Sukcesy, kontuzja i walka o igrzyska. Joanna Jóźwik chce pojechać do Tokio

Sukcesy, kontuzja i walka o igrzyska. Joanna Jóźwik chce pojechać do Tokio

Kilka lat temu wspięła się na najwyższy światowy poziom i była naszą wielką nadzieją na medale. Na stadionie zdobyła jednak tylko jeden – brąz mistrzostw Europy. W ubiegł roku miała zgarnąć kolejny. Ale straciła cały sezon na walkę z kontuzją. W tym wróciła i… nie wypełniła minimum na MŚ. Jak wyglądała droga Joanny Jóźwik na szczyty polskich biegów? Czego wymagała walka z kontuzją? I czy jeszcze może pokusić się o wybieganie nam wielkiej radości? 

Joanna Jóźwik nie przechodziła typowej ścieżki sportowej kariery. Dlaczego? Bo do lekkiej atletyki trafiła dopiero w wieku 15 lat, gdy na zawodach, w leżącej obok jej rodzinnego Kępia Zaleszańskiego (choć urodziła się w Wałbrzychu) Stalowej Woli, wypatrzył ją trener Stanisław Anioł. Wielokrotnie wspominała, że to tam nauczyła się, „jak być zawodnikiem”. Ale wcale nie zaczęła od razu od startów na 800 metrów. Najpierw śmigała na o połowę krótszym dystansie. Zresztą, jak sama wielokrotnie wspominała, bardzo lubiła 400 metrów. Problem sprawiało jej tylko odpowiednie wyjście z bloków.

Do 800 metrów trafiła, bo kiedyś na treningu przebiegła 600 i „w ogóle się nie zmęczyła”. Trener stwierdził więc, że warto spróbować z nieco dłuższym dystansem. I to był strzał w dziesiątkę. Przez dość długi czas w wywiadach mogła jednak opowiadać głównie o tym, jak to wychowywała się na wsi, wyprowadzała kury czy pomagała w gospodarstwie. Bo sukcesów brakowało. Raz była blisko – gdy w fińskim Tampere wystartowała na młodzieżowych mistrzostwach Europy.

– Miałam ogromne szanse, aby zdobyć medal. Przewróciłam się w połowie dystansu i ukończyłam bieg na ostatnim, ósmym miejscu. Płakałam jak bóbr, ale tak sobie myślę, że paradoksalnie właśnie ten moment był dla mnie przełomowy. Nie było klepania po ramieniu. Sama musiałam poukładać sobie w głowie sportowe cele na przyszłość i wyszło mi to całkiem nieźle – mówiła portalowi echodnia.eu. Przy innych okazjach powtarzała, że takiej postawy uczył ją ojciec, który mówił, że jeśli ma się cel, trzeba mu podporządkować wszystko.

– W 2012 roku czułam, że moja kariera stoi w miejscu, przestałam się rozwijać, a moje marzenia zaczęły się oddalać. Żeby je spełnić, przeprowadziłam się do wielkiego miasta [Warszawy – przyp. red.]. Musiałam zostawić to co znałam i kochałam, ale wiedziałam, że to konieczne. Początki były trudne, czułam się nieswojo. Wiedziałam, że to dla mnie wielka szansa, ale czułam, jakbym straciła wszystko. Aż przyszedł moment, gdy sama nie wiedziałam, co powinnam dalej robić. Wtedy przypomniałam sobie słowa taty, wypowiedziane na farmie. To było to. Bez ciężkiej pracy nie osiąga się sukcesów. Od tej pory nie było “zmiłuj się” na treningach. A po treningach pracowałam z psychologiem, wizualizowałam swój sukces, dbałam o odżywianie i regenerację. To była moja misja – opowiadała w wideo nagranym w ramach kampanii „Podążaj za marzeniami”.

Joanna więc za nimi podążała, ale… w 2014 roku była bliska zakończenia kariery. Niemal nie miała pieniędzy, momentami brakowało jej kasy nawet na jedzenie. A sukcesów nie było. Wszyscy wiedzieli, że ma potencjał, przecież już jako nastolatka biegała z bardzo dobrymi czasami. Po przejściu do seniorów też stale się poprawiała. Ale brakowało konkretów, to wciąż nie był ten poziom. W 2014 roku nie wypełniła minimum na mistrzostwa Europy. Polski Związek Lekkiej Atletyki postanowił jednak dać jej szansę i zabrać na najważniejszą imprezę roku.

Gdyby tam się nie powiodło, pewnie kończyłaby właśnie studia dzienne na architekturze. Sport? Może i by przy nim została, ale na pewno nie z takim zacięciem i wolą do trenowania. Biegać lubiła, więc rekreacyjnie robiłaby to na pewno. Jak sama wspomina, gdy jechała do Zurychu, nie wierzyła w sukces, choć widziała, że do najlepszych brakuje jej niewiele. Bo już w pierwszym biegu na stadionie w tamtym roku poprawiła życiówkę. Potem robiła to jeszcze kilkukrotnie. Aż wreszcie przyszły mistrzostwa Europy, gdzie weszła do finału. A w nim po raz pierwszy zeszła poniżej granicy dwóch minut – 1:59.63 – i zgarnęła brązowy medal, mimo że na starcie legitymowała się drugim najgorszym rekordem życiowym spośród wszystkich biegaczek. To był szok.

– To niesamowite uczucie, jestem brązową medalistką mistrzostw Europy. Przyjechałam bez minimum, złamałam dwie minuty, dwa razy pobiłam rekord życiowy. Nie sądziłam, że dam radę złamać dwie minuty i być trzecia. Trochę zostałam na początku, ale później stwierdziłam, że muszę pójść do przodu i tak zrobiłam. Całe szczęście, że grupka dziewczyn przede mną była zbita, więc łatwiej było je przejść, choć kosztowało mnie to sporo sił. Ale udało się – opowiadała po biegu.

To w tamtym momencie stało się jasne, że Joanna Jóźwik nie tylko nie skończy przedwcześnie kariery, ale wręcz stanie się naszą nadzieją na dalsze sukcesy.

Światowa czołówka

Po sukcesie na mistrzostwach Europy Polka wyraźnie uwierzyła we własne możliwości. W następnym sezonie po raz kolejny poprawiła życiówkę i znów zrobiła to na imprezie docelowej – mistrzostwach świata. Do finału awansowała ze znakomitym czasie 1:58.35. W nim pobiegła już jednak nieco wolniej (1:59.09, drugi wynik w karierze) i nie udało jej się wskoczyć na podium. I tak osiągnęła jednak spory sukces, choć nie była do końca zadowolona. – Wynik był fenomenalny, ale mógł być lepszy, ponieważ bardzo dużo nadrobiłam na dystansie. Nawet ostatnio rozmawiałam z trenerem, żeby sprawdzić, ile naprawdę przebiegłam, jaki powinnam mieć wynik, gdybym biegła przy samej bandzie. Byłam podczas tego biegu bardzo zmotywowana, skupiona, nie wiedziałam, co robię, jakby ktoś wyłączył mi mózg i… musiałabym zakląć (śmiech) – mówiła później na antenie RMF FM.

Ciekawe rzeczy mówiła jednak już w okresie roztrenowania, po sezonie. W kilku wywiadach opowiadała o tym, że wciąż stara się rozwijać, pracuje nad sobą, między innymi poprzez wizyty u psychologa. Po co jej one? Stwierdziła bowiem, że… boi się wygrywać. Nie chodziło jednak o sam fakt zwycięstwa – bo przecież po to trenowała – ale to, co działo się po nim. Wywiady, autografy, wypowiedzi, cała ta otoczka. To ją paraliżowało. Przemówień nie cierpiała już od czasów szkolnych.

Pracowała więc nad tym, a w międzyczasie starała się jeszcze przyśpieszyć. Wychodziło jej to na tyle dobrze, że stała się naszą małą nadzieją na igrzyska olimpijskie. Małą, bo konkurencja była spora. A do tego kilka miesięcy przed igrzyskami przytrafił jej się uraz kolana. Przegapiła sześć tygodni treningów, na mistrzostwach Europy była szósta z czasem 2:00.57. Dalekim od tego, by myśleć o medalu olimpijskim. Przyznawała potem, że była rozczarowana, ale celem pozostawało Rio.

I tam było już świetnie. Co prawda bez medalu (była piąta), ale ze znakomitym czasem 1:57.37. Jóźwik urwała wtedy kolejną sekundę z rekordu życiowego. – Sama nie wiem jak to się udało (śmiech). Myślę, że zmieniłam nieco moje nastawienie do biegania. Zaczęłam się nim bardziej bawić niż spinać, czy stresować. Takie podejście pomogło. Poza tym, paradoksalnie, trochę pomogła mi kontuzja nogi z marca. Przez prawie półtora miesiąca musiałam nieco zluzować z treningiem biegowym, miałam czas pomyśleć o innych rzeczach, drobiazgach, spojrzeć na siebie z boku. To bardzo pomogło, bo wyczynowy sport składa się z dziesiątek drobiazgów, których czasem się nie zauważa, a które składają się na końcowy wynik. […] Mój fizjoterapeuta zauważył, że podczas biegu, gdy jestem już zmęczona, „puszczam” biodra, pogłębia mi się tzw. „przodo-pochylenie” miednicy i bieg nie idzie już tak dynamicznie. […] Najbardziej jednak cieszę się z tego, że to jest kolejny rok, gdy mój trener Andrzej Wołkowycki potrafił mnie przygotować ze szczytem formy na najważniejszą imprezę – mówiła portalowi redbull.com.

Igrzyska wspominała znakomicie. Nie tylko wynikowo, ale i pod względem atmosfery czy otoczki. Podobała jej się wioska olimpijskie, możliwość spotkania gwiazd, ślubowania, ceremonie… Mówiła, że to wszystko do niej trafiło i nie może się doczekać kolejnych igrzysk. Rysą było jedynie zamieszanie, jakie wywołała jej wypowiedź o zawodniczkach z podwyższonym poziomem testosteronu. Ale i ono w końcu umilkło. Nie umilkła za to Joanna, która powtarzała, że jej kolejnym celem jest pobicie rekordu Polski Jolanty Januchty z 1980(!) roku. Ten wynosił 1:56.95. Jóźwik była więc o krok i mogła mieć spore nadzieje na to, że uda jej się przegonić  poprzedniczkę, być może nawet w najbliższym starcie. Jak się okazało – nie miała racji.

Ale pobiła inny rekord kraju. Halowy. Znakomicie otworzyła bowiem 2017 rok i w Toruniu pobiegła z rezultatem 1:59.29, notując przy okazji trzecie zwycięstwo w cyklu IAAF World Indoor Tour i wspinając się na szczyt światowych tabel. – Przyznaję, że w pierwszych chwilach po biegu czułam się tragicznie. Pierwszy raz w swojej karierze wymiotowałam po starcie. Teraz wiem, co czują zawodniczki, którym zdarza się to bardzo często. Po prostu nie mogłam podnieść się z bieżni. To dobitnie pokazuje, że dałam z siebie wszystko. Sam bieg też nie był taki, jak planowałam. Prowadzenie było troszeczkę za szybkie, co mogłam przypłacić swoim samopoczuciem zaraz po biegu. Ten wynik jest rekordem Polski. Spełniłam swoje marzenie, ale myślę, że to jest wynik, który jeszcze mogę poprawić – mówiła „na gorąco” portalowi chillitorun.pl.

Wyniki z hali nastrajały optymistycznie przed stadionem. Ale, jak się okazało, nie miały na niego żadnego przełożenia. Mistrzostwa świata z roku 2017 pozostają imprezą, do której Joanna Jóźwik woli nie wracać. Odpadła tam w półfinale i, choć często ogląda swoje biegi, to ten jest jednym z tych, których nigdy woli nie zobaczyć. W maju zeszłego roku mówiła nam w wywiadzie: – To był taki sezon, w którym cały czas goniliśmy za tym wynikiem. Nauczyłam się na tym przykładzie żeby się już tak nie spieszyć. Organizmu nie da się oszukać, a treningu nie da się przyspieszyć – nie da się zrobić trzech jednostek w czasie jednej. Niektórych treningów wtedy też mi zabrakło i tamten sezon z wielu względów nie był udany. Był wręcz kompletnie nieudany i chcę o nim zapomnieć. Wyciągam wnioski i na pewno tamtych błędów już nie popełnię.

Po mistrzostwach chwilę zajęło jej zresetowanie głowy, ale – jak sama mówiła – misja ta zakończyła się sukcesem. Pomogły między innymi strzelnica czy skok ze spadochronem, którego spróbowała. Joanna Jóźwik była gotowa na kolejny sezon. Tyle że jej organizm nie.

