Stanisław Szczyrba. Trener z charakteru, trener z sukcesami

Stanisław Szczyrba. Trener z charakteru, trener z sukcesami

Niewielu jest polskich trenerów, którzy mogą się pochwalić podobnymi sukcesami. A tym bardziej takich, którzy osiągają je poza granicami naszego kraju. Stanisław Szczyrba na swoim koncie ma medale mistrzostw świata, igrzysk olimpijskich, mistrzostw Europy czy Azji. Wszystkie w liczbie mnogiej. Jak doszło do tego, że stał się jednym z najlepszych szkoleniowców w świecie lekkiej atletyki?

4 października 2019 roku. Jedyny dzień lekkoatletycznych mistrzostw świata w Katarze, gdy stadion wypełniony jest po brzegi. Niemal wszyscy przyszli tam w jednym celu: żeby oglądać występ Mutaza Essy Barshima. Katarczyk, pochodzący z sudańskiej rodziny, broni złota. Ale ostatnie miesiące nie napawały optymizmem: najpierw walczył z poważnym urazem, a potem startował rzadko i skakał nisko.

W Dosze był jednak bezkonkurencyjny. Problemy sprawiła mu tylko wysokość 2,33 m. Zaliczył ją w trzeciej próbie. 237 centymetrów przeskoczył w pierwszej. Żadnemu z rywali nie udało się to w ogóle. Katar szalał, Mutaz się cieszył i pobiegł na trybunę. Tam znalazł swojego 73-letniego trenera. Człowieka, bez którego nie byłoby tych medali, nie byłoby szaleństwa na trybunach, nie byłoby marzeń o rekordzie świata. Możliwe, że nie byłoby nawet Mutaza w świecie lekkiej atletyki.

Trener to Stanisław Szczyrba, współpracujący z Barshimem od dekady. Człowiek, który z małej polskiej wsi wyszedł na salony lekkoatletycznego świata.

*****

Wieś zwie się Białobrzegi. Leży na Podkarpaciu, niedaleko Łańcuta. Ma jakieś 2400, może 2500 mieszkańców. Wikipedia pamięta o trzech osobach, które się w niej urodziły. To Józef Czyrek (Minister Spraw Zagranicznych PRL), Walenty Peszek (generał brygady mianowany przez Władysława Andersa, odznaczony Orderem Virtuti Militari) i właśnie Stanisław Szczyrba. I choć pewnie wielu stwierdzi, że to ci dwaj pierwsi pełnili znacznie ważniejsze funkcje, to Szczyrba jak nikt inny rozreklamował rodzinną miejscowość.

A zaczynał bardzo skromnie. Jako młody chłopak trenował skok o tyczce. Podobno w ogrodzie urządził sobie malutki stadion, na którym trenował. Kij wystrugał z brzozy, stojaki stworzył sam, a lądował na czym popadło – zwykle trocinach lub słomie. Takie treningi dały całkiem niezły efekt – przez pewien okres był jednym z czołowych polskich tyczkarzy. Ale w skali Europy czy świata nie znaczyło to wiele. Szybko zaczął więc przygodę z profesją trenerską.

Uczył się na warszawskiej AWF, w jego barwach też startował. Potem była również Skra Warszawa, gdzie rozpoczął trenerską pracę. O tamtych czasach mówi się mało, bo i nie ma za bardzo o czym opowiadać. Można dodać, że Szczyrba próbował sił również w dziesięcioboju, albo że jego wychowankowie bardzo dobrze radzili sobie w juniorskich mistrzostwach kraju, skąd często przywozili złota. Realia były jednak takie, że rokrocznie – gdy akurat miał wakacje – wyjeżdżał do Szwecji, żeby sobie dorobić. Bo brakowało mu pieniędzy nawet na benzynę.

– Ogromnie cieszę się z jego sukcesów, bo on reprezentuje jeszcze to pokolenie absolwentów AWF-u, gdy uczelnia w pełni stawiała na sport wyczynowy i poszczególne sekcje sportowe stały na najwyższym krajowym czy nawet światowym poziomie – mówi nam rówieśnik i przyjaciel Szczyrby Maciej Petruczenko, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. – Ówcześni absolwenci z kierunku trenerskiego byli znakomitymi specjalistami, rozchwytywanymi za granicami kraju. Teraz się to radykalnie zmieniło, bo te nasze AWF-y ani nie kształcą znakomitych trenerów, ani nauczycieli WF-u, ani nie mają mocnych sekcji sportowych.

Szczyrba jest więc swego rodzaju okazem ginącego gatunku. Tyle że wielu jego przedstawicieli – w tym i on – z Polski wyemigrowało.

*****

– Wcześniej wszyscy jeździli do Szwecji na saksy. Ja też. Siedziałem na maszynie ziemniaczanej, z naszej ekipy byłem najmniej utytułowany. Ja magister, a zasuwało ze mną dwóch doktorów i dwóch profesorów – wspominał Szczyrba w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. To te, wspomniane wcześniej, wakacyjne wyjazdy. W 1990 roku do przeprowadzki namówił go jednak kolega, który też był trenerem. Szczyrba się zdecydował, wyjechał. Teoretycznie na kilka miesięcy. W praktyce – kilkanaście lat.

Trafił do Lund, czyli tam, gdzie pracował też wspomniany kolega. Od razu wziął się do pracy. Wkrótce w Szwecji głośno zrobiło się o wynikach, jakie osiągali jego podopieczni. Ale to było dla niego za mało. Zdecydował, że wyjeżdża do Malmoe, większego miasta. Chciał trenować ludzi, którzy mogą powalczyć o medale największych imprez, nie interesowały go już dłużej sukcesy osiągane na krajowym podwórku.

Jego pierwszą wielką zawodniczką była Vala Flosadottir, reprezentująca… Islandię. Do Lund sprowadziła się w wieku 15 lat, razem z rodzicami. Pochodziła z wierzącej, protestanckiej rodziny, ojciec był pastorem. Skakać o tyczce zaczęła stosunkowo późno, ale szybko nadrabiała braki. Za Szczyrbą przeniosła się do Malmoe, by mogli nadal pracować razem. Efekty były oszałamiające. Vala zaczęła dominować na imprezach juniorskich, a już w wieku 18 lat zdobyła złoto halowych mistrzostw Europy seniorek. Historyczne, dodajmy.

– Vala? To ciekawy przypadek. Trener Polak, ona Islandka, trenująca w Szwecji… I z tego połączenia wyszedł sukces, jakim był pierwszy złoty medal tyczkarki zdobyty na międzynarodowej imprezie. Bo to właśnie w tamtym roku po raz pierwszy tyczka kobiet znalazła się w programie jakichkolwiek zawodów tej rangi. To też był pierwszy międzynarodowy sukces Stasia – mówi Maciej Petruczenko.

Szczyrba twierdził, że Islandka miała w sobie mało naturalnego talentu. Ale harowała i to dało efekty. Gdy więc przestała, wyniki się zgubiły. Polski trener opowiadał o tym, jakie miała problemy z utrzymaniem wagi, jak czuła się nasycona i nie zależało jej na kolejnych sukcesach (w międzyczasie zdobyła medal olimpijski, biła rekordy świata i stała na podium halowych MŚ). Problemem było też to, że do prowadzenia zawodniczki zaczął się wtrącać Islandzki Związek Lekkoatletyczny. Współpracę zerwali po igrzyskach w Sydney. Potem Islandka chciała do niej powrócić, ale Szczyrba nie był taką propozycją zainteresowany.

Zresztą nie musiał być. Miał już kolejnych zawodników i zawodniczki z wielkim potencjałem. Trenował tyczkarzy, skoczków wzwyż, biegaczy… Nie ograniczał się do jednej dyscypliny. Spod jego ręki wyszli tacy zawodnicy, jak Jesper Fritz, Gustaf Hultgren czy Petter Olson. Wszyscy odnosili sukcesy na arenie krajowej. Na międzynarodowej brylował za to Linus Thoernblad, którego Szczyrba doprowadził w skoku wzwyż do wysokości 238 centymetrów. Miał on jednak jeden problem – spalał się na niemal każdej wielkiej imprezie. Stąd brak u niego medali olimpijskich czy mistrzostw świata na otwartym stadionie.

Punktem przełomowym było to, że Stanisław trafił do Szwecji w apogeum państwa dobrobytu. Każdy cudzoziemiec, który przybywał – a zwłaszcza z takimi umiejętnościami w swoim zawodzie, jakie miał Stasio Szczyrba – znajdował idealne warunki bytowe i, zwłaszcza, organizacyjne. W tym przypadku dotyczące trenowania młodzieży. Stąd się wzięły jego sukcesy, bo niektóre nazwiska zaistniały tam w skali światowej – twierdzi Maciej Petruczenko. Jednak dodać trzeba, że to, co pozwoliło Szczyrbie zostać tak znakomitym trenerem w Szwecji, stało się też jego problemem.

Bo z jednej strony w wielu wywiadach powtarzał, że organizacja i warunki do treningów w Szwecji są znakomite. – Dla Szwedów to jest powszednie, normalne. Tu wszystko jest dobrze poukładane, tak po prostu ma być. Oni jak mają coś organizować to najpierw jest mnóstwo przygotowań teoretycznych. Kiedy moja grupa miała wyjechać na wycieczkę do Stanów, komitet rodzicielski zebrał się dwa lata wcześniej! Rodzice spotykali się regularnie, co najmniej raz w tygodniu – mówił niegdyś na łamach „Tempa”.

Z drugiej strony jednak narzekał, że taki układ rozleniwia zawodników. Jako przykład stawiał Philipa Nossmy’ego, niegdyś wielki talent biegów przez płotki, który jednak sukcesów w seniorskich zawodach nigdy nie osiągnął. Szczyrba twierdził, że ciągłe stypendia, dodatki socjalne itp. po prostu utwierdzają Szwedów w przekonaniu, że nie opłaca się tak harować, by osiągnąć wyniki w sporcie, z którego nie ma wielkich pieniędzy. A jeśli już któryś chciał trenować, to często miał własne pomysły i idee, które chciał realizować. Nawet jeśli trener miał inne zdanie.

A zawodników, którzy się ze szkoleniowcem kłócą, Szczyrba po prostu nie akceptuje.

*****

Bo, jak napisaliśmy, polski trener to przedstawiciel starej szkoły. A to oznacza, że zawodnik, przede wszystkim ma go słuchać. Gdy opowiadał o tym, jak prowadził Valę, mówił, że robił to „po polsku”. Ostro, z nastawieniem na wynik. Na tyle, że często kłócił się z jej matką, bo Islandkę do treningów i kolejnych ćwiczeń wręcz przymuszał. Na łamach portalu gosc.pl, zapytany, o to, jak radzi sobie z prowadzeniem zawodników z różnych kultur, odpowiadał: – Po prostu – albo przyjmują to, co mówię i stosują się do tego, albo wyjaśniam im, że nie muszą ze mną pracować. Tłumaczę w takich momentach, że ja nie zgaduję, co oni w danym momencie powinni robić. Ja to wiem.

Mutaz, który podbiegł do niego tuż po tym, jak zdobył złoto i wspólnie świętowali, wspominał, że na początku w ogóle nie potrafili się dogadać.– Chciałem go kopnąć. Nie było łatwo. Był szalony. To twardy trener. Nie szuka metod, po prostu wie, co chce zrobić. A my nie byliśmy ani trochę profesjonalni. Trening zaczynał się o określonej godzinie, przychodziliśmy pół godziny później, bez butów. Dostawał szału. Krzyczał, zmuszał nas do biegania na 1500 metrów… Myślałem sobie, że jest szalony, przecież uprawiam skok wzwyż, czemu miałem biegać? Byłem pewien tego, że musi odejść, bo nie będę z nim pracować – opowiadał portalowi Sport360.

Zresztą Szczyrba widział to podobnie. Początkowo chciał odejść, nie podobało mu się nastawienie zawodników, męczyła pogoda. Wiedział, że mógłby spokojnie wrócić do Szwecji, gdzie jego nazwisko było przecież doskonale znane. Ale ostatecznie Mutaz przekonał się, że warto było współpracować z Polakiem, więc trener w Katarze został. Co więc takiego jest w Szczyrbie, co sprawia, że jego podopieczni odnoszą sukcesy?

– Szczyrba był wszechstronnie przygotowany do wykonywania zawodu nauczycielu WF-u i zawodu trenera. To reprezentant tej starej szkoły, z której wyszli mistrzowie olimpijscy w siatkówce czy mistrzowie świata w lekkiej atletyce. Czy można było przewidzieć, że zostanie takim trenerem? Ależ skąd. Przecież on nie był żadną gwiazdą skoku o tyczce. W Szwecji trafił natomiast na takie warunki, jakie w krajach cywilizacji zachodnioeuropejskiej się ludziom stwarza. Wykorzystał to, udowodnił, że absolwenci tamtych AWF-ów wykazywali wielkie umiejętności. A potem poszedł do Kataru – mówi Maciej Petruczenko.

Sam Szczyrba często podkreśla, że gdy trenuje skoczków wzwyż, stawia głównie na technikę. Siła ma dla niego mniejsze znaczenie, uważa, że w dłuższym okresie daje mniej. Rzadko też korzysta z planów treningowych, woli zdać się na intuicję, dobiera trening pod to, jak zawodnik się czuje i czego w danej chwili potrzebuje. Choć dodaje, że nie uważa, by była to dobra metoda do rozpowszechniania wśród innych szkoleniowców, ale on właśnie taką obrał i to ona zadziałała. A skoro działa i są wyniki, to nie będzie jej zmieniać. To ten „trenerski nos”, jak kiedyś to określił, sprawił, że jest tak uznanym szkoleniowcem.

Oczywiście, Szczyrba dysponuje ogromną wiedzą. Sam był wieloboistą, trenował zawodników z różnych dyscyplin, w różnych kulturach. Szybko został trenerem, ma już ponad pięć dekad doświadczenia w tej pracy. – Tę pracę mam w charakterze; jestem solidny dociekliwy, systematyczny. Mam tez taki dar: udzielam właściwych, najbardziej potrzebnych w danym momencie rad. Mam wyczucie, co poprowadzi zawodnika do postępu – mówił kiedyś na łamach „Tempa”. A to wyczucie wynika w dużej mierze właśnie z doświadczenia.

To one: intuicja, doświadczenie, charakter i pasja do tej pracy, której odmówić mu nie można, przyniosły mu uznanie, a jego zawodnikom sukcesy. Nie dziwi więc, że już dobrze ponad 10 lat temu odezwali się do niego, marzący o sportowych sukcesach, Katarczycy.

*****

Pierwsze oferty dostał w 2006 roku, na fali sukcesu Linusa Thoernblada z halowych mistrzostw świata. Odmówił, chciał doprowadzić Szweda do medalu igrzysk. Wierzył, że jego podopieczny jest w stanie wskoczyć w Pekinie na podium. Gdy to się nie udało, a potem poległ też na kolejnych imprezach, w szwedzkich mediach pojawiło się sporo negatywnych komentarzy. Szczyrba stwierdził wówczas, że warto byłoby rozważyć propozycję z Azji.

Pojechał nad Zatokę Perską, obejrzał wspaniałą bazę, zaplecze, warunki. Spotkał też człowieka, którego uznał za diament. Czyli Mutaza. W teorii ściągnięty był głównie do pracy z innym skoczkiem, ale to na Barshima – również znajdującego się w jego grupie – postawił. Choć wciąż nie był przekonany. Zadecydowały pieniądze, nigdy tego nie krył. A w Katarze za każdy sukces dostaje spore premie, dzielone między zawodnika i trenera. W dodatku, gdy wprost powiedział w negocjacjach, że nie jest przekonany, Katarczycy dorzucili dom. I jak można było odpuścić taką ofertę?

Co prawda do dziś narzeka na upały. Twierdzi, że nigdy nie przyzwyczaił się do takich temperatur. Treningi, by jakoś się odbyły, trzeba organizować albo rano, albo późnym popołudniem, już po zachodzie słońca, które w Dausze szybko się chowa. Warunki ma jednak, jak wspomnieliśmy, znakomite. Każdy katarski sportowiec z potencjałem dostaje niemal wszystko, czego tylko zapragnie. Do tego najnowocześniejsze obiekty, centra treningowe, budynki odnowy biologicznej, kliniki… Katar to pod tym względem sportowy raj, a Szczyrba mógł z tego wszystkiego korzystać.

W Katarze zamieszkał z żoną, potem przyleciał również syn, Paweł, były tyczkarz, który najpierw w Szwecji przejął jego grupę, a potem zjawił się w Azji, by trenować katarską młodzież. W Szwecji została córka, która jest profesorką tamtejszego uniwersytetu. Szczyrbie nie sprawiła też problemów aklimatyzacja. – To chyba najbardziej prozachodni kraj arabski. Na plaży Europejki chodzą w stringach i nie ma z tym żadnych problemów. Widziałem na własne oczy. I to nie przy ekskluzywnym hotelu, a na publicznej plaży, wśród dzieci i innych mężczyzn. Arabki też tam były, oczywiście w swoich tradycyjnych strojach. I w nich wchodziły do wody – opowiadał „Przeglądowi Sportowemu” niedługo po wyjeździe.

Więc wszystko gra. No, prawie. Bo pogoda wciąż jest minusem.

*****

Na szczęście Szczyrba znalazł i na to sposób. Bo od dekady pracuje co prawda w Katarze, ale często zagląda do Polski. Razem z Mutazem zresztą. Spała czy Zakopane to miejsca, które Barshim poznał bardzo dobrze, bo często w nich trenował. Katarczyk zna też zresztą nieco polskich słów, w najprostszych sprawach potrafi się jako tako dogadać. Wie też, że te wyjazdy to ważna rzecz dla Szczyrby, który od czasu do czasu po prostu chce wrócić do domu. Choć ten ostatni, jak czasem podkreśla, po takim czasie „na obczyźnie”, zdarza mu się zacząć zastanawiać, gdzie właściwie ma ten dom. Bo pochodzi z Polski, mieszka w Katarze, a i Szwecję odwiedza stosunkowo często. Zresztą w zagranicznych mediach jest „polsko-szwedzkim trenerem”.

My, jako Polacy i fani sportu, żałować możemy, że Szczyrba swojego trenerskiego talentu nie zrealizował właśnie w naszym kraju. Ale dziwić się jego motywacji do wyjazdu nie można. – Ze Stasiem wyszło jak wyszło, po prostu. Podobnie z tej polskiej biedy wyszedł Sławek Nowak, który od początku kariery trenerskiej wychowywał same rekordzistki  w biegach płotkarskich. Jak wyjechał do Danii, to zaraz wynalazł Wilsona Kipketera, zrobił z niego rekordzistę świata na 800 metrów i to z takim wynikiem, że niewielu go potem poprawiło. Możemy tylko żałować, że w Polsce często tego rodzaju ludzie się marnowali i musieli wyjeżdżać – mówi Maciej Petruczenko.

Szczyrba, gdy jeszcze pracował w Szwecji, często powtarzał, że… niczego się tam nie nauczył. – Cała wiedza, jaką posiadam, jest wyniesiona z Polski. Wciąż często uczę się czegoś nowego, pytając o radę osiemdziesięcioletnich trenerów z Polski. Mimo moich sukcesów żaden szwedzki trener nie przyszedł jednak z pytaniem o moją radę – mówił. A pytany od czasu do czasu o to, czy ktoś zaproponował mu pracę w Polsce, odpowiadał (dla portalu gosc.pl) choćby tak: – Chyba nie było takiej potrzeby. Po Pedro’s Cup w 2007 roku spotkałem jednego z trenerów z Polski, który na mój widok krzyknął, niby żartem: „Oto jedyny trener na świecie, który nie zna się na skoku wzwyż, a jego zawodnicy robią wyniki”. Może był zły, że to mój, a nie jego podopieczny wygrał…

Sam wskazywał wówczas kilku polskich zawodników, którzy mogli skakać wyżej. Choćby Sylwestra Bednarka, dobrze znanego krajowym kibicom. Jeszcze kilka lat temu twierdził zresztą, że gdyby ktoś zaproponował mu prowadzenie reprezentacji naszych skoczków wzwyż, to przyjąłby tę ofertę z zaszczytem, choć dodał, że nie wie, czy mógłby zostawić Mutaza. Dziś, gdy myśli o emeryturze, taka opcja zapewne nie wchodzi w grę. Tym bardziej szkoda, że nigdy po 1990 roku nie pracował z naszymi zawodnikami. Ale, jak twierdzi sam Szczyrba, możliwe, że jego metody po prostu niektórym w naszym kraju nie pasują.

Trener już teraz ma jednak jedno postanowienie związane z Polską. Po zakończeniu kariery chce wrócić do kraju, do rodzinnych Białobrzegów. Ma tam wybudowaną małą halę, obok dworku, który kupili jeszcze jego rodzice. Chce trenować młodzież, wychowywać kolejnych skoczków, ale już amatorsko, hobbystycznie. Dlatego, że to kocha, a nie dlatego, że tego potrzebuje, by mieć za co kupić benzynę czy jedzenie. Maciej Petruczenko:

– Niewielu jest takich ludzi w sporcie. To najskromniejszy człowiek świata, który do dziś się nie zmienił. Nie czuje się żadną gwiazdą, bogaczem czy człowiekiem sukcesu. Codziennie pracuje tak samo. Martwi się wszelkimi niepowodzeniami czy kontuzjami Mutaza dużo bardziej niż cieszy z sukcesów. Za niedługo planuje powrót do Polski. Plany związane ze szkoleniem młodzieży to też dowód jego skromności. Nie wybudował sobie żadnego pałacu, a po prostu chce móc robić to, co lubi. Cały czas też i do starych przyjaciół, i do młodego pokolenia dziennikarzy, odnosi się z niesłychaną skromnością. Przez to też cieszy się olbrzymim szacunkiem wychowanków.

Niewykluczone więc, że – co jest jednym z marzeń trenera – gdy już przeniesie się do Polski i zorganizuje w swojej małej halce konkurs skoku wzwyż, pojawi się tam też Mutaz, żeby uczcić wieloletnią pracę ze Szczyrbą. Bo ich relacja wykracza daleko poza standardowy „związek” trenera z zawodnikiem.

*****

Jak Szczyrba przekonał do siebie zawodnika, który „chciał go kopnąć”? – Wziąłem go na dywanik i udało się go zmienić po europejsku. Na profesjonalistę. Od dawna nie ma z nim problemu. Tylko długo się koncentruje przed skokiem. Ale mówi, że się wtedy modli – opowiadał sam trener „Super Expressowi”. Ale też – zgodnie z relacją zawodnika i tym, co czasem zdradzał Szczyrba – to nie do końca był dywanik. Raczej pierwszy krok na drodze do tego, by Stanisław Szczyrba stał się dla Mutaza „drugim ojcem”.

Nie przyjechałem do Kataru, żeby trenować Mutaza, ale innego skoczka wzwyż, Rashida Ahmada Al Mannaia. Nikt w 2009 roku nie zwracał na Mutaza uwagi. Nawet on zbyt dobrze o sobie nie myślał. Na każdy trening przychodził spóźniony, nie słuchał mnie. W końcu powiedziałem mu, że nie zwracam uwagi na jego korzenie i przeszłość. Jeśli mnie nie chce, to wrócę do Szwecji. Odbyliśmy potem długą, prywatną rozmowę i wszystko się zmieniło na lepsze – mówił Szczyrba zagranicznym mediom.

Mutaza do trenera przekonało to, że ten w niego uwierzył i widział w nim ogromny talent, o czym często Szczyrba mówił swojemu podopiecznemu. Wystarczyło naprawić kilka technicznych błędów, które Katarczyk popełniał. Jak w innych skokach – narciarskich – tak i tu najdrobniejsze szczegóły w technice mają znaczenie. Mutaz szybko przeskoczył na poziom 220 centymetrów. Zaczął wtedy lepiej się odżywiać, zadbał o to, by zawsze być wypoczętym. I to dało efekt, niemal natychmiast skoczył 2,30 m.

A Szczyrba za każdym razem powtarzał, że jego podopieczny może skakać i 2,40. Bo ma na to potencjał. I Katarczyk to zrobił – już w 2013 roku. Żeby było ciekawiej: Szczyrby nie było wtedy na trybunach, mityng oglądał w telewizji. – Ktoś w Eugene ustawił źle wysokość. Nie było wiadomo, ile zaliczył. Przez kilkanaście sekund zupełnie nie miałem pojęcia, czemu Mutaz skacze jak szalony. Po chwili zrozumiałem i sam bardzo się cieszyłem. Zadzwonił syn i też potwierdził wynik – wspominał trener na łamach portalu gosc.pl. Niedługo po tym poprosił Mutaza, by ten zakończył studia na uniwersytecie. Chciał, by zawodnik w pełni poświęcił się sportowi.

Podstawy do takiej prośby trener miał dobre – nie tylko wysokości osiągane przez podopiecznego, ale i jego sukcesy. Mutaz był już wtedy mistrzem Azji i medalistą igrzysk olimpijskich. Ale istniało też ryzyko: choćby tuż przed igrzyskami, Katarczyk miał spore problemy z plecami. W Londynie wyskakał mimo tego brąz, ale gdyby przytrafiła się poważna kontuzja, odpuszczenie studiów mogłoby się źle skończyć. Poważniejszego urazu doznał zresztą niedawno – zerwał więzadła w nodze. Długo się leczył, ale biorąc pod uwagę, że zdobył złoto mistrzostw świata, trzeba napisać, że rehabilitacja zakończyła się sukcesem. A ze studiów faktycznie zrezygnował. Na razie chyba nie żałuje.

Ze Szczyrbą Barshim przeszedł drogę od „chłopaka, który biegał boso i jak dostał jednego riala, to go prasował”, do największej gwiazdy rodzimego sportu. Tuż przed mistrzostwami świata minęło dziesięć lat ich współpracy. Chcą dociągnąć do jedenastu. A raczej: Szczyrba chce. Mutaz najchętniej pewnie pracowałby z Polakiem do końca kariery. Ale wydaje się, że ten scenariusz się nie spełni.

*****

Bo trener coraz częściej przebąkuje o emeryturze. Ba, mówi, że „ma nadzieję, że dociągnie do Tokio”, powtarza, że jest już spełniony, ale chce, żeby Mutaz mógł poczuć to samo. Bo cele, jakie sobie stawiali na początku, były tak naprawdę dwa: mistrzostwo olimpijskie i rekord świata. Z tym drugim może być problem – po urazach Mutaz musiałby wrócić do idealnej formy, a z tym zawsze są problemy. Choć Szczyrba twierdził, że Barshim kilkukrotnie przeskoczył już 2,46 m. Tyle tylko, że chodzi o sytuacje, gdy ustawiona była niższa wysokość, ale Katarczyk miał wystarczająco wiele zapasu. Gdy atakował rekord, poprzeczkę zawsze strącał.

Cel numer jeden, czyli złoty medal olimpijski w Tokio 2020, jest za to jak najbardziej realny. Barshim dopiero co obronił mistrzostwo świata, przed tłumem swoich fanów i wobec wielkiej presji. Bez problemu skoczył 237 centymetrów, choć jeszcze „tydzień wcześniej nie mógł przeskoczyć 230”. W Tokio obaj mogą więc triumfować i, możliwe że po raz ostatni, wspólnie cieszyć się na trybunie stadionu.

Bo nie dziwimy się Szczyrbie, że chciałby przejść na emeryturę. W trenerce siedzi 52 lata. Trzy dekady z tego spędził poza Polską, najpierw w Szwecji, potem w Katarze. A w Polsce czekają rodzinne strony. Czeka dworek i hala, na której skakać mają młodzi. Czeka spokojne życie i zasłużony odpoczynek, po tylu latach ciężkiej – choć nagradzanej sukcesami – harówy.

No powiedzcie sami, kto nie chciałby skorzystać z takiej możliwości?

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez