Stary mistrz odzyskał formę. Czy podczas igrzysk zagrozi Piotrowi Liskowi?

Stary mistrz odzyskał formę. Czy podczas igrzysk zagrozi Piotrowi Liskowi?

Kiedy rodzą się nowe gwiazdy, stare powoli schodzą ze sceny. To niepisana zasada lekkiej atletyki, do której jednak stosować nie chce się Renaud Lavillenie. 34-letni Francuz w tegoroczny sezon halowy wszedł z hukiem. Podczas niedzielnych zawodów w Tourcoing po raz pierwszy od lat zanotował wynik powyżej 6 metrów, czym dał jasny sygnał – rok olimpijski wcale nie musi należeć do Armanda Duplantisa, człowieka, który odebrał mu rekord świata.

W rywalizację o najwyższe tyczkarskie laury będą chcieli włączyć się również Piotr Lisek z Grupy Sportowej ORLEN i Sam Kendricks. Czego zatem możemy spodziewać się po nadchodzących tygodniach, a także sezonie letnim?

Nie ma co ukrywać – lekkoatletyka nie jest dyscypliną, która wybitnie sprzyja wiekowym zawodnikom. Typowym zjawiskiem jest to, że ktoś wchodzi na szczyt, a po zejściu z niego nie wraca już do topowego poziomu. Bo nadgonić młodszą konkurencje bywa naprawdę trudno.

Wydawało się, że tak będzie z Renaudem Lavillenie, mistrzem olimpijskim z Londynu i wielokrotnym medalistą mistrzostw globu i Europy. Szczyt formy osiągnął – mniej więcej – w latach 2013-2016. Uchodził wówczas za jednego z najbardziej ekscytujących lekkoatletów, który na każdych zawodach był w stanie czymś zaskoczyć.

Podczas ostatnich sezonów znajdował się jednak w gorszej dyspozycji. Choć bezsprzecznie należał do światowej czołówki, tak nie był w stanie przekroczyć granicy 6 metrów. A to – w niektórych zawodach – nie pozwalało mu na rywalizację z młodym pokoleniem tyczkarzy. Na mistrzostwach świata w 2019 roku nie przeszedł nawet eliminacji. Mógł tylko obserwować, jak Lisek, Duplantis i Kendricks biją się o medale. To wtedy zaczęliśmy mieć wrażenie, że Francuz powoli przegrywa walkę z wiekiem.

No ale właśnie – wygląda na to, że byliśmy w błędzie. Bo Lavillenie znowu jest w wielkiej formie.

To nie był dzień konia

Sezon niedawno się rozpoczął, ale Francuza w akcji oglądaliśmy już dwukrotnie. Podczas piątkowych zawodów w Karlsruhe skoczył 5,95, a pierwszą zrzutkę zanotował na 6 metrach. Natomiast w niedzielę we Francji pokonał 6,02 a pierwszą zrzutkę zanotował na… 6,20.

– Sześciu metrów nie skacze się przypadkowo. Choćby w rzucie oszczepem może być tak, ze komuś powieje wiatr i zaliczy świetny wynik, nie mając wybitnej formy. Ale skok o tyczce działa inaczej. Próba powyżej sześciu metrów po prostu świadczy o świetnej dyspozycji – mówi nam Tomasz Spodenkiewicz, statystyk lekkoatletyczny prowadzący konto Athletics News na Twitterze.

Oczywiście wszystko, co najważniejsze, jeszcze przed nami. Halowe mistrzostwa Europy odbędą się w terminie 5-7 marca. Żaden zawodnik nie obrazi się też na scenariusz, w którym wybitną formę złapie dopiero w lipcu, akurat na igrzyska olimpijskie. Fakty są jednak takie, że Renaud wygląda najlepiej od lat. I nie ma co doszukiwać się możliwości, żeby nagle, w ciągu następnych tygodni, przestał skakać wysoko.

Szczególnie że mówimy o doświadczonym zawodniku, który wie jak utrzymać świetną dyspozycję. Jeszcze zanim miały miejsce ubiegłoroczne wyczyny Duplantisa, to Francuz jako pierwszy walczył z rekordami Siergieja Bubki. Te utrzymywały się latami, bo przecież Ukrainiec swój najlepszy skok oddał w 1992 roku. Dopiero dwadzieścia dwa lata później pojawił się ktoś, kto go zdetronizował. Lavillenie w historii zapisał się w 2014 roku, kiedy zanotował 6,16.

To zatem po prostu kapitalny zawodnik, który prawdopodobnie sprawi, że nie będziemy już mówić o “wielkiej trójce”, w skład której wchodzą Duplantis, Sam Kendricks i Piotr Lisek, a wielkiej czwórce.

Lavillenie i Duplantis na wspólnym treningu we Francji

– Faktycznie nikt się nie spodziewał, że Lavillenie jest jeszcze w stanie wrócić na taki poziom. Ostatni raz sześć metrów przekroczył pięć lat temu, na halowych mistrzostwach świata. A w skoku o tyczce to pełno czasu. Co prawda było widać w poprzednich sezonach, że on skacze przyzwoicie, nie można było go skreślać jako kandydata do medali najważniejszych imprez. Ale raczej na zasadzie, że zaliczy 5,90 z małą liczbą strąceń, a ktoś z faworytów się potknie, i dzięki temu wyląduje na podium – dodaje Spodenkiewicz.

Faworyt jest tylko jeden?

Nie ma jednak co ukrywać – nieważne, czy mówimy o sezonie halowym, czy letnim, scenariusz, w którym złotych medali nie zgarnia Armand Duplantis, będzie sensacją. Zawodnik reprezentujący barwy Szwecji sezon rozpoczął w niedzielę. I – jeszcze przed tym, jak we Francji 6,02 zaliczył Lavillenie – on wygrał zawody w Duesseldorfie ze skokiem na wysokość 6,01.

Dało się co prawda dostrzec, że znajduje się w nieco gorszej formie niż w lutym zeszłego roku – to znaczy nie dysponował równie kosmiczną dynamiką, co wtedy, ale – mimo dwóch strąceń – wciąż pokonywał kolejne wysokości z pewnym przewyższeniem. Atakował zresztą swój własny rekord świata, ale po jednej próbie, w czasie której przebiegł się po rozbiegu i nie przystąpił do skoku, z tego zrezygnował.

Miał jednak w garści najlepszy wynik sezonu. I zapewne nie spodziewał się, że ktokolwiek go prędko pobije. A już na pewno nie doświadczony Francuz, i to tego samego dnia.

Duplantis zresztą odniósł się do wyczynu rywala na Twitterze. I tylko rozbudził nasz apetyt na pierwsze tegoroczne starcie tej dwójki, które będzie miało miejsce… już w tę sobotę. Na mityngu w Rouen.

– Duplantis w ubiegłych latach pierwsze starty zaliczał w Stanach, na akademickich zawodach. Tym razem od razu zaczął w Europie. I było widać te jego możliwości – mówi Spodenkiewicz. – Nie ma co się oszukiwać – skoki Lavilleniego to dla niego motywacja. Wydawało się, że zostały mu zmagania z samym sobą i rekordami, a okazuje się, że wyskoczył mu taki rywal, i to naprawdę wiekowy. Bo różnica między nimi to trzynaście lat. 

Oczywiście, jeśli mówimy o tyczkarskiej rywalizacji o najwyższe cele, nie da się nie wspomnieć o kolejnych dwóch gigantach. Pierwszym jest Sam Kendricks, czyli – jakby nie patrzeć – aktualny mistrz świata. A drugim oczywiście Piotr Lisek. Tylko no właśnie – zawodnik Grupy Sportowej ORLEN rozpoczął sezon na niskich obrotach [5,47 w pierwszym mityngu, 5,62 w drugim przyp-red]. Czy to powód do obaw?

Krok po kroku?

Jeśli popatrzymy na poprzednie sezony – w żadnym wypadku. Polski tyczkarz ma po prostu to do siebie, że potrzebuje paru zawodów, aby się rozkręcić. Podkreśla to Tomasz Spodenkiewicz: – Piotr Lisek jest generalnie zawodnikiem, które pierwsze starty notuje dość przeciętne. A potem koniec końców okazuje się, że forma jest. Jego najlepsze otwarcie sezonu halowego w karierze to było zaledwie 5,51. W piątek do tego wyniku zabrakło mu zaledwie 4 centymetrów. Musimy też pamiętać, że Polak miał lekkie problemy zdrowotne, przez co jest trochę spóźniony z treningiem. Tych słabszych skoków można się więc było spodziewać.

Czego możemy oczekiwać po polskim tyczkarzu w następnych tygodniach? Jeśli chodzi o HME – możemy pół żartem pół serio powiedzieć, że będą sprzyjać mu ściany. Bo zawody odbędą się w Toruniu. I nawet jeśli nie pojawią się na nich kibice – zawodnik Grupy Sportowej ORLEN powinien czuć się komfortowo. Pamiętajmy też, że to zawodnik, który jest w stanie skakać powyżej sześciu metrów. A to pozwala mu zawsze myśleć o najwyższych celach, a przy pomyślnych wiatrach – również złotych medalach wielkich imprez.

Inna sprawa, że powrót do formy Lavilleniego jeszcze podniósł poziom tej konkurencji. Dotychczas polski tyczkarz obawiał się przede wszystkim Kendricks i Duplantisa. Gdzieś z tyłu głowy miał innych utalentowanych rywali, pokroju Thiago Braza czy Raphael Holzdeppe. W gronie szerokich faworytów znajdowali się też Paweł Wojciechowski czy Cole Walsh. Ale Renaud to jednak najwyższa z możliwych półek. Gość, który jest w stanie wejść na kosmiczny poziom.

Piotr Lisek na MŚ w Dausze zdobył brąz. W Tokio będzie miał apetyt na więcej

O podium na igrzyskach czy halowych mistrzostwach Europy (choć tam oczywiście zabraknie m.in. Kendricksa) będzie toczyła się zatem naprawdę zacięta walka.

Biorąc na warsztat te imprezy, musimy jednak pamiętać o kolejnej rzeczy – jak popatrzymy na ubiegłe sezony, choćby Lavillenie niemal zawsze lepiej radził sobie na początku roku niż w jego połowie. Bo skakanie na hali po prostu różni się od tego na stadionie.

Spodenkiewicz: – Chodzi przede wszystkim o warunki. W hali nie trzeba zmagać się z wiatrem. Nie bez przyczyny najlepsze skoki w historii oglądaliśmy pod dachem. Ta różnica nie jest jednak duża. Jestem przekonany, że Duplantis wejdzie na najwyższy poziom również w sezonie letnim. I nie będzie miało dla niego znaczenia, gdzie będzie próbował bić rekordy. Ale jednak trochę jest tak, że na stadionie łatwiej mają zawodnicy pokroju Piotra Liska, czyli mocno zbudowani. Duplantis czy Lavillenie ważą trochę mniej i te podmuchy wiatru mogą im bardziej przeszkadzać.

To, co zobaczymy w Tokio, może nas zatem zaskoczyć. Bo owszem, Lavillenie zbudował formę, ale czy po zakończeniu sezonu halowego, a potem kolejnym obozie, kolejnych przygotowaniach, wciąż będzie tak mocny? Igrzyska rządzą się też własnymi prawami. Presja jest nieporównywalnie wyższa niż podczas większości zawodów, przez co może dojść do niespodzianek. Taką właśnie oglądaliśmy na imprezie w Rio de Janeiro w 2016 roku, kiedy złoty medal zdobył Braz.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że nadchodzące tygodnie, jeśli chodzi o skok o tyczce, zapowiadają się pasjonująco. I co nas cieszy, finał tegorocznej rywalizacji na hali Lavilleniego, Duplantisa i Liska będzie miał miejsce na polskiej ziemi. Liczymy, że podczas halowych mistrzostw Europy w Toruniu zobaczymy prawdziwe fajerwerki.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez