Stagnacja na szczycie – jaka była kadencja Vitala Heynena?

Stagnacja na szczycie – jaka była kadencja Vitala Heynena?

Niedzielna wygrana z Serbią prawdopodobnie była ostatnim meczem reprezentacji Polski pod wodzą Vitala Heynena. W szatni, zaraz po zdobyciu brązowego medalu, Belg wygłosił mowę pożegnalną do swoich podopiecznych, w której nie ukrywał wzruszenia. Sam powiedział mediom, że w obecnej chwili nie widzi możliwości pozostania na stanowisku selekcjonera. My tymczasem postaramy się odpowiedzieć na pytanie – jaka to była kadencja? Naznaczona medalami – to na pewno. Ale czy medal zawsze równa się sukces? Na którym miejscu siatkarskiej listy potęg Belg pozostawia Polskę? Wreszcie, czy pod Heynenem nasza reprezentacja zaliczyła progres? Zapraszamy do lektury.

Krajobraz po katastrofie

24 sierpnia 2017 roku, Warszawa. Na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym sześćdziesiąt pięć tysięcy kibiców wykonuje a capella Mazurka Dąbrowskiego. Wrzawa ogarnia cały obiekt, a wszyscy zgromadzeni na trybunach i przed telewizorami liczą na to, że poniesie do boju naszych chłopców. Mistrzostwa Europy to ma być nasz turniej – tak samo, jak mistrzostwa świata, które odbyły się w Polsce trzy lata wcześniej. Wtedy również zainaugurowaliśmy je na Stadionie Narodowym i również naszym rywalem była Serbia. Wszyscy liczyli na powtórkę z rozrywki i udane rozpoczęcie kampanii, której zwieńczenie miało nastąpić 3 września w Krakowie, czyli w finale turnieju.

Nic bardziej mylnego. Polacy w meczu otwarcia nie mają nic do powiedzenia i przegrywają z Serbami 0:3. Chociaż z grupy wychodzą z drugiego miejsca, które daje im szansę gry w barażach o ćwierćfinał, to na tym meczu przygoda z kontynentalnym czempionatem dobiega końca. Drużyna prowadzona przez Ferdinando De Giorgiego zebrała wówczas solidne manto od Słowenii. Reprezentacji, która – jak się zapewne domyślacie – pojawi się jeszcze kilka razy w tym tekście.

Powiedzieć, że tamten występ był porażką, to nie powiedzieć nic. To była kompromitacja, jak zresztą cała przygoda Włocha za sterami reprezentacji Polski, który przed mistrzostwami Europy zdołał jeszcze poprzegrywać w Lidze Światowej. Popularny Fefe nie potrafił stworzyć chemii w zespole, a jego katorżnicze treningi do dziś są wspominane przez kadrowiczów z grymasem na twarzy. Kilkanaście dni po zakończeniu mistrzostw włoski trener spotkał się z włodarzami PZPS. Na spotkaniu tym wziął na siebie winę za wyniki, lecz zapowiedział również, że jego celem jest dalsze odmładzanie składu. A wszystko to podporządkowane będzie jednemu zadaniu – misji Tokio 2020.

Lecz PZPS zdecydował, że to nie jemu będzie dane doprowadzić tę misję do końca. Tak złe wyniki aktualnie panujących mistrzów świata nie mogły utrzymać go na stanowisku. Ferdinando De Giorgi przestał pełnić funkcję selekcjonera reprezentacji Polski.

Na stanowisku trenera nastąpił pięciomiesięczny wakat, w czasie którego związek poszukiwał nowych kandydatów do objęcia jednego z najbardziej prestiżowych miejsc pracy w siatkówce reprezentacyjnej. Do ostatniego etapu konkursu zastanawiano się nad trzema kandydaturami. Byli to Piotr Gruszka, legenda polskiej siatkówki oraz człowiek, który w sztabie De Giorgiego pełnił rolę asystenta, Andrzej Kowal związany z Asseco Resovią Rzeszów, oraz Vital Heynen.

Spośród tej trójki to zagraniczny szkoleniowiec posiadał zdecydowanie najlepsze referencje na polu reprezentacyjnym. Wcześniej prowadził kadrę Niemiec, z którą w 2014 roku wywalczył brązowy medal mistrzostw świata. Z kolei podczas wspomnianych mistrzostw Europy trenowana przez niego kadra Belgii zajęła czwarte miejsce. Biorąc pod uwagę potencjał siatkarski zarówno Niemców jak i Belgów, oba wyniki były wprost znakomite. W dodatku Heynen zdołał już poznać specyfikę pracy w Polsce – równolegle z niemiecką kadrą narodową pracował też przez dwa lata z drużyną Transferu Bydgoszcz. I tak siódmego lutego 2018 roku ogłoszono, że decyzją większości głosów dwudziestoosobowego zarządu posadę selekcjonera reprezentacji Polski obejmuje ekscentryczny Belg.

Szatnia i fani go kupili

Chcielibyśmy rozpisać się o tym, jak to Heynen z marszu odmienił taktycznie nasz zespół, jednak byłoby to przekłamanie. Nowy trener nie dokonał żadnej rewolucji, gdyż nie miał na to czasu. Już pod koniec maja ruszała Liga Narodów, którą można było traktować jako próbę generalną przed wrześniowymi mistrzostwami świata. Trudno było przewidzieć na co stać polski zespół i co może osiągnąć trener w tak krótkim czasie. A okazało się, że może sporo. Belg odblokował naszych chłopców psychicznie. Przywrócił im zwykłą radość z chodzenia na treningi.

– Vital i Fefe to dwie różne osoby. Heynen stara się być kolegą dla wszystkich – oczywiście, na sam koniec to nie zawsze się udaje. Natomiast Fefe to sierżant z wojskowym drylem – pełna kontrola nad zawodnikiem, nawet w hotelu. Różnice w kontaktach międzyludzkich były wyraźne i Vital to wykorzystał – mówi Jakub Bednaruk, który w 2019 roku był asystentem Heynena w kadrze, a obecnie jest trenerem Czarnych Radom.

To oczywiście dalej była ciężka praca, jednak Belg zadbał o to, by była wykonywana z uśmiechem na ustach – chociażby poprzez kultowe już „stupid games”. Zamiast zwykłej rozgrzewki, siatkarzy każdego dnia witała seria niecodziennych zadań do wykonania. Jakie to były zadania? Na przykład próba trafienia piłką do kosza znajdującego się na trybunach, odbijanie piłki wyłącznie nogami, czy gra z wykorzystaniem… wózków sklepowych, którymi trzeba było wystawić piłkę rozgrywającemu, przepchnąć wózek pod siatką, po czym w niego trafić.

Belg miał głowę pełną pomysłów, a jego podejście i naturalna charyzma niesamowicie działały na atmosferę w zespole. W dodatku bardzo dbał o relacje z fanami siatkówki nad Wisłą. Nie chodziło zaledwie o miłe uśmiechanie się do zdjęć. On robił o wiele więcej, był trenerem charakternym. Weźmy chociażby to sprzeczanie się z sędziami o każdy detal. Tak jakby chciał pokazać, że on walczy z tą drużyną. To też śpiewanie – no, przynajmniej próby – polskiego hymnu przed meczem. I wreszcie odezwy oraz mobilizowanie kibiców w mediach.

Po zakończonych turniejach rozgrywanych w naszym kraju często chwytał za mikrofon i wygłaszał do zgromadzonych na hali płomienną przemowę – zdarzało się, że starał się mówić też po polsku. Na czas mistrzostw na portalu SportoweFakty prowadził nawet swojego bloga. Nie pisał w nim niczego odkrywczego. Ot, parę zdań podsumowania po meczu, kilka słów o tym, co kadra robiła lub będzie danego dnia robić i prośba o mobilizację kibiców w następnym spotkaniu. Tylko tyle, ale zarazem AŻ tyle.

Wyobrażacie sobie, że taki Paulo Sousa codziennie w trakcie mistrzostw opowiada na łamach jednego z portali sportowych o tym, że kadra dziś zamiast treningu poszła na rowery, warunki w hotelu są w porządku i prosi o głośny doping na następnym meczu? Kibice kupili Heynena do tego stopnia, że dziś, po klęsce na igrzyskach oraz medalu na mistrzostwach Europy, który jest tylko tym brązowym, wielu z nich domaga się… pozostawienia Belga na stanowisku.

Heynen sam sobie wysoko zawiesił poprzeczkę

Pamiętając podejście jego poprzednika do zawodników, większy luz dał natychmiastowy efekt w postaci awansu do  Final Six Ligi Narodów. I choć w finałach Polacy furory nie zrobili przegrywając z USA i Brazylią w swojej grupie, to taki wynik mówił jasno, że wszystko zmierza ku lepszemu.

Na mistrzostwa świata do Włoch i Bułgarii być może nie jechaliśmy jako pewniacy do obrony tytułu, ale z pewnością jako jedni z kandydatów do medalu. Heynen miał już na tyle dużo czasu, że poza osławionym mentalem mógł wprowadzić do gry Polaków elementy taktyczne z których słynęła właściwie każda prowadzona przez niego drużyna – grę blokiem oraz mocną zagrywkę.

Dodatkowo akcent w ataku został przeniesiony na Bartosza Kurka. To był strzał w dziesiątkę. Kurek prezentował się wtedy fenomenalnie, a ponadto miał coś do udowodnienia zarówno sobie jak i całemu środowisku siatkarskiemu. Przypomnijmy, że na mundial w 2014 roku zawodnik nie został powołany w wyniku konfliktu z ówczesnym trenerem, Stephanem Antigą. Decyzja francuskiego szkoleniowca wywołała masę kontrowersji i pytań, czy Polskę stać na odstawienie zawodnika tej klasy. Ale na boisku się obroniła. Polacy zostali mistrzami świata, a atakujący Mariusz Wlazły na pożegnanie z kadrą zagrał turniej życia, zostając MVP mistrzostw.

– Na mistrzostwach świata 2018 dobrze graliśmy blokiem i potrafiliśmy wykorzystać problemy rywali. Ponadto Heynen zbudował Kurka. Nikt wcześniej nie wierzył, że Bartek potrafi wejść na aż tak wysoki poziom – mówi nam Jakub Bednaruk.

Słowa te potwierdził również sam zawodnik. Po wywalczonym brązowym medalu na tegorocznych mistrzostwach Europy podkreślił, że u Belga grał najlepszą siatkówkę w swojej reprezentacyjnej karierze. To jednak o czymś świadczy, kiedy zawodnicy tak otwarcie chwalą trenera pomimo tego, że przecież jego praca w reprezentacji się kończy. Zwłaszcza w obliczu – podkreślmy to wyraźnie – domysłów, że pod koniec tej współpracy nawet człowiek o tak otwartym podejściu do zawodników miał problemy nad utrzymaniem dobrych relacji w grupie pomiędzy siatkarzami.

Jeszcze raz Jakub Bednaruk: – To facet o ogromnych horyzontach jeżeli chodzi o przygotowanie do meczu i samo ich prowadzenie. On bardzo dobrze rozumie siatkówkę, potrafi uchwycić wiele niuansów. Lecz atmosfera i relacje w zespole były inne niż na początku. To się często zdarza po kilku latach pracy, bardzo trudno utrzymać pozytywną energię, kiedy poza zaletami poznajesz też swoje wady.

Ale oczywiście mistrzostwa nie wygrał tylko Kurek. Był też świetny Michał Kubiak, który w kryzysowych momentach potrafił przechylać szale zwycięstwa na naszą korzyść. Fabian Drzyzga wykonywał wspaniałą pracę na rozegraniu. I tak, większość piłek szła do Kurka, ale w razie potrzeby potrafił podłączyć też Artura Szalpuka czy wspomnianego Kubiaka. Piotr Nowakowski czy Mateusz Bieniek przy siatce byli w stanie stworzyć mur nie do przejścia. Paweł Zatorski został wybrany najlepszym libero mistrzostw – zasłużenie, proszę państwa, zasłużenie. W finale pokonaliśmy Brazylię 3:0. I choć wynik w setach nie oddaje zaciętości tego spotkania, to jednak idzie w świat.

Najlepszy dołącza do najlepszych

Zatem czy można było dziwić się ciągłemu uczuciu niedosytu, jaki będzie towarzyszył nam w następnych latach? Polska znajdowała się na siatkarskim szczycie. Wydawało się, że lepiej po prostu być nie może.

Ale było jeszcze lepiej. Przynajmniej na papierze, spoglądając na nasz skład.

24 lipca 2019 roku, po kilku latach starań i przepychanek z Kubańską Federacją Piłki Siatkowej, do polskiej kadry dołączył on. Prawdziwa bestia. Bezsprzecznie uważany za najlepszego siatkarza na świecie. Były gracz wielkiego Zenitu Kazań w latach 2014-2018, z którym aż czterokrotnie zdobywał siatkarską Ligę Mistrzów. A prywatnie, od 2015 roku, mąż Małgorzaty Gronkowskiej, z którą dziś tworzy szczęśliwą rodzinę. Wilfredo Leon Venero. Najlepsza drużyna świata pozyskała wówczas siatkarskiego geniusza. Oraz dodatkowy bagaż oczekiwań. Bo jeżeli już bez pochodzącego z Kuby zawodnika potrafiliśmy wywalczyć mistrzostwo świata, to pytanie nie brzmiało „czy będziemy dominować?”, ale „jak długo?”.

Oczywiście, przy takim rozwoju wydarzeń Heynen nie mógł pominąć Leona podczas wysyłania powołań. A to oznaczało, że ktoś z mistrzowskiego składu musi ustąpić. Heynen miał już w składzie Kurka, czyli najlepszego atakującego. Na jednej pozycji przyjmującego był Michał Kubiak – kapitan reprezentacji. O drugą walczyli Artur Szalpuk i Bartosz Bednorz. Zawodnicy oczywiście dobrzy, jednak bez porównania z Leonem. Zatem wybór był prosty. Od tej pory jedno skrzydło zarezerwowane było dla Kurka, a drugie dla Leona.

I zaczęło się od… delikatnego rozczarowania? Wypadku przy pracy? Już we wrześniu Polacy przystępowali do siatkarskich mistrzostw Europy. Fazę grupową przeszli tracąc zaledwie jednego seta. W pucharowej bez problemu poradzili sobie z Hiszpanią i Niemcami. Aż w półfinale trafili na Słowenię, która w Lublanie pokonała nas 3:1. Wtedy to pierwszy raz szerzej mówiono o tym, że Słoweńcy po prostu mają na nas patent – pokonali Polskę również dwa i cztery lata wcześniej. Ale ta porażka została przyjęta ze zrozumieniem. Okej – nie zawsze się wygrywa, nawet posyłając do boju prawdziwy gwiazdozbiór. Być może pomogło to, że Słowenia grała u siebie, być może zdecydowała dyspozycja dnia. Grający dobry turniej Leon – został wybrany najlepszym przyjmującym mistrzostw – akurat półfinałowe starcie zakończył ze skutecznością poniżej pięćdziesięciu procent.

Zatem Polacy musieli zadowolić się meczem o brąz, który wywalczyli pokonując Francję 3:0. Lecz nikt nie bił na alarm w związku z takim wynikiem. Wszak w ciągu dwunastu miesięcy Polska zgarnęła trzy medale z trzech dużych imprez – pomiędzy mistrzostwami świata i Europy wywalczyli również brązowy medal Ligi Narodów.

A już miesiąc później dołożyli kolejny sukces. Wprawdzie siatkarski Puchar Świata dawno stracił swój prestiż, ale to był dobry poligon doświadczalny dla Vitala Heynena, który mógł trochę rotować składem. Leon grał w Japonii jak natchniony i został najlepszym przyjmującym imprezy, którą Polacy ukończyli na drugim miejscu, za niepokonaną Brazylią (o wyniku w PŚ decyduje miejsce w tabeli).

Liga Narodów – drugi i ostatni finał kadry Heynena

Rok 2020 upłynął pod znakiem pandemii, poza kilkoma sparingami reprezentacja Polski nie mogła nigdzie się zaprezentować. W tym oczywiście na igrzyskach – imprezie docelowej, która została przeniesiona o rok.

Lecz przed igrzyskami przyszedł turniej Ligi Narodów, rozgrywany we Włoskim Rimini. Jak wiadomo, w roku olimpijskim te rozgrywki traktowane są raczej jako poligon doświadczalny przed igrzyskami. I tak też podszedł do nich Vital Heynen, który często zmieniał personalia i ustawienia na boisku. Włoski turniej miał posłużyć za selekcję kadry do Tokio. Po świetnym sezonie klubowym mogli pokazać się w nim tacy zawodnicy jak Kamil Semeniuk czy Aleksander Śliwka.

Krzysztof Ignaczak podsumowując kadencję belgijskiego szkoleniowca tak wspomina ten turniej: – Heynen pozostawił świadomość tego, że mamy bardzo silną reprezentację, składającą się nie tylko z czternastu, a z trzydziestu chłopaków, którzy mogą być w kręgu zainteresowań selekcjonera. Podczas Ligi Narodów rotował składem i pokazał, że Polacy mają bardzo szeroką ławkę. Dał pograć młodym chłopakom, którzy za chwilę mogą stanowić o sile reprezentacji Polski.

Ostatecznie zajęliśmy w nim drugie miejsce. W finale przegraliśmy 0:3 z Brazylią, natomiast w fazę zasadniczą zakończyliśmy z bilansem 12-3. Z dzisiejszej perspektywy te porażki wydają się symptomatyczne. To kolejna – a chronologicznie pierwsza na tamtym turnieju – przegrana z Brazylią, a także porażki 1:3 ze Słowenią oraz… 2:3 z Francją. I o ile w przypadku Słoweńców graliśmy w rezerwowym składzie i zrewanżowaliśmy się im w półfinale turnieju, o tyle na Francuzów wystawiliśmy pierwszy garnitur.

Więzień systemu

Ale hej, w końcu to mieliśmy. Finał poważnej imprezy. Co prawda w roku olimpijskim, przegrany i to zdecydowanie, ale jednak – srebrny medal. Tylko czy wtedy aby nie powinna nam zapalić się w głowach lampka ostrzegawcza? Pomimo tego, że Heynen dawał szanse zmiennikom w spotkaniach ze słabszymi rywalami, to na najważniejsze mecze każdy kibic siatkówki mógł wyrecytować skład obudzony w środku nocy: Kurek, Kubiak, Leon, Drzyzga, Bieniek, Zatorski na libero. I jedna, jedyna niewiadoma – Nowakowski czy Kochanowski?

To byli wierni żołnierze Vitala, powoływani i wstawiani bez względu na formę i okoliczności. Na Michale Kubiaku Belg polegał do tego stopnia, iż mówił, że nawet nie ogląda jego meczów w Japonii – powołuje go w ciemno. I jasne, to wszystko świetni gracze. Lecz przy naszym potencjale i szerokości kadry należy zadać sobie pytanie, czy zmiennicy – będący oczywiście w formie – mogliby się zaprezentować lepiej od pewniaków do pierwszej szóstki, kiedy ci znajdują się daleko od swojej optymalnej dyspozycji? Naszym zdaniem – tak. I to jest kamyczek do ogródka kadencji Vitala Heynena.

– Nie jestem przekonany czy ryzyko jakie podjął Heynen polegające na bezgranicznym zaufaniu naszej ofensywie Leon-Kurek. Troszkę zostaliśmy uwięzieni w przekonaniu, że oni w ataku potrafią nam wszystko zrobić. Nie można mieć do nich pretensji, bo zarówno na igrzyskach jak i mistrzostwach Europy mieli bardzo wysokie statystyki. Tylko pomimo, że podczas Ligi Narodów testowaliśmy mnóstwo ustawień i zawodników, to od początku było wiadomo jak nasza główna szóstka będzie wyglądać. Zostaliśmy niewolnikami sposobu gry, który był ustalony rok temu – mówi nam Jakub Bednaruk.

I tak rzeczywiście było. Nie można odmówić Heynenowi tego, że dawał pograć młodszym chłopakom. Jednak mało który z nich mógł liczyć na sprawdzenie się w meczu o dużą stawkę z poważnym przeciwnikiem. Bo kogo tu poświęcić? Kurka, największą gwiazdę zespołu i gościa, który wykręca świetne statystyki? Leona, uważanego za najlepszego siatkarza na świecie? Kubiaka – kapitana i serce reprezentacji? A może Fabiana Drzyzgę, który z wyżej wymienionymi gra niemalże na pamięć (co swoją drogą też okazywało się zgubne)?

– Mamy ogromny potencjał. Vital sam powiedział, że to jedna z najsilniejszych drużyn. Żadna inna reprezentacja nie ma tak dobrego i szerokiego składu czternastu ludzi. Może nieco inaczej jest z pierwszą szóstką. Uważam, że to reprezentacja którą stać o walkę o najwyższe laury – nawet z tego najcenniejszego kruszcu – dodaje Krzysztof Ignaczak.

Jedyny turniej bez medalu – ten najważniejszy

Cel w Japonii był oczywisty. Zdobyć medal – najlepiej złoty. Przełamać klątwę olimpijskiego ćwierćfinału, ciążącą nad polską reprezentacją aż od 2004 roku. Tak mocni jak teraz, nie byliśmy chyba nigdy wcześniej. No, przynajmniej nie w XXI wieku. Przytoczmy fragment wywiadu, który Jakub Białek przeprowadził z Michałem Kubiakiem dla magazynu ORŁY:

Czy to prawda, że jedziecie po złoto?

Jedziemy po jak najlepszy wynik i chcemy osiągnąć jak najwięcej. Co się wydarzy – czas pokaże. Trudno powiedzieć.

Wyczuwam pełną dyplomację.

Nie, to nie dyplomacja. Czuję, że mamy drużynę, która może odnieść bardzo duży sukces. Ale nie mogę przecież zagwarantować złota. Będziemy robić wszystko, żeby ja wygrać. I na tym się zatrzymajmy.

To zapytam inaczej – czujesz, że dzisiejsza reprezentacja jest lepsza od tej z Rio i Londynu?

To na pewno. Bardziej doświadczona, bardziej ze sobą zżyta. A czy lepiej wygląda na boisku? Wydaje mi się, że też.

[…]

Siłą rzeczy będzie w głowach myśl: no tak, ćwierćfinał, zawsze odpadamy.

Ale nie boję się go. Jesteśmy doświadczonymi zawodnikami i będziemy sobie potrafili poradzić z przeciwnościami losu. Obyśmy przetrzymali to w zdrowiu, a powinno być dobrze. Na igrzyskach największą rolę odgrywa generalnie głowa. Mam nadzieję, że teraz głowy wytrzymają i będziemy potrafili pokazać pełnię umiejętności.

Niestety, w zdrowiu nie wytrzymał sam Kubiak. Nasz kapitan przystępował do turnieju olimpijskiego z kontuzją pleców. Pierwszy mecz, który dość niespodziewanie Polska przegrała z Iranem 2:3, obserwował z ławki rezerwowych. Ten początek turnieju pozwalał się zastanowić, na ile nasza gra wynikała z nieobecności Michała, a na ile właśnie z głowy.

W decydujących momentach Polaków wydawały się zjadać własne nerwy. To przełożyło się na obraz drugiego meczu. Wygraliśmy 3:0 z Włochami, jednak w pamięci zostanie nam styl gry Polaków. Tu już nie było miejsca na błędy wynikające z finezyjnych akcji. Graliśmy najprostszymi środkami, Drzyzga raz za razem kierował piłki do Kurka lub Leona. Ale jak na ironię, o wyniku zdecydowało przebudzenie Olka Śliwki od drugiego seta, który po dramatycznej pierwszej partii częściej brał odpowiedzialność na siebie.

Kubiak z Włochami pojawił się w trzecim secie. Lecz Heynen w dalszych spotkaniach kolejny raz potwierdził jak hermetyczna jest nasza szóstka. Widać było, że nasz kapitan nie jest w najlepszej dyspozycji. Choć Polacy wyglądali nieźle z nim na parkiecie, to sam zawodnik długimi fragmentami meczu potrafił znikać ze słabszymi rywalami, takimi jak Wenezuela czy Kanada. Pytaniem otwartym pozostawało, czy to w połączeniu z naszą do bólu przewidywalną grą na rozegraniu, nie zemści się w znienawidzonym ćwierćfinale?

Odpowiedź otrzymaliśmy po pięciu setach meczu z Francją. Ponownie pożegnaliśmy się z igrzyskami na tym samym etapie turnieju. Kolejny raz okazało się, że Fabian Drzyzga w rozegraniu widzi tylko dwie opcje – Bartosz Kurek i Wilfredo Leon. W drugiej części meczu francuski blok wyskakiwał do ich piłek niemalże na pamięć, zanim nasz rozgrywający zdołał je przekazać. Sam Kubiak w tym meczu był cieniem zawodnika, którego można było podziwiać przez lata w koszulce reprezentacji.

Medal, którym trudno otrzeć łzy

Ten mecz był kumulacją, a raczej pokłosiem dwóch wyborów Heynena, które gwarantowały utrzymanie się na wysokim poziomie, ale również uniemożliwiły wywalczenie laurów z najcenniejszego kruszcu. To przywiązanie się do nazwisk i oparcie ofensywnego stylu gry niemal wyłącznie o rozegranie na skrzydłach. I choć tam mamy genialnych zawodników, to dla lepszych zespołów jest to gra przewidywalna. To spory problem w momencie, gdy nasza zagrywka przestaje funkcjonować, a niestety, nie za każdym razem Wilfredo Leon będzie miał na niej serię kilku punktów z rzędu. O wiele słabsze od nas zespoły wciąż deklasujemy jakością samych zawodników. Ale na drużyny z TOP 10 rankingu FIVB sama jakość nie zawsze wystarcza. Nie będziemy pisać tu szerzej o ostatnim meczu ze Słowenią – wszyscy pamiętają, jak wyglądał. Lecz kolejny raz mamy do czynienia z tymi samymi problemami.

W dodatku trudno nie pochylić się nad aspektem psychologicznym naszych porażek, choć sami siatkarze mówią, że to wymysł mediów, bo tematu by nie było, gdyby skończyli kilka prostych piłek. Doprawdy, bardzo to odkrywcze. Rzecz w tym, że kolejny raz znajdując się pod presją, nie udało im się tego dokonać. Ponownie nasza gra zależała od weteranów kadry. Kiedy im nie szło, efekty były opłakane. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że Kamil Semeniuk otrzymał szansę w trzecim secie ze Słoweńcami i jej nie wykorzystał. Ale czy pojawienie się na parkiecie, kiedy partia tak naprawdę jest już przegrana, to prawdziwa szansa? Bardziej przypominało nam to – że tak pozwolimy sobie na parafrazę z piłki nożnej – zagrywkę w stylu „Kamil, próbuj”. Tym bardziej, że na tym samym turnieju kiedy zawodnik Grupy Azoty ZAKSY Kędzierzyn-Koźle zmienił Kubiaka w czwartym secie w meczu inauguracyjnym z Serbami, to przyczynił się do zwycięstwa.

Ostatecznie wywalczyliśmy brązowy medal. Brąz, który parzy w pierś. Zwłaszcza, że w katowickim Spodku, nazywanym świątynią polskiej siatkówki, triumfowali Włosi prowadzeni przez… Fefe. Poprzednika Heynena na stanowisku selekcjonera naszej kadry, który w Polsce został odsądzony od czci i wiary. Który zapowiadał, że zamierza konsekwentnie dążyć do odmłodzenia reprezentacji Polski. I który teraz, z kadrą bez kontuzjowanego Ivana Zaytseva, Osmany’ego Juantoreny i Massimo Colaciego (obaj zakończyli kariery po igrzyskach), za to z młodziutkim Alessandro Michieletto jako liderem, wraca do Italii ze złotym medalem. Los bywa przewrotny.

Vital Heynen prawdopodobnie kończy swoją pracę w reprezentacji Polski zdobyciem brązowego medalu mistrzostw Europy. Fot. Newspix

Jaka to była kadencja?

My zaś popadliśmy w stagnację. Żebyśmy dobrze się zrozumieli – nie mówimy, że jest źle. Odtwórzcie sobie ponownie film z przemową Heynena po wywalczeniu brązowego medalu w 2019 roku. Podobne słowa mogłyby równie dobrze paść w niedzielę po meczu z Serbią i wciąż byłyby tak samo aktualne. Dwa medale w ciągu roku, lecz chcieliśmy więcej. Potwierdziliśmy, że jesteśmy czołową drużyną. Ale wciąż występuje u nas niedosyt.

Kadencja Vitala Heynena jest bardzo trudna do oceny. Z jednej strony, wywalczył on aż sześć medali, w tym ten prawie najcenniejszy – mistrzostwo świata. Piszemy prawie, bo na najważniejszej imprezie poległ, jak każdy z jego poprzedników od 41 lat, o ile w ogóle mieli okazję prowadzić tam kadrę. Poległ, pomimo, że dysponował najsilniejszą drużyną. Ponadto pierwszy skład kadry stał się bardzo hermetyczny. To – biorąc pod uwagę potencjał polskiej siatkówki – jest największy zarzut do belgijskiego szkoleniowca.

Oddajmy głos Bednarukowi: – Mamy świetne roczniki i nikt nie rezygnuje z kadry – Kubiak, Kurek czy Nowakowski są po trzydziestce i nie mówią, że nie chcą w niej grać. Ale prawda jest taka, że mamy kolejne pokolenie dwudziestoparolatków, którzy do tej kadry mogą trafić. Za rok mamy mistrzostwa świata, za trzy lata igrzyska – na obu imprezach będziemy bić się o medale. Oczekiwania są takie, żeby wprowadzić troszkę młodości. Nie od razu dziewiętnastolatków, ale wspomniani dwudziestoparolatkowie to u nas świetne roczniki.

I my również byśmy tego chcieli. Żeby nie było, nie mamy zamiaru wyrzucać z kadry przykładowego Nowakowskiego czy Kurka. Bardziej chcielibyśmy, by rywalizacja o pierwszy skład odbywała się w oparciu o obecną formę i umiejętności, nie nazwisko na koszulce. Niestety, trudno było nie odnieść wrażenia, że w tym sezonie u Vitala Heynena tak to poniekąd wyglądało.

Jednak ta kadencja miała w większości swoje dobre momenty. I choć kończy się rozczarowaniem, to ono – pomimo wywalczenia brązowego medalu mistrzostw Europy – wbrew pozorom przemawia właśnie za Heynenem.

Krzysztof Ignaczak: – Heynen popracował z chłopakami od strony mentalnej. To szkoleniowiec, który miał plan na tę grupę, potrafił z niej bardzo dużo wykrzesać. Patrząc na statystyki, wygrał bardzo dużo – ma najwyższy procent wygranych meczów spośród wszystkich trenerów reprezentacji w ostatniej dekadzie. Natomiast na igrzyskach olimpijskich nie wyszło. Obiecywał, że przywiezie z nich medal, czego nie zrealizował. Jednak wywalczył sześć medali z wielkich imprez – tego nie można nie docenić i będziemy mu jako Polacy za to bardzo wdzięczni. To bardzo dobry wynik i każdemu następnemu trenerowi życzyłbym takiego pasma sukcesów, jakie miał Heynen.

Jakub Bednaruk dodaje: – Vital pozostawia po sobie to, że wskoczyliśmy na najwyższą półkę w siatkówce reprezentacyjnej. Pomimo mistrzostwa świata zdobytego w 2014 roku w Polsce, wtedy byliśmy w najlepszej szóstce, ale nie trójce zespołów na świecie. Ale trzeba się też zastanowić, ile w tym jest zasługi Heynena, a ile całego systemu. Tego, co dzieje się w polskiej siatkówce, ilu dobrych zawodników wychodzi z naszych klubów. Sukcesem jest to, że tylko z jednej imprezy wróciliśmy bez medalu. Ale z drugiej strony, tylko jedną też wygraliśmy. „Tylko” mistrzostwo świata. Poza tym byliśmy w zaledwie jednym finale, w tym sezonie Ligi Narodów – przegranym z Brazylią. Zatem zwolennicy Heynena powiedzą, że mamy sześć krążków, a przeciwnicy, że po mistrzostwach świata nic nie wygraliśmy, a na igrzyskach ponieśliśmy porażkę.

Koniec końców, gdybyśmy mieli wystawić ocenę w skali szkolnej dla Vitala Heynena, byłaby to czwórka – może z małym minusem. Oczywiście, zawiódł na igrzyskach – gdyby przywiózł medal, pewnie miałby piątkę, a za złoto nawet stopień celujący. Tak, miał do dyspozycji świetny potencjał ludzki, którego nie wykorzystał. Ale nie zapominajmy, że Heynen przejmował zespół, będący mistrzem świata wyłącznie na papierze. W rzeczywistości nasza drużyna była wtedy w sporym kryzysie. Jak zwykle po porażce w ćwierćfinale igrzysk. Po meczach Ligi Światowej, w której więcej meczów przegrała, niż wygrała. Wreszcie, po kompromitacji podczas rozgrywanych u siebie mistrzostw Europy.

Vital Heynen sprawił, że mamy pełne prawo myśleć, że z każdej imprezy jaka tylko będzie rozgrywana, wrócimy z medalem. A nawet, że ją wygramy. Zresztą, oceniając kadencję Heynena, zadajcie sobie następujące pytanie: gdyby w 2017 roku ktoś powiedział wam, że w ciągu następnych czterech lat wywalczymy sześć medali, lecz nie na igrzyskach, to bralibyście taki wynik w ciemno, czy też nie?

I niech odpowiedź na nie będzie zarazem stwierdzeniem, czy kadencja Heynena była udana, czy jednak nie.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Pan Janusz
Pan Janusz
29 dni temu

Następny trener musi przygotować kadrę na Igrzyska, wszystko inne jest środkiem, nie celem. Kto po latach będzie pamiętał brązowe medale mistrzostw europy czy innych lig narodów? Wielki sukces Heynena to mistrzostwo świata, reszta to w sumie porażki, tak gigantyczny mamy potencjał.

Zakola na dupie
Zakola na dupie
28 dni temu

Jak dla mnie śpiewanie hymnu obcego kraju przez zagranicznego trenera kadry to jakiś tani gest pod publiczkę.

Aktualności

Kalendarz imprez