Świat “Brody”. James Harden zmierza po pierwszy tytuł?

Świat “Brody”. James Harden zmierza po pierwszy tytuł?

Dopiero co trafił do Brooklyn Nets, ale zdążył już potwierdzić dwie rzeczy. Po pierwsze, cały czas jest jednym z najlepszych koszykarzy na świecie. Po drugie, każdy zespół, który ma go w swoich szeregach, może liczyć się w walce o najwyższe cele. W normalnym świecie zawodnik, który w okresie “wakacyjnym” nie trzymałby diety i balował  – nie byłby w stanie nagle wejść na tak wysoki poziom sportowy. To jednak świat Jamesa Hardena, gościa, który wykracza poza współczesne normy.

Czasy, w których w szatniach nikt nie zwracał uwagi na szeroko pojęty “profesjonalizm” już dawno minęły. Obecnie każdemu zawodnikowi patrzy się na ręce – co je, gdzie przebywa, z kim się zadaje, jak trenuje. Od wszystkich wymaga się postawy Roberta Lewandowskiego czy Cristiano Ronaldo – perfekcjonistów, tytanów pracy.

Można jednak też być Jamesem Hardenem. Człowiekiem, tak szalenie utalentowanym, tak cholernie dobrym w swoim zawodzie, że sposób spędzania wolnego czasu przestaje mieć znaczenie. Wieczorem rozegra mecz, zdobędzie 40 punktów, a potem – zamiast odpocząć – pójdzie do klubu nocnego. I nikt będzie miał mu tego za złe, bo następnego dnia znowu udowodni, że w koszykówkę grać potrafi.

Co to za sylwetka?

Od 14 stycznia James Harden jest zawodnikiem Brooklyn Nets. Trafił tam z Houston Rockets, klubu, w którym spędził dziewięć lat, klubu, który wiele mu zawdzięcza, ale i tak miał go serdecznie dość.

Stosunki pomiędzy obiema stronami pogorszyły się jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. Zaczęło się od tego, że koszykarz spóźniał się na okres przygotowawczy. Miał pojawić się na nim w niedzielę – 6 grudnia – ale tego nie zrobił. W międzyczasie widziano go w Las Vegas, gdzie – oczywiście bez maseczki i zachowania zasad dystansu społecznego – bawił się w najlepsze w klubie ze striptizem.

Zawodnik co prawda bronił się, że wziął udział w… imprezie okolicznościowej zorganizowanej z okazji zawodowego awansu jego przyjaciółki. Skąd wzięły się na niej tancerki oraz latające w powietrzu banknoty? Tego nie wytłumaczył.

Można przypuszczać, że się po prostu buntował. Nie był zadowolony z tego, że władze klubu jako nowego trenera zespołu wybrały Stephena Silasa, bo on wolał Tyronna Lue. Nie podobał mu się kierunek, w jakim zmierzało Rockets. Nie wierzył, że z tą drużyną wciąż może walczyć o tytuł. Transferu – nieoficjalnie – zażądał już w listopadzie.

Ale ostatecznie do zespołu dołączył. Nie dało się jednak nie zauważyć, że coś jest nie tak. Harden miał – zwyczajnie – nadwagę. I to naprawdę sporą.

Wydawało się oczywiste, że władze Rockets nie mają się co upierać. Im szybciej znajdą ciekawą ofertę za Hardena i wytransferują go do innej drużyny, tym lepiej.

Sezon koszykarz rozpoczął jednak jeszcze w czerwonych barwach. I mimo całej tej gadki, że imprezował, jest ulany, bez formy, bez kondycji – zdobył 44 punktów i 17 asyst przeciwko Portand Trail Blazers.

To naprawdę nie ma sensu.

Najlepsza motywacja

Żeby oddać Hardenowi sprawiedliwość – rozpoczynanie sezonu z nadwagą nie jest w NBA niczym nowym. Dwa lata temu spora krytyka spotkała Nikolę Jokicia, który również – w okresie wakacyjnym – przybrał kilkanaście kilogramów za dużo. W kolejnych miesiącach jednak zrzucił, co miał zrzucić i zaczął grać na oczekiwanym poziomie.

Tempo rozgrywania meczów w najlepszej lidze świata pozwala na takie grzechy. Oczywiście – zawodnicy powinni docelowo budować masę mięśniową i potem, na przestrzeni miesięcy, stawać się coraz smuklejsi. Ale na lekkie zapuszczenie również można sobie pozwolić, choć oczywiście kibice oraz media nie obchodzą się z “leniwymi” graczami zbyt łagodnie.

Sam Harden z restrykcyjną dietą nigdy się nie lubił. Już w czasach licealnych w masowych ilościach pochłaniał fast foody. I to nawet nie z własnej inicjatywy, tylko za sprawą… swojego trenera. Scott Pera, który zajmował się rozwojem nastoletniego koszykarza, zwrócił uwagę na to, że ten unika fizycznego kontaktu. Potrafi rzucać za trzy, z półdystansu, ale za rzadko atakuje kosz i wymusza przewinienia. Z tego powodu wszedł z Hardenem w układ – po każdym meczu, w którym odda przynajmniej sześć rzutów osobistych, będzie kupował mu… hamburgera.

Oczywiście była też druga strona medalu – w przypadku, w którym młodzieniec nie spełniłby powyższego założenia, wisiałby swojemu trenerowi sprinty. A że tych, jak każdy młody sportowiec, miał już po dziurki w nosie, częściej zajadał się hamburgerami. – To zabawne, bo z każdym dzieciakiem można spróbować różnych metod treningu. James przyszedł do mnie jako świetny strzelec – jeśli chodzi o rzuty z miejsca. Jak młody zawodnik jest w czymś dobry, to chce robić to cały czas. A ja próbowałem przekonać go, że jeśli chce być świetnym koszykarzem, musi dodać do warsztatu inne rzeczy, w tym nauczyć się, jak przyjmować kontakt fizyczny.

Ciekawa metoda motywacji oczywiście zadziałała. W czasach liceum Harden wyrósł na jednego z najlepszych młodych graczy w całym kraju. Kolejnym przystankiem na jego mapie okazała się uczelnia Arizona State. Z niej – po dwóch latach – trafił do NBA. Z trzecim numerem w drafcie w 2009 roku wybrała go Oklahoma City Thunder.

Jego początki w najlepszej lidze świata nie wskazywały jednak w pełni na to, że wyrośnie z niego gwiazda NBA. Przez pierwsze dwa sezony był rezerwowym. W trzecim – również, ale już najlepszym w lidze. A w momencie, kiedy nadchodził moment przedłużenia kontraktu, Thunder uznali, że ich na Hardena nie stać. Wyłożyli już sporo pieniędzy na Serge’a Ibakę, innego utalentowanego gracza, a “Brodę”, świeżo upieczonego mistrza olimpijskiego z Londynu, wysłali do Rockets.

Era brody

Nowe środowisko otworzyło Hardena. Szybko okazało się, że rzeczy, które potrafił robić sporadycznie, był w stanie wykonywać również regularnie. Już w Thunder uchodził za zawodnika, który świetnie podaje, ale w barwach Rockets średnie jego asyst wzrosły z 3,7 do 5,8. To samo stało się z punktami (16,8 do 25,9) czy rzutami wolnymi (z 6,0 do 10,0, najwięcej w NBA). W klubie mu zaufano, przekazano piłkę do rąk i powiedziano: prowadź. A on to zrobił. Błyskawicznie stał się jednym z najlepszych graczy w całej lidze.

Rósł Harden, rośli również Rockets. Kiedy w 2018 roku on otrzymywał nagrodę dla MVP, oni z bilansem 65-17 zanotowali najlepszy sezon regularny w historii klubu. W czasach dominacji Golden State Warriors to właśnie “Broda” i spółka uchodzili za ekipę, która może ich zdetronizować. Ale choć byli bliscy znalezienia się na szczycie – nigdy na niego nie dotarli. Nigdy nie zdołali awansować nawet do finałów NBA.

A potem, jak szeregi zespołu jesienią 2020 roku opuścił trener Mike D’Antoni, stało się jasne, że pewien rozdział się zamknął. Harden nie chciał być już częścią kolejnego.

Choć zawodnikiem Nets został parę dni temu, dopiero wczoraj oficjalnie pożegnał się z fanami Rockets. Zrobił to za pośrednictwem Twittera. – Co mogę napisać? Żadne słowa nie oddadzą tego, jak się czuję. Houston, zaakceptowaliście, mimo braku gwarancji. Uwierzyliście we mnie, co zmieniło moje życie i życie mojej rodziny na zawsze – czytamy.

Inna sprawa, że jeszcze jako gracz Rockets, po meczu z Los Angeles Lakers, Harden mocno naraził się fanom. Sfrustrowany po porażce, podczas rozmowy z dziennikarzami, wypalił do mikrofonu, że kocha to miasto (Houston przyp-red.), ale obecnej sytuacji według niego nie da się naprawić. Całość skwitował bezceremonialnym “thanks”.

Podczas konferencji powitalnej w Brooklynie dziennikarze rzucali w jego kierunku wszelkie trudne tematy. Pytano, go, czy jego komentarze po meczu z Lakers były lekceważące. Całkiem przekonująco odpowiedział, że nikogo nie chciał zlekceważyć, i żałuje złej energii, którą się wytworzyła. Innego dziennikarza zaciekawiło natomiast, jak określiłby swoją kondycję fizyczną na tym etapie sezonu. “Świetnie!” – skwitował z szerokim uśmiechem na ustach.

Zdążył przyzwyczaić się do tego, że jego postawa poza boiskiem bywa kwestionowana. O jego zamiłowaniu do klubów ze striptizem wie każdy. Swego czasu szerokim echem obiła się “analiza” na portalu Reddit, gdzie jeden z użytkowników sprawdził, jak dobrze wypada Harden w zależności od tego, w jakim mieście gra i jak ocenione – na Google Reviews – są kluby tam się znajdujące. Okazało się, że im lepsza nocna rozrywka, tym gorsza gra koszykarza. To oczywiście tylko ciekawostka, ale może leży w niej odrobina prawdy?

Nie zmienia to jednak faktu, że na parkiecie czy na treningach Harden zamienia się w maszynę. Nie ma drugiego koszykarza, któremu zdobywanie punktów przychodzi równie łatwo. Zresztą w Brooklyn Nets rozegrał dotychczas tylko dwa spotkania, ale już zdążył przypomnieć, jak dobrym podającym jest – łącznie uzbierał już 26 asyst. A jego nowy zespół wygrał oba mecze: z dołującym Orlando Magic, ale także najlepszą drużyną ubiegłego sezonu regularnego – Milwaukee Bucks.

Mimo tego, że ekipie z Brooklynu z powodu kontuzji wypadł czołowy rezerwowy ligi – Spencer Dinwiddie, a Kyrie Irving wciąż nie miał okazji zagrać z Hardenem, nikt nie ma wątpliwości – narodziła się nowa potęga. Podkreślają to wszyscy najważniejsi eksperci w Stanach Zjednoczonych.

Stephen A. Smith, krzykliwy dziennikarz ESPN, zdążył już zapewnić, że Nets zagrają w tegorocznych finałach. Zgadza się z tym były koszykarz i też pracownik tej samej stacji – Jalen Rose – który stawia sprawę jasno: Nets nie są fair. I choć uwielbia Bucks, uważa, że to właśnie Harden, Durant i spółka zostaną mistrzami konferencji wschodniej.

Prawdopodobnie gdyby nie to, że Los Angeles Lakers wyglądają w tym sezonie równie mocno, co w poprzednim, narracja byłaby jeszcze inna – Nets wygrają mistrzostwo.

Na takie spekulacje może być jednak za wcześniej, ale trzeba przyznać, że Harden faktycznie dostał to, co chciał. Trafił do zespołu, w którym będzie walczył o najwyższe cele i w którym będzie mógł skupić się wyłącznie na koszykówce, ale, cóż, tego akurat nie zrobi.

W świecie sportu jest niewiele bardziej fascynujących postaci. Inni skrupulatnie liczą kalorie, on zaczyna sezon z nadwagą. Inni pilnują, żeby nie zakłócić sobie rytmu snu, on imprezuje. Ale kiedy wreszcie przychodzi czas, żeby wziąć piłkę do ręki, robi to, co oczekują od niego kibice i jego pracodawca. Pokazuje, że jest wart każdego dolara z kilkudziesięciu milionów, które otrzymuje co roku.

To świat Jamesa Hardena.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Dave
Dave
4 miesięcy temu

Tekst napisany w oderwaniu od rzeczywistości, w której to Nets są drużyną z jedną z najgorszych defensyw w lidze. Nie będzie mistrzem ten, kto nie potrafi bronić przewagi punktowej.

to jasne
to jasne
4 miesięcy temu
Odpowiedz  Dave

poza tym nalezy pamietac ze papierowy Durant wkrotce wylozy sie do konca sezonu na jakims pierdnieciu.

Aktualności

Kalendarz imprez