Świat skazany na walkę z Polkami

Świat skazany na walkę z Polkami

Lekkoatletyczna karuzela nabiera tempa. Po inauguracji Diamentowej Ligi w Dausze czas na kolejny mityng cyklu, też w Azji, ale na jej drugim krańcu – w Szanghaju. Po drodze mieliśmy zaś – po raz pierwszy poza Bahamami, a była to czwarta edycja tych zawodów – IAAF World Relays, co można z powodzeniem nazywać Światowym Festiwalem Sztafet.

 

Zwycięstwo Polek w biegu rozstawnym 4×400 m odbiło się głośnym echem i słusznie, bo to pierwszy raz w historii, by reprezentantki (-ci) Polski stanęli w IAAF World Relays na najwyższym stopniu podium. W przeszłości mieliśmy cztery srebrne (4×400 kobiet – 2017 r. oraz 4×800 m kobiet – 2015 r. i mężczyzn 2014 i 2015 r.) i dwa brązowe medale (4×800 m mężczyzn – 2017 r. i kobieca sztafeta 1200-400-800-1600 m w 2015 r.).

Teraz, kiedy emocje nieco opadły można z pewnym dystansem przyjrzeć się temu sukcesowi. Najpierw o tym, co cieszy.

Najkrócej rzecz ujmując cieszy stały postęp w trakcie obecnej olimpiady. Od poprzednich igrzysk (8. miejsce w Rio de Janeiro) oraz imprezy bezpośrednio je poprzedzającej (4. lokata na mistrzostwach Europy w Amsterdamie także w 2016 r.) Polki nie schodzą z podium imprezy mistrzowskiej na otwartym stadionie: w 2017 r. 2. miejsce na IAAF World Relays oraz brąz na mistrzostwach świata w Londynie, a w ubiegłym roku złoto na mistrzostwach Europy w Berlinie i teraz wreszcie pierwszy raz, by w krótkiej skądinąd historii Światowego Festiwalu Sztafet biegu rozstawnego kobiet 4×400 m nie wygrał zespół USA.

Świadomie pomijam czwarte miejsce w Polek w ubiegłorocznym, lekkoatletycznym Pucharze Świata, bo po pierwsze nie pasuje do koncepcji; po drugie – nie była to impreza IAAF, czyli światowej federacji.

Co z tych osiągnięć wynika? Ano to, że dobrze byłoby godnie tę olimpiadę zamknąć i powalczyć w Tokio o pierwszy w historii olimpijski medal dla Polski w kobiecej sztafecie 4×400 m. To będzie plan maksimum. Plan minimum to sama obecność w finale – poza Rio de Janeiro reprezentantki Polski biegały też w finałach olimpijskich w Atenach 2004 (5. miejsce) i w Moskwie 1980 (6. lokata). Trzeba przy tym podkreślić, że od 2004 roku polska kobieca sztafeta 4×400 m jest na każdych kolejnych igrzyskach.

Czy coś mogłoby tę pięknie rysującą się perspektywę w jakikolwiek sposób popsuć; rzucić na nią jakikolwiek cień? Za wcześnie, by przesądzać, ale z pewnością czas, z którym Polki w Jokohamie wygrały jest daleki od marzeń o olimpijskich medalach. 3 minuty, 27 sekund i 49 setnych to wynik, który w polskich zestawieniach statystycznych sytuuje się pod koniec trzeciej dziesiątki! To równo o trzy sekundy wolniej od rekordu kraju z mistrzostw świata w Helsinkach 2005.

Ktoś powie, że to przecież początek sezonu i trudno oczekiwać, że tak wcześnie będą padać rekordowe wyniki. To fakt, niezaprzeczalny. Ale nie można też nie zauważyć, że poprzednie Festiwale Sztafet również odbywały się na początku maja i za każdym razem Amerykanki wygrywały 4×400 m z wynikami lepszymi od rekordu Polski. Na poprzednich zawodach tej rangi różnica wyniosła tylko o 0.13 sek., ale to też było szybciej niż w stolicy Finlandii niespełna 14 lat temu.

Gdy spojrzymy na czasy poszczególnych zawodniczek, widać wyraźnie, że biegnąca na trzeciej zmianie w ekipie USA Jessica Beard zwyczajnie zawaliła to, co wypracowały koleżanki. Nie deprecjonując w najmniejszym stopniu osiągnięcia Anny Kiełbasińskiej (na zdjęciu), która wyprowadziła nasz zespół na prowadzenie, nie można nie zauważyć, że Polka pobiegła swoją zmianę w 52.1 sek., podczas gdy 30-letnia Amerykanka (najstarsza w zespole) o ponad sekundę wolniej (53.3).

28-letnia Kiełbasińska jest zawodniczką bardzo wszechstronną i doświadczoną. W zeszłym roku wróciła do oficjalnych startów na 400 m po kilku latach przerwy i wynikiem 52.14 znacząco poprawiła rekord życiowy. Niewykluczone, że okaże się ważnym wzmocnieniem zespołu, ale dobrze byłoby przynajmniej ze startu lotnego biegać okrążenie poniżej 52 sek. W ubiegłym sezonie mieliśmy sześć zawodniczek z wynikami poniżej 52.50  (a nawet poniżej 52.20 sek.), w 2017 było ich siedem (ale tylko cztery poniżej 52.20), a w 2016 – cztery (trzy).

To taka łyżeczka dziegciu w niemałych już rozmiarów baryłeczce miodu. Pozwala natomiast lekko zmodyfikować nakreślony powyżej cel na najbliższą przyszłość. Nie rezygnując z marzeń; co tam marzeń! ze starań o olimpijski medal apelujemy do trenera Aleksandra Matusińskiego i jego zawodniczek o to, by najpierw rozprawili się z rekordem kraju, a potem, po ustabilizowaniu formy na tym nowym, rekordowym poziomie w Tokio pokusić się o jeszcze lepszy wynik. Oby ostatnie sukcesy polskich biegaczek na 400 m stały się też impulsem i zachętą do jeszcze bardziej wytężonej pracy dla ich młodszych koleżanek po fachu.

Bez względu na wszystko zawody w Jokohamie pokazały, że każdy, kto marzy o olimpijskim medalu w biegu rozstawnym 4×400 m kobiet musi o to walczyć m.in. z Polkami.

 

 

FOT. 400MM.PL


Aktualności

Kalendarz imprez