Stephen Roche i trzy kroki do kolarskiej nieśmiertelności

Stephen Roche i trzy kroki do kolarskiej nieśmiertelności

Tylko dwóch kolarzy w historii wygrało w jednym sezonie Giro d’Italia, Tour de France i mistrzostwa świata. Pierwszy? Eddy Merckx – człowiek, którego nikomu nie trzeba przedstawiać, mistrz w swoim fachu. Drugi? Stephen Roche – utalentowany Irlandczyk, którego nękały kontuzje. Zdołał się im przeciwstawić w jednym sezonie. Zresztą walczył wtedy z wieloma przeciwnościami losu. Ale zawsze wychodził zwycięsko i ostatecznie przeszedł do kolarskiej nieśmiertelności.

Prolog. Kolano

Amatorsko jeździł po całej Europie. W jego rodzinnej Irlandii w latach 70. niewielu interesowało się kolarstwem szosowym. Sam na zamówienie sprowadzał sobie magazyny kolarskie, bo inaczej nie miałby jak ich dostać. Wkrótce przeniósł się do Francji, tam jeździł jako amator. Uwagę rodzimych dziennikarzy przyciągnął pierwszy raz w 1979 roku, gdy wygrał wyścig Rás Tailteann. Miał wtedy 19 lat i coraz częściej powtarzano, że ten gość ma wielki talent.

Do historii przeszedł jego wywiad dla telewizji RTE z tamtego okresu. Leżał wtedy na łóżku, na sobie miał żółtą koszulkę zwycięzcy wyścigu i mówił wprost: „chcę zostawić po sobie ślad”. Wtedy miał już wzór do naśladowania – jego rodak, Sean Kelly, odnosił już spore sukcesy, rok wcześniej po raz pierwszy wygrał etap Tour de France. Irlandia powoli odkrywała kolarstwo właśnie za jego sprawą. Wkrótce dołączył do niego Roche. Już w 1980 roku bardzo dobrze spisywał się w klasycznych wyścigach jednodniowych. Jeździł jeszcze jako amator, przygotowując się do igrzysk w Moskwie, ale już dawał sobie radę wśród profesjonalistów.

Wygrał wówczas zresztą Paryż-Roubaix dla amatorów. Było to świeżo po zmianie przez niego ekipy na paryski Athletic Club de Boulogne-Billancourt. Odważnie ruszył wówczas do przodu wraz z Dirkem Demolem, którego zdołał wyprzedzić na trasie. Poszedł wtedy po swoje na własnych warunkach. Jeden z dyrektorów zespołu powiedział mu wtedy, że „gdyby tego nie wygrał, zostałby odesłany jeszcze tego samego dnia do Irlandii”. Roche jednak miał wielkie możliwości. W kolejnych kilku wyścigach też plasował się wysoko.

Ale nie na igrzyskach.

Tam przeszkodziło kolano, które jeszcze wielokrotnie będzie dawać mu się we znaki. Wyścig ze startu wspólnego w Moskwie 1980 kończył na 45. miejscu, a miał prawo oczekiwać nawet złota. Wrócił więc do Francji, ogarnął uraz i zaczął wygrywać. Łącznie w sezonie nabił 19 zwycięstw. Świat zawodowców stanął przed nim otworem. Wkroczył do niego na pewniaka. Pierwsze zawodowe zwycięstwo zgarnął w wyścigu Tour of Corsica, pokonując Bernarda Hinaulta, a potem wygrał Paryż-Nicea. Był pierwszym „pierwszoroczniakiem” w zawodowym peletonie, który tego dokonał. Jego sezon byłby pewnie jeszcze piękniejszy, ale znów nękały go kontuzje.

I tak się to powtarzało. Osiągał świetne wyniki, ale co chwila musiał się leczyć. W kolejnych latach zgarniał triumfy między innymi w Tour de Romandie, Walońskiej Strzale, stał też na podium w Liege-Bastogne-Liege i klasyfikacji generalnej Tour de France. Słowem: zbliżał się do szczytu. Zauważył to zespół Carrera, prawdopodobnie najlepsza ekipa w ówczesnym peletonie.

Carrera była oczywiście znakomitym zespołem z wielkim sponsorem. Jako pierwsi mieli wtedy specjalnego kampera dla zawodników. W tamtych czasach wszystkie inne ekipy korzystały z tylnej kanapy i bagażnika w samochodach osobowych, a Carrera była jedynym zespołem traktującym tego typu kwestie długofalowo, tylko oni mieli podobną infrastrukturę. Tam wszystko było zorganizowane niejako na innym poziomie, co mi bardzo odpowiadało. Wszyscy pracownicy tego zespołu podchodzili do kolarstwa z prawdziwą pasją – wspominał Roche.

Wszystko jednak wzięło w łeb, gdy w trakcie w trakcie imprezy na welodromie Paris-Bercy upadł i poważnie uszkodził sobie – pewnie już się domyślacie – kolano. Zabiegi chirurgiczne pomogły mu się szybko pozbierać, ale nie był w stanie walczyć o zwycięstwa. Dlatego w najważniejszych wyścigach 1986 roku pełnił rolę pomocnika. Pomógł między innymi wygrać Giro d’Italia Roberto Visentiniemu. – Być może w tym konkretnym Giro tak czy inaczej uwaga skupiałaby się bardziej na nim niż na mnie, bo w końcu miał tam już jakieś sukcesy, no i był Włochem, jestem jednak przekonany, że gdyby nie uraz, z pewnością zostalibyśmy współliderami ekipy. W 1986 roku jechałem w Giro dla niego i on ten wyścig wygrał. Potem, zimą i na początku sezonu 1987, zostałem już samodzielnym liderem – wspominał.

Faktycznie jednak rok 1987 zaczął wspaniale. O ile Tour de France z poprzedniego sezonu opisywał jako „wjazd w bardzo ciemny tunel”, o tyle wyścigi w pierwszych kilku miesiącach nowego roku były zdecydowanie wyjazdem na słońce. Wygrał wtedy Volta a la Communitat Valenciana i w kilku różnych klasykach zajmował miejsce w pierwszej trójce. Choć sam nie był do końca zadowolony, dziennikarzom mówił, że „jeździ jak amator”.

Wszystko miało się jednak zmienić na Giro.

Krok I. Zdrada 

Oficjalnie zespół miał dwóch liderów: Visentiniego i Roche’a. Nieoficjalnie relacje obu zaczęły się psuć. Obaj wierzyli, że to im należy się szansa na wygranie Giro. Żaden nie chciał podporządkować się drugiemu. Po 12 etapach w klasyfikacji generalnej Giro prowadził Irlandczyk. Włoch jednak był ledwie 32 sekundy za nim. To przewaga, jaką Roche wypracował na czwartym etapie. Przez kolejnych osiem dni ścigania się nie zmieniła.

W przypadku dwóch kolarzy takich jak Visentini i ja normalna taktyka zakładałaby, że któryś z nas powinien dołączać do każdej uciekającej grupy. Ja jednak jechałem w koszulce lidera, więc nie mogłem tego robić. To była rola Visentiniego i mogło mu się przecież poszczęścić. Gdyby któraś ucieczka się udała, mógłby utrzymać się na przedzie, odebrać mi koszulkę lidera i wygrać całe Giro. On jednak dokonał innego wyboru. Postanowił siedzieć mi na kole, dzień w dzień mnie nie odstępował. […] Na jednym z etapów na kilometr przed metą pojawiła się czerwona flaga. Trochę wcześniej nastąpiła kraksa, w której brałem udział. Leżałem na ziemi, gdy minął mnie Visentini i sprintem pognał do mety. Nie przejął się wcale – opowiadał Roche.

W zespole wyraźnie faworyzowano Włocha. Stephen to czuł i całe napięcie sprawiło, że kompletnie nie wyszedł mu 13. etap wyścigu – jazda indywidualna na czas. Normalnie przejechałby ją świetnie, był specjalistą od czasówek. Wtedy stracił prawie trzy minuty do Włocha i oddał mu różową koszulkę. Za metą siedział sam. Nikt z zespołu do niego nie podszedł, nikt nie pocieszył. Już to go zasmuciło, ale i zdenerwowało. Potem w hotelu zobaczył jeszcze wywiad w telewizji, w którym Visentini powiedział, że nie pojedzie na Tour de France, choć wcześniej obiecywał, że to zrobi i będzie tam pomagać Roche’owi.

Stephen miał tego dość. Znalazł w sobie pokłady dodatkowej ambicji. Chciał zrobić wszystko, byle pozbawić Włocha uśmiechu z twarzy. Roche, wraz ze swoim współlokatorem, Eddym Schepersem, zaczęli obmyślać, co mogą zrobić. Eddy stał po jego stronie, bo bardzo lubił Irlandczyka, a ten w dodatku pod koniec 1986 roku uratował mu posadę. I tu warto jedno o Stephenie napisać: był znakomitym taktykiem. Uwielbiał planowanie wyścigów, sprawiało mu to frajdę. Codziennie wyjeżdżał na rekonesans, zawsze chciał znać trasę. Rywalizować z takim gościem, gdy ten jest dodatkowo cholernie podrażniony, nie może być łatwo.

Na 15. etapie Roche zwęszył swoją szansę. To był dzień najeżony podjazdami, z czego ostatni prowadził wprost do mety. Stephen kilkukrotnie podpinał się do ucieczek, które regularnie były jednak kasowane. Raz – na nieco ponad 20 kilometrów przed metą – znakomicie poradził sobie na zjeździe i znów znalazł się z przodu. – W tym momencie podjechał do mnie samochód naszej ekipy i ludzie z zespołu pytają: „Stephen, co ty wyprawiasz?”. Odparłem, że chronię lidera, bo z przodu jedzie trzyosobowa ucieczka, w której nie ma nikogo od nas, a oni na to: „Owszem, ale to nie jest twoja rola. Odpuść”. Po co mam odpuszczać, pytałem, przecież mamy w ekipie świetnych zawodników, którzy powinni sobie spokojnie poradzić z tyłu – wspominał Roche.

Okazało się, że za jego plecami rozpętało się istne pandemonium. Na zjeździe, na którym on szalał, kolejni kolarze zaliczali kraksy. Ale Roche – choć dalej dostawał polecenia – nie zamierzał ich słuchać. Trzymał się standardowej taktyki, którą znał. W końcu nie wytrzymał. – Powiedzcie Roberto, że ma przestać za mną jechać. Jeśli nie przestanie, niech odłoży nieco sił, bo gdy do mnie dojedzie, ja znowu zaatakuję – powiedział członkom ekipy. Visentini faktycznie ruszył w pogoń i Roche’a dogonił. Nie wiedział jednak, że Stephenowi sprzyjali kolarze z przodu, mimo że jeździli dla innych ekip.

Gdy Visentini dojechał do Roche’a, był już wypompowany. Fizycznie i mentalnie. Na tyle, że nie tylko przegrał swoje Giro na ostatnim podjeździe, ale na kolejnych etapach wyglądał jak wrak kolarza. Roche tymczasem skorzystał z pomocy innych zawodników i Włocha odsadził. Visentini wycofał się nawet przed ostatnim dniem rywalizacji. Stephen i wspomagający go niezmiennie Schepers na kolejnych etapach robili swoje. I to mimo że kompletnie powariowali… kibice na trasie. Irlandczyka uznali za zdrajcę. Ten zresztą nie miał jak się obronić, bo szef jego zespołu Davide Boifava zakazał mu rozmawiać z mediami.

Sytuacja była naprawdę zła. Jedzenie przygotowywał mi mój masażysta, bo bał się, że ktoś może próbować mnie otruć. Mój mechanik nie spuszczał mojego roweru z oczu, bo obawiał się sabotażu. Na starcie kolejnych etapów witały mnie transparenty: „Roche do domu!” albo „Roche Bastardo”. Nigdy tego nie zapomnę. Ludzie wypisywali na nich najgorsze rzeczy – wspominał Irlandczyk.  

Zdarzało się też, że włoscy tifosi rzucali się na Roche’a z pięściami na trasie kolejnych etapów. A gdy uniemożliwiła im to policja, brali do ust nieco wina i ryżu, po czym pluli na kolarzy. W tamtym momencie nic już jednak nie mogło Irlandczykowi przeszkodzić. Po odzyskaniu różowej koszulki był nie do zatrzymania. Pokonał wszelkie przeciwności losu. Na ostatnim etapie – jazdy indywidualnej na czas – wygrał.

Giro było jego. A Visentini? Już nigdy więcej nie wygrał wyścigu. Trzy lata później skończył karierę.

Krok II. Tlen 

Tour de France 1987 miało dwie cechy charakterystyczne: było pierwszym od lat, w którym dało się wskazać i dziesięciu faworytów, a nie tylko dwóch lub trzech oraz miało niesamowicie trudną trasę. Jedna z najdłuższych Wielkich Pętli (4231 kilometrów), była równocześnie jedną z najwyższych (59 kategoryzowanych wzniesień na trasie). W dodatku rozciągała się na 25 etapów, nie licząc krótkiej czasówki w prologu. Do tego wszystkiego było bardzo ciepło, a tempo w peletonie wysokie.

Roche wierzył, że może wygrać ten wyścig. Odpoczął po Giro, wciąż był w znakomitej formie. W dodatku na starcie zabrakło Bernarda Hinaulta (skończył karierę) i Grega LeMonda (został… postrzelony w trakcie polowania na indyki). Peleton stracił dwóch wielkich liderów. Nagle wszyscy zwietrzyli swoją szansę. Stąd to wysokie tempo. Roche też wiedział, że taka okazja może się już w jego życiu nie powtórzyć. Ale na wielkie emocje z jego udziałem trzeba było poczekać aż do trzeciego tygodnia.

Zaczęło się od 18. etapu, czasówki na szczyt Mont Ventoux. Tam znakomicie pojechał Jean-Francois Bernard, faworyt miejscowej publiczności. Wypruwał z siebie żyły. Choć na co dzień jeździł niesamowicie stylowo, tamtego dnia styl w ogóle się dla niego nie liczył. Nie starał się wyglądać dobrze, a jedynie naciskać na pedały mocniej i mocniej. To dało efekt – pojechał fantastycznie, wygrał etap i zgarnął żółtą koszulkę, odbierając ją Charly’emu Mottetowi. Roche był drugi w klasyfikacji generalnej, ale miał dobrze ponad dwie minuty straty.

Bernard był pewny swego. Na szczycie mówił, że ten wyścig już jest jego. Jak Visentini na Giro, spodziewał się, że nikt i nic nie odbierze mu zwycięstwa. – Po zakończeniu etapu wszyscy oglądaliśmy telewizję i wszyscy widzieliśmy Bernarda. Słyszeliśmy tamte słowa: „Widzieliście, jaki jestem mocny, jak daleko odjechałem całej reszcie… Jako że do rozegrania jest jeszcze jedna czasówka, wygram ten Tour de France”. Wszyscy to widzieliśmy. Sądzę, że w tym momencie wszyscy faworyci pomyśleli sobie: „Za kogo on się ma? Czy on w ogóle widział roadbook? Nie wie, że czeka nas jeszcze siedem dni jazdy?”.

Roche otrzymał nieoczekiwaną pomoc – Mottet, dopiero co zdetronizowany lider, podszedł do niego przed kolejnym etapem i zaproponował wspólny atak. Znał doskonale okolicę, pochodził z niej. Zaproponował atak w strefie bufetu. Naruszono by tym samym kolarską etykietę, ale miejsce było wprost idealne. Wąska droga, za nią stromy podjazd. Tyle że Roche już wcześniej o tym myślał. Podobnie inni liderzy. Wszyscy więc w kluczowym momencie ustawili się z przodu peletonu. Tylko Bernard miał pecha – złapał gumę tuż przed bufetem, potem nie mógł przedrzeć się na czoło grupy. Przebijał się więc mozolnie, ale wtedy… spadł mu łańcuch. Został z tyłu, a niemalże w tym samym momencie z przodu grupka kolarzy ruszyła do przodu, rozpoczynając ucieczkę.

Roche twierdził potem, że gdy zobaczyli, że nie ma wśród nich lidera, niejako ich to zjednoczyło. Jak mówił – wszyscy słyszeli jego buńczuczne zapowiedzi. A skoro już następnego dnia trafiła się okazja, by wyeliminować go z walki o żółtą koszulkę, to chcieli z niej skorzystać. Bernard miał wokół siebie małą grupkę i długo utrzymywał straty na poziomie mniej więcej minuty, ale nie potrafił zachęcić rywali do harówki. Pracowali głównie kolarze z jego grupy i on sam.

A z przodu się działo. W pewnym momencie, na podjeździe, zaatakował Pedro Delgado, a Roche ruszył za nim. – Opadałem z sił. Jest jedno dobre zdjęcie pokazujące mnie i Delgado bok w bok na tym podjedzie. Jechaliśmy korba w korbę, jak zespawani. Miałem już dość, ale gdybym siedział mu na kole, wiedziałby, że mam problemy – wspominał Irlandczyk. Wyciskał więc z siebie resztki energii, byle tylko rywal nie dostrzegł, że jedzie już na rezerwie. Udało się. Na metę dojechali razem. Etap wygrał Delgado, ale Roche przejął koszulkę lidera. Bernard stracił ponad cztery minuty, za metą się rozpłakał.

Następnego dnia prowadzenie w klasyfikacji generalnej trafiło do rąk Delgado. Roche był drugi, ale się tym nie przejmował – dziennikarzom mówił, że spodziewał się tej zmiany. Powalczyć o odzyskanie trykotu miał później. I wreszcie nadszedł etap, który przeszedł do historii kolarstwa. Właściwie chodzi tylko o jego ostatnie chwile – długi, trudny podjazd, który wykończył wówczas niejednego kolarza. I Roche, i Delgado lubili góry, ale zdecydowanie lepiej wspinał się ten drugi. Irlandczyk nie mógł stracić więcej niż pół minuty, tak wszystko obliczył. Wtedy zachowywał realne szanse na odrobienie strat w swojej specjalności – jeździe na czas, którą kończył się cały wyścig.

W pewnym momencie zaczął jednak odpadać od Hiszpana. O ile przez jakiś czas jechał razem z nim, to wkrótce różnica między nimi wynosiła już półtorej minuty. Wydawało się niemal pewne, że to Delgado zostanie zwycięzcą tej Wielkiej Pętli. Tyle tylko, że to wszystko było częścią szalonego planu Irlandczyka.

Delgado był prawdziwym góralem, znacznie lepszym ode mnie na podjazdach, ale wiedziałem, że mogę go pokonać na czasówce. Podliczyłem, że jeśli będę miał zły dzień, a Delgado dobry, to i tak jestem w stanie odrobić minutę na ostatnim etapie. Kilkukrotnie w ciągu tego etapu próbowałem atakować, ale mnie doganiał. Na ostatnim podjeździe ułożyłem inny plan. Pozwoliłem mu odjechać, a sam próbowałem się zebrać do kupy. Gdybym za nim jechał, odpadłbym. Więc dałem mu uciec. Początkowo Delgado powiększał stratę. Najpierw informowali mnie, że zwiększyła się o 10 sekund, potem o 5, 3, 2, 1… Stwierdziłem, że to działa! Utrzymywałem tempo, a on jechał wolniej. Sam też musiał kalkulować, uznał, że ma już przewagę, która mu wystarczy. A wtedy ja dałem z siebie wszystko – wspominał Roche.

Rozmieszczenie kamer telewizyjnych na tamtym podjeździe nie było najlepsze. Komentatorzy nie do końca wiedzieli, co się dzieje. Ale dzięki temu do historii przeszedł Phil Liggett, który opisywał wjazd Delgado i nagle zaczął krzyczeć: „Ale kto wyjeżdża tuż za nim? Bo wygląda jak Roche! On wygląda jak Stephen Roche! To jest Stephen Roche, niemal złapał Pedro Delgado na linii mety, nie wierzę w to!”. Bo faktycznie, Irlandczyk stracił ostatecznie ledwie kilka sekund. Wciąż był blisko. Ale niesamowicie to okupił.

Tuż za linią mety położono go na ziemi i podawano tlen. Przez dziesięć minut na pytania lekarzy odpowiadał jedynie mrugając oczami. Gdy odprowadzono go do ambulansu, dziennikarze pytali o stan jego zdrowia. Roche zdobył się na żart:

„Wszystko w porządku, ale dziś wieczorem żadnych kobiet”.

Na pewno pomogło mi wtedy to, że nie miałem pojęcia, gdzie jest Delgado. Skupiłem się tylko na zegarze na linii mety i myślałem, że wszelki czas, jakiego nie stracę na tym etapie, nie będę musiał odrabiać na czasówce. Nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Wyłączyłem się na wszystko – mówił później Irlandczyk.

Następnego dnia czuł się paskudnie. Ale wciąż blefował. O własnych siłach zszedł na śniadanie tylko po to, by zobaczył go Delgado. Partnerzy z zespołu proponowali, że przyniosą mu je do pokoju, ale nie chciał o tym słyszeć. Nie chciał pokazać słabości. I nie pokazał. Ani wtedy, ani na trasie. Nie przeszkodziła mu nawet dziesięciosekundowa kara, którą dostał za… picie z butelki bez brandingu Coca Coli. Na czasówce odrobił niemal dokładnie tyle, ile sobie wyliczył – 61 sekund. Przed nią tracił 40.

Wygrał Tour de France.

Krok III. Najpiękniejsza niespodzianka

Już na lotnisku w Paryżu, szykując się do odlotu do Irlandii, zauważył własne zdjęcie na pierwszych stronach międzynarodowych gazet. „Irish Times” za to po raz pierwszy na okładce dał kolorowe zdjęcie – był na nim on. Gdy dotarł do Dublina, od razu po wyjściu z samolotu musiał rozdawać autografy. Powitali go tam zresztą nie tylko kibice, ale też ministrowie i członkowie rodziny, którzy chcieli cieszyć się jego sukcesem wraz z nim. Wspominał, że już wtedy zaświtała mu w głowie myśl, że to właśnie to jest jego największym osiągnięciem – wpływ, jaki wywarł w Irlandii.

Najlepiej było to widać po przyjęciu zgotowanym mu w stolicy. Tłumy ludzi chciały go przywitać i bić mu brawo. On i Sean Kelly byli gwiazdami, narodowymi bohaterami. W tamtej chwili tym największym był jednak Roche. Choć i Kelly się z tego cieszył, bo obaj się lubili i szanowali. Kochali ich też ich rodacy. Dowodem wydawane o nich książki, filmy, a nawet… gry planszowe. Choć taką miał tylko Kelly. Roche miał za to piosenkę, napisaną, gdy jeszcze jechał w Tour de France.

Obaj mieli też jeszcze jedno zadanie w tamtym sezonie: zdobyć dla Irlandii mistrzostwo świata. Irlandczycy – choć zdarzało się, że stali już na podium – nigdy w historii kolarstwa tego nie osiągnęli. W 1987 roku miał to zrobić Kelly, brązowy medalista sprzed pięciu lat. Roche brąz też już zdobył – rok po swoim przyjacielu. 33 lata temu uznano, że Sean bardziej nadaje się do jazdy na tej trasie. Poza tym Roche przyznawał, że nieco – po sukcesach z Giro i Touru – brakuje mu już motywacji. No i forma też nie była ta.

Przed Giro i Tour de France byłem w świetnej formie, wiedziałem, że mogę wygrać oba te wyścigi. Ale tydzień czy dwa przed mistrzostwami świata było zupełnie inaczej. Pojechałem tam skupiony na tym, by pomóc wygrać Seanowi. Ale w tamtym sezonie niemal wszystko szło po mojej myśli. To było niesamowite – wspominał Stephen po latach. Tak też było na tych mistrzostwach. Wszyscy zgadzali się, że wygrać powinien sprinter, bo trasa była po prostu ułożona pod takich zawodników.

Na trasie było ślisko, dwaj Irlandczycy trzymali się z przodu peletonu. Stephen prowadził Seana i starał się unikać wszelkich niebezpieczeństw. – Pozwoliliśmy wielkim ekipom kontrolować wyścig. My mieliśmy tylko pięciu kolarzy, nie mogliśmy tego zrobić – wspominał Kelly. – Z czasem było mnóstwo ataków i kontrataków. Pamiętam, że powiedziałem Stephenowi: „Jeden z nas musi się upewnić, że będziemy obecni w tych atakach, jeśli odjadą”. Jeśli byśmy zostali, wyścig byłby dla nas skończony.

Trasa mistrzostw ułożona była tak, że kolarze jechali 23 okrążenia, a każde liczyło sobie niespełna 12 kilometrów. Na początku ostatniej z rund urwało się kilkunastu kolarzy. Roche podciągnął Kelly’ego i obaj wylądowali w prowadzającej grupie. Byli tam też między innymi Steve Bauer czy obrońca tytułu Moreno Argentin. Ostatecznie ucieczka liczyła sobie trzynastu zawodników. Roche wciąż harował, narzucając tempo.

Wkrótce jednak i ta grupa się podzieliła. Stephen, narzucając tempo, początkowo nawet nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, że Kelly został z tyłu, w drugiej grupie. Ale Sean nie miał o to do niego pretensji. – Nie byłem wystarczająco mocny. W swojej grupie miałem Argentina. Przez większość ostatniego okrążenia siedział mi na kole. Nie miałem absolutnie żadnego powodu, żeby gonić kolarzy przed nami. Mieliśmy tam zawodnika, to dawało nam szansę na zwycięstwo – mówił starszy z Irlandczyków.

A młodszy szybko zorientował się w sytuacji. Widział, że jeśli ktoś ma przywieźć złoto do Irlandii, to właśnie on. – Jakieś 500 metrów przed metą ostatni raz spojrzałem do tyłu. Widziałem, że grupa Kelly’ego do nas nie dołączy, więc przygotowałem się na atak. Niesamowite, ale wciąż miałem coś w nogach. Starałem się użyć każdej cząsteczki energii. Włączyłem wysoki bieg, zaatakowałem i pedałowałem – mówił Roche.

W grupie przed sprintem zawsze jest moment, gdy wszyscy zawodnicy się badają. Stephen wybrał właśnie taką chwilę na swój atak. U rywali było za to nieco zawahania i to wszystko, czego potrzebował, żeby wygrać. Wszystko zrobił w idealnym momencie. Użył całej swojej siły, ale też zmysłu taktycznego, żeby przeczytać wyścig. Zawsze to miał – dodawał Kelly.

Roche, po swoim ataku, odjechał rywalom na kilka metrów. Wspominał potem, że jakieś 300 metrów przed metą spojrzał pod swoim ramieniem do tyłu i zobaczył „najpiękniejszy widok na świecie”, czyli rywali, którzy – wiedział to dobrze – nie mieli już prawa go dogonić. Był pewien, że zostanie mistrzem świata. Wiedział, że zdobędzie potrójną koronę.

Kelly, gdy tylko dojechał na metę, rzucił się na Stephena i obaj wspólnie świętowali. Potem robili to też całą drużyną w hotelu. Irlandia miała mistrza świata. Mistrza, który nie miał nim zostać, ale mu się to udało. I skompletował tym samym jedno z największych osiągnięć w historii kolarstwa. Zrównał się – choćby pod tym jednym względem – z wielkim Eddym Merckxem.

A to już coś, co nie pozwoli o nim nigdy zapomnieć.

Epilog. Sześć chudszych lat

Nie można powiedzieć, że Stephen Roche stał się po tamtym sezonie zawodnikiem słabym. Wciąż potrafił wygrywać i zajmować wysokie miejsca nawet w najważniejszych wyścigach… gdy tylko nie dokuczało mu kolano. Tak, znów wróciły stare demony. Często musiał się wycofywać z wyścigów. Dodatkowo z czasem doszła też nieudana operacja, która sprawę tylko pogorszyła. W końcu zmusiło go to do wycofania się z kolarstwa na dobre. W ostatnich latach jeździł głównie jako pomocnik. Ale nie narzekał.

Startował, jak sam to określał „dla zabawy”. Bo to lubił, kolarstwo sprawiało mu frajdę. Przez to, że nigdy później nie nawiązał już do swojego poziomu z 1987 roku, tak naprawdę, gdy myśli się „Stephen Roche”, kojarzy się ten jeden, fantastyczny rok. – To zrobiło wielką różnicę. Dla mnie, jako kolarza, praktycznie wymazało wszystko, co osiągnąłem wcześniej. Ludzie wciąż mówią: „Miał genialny rok 1987, ale wygrał coś poza tym?”. Kibice zapominają, że byłem najlepszy w Paryż-Nicea, a cztery razy kończyłem tam drugi. Wygrałem 55 wyścigów, ale spycha się je w cień – mówił sam Roche.

Trudno się jednak temu dziwić. Bo faktycznie – nie tylko to, co wygrał w 1987 roku, ale styl, w jakim to osiągnął, sprawia, że trudno pamiętać o czymkolwiek innym.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

 

Źródła:
CyclingWeekly, The Guardian, Cyclist, CapoVelo.com, RTE, BBC, oficjalna strona kolarskich MŚ, Irish Times, WeLoveCycling, Irish Peleton, oficjalna strona Stephena Roche’a.
“Tour de France. Etapy, które przeszły do historii” Richard Moore
“Giro d’Italia. Historia najpiękniejszego kolarskiego wyścigu o świata” Colin O’Brien


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
P75
P75
28 dni temu

Dzięki za ten art. Uwielbiałem Stephena Rochea. Od tego zaczęła się moja fascynacja kolarstwem. Pamiętam go po wygraniu mistrzostwa. Tak skonanego człowieka nigdy już później nie widziałem. Stephen wyglądał jakby wypluł duszę. Niesamowity widok. Zastanawiałem się, co się z nim stało później. Nie wiedziałem, że zmagał się z kontuzjami.

Aktualności

Kalendarz imprez