Start olimpijski na urodziny. Sławomir Napłoszek, łucznik z banku

Start olimpijski na urodziny. Sławomir Napłoszek, łucznik z banku

Dokładnie dziś kończy 53 lata. Na igrzyska wrócił po niemal trzydziestu – startował w Barcelonie, a potem miał mnóstwo perypetii. Jedne wiązały się z zachowaniem związku sportowego, inne z prywatnymi decyzjami, jeszcze inne z pracą. W pewnym momencie przerwał karierę. Wrócił po ponad dekadzie, bo namówił go kolega. Przed Tokio mówił, że chciałby powalczyć o medal, nawet o złoto. Choć wie, że brzmi to jak szaleństwo. Kariera Sławomira Napłoszka to historia jedyna w swoim rodzaju.

*****

Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 80., gdy większości naszej obecnej kadry olimpijskiej nie było nawet na świecie. Napłoszek w tamtym czasie chorowitym dzieciakiem. Zdarzało się nawet, że nauczyciele przyjeżdżali do jego domu, bo przez problemy zdrowotne długo nie pojawiał się w szkole. Sport jednak uwielbiał i był w nim bardzo dobry. Gdy więc zdrowie dopisywało, starał się go uprawiać najczęściej, jak tylko mógł.

Świetnie biegał, miał zadatki na lekkoatletę, zaproszono go do szkoły sportowej działającej przy warszawskiej Polonii, która wówczas była marką. Przecież reprezentowała ją nawet Irena Szewińska, a jej wielkie sukcesy wciąż były wtedy nieodległą przeszłością. Napłoszek, jak i ona, specjalizował się w sprintach. Raz, że miał do nich talent, dwa, że podobała mu się związana z nimi adrenalina, pozytywny stres związany z wyczekiwaniem na wystrzał startera. Poza tym grał w koszykówkę, którą też bardzo lubił.

No i przez nią właśnie przypałętał się wielki problem – zwichnięcie barku. W szkole obawiali się pozwolić mu na powrót do basketu, bo co by było, gdyby zdrowie zaszwankowało mu całkowicie? – Nie za bardzo mogłem coś robić. Po pewnym czasie zacząłem przychodzić na salę, jak dzieciaki strzelały. I zacząłem strzelać z nimi. Pamiętam moje pierwsze zawody na Marymoncie, kiedy strzelaliśmy jeszcze na dziecięce odległości, to szału nie było, zahaczaliśmy każdy kolor tarczy. Od białego po żółty – opowiadał Napłoszek w programie Uwaga! TVN.

Duża była tu rola trenera Andrzeja Podstolskiego. To on założył w klubie sekcję łucznictwa, on zachęcał uczniów, by się do niej zapisali. Napłoszek tym zachętom uległ, ale niedługo potem zmienił szkołę – poszedł do Technikum Mechanicznego, spodziewał się, że to koniec kariery. Przypadkowo trafił jednak na kolegę, który też parał się łucznictwem. Ten zachęcił go do treningów, mówiąc, że w Marymoncie Warszawa strzelają, ale również grają w koszykówkę. A ta nadal Napłoszka kusiła.

W Marymoncie trenerem był wtedy Adam Pazdyka, obaj współpracują zresztą do dziś. Pazdyce Napłoszek wiele zawdzięcza – ten pomógł mu bardzo, gdy nasz łucznik… zwichnął bark po raz drugi. Trener nie pozwolił mu zrezygnować z treningów. Trzy lata później młody wówczas Sławek był już mistrzem Polski juniorów. Wszystko szło w dobrą stronę.

*****

W końcu nadeszła Barcelona 1992. Piękne igrzyska, jedne z najlepszych, przyznaje to każdy, kto tam startował. Wśród tych szczęśliwców znalazł się też 24-letni Sławomir Napłoszek. O tym, że do Katalonii pojedzie, dowiedział się w sposób, który dziś trudno sobie wyobrazić.

– O pierwszym starcie dowiedziałem się z „Przeglądu Sportowego”. Kupiłem gazetę, żeby zobaczyć, czy jestem w kadrze. Byłem, ucieszyłem się, aż przykucnąłem z wrażenia. W domu pokazałem rodzicom i dziadkom. Wtedy o powołaniu na igrzyska decydował PKOl, dziś też, ale do tego kwalifikacje trzeba wypracować na zawodach – wspominał w rozmowie z portalem Sportowy24.

Pamięta, że w Barcelonie zachwyciła go wioska olimpijska, obecność gwiazd. Wspominał, że na ceremonii otwarcia właściwie tuż obok niego przeszedł w pewnym momencie Michael Jordan. A większej gwiazdy sportu wówczas nie było. Na igrzyska niesamowicie się napalił, był zmotywowany. Może nawet za bardzo. Przesadził z przygotowaniami, przetrenował się, w zawodach wyszło słabo – skończył na 54. miejscu, w drużynie Polacy odpadli w 1/8 finału. To miało być jednak przetarcie, był w końcu młodym gościem, spodziewał się, że na igrzyskach wystartuje też za cztery lata, w Atlancie.

Sławomir Napłoszek

Sławomir Napłoszek. Fot. Newspix

Stało się jednak inaczej. Choć nie powinno.

Kwalifikację do Atlanty wywalczył tylko Paweł Szymczak, jego dobry kolega z kadry. Napłoszek miał jednak znakomity sezon 1996, w rankingu był wysoko, na czołowych lokatach, był już też medalistą mistrzostw Europy, a Polska otrzymała możliwość dowołania kolejnego łucznika, otrzymaliśmy też wtedy dziką kartę do turnieju drużynowego. Wydawało się, że w tej sytuacji musi pojechać właśnie on. A jak to się skończyło?

– Przed igrzyskami w Atlancie w 1996 r. ówczesny prezes związku Jacenty Kowerski postanowił wbrew regulaminom wysłać na igrzyska kogoś innego. Do startu przygotowywaliśmy się wówczas razem z Pawłem Szymczakiem, który już wcześniej zrobił kwalifikację. W przypadku uzyskania drugiego miejsca dla Polski to ja miałem jechać na igrzyska. Stało się jednak inaczej. Byłem w wysokiej formie, a zniszczono mi kawałek życia. To obrzydziło mi sport kompletnie. Jeszcze chwilę strzelałem, ale poczułem, że psychicznie nie daję rady. Nie mogłem patrzeć na pewnych ludzi – wspominał na łamach Onetu.

Ostatecznie okazało się, że… na igrzyska nie pojechał żaden z naszych łuczników poza Szymczakiem. Drużyny też nie było. Działacze zrujnowali Napłoszkowi szansę na świetny wynik. Nigdy nie był w lepszej formie niż w tamtym okresie. By do niej dojść, poświęcił wówczas niesamowicie wiele – niby studiował, ale tak naprawdę z wykładowcami dogadywał się co do terminów egzaminów, przekładał wszystkie, które mógł, brał urlopy dziekańskie. Ważniejsze były dla niego treningi, studia były na drugim planie. Praca? Nie mógł pracować, nie miał na to czasu, ratowało go tylko to, że miał stypendium sportowe.

Po tym, co stało się przed Atlantą, stwierdził, że jednak woli “normalny” zawód.

*****

Został informatykiem, podjął pracę w banku. W tym zawodzie działa do dziś, zresztą jeszcze do tego wrócimy. Inna sprawa, że łuku całkowicie nie odstawił – on sam obecnie twierdzi, że karierę przerwał, bo strzelał tylko rekreacyjnie, może ze dwa razy w tygodniu. Jego żona raczej skłania się ku zdaniu, że przerwy nigdy nie było. Napłoszek za bardzo kochał łuk.

W takim rekreacyjnym trybie strzelania upłynęła mu jednak ponad dekada. A potem spotkał Leszka Chojnackiego, swojego przyjaciela. I wrócił do rywalizacji.

– Rodzina i przyjaciel zachęcali mnie do powrotu twierdząc, że będzie to dla mnie skuteczna forma relaksu i odskocznia od pracy. Tak się składa, że kiedy akurat zaczynam coś robić, to robię to najlepiej jak potrafię. W pewnym momencie idę na całość i rzeczywiście po powrocie do sportu zaczęły pojawiać się drobne sukcesy. Pierwszy z nich był w 2008 roku, kiedy to z przyjacielem, który właśnie namówił mnie na powrót do łucznictwa, zdobyliśmy złoty medal w drużynie. To było bardzo ekscytujące, bo strzelanie w finale zawsze jest po prostu wspaniałe. Lubię to i nic tego nie zmieni. Z roku na rok było nieco lepiej – wspominał Napłoszek na łamach „Gazety Żoliborza”.

Zawsze mówi, że uwielbia wygrywać. Nawet jeśli chodzi o lokalne zawody, zwycięstwo go po prostu nakręca. A gdy wrócił, okazało się, że na krajowym podwórku nadal radzi sobie dobrze. Zaczął też pobijać rekordy życiowe. Ręka nadal była pewna. Głupio byłoby z tego nie skorzystać, pomyślał. I ciężko harował, żeby osiągać jak najlepsze wyniki. Miał jednak problemy z treningiem, głównie zimą.

Po prostu nie było wtedy gdzie strzelać. Łuku jednak odstawić na kilka miesięcy nie mógł, jeśli chciał coś osiągnąć. A chciał, już wtedy marzyły się mu igrzyska. Nie udało się jednak pojechać i do Londynu, i do Rio. W tym pierwszym przypadku znów decydowały zresztą względy pozasportowe. Opowiadał o tym Onetowi.

W 2012 roku na zawody do Rumunii wziął mnie ówczesny trener kadry. Wygrałem wówczas rywalizację i… już nigdzie więcej nie pojechałem. Tak to wyglądało [trener miał usłyszeć, że jeśli Napłoszek jeszcze gdzieś pojedzie, to znajdzie się inny szkoleniowiec dla kadry – przyp. red.]. W 2015 r. byłem blisko medalu w igrzyskach europejskich w Baku. Zająłem tam czwarte miejsce i myślałem o występie w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Tam jednak znowu się nie udało. Byłem bardzo rozczarowany, bo mocno o nie walczyłem. Jak dzisiaj pamiętam zawody, na których przegrałem olimpijską szansę. Odbywały się w one w tureckiej Antalyi. Prowadziłem tam z zawodnikiem z Singapuru 5:1. Wydawało mi się, że mam pewny awans, ale przegrałem z wiatrem. Ten był silniejszy ode mnie i zdmuchnął moje marzenia olimpijskie. Strasznie to przeżyłem.

Przed Rio trenował między innymi… na bankowym korytarzu. W trakcie zawodów strzela się z 70 metrów, szukał więc odpowiedniego miejsca. Znalazł tam, gdzie na co dzień pracował. Jeden z korytarzy mierzył 68 metrów. O dwa za mało, ale od biedy się nadawał. Poszedł do szefów, wyjaśnił sytuację. Nie spodziewał się, że jego prośba osiągnie sukces, a jednak – szefostwo się zgodziło. Od tamtej pory codziennie od 21 do północy trenował, strzelając do specjalnej maty. Wcześniej upewniał się, oczywiście, że w okolicznych pokojach nikogo nie ma. Jego treningi czasem oglądali jedynie ochroniarze, czasem trzeba było przepuścić kogoś, kto został na nadgodzinach.

Podobno pamiątką po tamtym okresie była szrama, którą jedna ze strzał zostawiła na suficie. Więcej Napłoszek ich nie zrobił, bo trzy lata temu na Marymoncie postawiono specjalną wiatę, która pozwala trenować tam zimą. I to pomogło w walce o Tokio.

*****

Marzenia miał dwa. Jedno – pojechać na igrzyska. Drugie – jeśli to możliwe, zrobić to wraz z córką. Te ma dwie: Kamilę i Zuzannę. Obie strzelają z łuku, ale Kamila jest starsza, ma 22 lata, i startuje już wśród seniorek. Radzi sobie całkiem nieźle, nie wywalczyła jednak miejsca w seniorskiej kadrze. W mediach wspominała, że łucznictwem zainteresowała się przez opowieści taty o zawodach, wyjazdach i rywalizacji. W końcu sama zachciała spróbować, to właśnie on uczył ją jak strzelać. Niedługo później rozpoczęła się jego druga kariera – ta po powrocie. Jego córka w tym samym okresie wchodziła w swoją pierwszą, nadal trwającą.

Dziś trenują wspólnie, sześć razy w tygodniu. Oboje wierzą, że skoro nie udało się w Tokio, to razem pojadą do Paryża. Napłoszek mówi, że może – jeśli nie będzie już strzelać – zostanie trenerem córki i w ten sposób uda zrealizować im się ten cel. Na razie jednak udał się do Japonii. Kiedy na tokijskie igrzyska się zakwalifikował, w oczach pojawiły mu się łzy. To było w Paryżu, tam odbywał się turniej kwalifikacyjny. Trener wspominał, że gdy Napłoszek zszedł ze stanowiska, krzyknął „kurka wodna!”. Sam łucznik twierdzi, że raczej były to niecenzuralne słowa. Choć wówczas zdecydowanie uzasadnione.

Mówił kilkukrotnie, że pomogła mu pandemia. Pozwoliła mu uporządkować pewne sprawy, miał więcej czasu na trening, bo pracował zdalnie. Jak trzeba było siedzieć w domu, ćwiczył samą technikę, strzelając do tarczy z odległości ledwie kilku metrów. Gdy już wróciła rywalizacja, na zawody i treningi wykorzystał niemal cały zgromadzony urlop. Opłaciło się, wywalczył upragnioną kwalifikację olimpijską, 29 lat po pierwszej. Reszta dni urlopowych, jakie miał do wykorzystania, poświęcona została na występ w Tokio.

W Japonii już raz strzelał – na samym początku imprezy łucznicy mieli rundę rankingową, ustalającą pary do rywalizacji indywidualnej. Nie poszło mu dobrze, wylądował pod koniec stawki. On jednak niezmiennie powtarza, że chce powalczyć o medal, bo jeśli już się jedzie na jakieś zawody, to po to, żeby wygrywać. Takie ma nastawienie. Choć zdaje sobie sprawę, że wiek i możliwości w teorii odbierają mu jakiekolwiek szanse na podium.

Jak jednak mówi – to są igrzyska, kochamy je właśnie za takie historie. A przecież on już jedną piękną opowieść napisał. Więc czemu nie miałby drugiej? Czy będzie w stanie przekonamy się dziś. Jego pierwszy pojedynek, z Holendrem Steve’em Wijlerem w ramach 1/32 finału, już o 10:31.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Waffen77
Waffen77
1 miesiąc temu

Tak, tak 1/32…

waaanda
waaanda
1 miesiąc temu

odpadł ale pechowo, gratulacje za dążęnie do celu, tyle lat, nieprzechylne mordy… pech, sto lat panie Sławku

Aktualności

Kalendarz imprez