec, że coś jest nie tak z jej serwisem. Pierwsze podanie wchodziło rzadko, drugie raczej nie stanowiło zagrożenia dla tak świetnie returnującej zawodniczki, jaką jest Azarenka (co uderzyło w oczy zwłaszcza przy piłce setowej). W drugiej partii ten problem uwidocznił się jeszcze bardziej – na cztery gemy serwisowe, Polka swojego podania nie wygrała ani razu. Dwukrotnie przełamywała za to rywalkę, co pokazywało jedno – była w stanie załapać się na grę w gemach Białorusinki i gdy przychodziło do wymian, potrafiła z nią walczyć. Często skutecznie.

Nie da się jednak wygrać spotkania z rywalką na tym poziomie, jeśli tak bardzo zawodzi własne podanie. Tym bardziej, że w drugim secie tylko jeden z przegranych własnych gemów Polki rozstrzygał się na przewagi – ostatni. Iga obroniła w nim nawet dwie piłki meczowe, ale przy trzeciej to Białorusinka okazała się lepsza. Serwis nie tylko w meczu niespecjalnie Świątek pomógł – bo to byłoby pewnie jeszcze do przeżycia – ale wręcz forma, jaką przy nim prezentowała, zaszkodziła całemu spotkaniu.

A jeśli tak to wygląda, łatwo przewidzieć, że sukcesu nie będzie.

Materiał do nauki

Cały ten turniej stanowi dla Świątek dobry materiał do analizy. Trzeba zastanowić się nad tym, co stało się w meczu z Vickery, ale przede wszystkim – obejrzeć spotkanie z Azarenką. Iga na pewno znajdzie w nim pozytywy (świetna gra backhandem po linii, bardzo dobre nastawienie i skuteczna gra w I secie, dobra jakość returnu), natomiast ważniejsze będzie to, by dostrzec rzeczy, które kompletnie nie wychodziły. I to pomijając serwis, bo jego jakość często zależy po prostu od dyspozycji dnia. Choć praca nad nim też pewnie nie zaszkodzi.

Polka miała jednak trochę innych problemów, głównie związanych z podejmowaniem decyzji na korcie. Co najmniej kilka punktów w ważnych gemach – w tym w ostatnim pierwszego seta – straciła przez kompletnie nieudane i nieprzemyślane skróty. Grała je z końca kortu z nieprzygotowanych pozycji, w chwilach całkowicie się do tego nienadających. Zwykle kończyło się to tak, że Azarenka dobiegała do piłki i bez problemu zamykała punkt dobrym uderzeniem. Jeśli skrót w ogóle przeszedł na jej stronę. Równie często lądował bowiem w siatce. A mówimy przecież o zagraniu, które normalnie stanowi jedną z najgroźniejszych broni w repertuarze Polki. Dziś jednak jej lufa skierowana była w stronę tej zawodniczki, która próbowała jej użyć.

Podobnie źle wyglądała sytuacja z drive volleyami, czyli uderzeniami forehandem bezpośrednio z powietrza. Te kompletnie Świątek nie wychodziły. Zresztą Iga w ogóle miała problem z decyzyjnością przy wysokich piłkach, jakby nie umiała się do nich odpowiednio zabrać. Kilka wywaliła gdzieś w aut, ze dwie w siatkę, do kilku podeszła całkowicie źle, myląc kroki, po czym uderzała wprost w Azarenkę i dała się Białorusince skontrować. Śmiało doliczylibyśmy się kilku, o ile nie kilkunastu punktów więcej na koncie Polki, gdyby potrafiła wykorzystać te znakomite przecież okazje. I możliwe, że wynik końcowy wyglądałby wówczas całkowicie inaczej.

Powtórzmy jednak: mimo wszystko to było naprawdę niezłe spotkanie w wykonaniu Igi. W I secie Azarenka faktycznie mogła się niepokoić o to, jakim wynikiem skończy się cała partia. Na dystansie całego spotkania Świątek przełamywała ją czterokrotnie, nie odpuszczała w wymianach, potrafiła zdominować Białorusinkę w konkretnych punktach swoim ofensywnym stylem gry i znakomitym wykorzystaniem geometrii kortu. Wiktoria do turnieju jest jednak fantastycznie przygotowana. Kondycyjnie znajduje się w takiej formie, w jakiej nie widzieliśmy jej nawet na kilka lat przed przerwą związaną z ciążą i narodzinami dziecka. Do tego fantastycznie returnowała i rzadko oddawała Idze punkty za darmo, o większość Polka musiała się postarać.

Trzeba więc przyznać, że Świątek przegrała po walce i niezłym meczu, a do tego z zawodniczką, która faktycznie – jeśli tylko będzie nadal grać na takim poziomie – może w Nowym Jorku powalczyć nawet o tytuł. A taka porażka nigdy nie przynosi wstydu.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez