Sue Bird. Najpierw piąty złoty medal igrzysk, potem trenerka?

Sue Bird. Najpierw piąty złoty medal igrzysk, potem trenerka?

Podziwiają ją słynni koledzy po fachu jak Kyrie Irving czy LeBron James, do którego jest zresztą porównywana. Kiedy się zaręczyła, gratulacje składał jej sam Joe Biden. Choć wciąż jest czynną koszykarką, dostała już pracę w NBA. Podczas zbliżających się igrzysk olimpijskich w Tokio może sięgnąć po swój… piąty medal z najcenniejszego kruszcu.

Sue Bird czterdziestkę skończyła już w ubiegłym roku, ale mimo to nieustannie zapisuje się złotymi zgłoskami w historii kobiecego (i nie tylko) sportu.

Rekordy na horyzoncie

Zastanawialiście się kiedyś, kto jest najbardziej utytułowanym olimpijczykiem, jeśli chodzi o dyscypliny zespołowe? Najbardziej imponująco wygląda CV Teresy Edwards, amerykańskiej koszykarki, która z imprezy w Los Angeles, Seulu, Atlanty oraz Sydney przywiozła złoty, a Barcelony – brązowy krążek. Gdybyśmy jednak uwzględnili również hokej, który – z jednym wyjątkiem (Antwerpia 1920) – był od zawsze częścią zimowych igrzysk, należałoby wspomnieć o Hayley Wickenheiser oraz Jaynie Hefford. Obie są czterokrotnymi mistrzyniami IO, ale mają także jedno srebro.

Wyniku czterech medali z najcenniejszego kruszcu jednak nie pobił nikt. A takim dorobkiem – poza trzema paniami wymienionymi wyżej – mogą pochwalić się też Tamika Catchings, Lisa Leslie, Sue Bird oraz Diana Taurasi. Jednak jedynie ostatnia z nich, a także bohaterka naszego tekstu, są wciąż czynnymi zawodniczkami.

I tak się składa, że zamierzają wziąć udział w imprezie w Tokio. Mogą zatem nie tylko przejść do historii jako rekordzistki, ale dołączyć do elitarnego grona olimpijczyków, którzy zdobywali złoto na pięciu igrzyskach z rzędu (do którego należy już Steve Redgrave). Brzmi nieźle, prawda?

Bird, która jest starszą z dwójki koszykarek, bo w tym roku skończy 41 lat, może oczywiście uchodzić za wzór długowieczności. Pod tym względem porównywana jest do samego LeBrona Jamesa. I to nie tylko przez media czy kibiców, a… jego samego.

Kiedy Sue, w pierwszym meczu finałów WNBA 2020, pobiła rekord asyst na tym etapie rozgrywek, koszykarz odezwał się do niej przez Instagram. – Kto powiedział, że rekordy nie mogą być bite w siedemnastym sezonie? Działaj dalej! Jesteśmy wszystkim, co zostało. Gratulacje! – czytamy.

Nawiązał tym samym do swojej sytuacji – bo również w 2020 roku rozgrywał siedemnasty sezon na koszykarskich parkietach. A do tego też cały czas zapisuje się na kartach historii. Bird podziękowała mu, w swojej wiadomości umieszczając dwie “buźki” z wizerunkami babci i dziadka. A kilka dni później zdobyła swoje czwarte mistrzostwo, czym… zrównała się z Jamesem.

Podobieństwa między tą dwójką obudziły doskonale znaną dyskusję – dotyczącą różnic w zarobkach w sporcie kobiet oraz mężczyzn. Otóż Bird za sezon gry w Seattle Storm zarobiła 215 tysięcy dolarów. A James? Ponad 37 milionów. Sama koszykarka szybko oznajmiła jednak, że sprawa nie jest tak prosta. – Powiem szczerze – nie uważam, że powinniśmy zarabiać tyle samo, co zawodnicy NBA. Ludzie myślą, że o to nam chodzi, kiedy mówimy, że chcemy równości. A tak naprawdę zależy nam, aby nasza liga była pokazywana w mediach, a także na lepszych możliwości dotarcia do sponsorów. Kiedy zbudujemy biznes, wtedy możemy zbliżyć się do NBA.

Bird w drodze pod kosz

W ostatnich latach o Bird nie było jednak głośno wyłącznie za sprawą kolejnych sukcesów sportowych, a związku, w który weszła. Choć historia, jak poznała swoją drugą, równie często lądującą na pierwszych stronach gazet, połówkę, również… ma wątek olimpijski.

Nie jesteśmy takie same i to ma sens

Czy igrzyska są miejscem, gdzie rodzą się przyjaźnie czy znajomości? Mogą być. Ostatnio przytoczyliśmy wam historie różnych olimpijczyków, którzy poznawali się w wiosce olimpijskiej czy okolicach, a potem wchodzili w związki. Pasja do sportu naprawdę potrafi połączyć. Doskonale przekonała się o tym Sue Bird.

Koszykarka mogła zastanawiać się, czy polecieć na imprezę w Rio w 2016 roku, bo w końcu swoje w karierze zdobyła już lata wcześniej – była członkinią zwycięskich drużyn USA w Londynie, Pekinie oraz Atenach. Postanowiła jednak zawalczyć o kolejne złoto. Niedługo potem poznała się z Kyriem Irvingem. Kapitalnym koszykarzem, świeżo upieczonym mistrzem NBA, ale na co dzień 23-letnim chłopakiem, który zwyczajnie był jej… fanem.

Dwójka Amerykanów złapała wspólny język. Łączył ich zresztą nie tylko uprawiany zawód, ale pozycja na boisku, na której występowali (oboje to rozgrywający). Widzieli koszykówkę w podobny sposób i nawiązali znajomość, która utrzymuje się do dzisiaj – zdarza im się wymieniać się wiadomościami po meczach, a także gadać na temat butów sportowych – ich kolejnej pasji.

Ta relacja weszła tylko na przyjacielski poziom, ale tak się składa, że Bird, również w Rio, poznała inną osobę, która stała się jej wyjątkowo droga. Powiedzenie “przeciwieństwa się przyciągają” to banał, ale czasami faktycznie się sprawdza. Inaczej Sue nie wpadłaby w oko Megan Rapinoe. I w drugą stronę.

Koszykarka kojarzona jest w końcu z chłodnym profesjonalizmem, tym, że raczej nie wzbudza kontrowersji, tylko przemawia swoją grą. Natomiast Rapinoe? O niej parę lat temu usłyszał nie tylko cały świat kobiecej piłki nożnej, ale – po prostu – świat sportu. Wszystko za sprawą tego, że w ramach solidarności z Colinem Kaepernickiem, futbolistą protestującym przeciwko nierównościom rasowym w Stanach, postanowiła klękać w czasie odgrywania hymnu narodowego Stanów Zjednoczonych.

Poza tym – od lat aktywnie działa na rzecz praw mniejszości, brała udział w pozwie przeciwko amerykańskiej federacji w sprawie nierównego traktowania męskiej i kobiecej piłki nożnej, a także stanowczo krytykowała prezydenturę Donalda Trumpa. Generalnie – Rapinoe nie boi się zabierać głosu. A jak wiemy – taka postawa nie każdemu pasuje.

Dlatego piłkarka, choć przez wielu kochana, przez wielu jest też nienawidzona. Warto przywołać sytuację, kiedy zaangażowała się w kampanię Nike. W Internecie masowo zaczęły pojawiać się filmiki, na których ludzie palili koszulki z jej nazwiskiem. Ot, taka forma protestu, którą zastosowano również lata temu w kierunku LeBrona czy Kevina Duranta.

Rapinoe znana jest zatem z tego, że dużo mówi, a także robi, bo umiejętności piłkarskich nie można jej odmówić. Natomiast Bird – głównie ogranicza się do czynów. To nie tylko nasza obserwacja, bo zauważają to same zawodniczki, które po igrzyskach w 2016 roku zostały parą. – Mamy wiele wspólnego i po prostu zaiskrzyło. Zdarza mi się żartować, że jest moją osobą numer jeden, jeśli chodzi o porady. Ma bardzo trzeźwe myślenie, potrafi spokojnie wyrazić opinie, nie wtrącając się komuś w zdanie. Mogłabym się tego od niej nauczyć – wspominała Rapinoe.

Związek nie stał się oficjalny do 2017 roku. Wcześniej Bird starała się go ukrywać, głównie ze względu na to, że nie ma w zwyczaju chwalić się swoim życiem prywatnym. Jak niegdyś wspominała – gdyby coś złego wydarzyło się w jej życiu, prawdopodobnie nikt by o tym nie usłyszał.

O tym, że jest lesbijką, swojej rodzinie powiedziała już po skończeniu studiów. Kibice dowiedzieli się tego zaś dopiero, kiedy publicznie przyznała się do związku z Rapinoe. Niewiele jednak zabrakło, aby “coming out” nastąpił podczas igrzysk w Rio.

Bird wypełniała bowiem ankietę, w której miała wypisać 25 rzeczy, jakich nie wiedzą o niej fani. W ostatnim punkcie zaznaczyła, że jest osobą homoseksualną. Potem zdecydowała się to zdanie wykreślić.

Sprawy jednak szybko się potoczyły. Parę lat później Rapinoe i Bird stały się jedną z najpopularniejszych par w Ameryce. Zaręczyn gratulował im Joe Biden, czym Megan pochwaliła się w programie Jimmy’ego Fallona. Wspólnie pozowały do zdjęć na okładkę “Sports Illustrated” w ramach wydania “Body Issue”, a magazyn “GQ” nazwał je najukochańszą “power couple” w sporcie.

Oko do koszykówki

Czasami, i to nieważne, o jakim sporcie mówimy, zdarza nam się mieć wrażenie, że dany zawodnik czy zawodniczka ma kapitalne papiery na karierę trenerską. Zazwyczaj dlatego, że zdaje się rozumieć sport, który uprawia, a przy tym wyróżnia się cechami przywódczymi.

Sue Bird to idealny przykład. Choć wciąż jest czynną zawodniczką, już teraz wróży jej się, że w przyszłości będzie znakomicie spisywała się w roli trenera. I to nawet na poziomie NBA. Sama mówiła, że trenerka, owszem, jest czymś, co ją interesuje, ale na razie skupia się przede wszystkim na karierze zawodniczej. Inna sprawa, że… zdarzyło jej się już pełnić rolę szkoleniowca – co prawda tylko podczas Meczu Celebrytów, który odbywał się w czasie Weekendu Gwiazd w NBA, ale sam fakt, że przystała na tę propozycję, coś mówi.

Na dodatek – w  2018 roku Sue rozpoczęła pracę w Denver Nuggets. Czym dokładnie się zajmuje? Jeśli posłużymy się oficjalną nazwą – w sztabie drużyny widnieje jako “współpracownik operacji koszykarskich”. – W czasie sezonu staram się być z Nuggets przynajmniej raz w miesiącu. Od czasu do czasu proszą mnie, abym obejrzała ten mecz albo sprawdziła tego zawodnika, ale przez większość czasu mam wolną rękę. Poza tym staram się być jak gąbką – wchłaniać tyle wiedzy, jak to tylko możliwe. Cały czas się uczyć – mówiła.

Bird pomaga fakt, że sezon w WNBA jest stosunkowo krótki (terminarz jest elastyczny i często się zmienia, ale zazwyczaj koszykarki rywalizują od połowy maja do końcówki września lub początku października, choć w związku z pandemią trochę się to pozmieniało) i nie koliduje w dużym stopniu z NBA. Dlatego bywają miesiące, kiedy Bird traktuje pracę w NBA bardziej pełnoetatowo, choć fakt faktem, że nie zawsze ma taką możliwość. Nie zmienia to jednak faktu, że Nuggets są z niej bardzo zadowoleni.

– Stała się naszym atutem. Każdy, kto ma dorobek jak Sue, jest w stanie w wielkim stopniu pomóc organizacji koszykarskiej. Wygrywała na każdym poziomie – uczelni, WNBA, międzynarodowym. Myślę, że to świetne, że Tim Connolly (menadżer Nuggets przyp-red.) wziął ją na pokład. Jest częścią naszej rodziny, choć skłamałbym mówiąc, że często ja widzę. To bardziej biurowa, a także skupiona na skautingu robota, i myślę, że wykonuję ją świetnie – chwalił koszykarkę Mike Malone, trener Nuggets.

Nic dziwnego, że Bird bywa porównywana do Becky Hammon – asystentki trenera w San Antonio Spurs. – Starasz się wykonywać swoją robotę, i kiedy pojawia się okazja, próbować ją wykorzystać. Ale myślę, że w tym samym czasie, z tyłu naszej głowy, zdajemy sobie sprawę, że przełamujemy bariery – mówiła o sytuacji swojej oraz koleżanki z najlepszej ligi świata.

Na ten moment jej ambicje wciąż dotyczą przede wszystkim gry w klubie. Ostatnie dnia stycznia przedłużyła kontrakt z Seattle Storm, co oznacza, że grać w koszykówkę będzie przynajmniej do jednego z ostatnich miesięcy 2021 roku (dokładny terminarz rozgrywek WNBA nie jest jeszcze znany). Ta informacja ucieszyła nie tylko Kyriego Irvinga i grono entuzjastów kobiecej koszykówki, a  po prostu całe środowisko tego sportu. Umiejętności Bird nie da się bowiem nie docenić.

– Jako osoba, która z nią grała, mogę zapewnić, że kiedy zetniesz pod kosz, zaraz będziesz mieć piłkę w rękach. A kiedy jest w przeciwnej drużynie – nie możesz jej zostawić wolnego miejsca na piątym metrze od kosza, ani pozwolić rzucić trójkę z miejsca. Bo nic już wtedy nie zrobisz – oceniała Candece Parker, jedna z najlepszych koszykarek XXI wieku.

– Sue gra z lekkością, jakiej normalnie się nie widzi. Jest profesjonalistką do bólu, a także niesamowicie rozumie koszykówkę, w każdym jej stopniu – chwalił koleżankę Irving.

Na igrzyskach w Tokio Bird może zbudować kolejny rozdział swojej, już niezwykle bogatej, historii. Warto mieć na nią oko, bo jak podkreśla wielu – to sportowiec ulepiony z tej samej gliny co LeBron czy Roger Federer. Mistrzyni w swoim fachu, której nie ima się czas. A nawet kiedy będzie, Amerykanka powinna gładko przejść do kolejnego etapu kariery w sporcie – pracy szkoleniowej lub organizacyjnej.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez