Starcie tytanów w finale kuli! Bukowiecki poza podium

Starcie tytanów w finale kuli! Bukowiecki poza podium

O tym, że światowa czołówka jest niesamowicie mocna, wiedzieliśmy już od dawna. Takiego przebiegu finału pchnięcia kulą nie spodziewał się jednak żaden z nas. Konrad Bukowiecki mógł pobić swój rekord życiowy, mógł nawet pchnąć na odległość dotychczasowego rekordu mistrzostw świata, ale nawet to nie dałoby mu miejsca na podium. Tytani – Joe Kovacs, Ryan Crouser, Tomas Walsh i Darlan Romani, byli tego dnia poza zasięgiem.

Przed mistrzostwami świata w Katarze zakładaliśmy, że z konkursu pchnięcia kulą nasi reprezentanci mają szansę przywieźć nawet dwa medale. Michał Haratyk to w końcu rekordzista Polski i mistrz Europy, a Bukowieckiego można śmiało określić mianem najzdolniejszego zawodnika młodego pokolenia. Strach i obawy siał tylko poziom konkurencji, który w ostatnich latach jest po prostu kuriozalnie wysoki. Aż ośmiu zawodników pchało w 2019 roku na ponad 22 metry. Niestety sprawdziły się najgorsze z najgorszych obaw. Haratyk – jak wiemy, nie uzyskał kwalifikacji do finału, a Bukowieckiemu do medalu zabrakło ponad metra.

To był konkurs nie z tego świata. Lider światowych list – Ryan Crouser, otworzył finałowe zmagania pchając od niechcenia na rekord mistrzostw świata – 22.36.

Wydawało się wtedy, że Amerykanin wyprowadził właśnie pewny atak w kierunku złotego medalu. Inne plany miał jednak Tomas Walsh, który w pierwszej próbie wyczarował czwarty wynik w historii lekkoatletyki – 22.90. Po chwili Crouser spadł jeszcze na trzecie miejsce, bo Brazylijczyk Darlan Romani rozdzielił anglojęzycznych kolegów, pchając 22.53. Kiedy Walsh, Crouser i Romani czekali w napięciu na swoją ostatnią próbę, absolutną petardę odpalił Joe Kovacs. Amerykanin wyskoczył ponad wszystkich, bijąc prowadzącego Walsha o centymetr. To był nokaut i bezlitosny cios w psychikę rywali. Najpierw presji nie sprostał Romani, który stracił szansę na ubarwienie podium latynoskim akcentem. Prawdziwy charakter pokazał za to Crouser. Kula po jego zamachu leciała i leciała, aż zatrzymała się w okolicach 23 centymetrów. Zabrakło niewiele, bo kosmiczne 22.90 wystarczyło tylko na drugie miejsce.

Walsh w ostatnim pchnięciu konkursu wypadł poza koło. Tak jak podczas swojej drugiej, trzeciej, czwartej i piątej próby. Australijczyk prowadził aż do szóstej serii. Miał w garści złoty medal, już witał się z gąską, ale ostatecznie zakończył konkurs z brązowym medalem. Nasz niedźwiedź samotnik Konrad Bukowiecki – jak określił go Przemysław Babiarz, już po drugiej serii stał przed piekielnie trudnym zadaniem. Aby włączyć się w walkę o podium, musiał przekroczyć swój rekord życiowy. I to o przynajmniej 12 centymetrów. Nawet rezultat w tych granicach gwarantował niewiele, bo rywale byli w prawdziwym gazie i przy spalonych, czy mniej udanych próbach, pchali na kuriozalne odległości. Konrad próbował, ale uzyskane w drugiej serii 21.46 wystarczyło na zaledwie 6. miejsce.

Poziom rywalizacji był tak kosmiczny, że ciężko mieć do niego pretensje.

– Co mogę powiedzieć? Że chyba czas zmienić konkurencję. Poziom był tak kosmiczny, że nawet gdybym pchnął życiówkę, byłbym piąty. Tragedia… No cóż, to chyba jeszcze nie jest mój czas. Deprymuje mnie, widząc takie wyniki. Mam dopiero 22 lata, pchnąłem 21 metrów, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że 21 metrów nie daje nic. Okej, jestem szósty na mistrzostwach świata, ale to jest szóste miejsce. Szóste miejsce. Przyjechałem wygrywać, a nie zadowalać się szóstym miejscem – mówił dla TVP rozczarowany Bukowiecki. My mamy nadzieję, że dla najmłodszego zawodnika w stawce i jedynego Europejczyka w finałowej ósemce, to dopiero początek wspaniałej kariery.

Ze sporym optymizmem możemy wypatrywać niedzielnego biegu na 4×400 kobiet. Aniołki Matusińskiego nie zawiodły, zajmując 2. miejsce w swoim półfinale. Kluczowa okazała się druga zmiana, kiedy Małgorzata Hołub-Kowalik idealnie zgrała się z Patrycją Wyciszkiewicz. Justynie Święty-Ersetic na ostatnich 400 metrach pozostało tylko utrzymać miejsce w pierwszej trójce. Wszystko przebiegło bez nerwów i specjalnego nakładu sił, a więc tak jak zakładaliśmy.

Co do rywalek – Jamajki poszalały, a Amerykanki mogły pobiec nawet z zamkniętymi oczami i spokojnie przekroczyć metę jako pierwsze. Wszystko co istotne rozegra się jednak dopiero w niedzielę. – Udało się zaoszczędzić sił. Mam nadzieję, że jutro pobiegniemy po medal – powiedziała na antenie TVP, Święty-Ersetic.

W finale jedną z zawodniczek zastąpi prawdopodobnie Iga Baumgart-Witan, ósma zawodniczka biegu indywidualnego. Z innych wieści, do finału rzutu oszczepem awansował Marcin Krukowski. Polak w eliminacjach nie uzyskał minimum kwalifikacyjnego (85 metrów) i musiał obserwować przebieg grupy B. Ostatecznie odległość 82.44 metrów wystarczyła mu do zameldowania się w najlepszej dwunastce, co oznacza że zobaczymy go podczas ostatniego dnia mistrzostw. Czego możemy oczekiwać? Liderzy światowych tabel – Estończyk Magnus Kirt (88.36) i Niemiec Johannes Vetter (89.35), wydają się być poza zasięgiem. Marcinowi pozostaje raczej walka o 3. miejsce. Aby tego dokonać, potrzebny będzie mu rzut w okolicach rekordu życiowego (88.09). Trzymamy zatem kciuki.

KACPER MARCINIAK


Aktualności

Kalendarz imprez