Pusty sezon

Rok 2018 miał przynieść kolejny medal. Mistrzostwa Europy w Berlinie zdawały się być idealnym miejscem do tego, by zapomnieć o nieudanych mistrzostwach świata. Tyle że skończyło się na „miał”. Już pod koniec wcześniejszego sezonu, w okresie roztrenowania Joannę Jóźwik zaczęło boleć biodro. Wzięła więc kilka zastrzyków, które pomogły, ale na chwilę. Potem mówiła, że – jak to typowa lekkoatletka – stwierdziła, że da się to rozbiegać. Ale się nie dało. Sytuacja się pogarszała.

Po obozie w Portugalii, w drugiej połowie grudnia, biegaczka poszła na rezonans. Okazało się, że to zmęczeniowe złamanie krętarza większego kości udowej i oderwany mięsień pośladkowy średni. Nie wiecie, o co chodzi? Spoko, wystarczy, że zapamiętacie jedno – nie było dobrze. Pomysł był taki, żeby opuścić halę i w cztery miesiące się wyleczyć. Ale i to nie wypaliło. Z każdym kolejnym miesiącem u Jóźwik rozwijała się myśl, że na mistrzostwa Europy to ona nie pojedzie. Ostatecznie postanowiła: woli doleczyć się do końca, myśląc o tym, że zbliżają się igrzyska. I lepiej przegapić imprezę mistrzowską, a na olimpiadę pojechać.

– Z bólem serca i ogromną przykrością muszę Wam powiedzieć, że prawdopodobnie nie wystartuję w sezonie letnim 2018… Kontuzja biodra niestety zbyt mocno mnie polubiła i w dalszym ciągu walczę o powrót do pełnej sprawności. Pomimo tego, że już proces leczenia dobiega końca sezon startowy już się zaczął. Sami dobrze wiecie ile czasu potrzeba, aby być w pełni przygotowanym do startu! Nie chcę niczego przyspieszać. Po 11 latach ciężkiej pracy mój organizm chce odpocząć i napełnić magazyn na przyszłe lata biegania na wysokich obrotach. Mam ogromny głód i nie poddam się w walce o marzenia. W związku z tym, że nie zobaczycie mnie w tym sezonie na bieżni, mam więcej czasu, aby podzielić się z Wami swoją energia i biegowym doświadczeniem na różnych sportowych imprezach – pisała Joanna w oświadczeniu na Facebooku.

Potem kolejne wywiady i wypowiedzi dotyczyły niemal wyłącznie kontuzji albo tego, co robiła, żeby się nie nudzić. Bo na miejscu usiedzieć nie mogła. Wciąż były jakieś wyjazdy, inicjatywy, działania charytatywne. A zdrowie? W maju mówiła nam, że jeszcze nie doleczyła biodra, ale wszystko co najgorsze za nią. Dodawała też, że prawdopodobnie wie, skąd wzięła się kontuzja. – To może wynikać z tego, że mój układ ruchu wygląda tak, że obciążam niektóre partie mojego ciała bardziej niż inne. Przez to, że trenowałam ciężko przez 12 lat, to te struktury zwyczajnie się zużyły. Teraz musimy ten mój cały ruch – którym biegałam przez ładnych kilka lat – zmodyfikować i zoptymalizować. Musimy to zrobić tak, by inne mięśnie przejęły część pracy tych trochę zaniedbanych. Przepraszam, one nie są „zaniedbane” – one są przetrenowane! Jeśli chodzi o sam wynik, to myślę, że koniec końców mogę na tym nawet zyskać.

Była jednak dobrej myśli. Bo początkowo bolało tak, że kulała i nie mogła nawet stanąć na tej nodze. Jeśli przez kilka godzin siedziała w samochodzie, to po wyjściu z niego nie była w stanie się rozprostować. Jak wyglądał w tym czasie jej trening? – Cały czas „tłukłam” trening zastępczy, głównie siłowy. Tego wymagała rehabilitacja: przede wszystkim siła maksymalna, żeby wspomóc produkcję kolagenu, który wpływa na regenerację ścięgna. Prawie codziennie siedziałam godzinami w siłowni, czasem nawet 2 razy dziennie, przez kilka miesięcy byłam pod opieką trenera przygotowania motorycznego zawodników MMA i bokserów – mówiła portalowi festiwalbiegowy.pl.

Powrót na bieżnię przebiegał stopniowo. Najpierw bieżnia mechaniczna. Ale ból wrócił, trzeba było odstawić ją na kilka tygodni. Potem las, miękkie podłoże, trucht. Ale biodro co chwila znów uderzało bólem. To zniechęcało, coraz trudniej było zmotywować się do kolejnych prób. Aż w końcu ból zniknął. Jak wspominała – to było najwspanialsze uczucie na świecie. Truchty, rower, spacery w górach. Tak to początkowo wyglądało. Ale skoro ból nie wracał, to można było powoli wyskoczyć na bieżnię. Bardzo powoli, a jej czasem brakowało cierpliwości. Stąd momentami musiała się cofać, bo przeszarżowała. Ostatecznie jednak się udało, choć znacznie później niż zakładała na początku, kiedy problem się pojawił. Tak naprawdę do normalnego treningu Joanna Jóźwik wróciła już w 2019 roku, w styczniu.

 – [Po raz pierwszy biodro zaczęło boleć] mniej więcej dwa lata temu, ale problem został wtedy zamieciony pod dywan. Biodro nie było leczone i pewnie dlatego w listopadzie ubiegłego roku ból powrócił. Na początku myślałam, że będzie dobrze. Że znów jakoś przejdzie, ominę to. Ale nie udało się. Przez długi czas miałam nadzieję, że mimo wszystko wystartuję w mistrzostwach Europy w Berlinie. Jednak to też nie wyszło. Skończyło się straconym sezonem i długą, nużącą rehabilitacją. Bolało mnie tak, że budziłam się w nocy. Nie mogłam spać, nie mogłam leżeć na boku. Biodro dawało o sobie znać przy każdym ruchu – mówiła „Przeglądowi Sportowemu”.

Oglądała w tym czasie mistrzostwa Europy. Cieszyła się z sukcesów kolegów i koleżanek, ale i smuciła, że jej tam nie ma. Więcej było jednak radości, choć – jak podkreślała – nie pojechała do Berlina, bo „codziennie płakałaby w poduszkę”. Poza tym myślała już wtedy o roku 2019. Celem na ten sezon miało być dla niej minimum na mistrzostwa świata i wyjazd do Kataru. – Czuję, że przez ostatnie miesiące kumuluję w sobie sportową złość. W nowy sezon wkroczę z ogromną motywacją i chęcią osiągania coraz lepszych wyników. Przede mną wielkie wyzwania. W październiku 2019 roku odbędą się mistrzostwa świata w Katarze. Ciekawe, jak będzie się biegało na klimatyzowanym obiekcie. Z kolei 2020 rok to igrzyska olimpijskie w Tokio. Gwarantuję, że ludzie jeszcze o mnie usłyszą – mówiła w „PS”.

Tyle, że z zapowiedziami bywa różnie. Ta, niestety, nie okazała się prawdziwa.

Chciałoby się szybciej

W sezon 2019 Joanna Jóźwik weszła z zupełnie nowym nastawieniem. – Wcześniej liczyły się głównie wyniki, wyniki i jeszcze raz wyniki. Zapomniałam, że przede wszystkim liczy się radość z tego, że robię to, co kocham. Teraz codziennie wychodząc na trening doceniam to, że mogę biegać, jestem zdrowa i mogę robić to, co kocham i co jest moja pasją. Cieszę się, że codziennie mogę osiągać bardzo fajne rezultaty i jestem przekonana, że za tym pójdą też bardzo dobre wyniki. Jedno z drugim się za sobą ciągnie. To, że odpoczęłam przez rok, odpoczął mój organizm i inaczej nastawiam się na bieganie od strony psychicznej, zaprocentuje – mówiła Red Bullowi.

Na bieżnię wróciła w hali i wystartowała… na 400 metrów. Zresztą pod dachem startowała tylko na takim dystansie. Skąd taka decyzja? Wspólnie z trenerem uznali, że nie była jeszcze gotowa na bieganie na cztery (pamiętajcie, to hala) kółka. Po prostu miała za mało treningu, nie wyrobiła kilometrażu. Ale chciała poczuć ten dreszczyk emocji, towarzyszący rywalizacji. A że na 400 kiedyś biegała, to nadało się idealnie. Przy okazji służyło też za trening. Wystartowała w Copernicus Cup, pobiła życiówkę, ale do najlepszych straciła dwie sekundy.

Nie było mnie zdecydowanie za długo. Mogłabym sobie zrobić dwa miesiące przerwy, ale nie siedemnaście. Po tak długiej przerwie wraca się bardzo radośnie. Nieważne jaki wynik, ważne, że biegam. O coraz lepsze rezultaty mogę walczyć. Tęskniłam strasznie. Przez to, że to tak długo trwa, boję się, że nie wrócę do takich wyników, jak kiedyś – mówiła tuż po starcie. I dodawała, że bardzo stresowała się samym występem. Bo długo jej nie było, bo nie była pewna, czy już powinna wychodzić na bieżnię, bo presja własnych oczekiwań. Okazało się, że było okej. Nie „super”, nie „źle”. Okej. Ale to i tak był spory krok do przodu.

Na hali wystartowała jeszcze kilkukrotnie. W maju, gdy rozpoczął się sezon na stadionie, wróciła na 800 metrów. W Piasecznie, podczas 2. Memoriału Sławomira Rosłona. Bieg wygrała, ale czas – 2:03.64 – daleki był od jej najlepszych rezultatów. Choć sama mówiła, że spodziewała się wyniku gorszego o kilka sekund. Największy sukces w tym sezonie odniosła na mistrzostwach Polski, gdzie wywalczyła srebro. – Jestem zadowolona z wicemistrzostwa Polski. To wynik zbliżony do tegorocznych rezultatów. Chorowałam i musiałam zmienić plan treningowy [dopadł ją półpasiec – przyp. red.]. Myślałam, że ten okres poświęcę na mocny trening pod 800 metrów. To się nie udało. Musiałam odpuścić i dlatego taki wynik. Jestem pozytywnie nastawiona, żeby pracować w przyszłym sezonie i przygotowywać się do igrzysk olimpijskich. To jest dla mnie najważniejsze – mówiła po starcie na antenie TVP Sport.

Nie udało się jednak wywalczyć minimum na mistrzostwa świata. Upragniona impreza przeszła obok nosa. To bolało, pojawiły się komentarze, że „Jóźwik się skończyła”. Ale ona sama mówiła, że po prostu chciała zbyt szybko wrócić do rywalizacji i zbyt wiele po sobie oczekiwała. Opowiadała, że w 2018 roku zmagała się z depresją. Cierpiała nie tylko jej strona fizyczna, ale i mentalna. Wyjście z tego wszystkiego musiało potrwać, a ona chciała zrobić to natychmiast po powrocie. Ostatecznie jednak, mimo nieudanego sezonu, była szczęśliwa.

[…] żyję, żeby biegać. Przez rok nie miałam w swoim życiu biegania i ja kompletnie nie byłam sobą. To już tak mocno wpoiło się we mnie, w moją osobowość, w mój tryb życia, że bez biegania po prostu nie funkcjonuję normalnie. Nie mam tej samej energii. Teraz, jak wróciłam do biegania jestem tą starą Aśką, która cały czas się uśmiecha i przekazuje energię innym – mówiła portalowi noizz.pl. Przy innych okazjach dodawała też, że jej najlepszy wynik (2:02) nie był zły, ale chce wrócić do tych najlepszych ze swej kariery. Dlatego czuła się nieco rozczarowana, choć w gruncie rzeczy nie powinna być. Potwierdza to też Artur Partyka, były skoczek wzwyż, medalista olimpijski, dziś komentator Polsatu Sport:

– To była trudna do wyleczenia kontuzja, która wyeliminowała ją na cały sezon. W tym roku wróciła do treningu. To jest najważniejsze. Dopiero ten przyszły sezon będzie dla niej pełnowartościowym rokiem treningowym. Absolutnie trzeba ten 2019 traktować jako powrót do sportu. Przy takich urazach tak jest. Pamiętam, jak sam, jako bardzo młody zawodnik, miałem podobny uraz – bolesny i przeszkadzający w treningach. Trwało to kilka miesięcy, straciłem pół sezonu. Potem byłem zadowolony, że w ogóle wróciłem do ćwiczeń. Joasia wykonała jakąś pracę i zrobiła podstawę do sezonu olimpijskiego – tak to musimy traktować. Jeśli wszystko pójdzie dobrze i zdrowie nie zawiedzie, to spokojnie będzie biegała poniżej dwóch minut.

Czekamy więc na kolejny sezon. Choć już teraz wiemy, że Jóźwik nie będzie łatwo. Bo z różnych powodów, będzie obserwowana i oceniana.

Zmiana chciana i zmiana niechciana

Pisząc o ostatnim sezonie w wykonaniu Polki trzeba wspomnieć o jeszcze jednej, ważnej rzeczy – zmianie trenera (przy okazji przeszła też do innego klubu, ale to już mniej istotna rzecz). Andrzeja Wołkowyckiego zastąpił Jakub Ogonowski, szkoleniowiec pracujący też z Karolem Zalewskim. Skąd taka decyzja? – Kuba bardzo dobrze mnie zna jako zawodniczkę, od 6 lat jest na bieżąco z moim treningiem i jako jedyny, poza trenerem Wołkowyckim, wie, jakiego treningu szybkościowego ja potrzebuję. Po tak poważnej kontuzji bałam się wrócić do tego samego reżimu treningowego. Nie byłabym w stanie zaufać dotychczasowemu trenerowi, zapewne mocno kłóciłabym się o to, co i jak mam robić na zajęciach, z jakim obciążeniem trenować. Potrzebowałam dużej zmiany, nowych bodźców, żeby problem biodra więcej się nie pojawił – mówiła na łamach portalu festiwalbiegowy.pl.

Ze współpracy z Ogonowskim od początku była zadowolona. Mówiła, że przemodelowała całkowicie swój sposób przygotowań i treningi. Zmieniły się obciążenia, dopasowano je do jej biodra, by kontuzja nie wróciła. Trening, jej zdaniem, nabrał więcej jakości. Do tego zmiana przyniosła jej nową motywację i możliwości, a wraz z nimi bodźce, potrzebne do tego, by wrócić na najwyższy poziom. Takie same zdania powtarzała we wrześniu, mimo braku wyników. Chwaliła sobie i szkoleniowca, i małą grupę treningową, którą tworzyła z Zalewskim.

Świetnie pracuje mi się z trenerem. Wszystko wskazywało na to, że będę w świetnej formie, ale niestety pojawiły się kłopoty zdrowotne. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Skończę bowiem ten sezon znacznie wcześniej niż najlepsze zawodniczki. Będę miała zatem więcej czasu na regenerację. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to już w połowie października będę mogła rozpocząć przygotowania do igrzysk – mówiła Onetowi.

Generalnie więc wszystko było w porządku. Aż tu jakiś czas temu Polski Związek Lekkiej Atletyki stwierdził, że warto byłoby jej dołożyć jeszcze jednego szkoleniowca – Zbigniewa Króla. Czyli gościa, który przez wiele lat prowadził Adama Kszczota, a sama Jóźwik rozważała jego usługi przed rokiem, gdy ostatecznie wybrała Ogonowskiego. Król to w Polsce uznana marka i dobry, doświadczony trener. Początkowo więc biegaczka wyraziła zgodę na współpracę, zapewne wierząc, że może przynieść to oczekiwane rezultaty. Rozmawiali wszyscy – Król z Ogonowskim, Król z Jóźwik, Jóźwik z Ogonowskim. I zgodzili się, że warto spróbować.

– Przede wszystkim nie rezygnuję ze współpracy z dotychczasowym trenerem Jakubem Ogonowskim. Na razie to bardzo świeży układ i nic jeszcze nie jest przesądzone, ale nie wykluczam, że będzie on funkcjonował do igrzysk olimpijskich w Tokio. Ostateczne decyzje podejmę po obozie – mówiła Jóźwik kilka miesięcy temu. A Król dodawał, że „nic na siłę” i decyzja należy do biegaczki. Ta faktycznie ją podjęła, ostatecznie rezygnując ze współpracy. I tu sprawa mogłaby się zakończyć. Tyle tylko, że… no właśnie, trudno stwierdzić co. Bo zależy to od tego, kto akurat opisuje sytuację – zawodniczka czy PZLA.

Jej perspektywa? Wyrzucono ją ze szkolenia centralnego, bo nie chciała współpracować ze szkoleniowcem rekomendowanym przez związek. Jóźwik, jak pisała na Facebooku, „uważa, że przymusowa zmiana szkoleniowca, kilka miesięcy przed igrzyskami, jest co najmniej niepoważna”. Usunięcie ze szkolenia oznacza, że za wszystkie wyjazdy musi płacić sama. Za darmo może jednak korzystać z obiektów AWF Warszawa. Ale to tyle. Nie brzmi to dobrze, co?

PZLA mówi jednak co innego, że Polka może korzystać z większej liczby obiektów szkolenia stacjonarnego i to bez opłat oraz jeździć na obozy organizowane przez związek. O usunięciu ze szkolenia centralnego działacze nic nie wiedzą i twierdzą, że to nieprawda. Po prostu warunek związany z takimi wyjazdami byłby jeden – trenerem na nich byłby Zbigniew Król, a związek nie finansowałby wyjazdów trenera Ogonowskiego. Jóźwik miała podjąć decyzję. A skoro zrezygnowała z Króla, to i wyjazdy z drugim ze szkoleniowców musi opłacać sama. Ale jest też jej pozostawiona furtka – jeśli będzie prezentować się dobrze w sezonie halowym, związek uzna, że warto finansować wyjazdy i jej, i trenera Jakuba.

Wszystko więc pozostaje w jej nogach. I tylko szkoda, że na niespełna rok przed igrzyskami, wybuchła taka afera. Bo jeśli czegoś można być tu pewnym, to tylko tego, że z pewnością nie pomaga ona w przygotowaniach.

Cel: igrzyska

A te już trwają. Jóźwik trenuje razem z Karolem Zalewskim i walczy o to, by pojechać na igrzyska. Nie będzie łatwo – minimum PZLA wynosi 1:59.50. Ostatni raz tak szybko biegała w 2016 roku. Patrząc na rezultaty z zeszłego sezonu, brakuje trzech sekund. Żeby walczyć o finał (nie mówiąc już o medalu), trzeba biegać jeszcze szybciej. Ale na razie trwa walka o to, by w ogóle w Japonii się pojawić. I tak to też traktuje sama Jóźwik.

– Marzeniem jest na razie sam wyjazd do Tokio. Możecie powiedzieć: „ona w siebie nie wierzy”. Ale po ostatnich doświadczeniach już wiem, że w przygotowaniach najważniejszy jest spokój. Jako dziecko nie marzyłam o igrzyskach, to rodziło się z czasem, w miarę zakochiwania się w samym bieganiu i startów w coraz poważniejszych zawodach. Choć od Rio minęły już trzy lata, wciąż czuję te emocje i podniosłą atmosferę. Gdy je wspominam, kręci mi się łezka w oku. Był to mój pierwszy olimpijski start i już zawsze będzie znaczył dla mnie najwięcej. Nawet jeśli w Tokio zdobędę upragniony medal – mówiła „Rzeczypospolitej”.

Jak twierdziła, brak wyjazdu na mistrzostwa świata, paradoksalnie, może być dobry. Bo odpoczęła ona i jej organizm, a przy tym ma więcej czasu na przygotowania. Czy możemy liczyć, że powalczy tam o coś więcej? – Zobaczymy. Wiele pokaże nam przełom maja i czerwca, początek sezonu na stadionie – mówi Artur Partyka. – Jeżeli tylko nie będzie problemów zdrowotnych, to jest to zawodniczka, która biegać potrafi i wytrzymuje presję, ma już przecież medal dużej imprezy. Możemy być spokojni, że powalczy o finał igrzysk, jeżeli uda jej się wrócić do dobrej formy.

A co na to sama Jóźwik? Pytana przez „Esquire” czy widzi siebie na podium w Tokio odpowiadała: – Wierzę, że będę tam w najlepszej formie mojego życia. Tak podchodziłam w swojego startu w na igrzyskach w Rio. To jest najlepsza droga. Na razie, co trzeba przyznać ze smutkiem, jest od tego daleko. Ale z drugiej strony mnie więcej rok temu daleko była od startów w ogóle. Więc nadzieja jest.

Tym bardziej że motto Joanny to „Nie jesteś stworzona do przegrywania, mała”. Nie wypadałoby więc przegrać walki o wyjazd do Tokio.

SEBASTIAN WARZECHA

 

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez