Sprint na igrzyskach. Idzie nowe, ze starymi akcentami

Sprint na igrzyskach. Idzie nowe, ze starymi akcentami

Bieg na 100 metrów przez lata miał swoich herosów (albo antybohaterów), zawodników, których wiek się nie imał. Teraz jednak już wiemy, że w tej konkurencji na igrzyskach w Tokio nie zobaczymy ani Justina Gatlina, ani Asafy Powella, ani nawet tych, których kreowano na nowe gwiazdy “setki” – m.in. Noaha Lylesa czy Christiana Colemana. W Tokio poznamy zatem nowe twarze lekkoatletyki, ludzi nazywanych najszybszymi na świecie.

Tyle się zmienia…

Cofnijmy się o cztery lata. Mistrzostwa globu w 2017 roku stały się pożegnalną imprezą Usaina Bolta. W medalowym biegu na 100 metrów – po raz pierwszy od wielu, wielu lat – ten musiał uznać wyższość rywali. Złoto trafiło do Justina Gatlina, srebro zgarnął 21-letni wówczas Christian Coleman.

Na niecałe dwa tygodnie przed tegorocznymi igrzyskami możemy być jednak pewni, że takie podium w sprincie olimpijskim się nie powtórzy. Ale wizja rywalizacji na największej sportowej arenie i tak “wywołała wilka z lasu”. Bolt udzielił rozmowy “The Guardianowi”. I zwrócił w niej uwagę na technologię, jaka pojawia się w lekkoatletyce. A dokładnie mówiąc – kolce, w których biegają sprinterzy.

– Jak się mogę z tym kłócić, kiedy World Athletics uznało, że są legalne? Nie mogę nic z tym zrobić. Regulamin to regulamin. Nie sądzę, że jestem w pełni zadowolony, ale to jedna z tych rzeczy, na które nie masz wpływu – mówił dla brytyjskiego portalu. I choć zaznaczył, że nie obawia się o swoje rekordy, tak dodał: gdyby obecnie biegał, lepsze obuwie miałoby wpływ na jego wyniki.

– Próbowaliśmy zgadywać i gadaliśmy o tym, ale nie wiemy niczego dokładnie. Ale byłbym znacznie szybszy. Poniżej 9.5 sekundy na pewno. Bez dwóch zdań – dodawał Jamajczyk.

Czy możemy doszukiwać się w słowach Bolta strachu przed tym, że wkrótce jakiś młodziak ukradnie mu rekord świata? Z taką teorią poszlibyśmy raczej za daleko. Od lat najszybsi biegacze może i schodzą okazyjnie poniżej 9.80, ale na pewno nie poniżej 9.70. A przecież wynik Jamajczyka to kosmiczne 9.58.

Z drugiej strony, no właśnie, technologia pędzi do przodu. Różnica między 9.77, które wybiegał ostatnio Trayvon Bromell, a 9.57, które dałoby mu rekord globu, to w teorii “tylko” dwadzieścia setnych. A nowoczesne buty, lepsze kolce, mają na celu pomagać w pchaniu tych czasów leciutko do przodu. Tak, żeby nowi zawodnicy wpisywali się w historyczne tabele i cała lekkoatletyczna maszynka się kręciła.

W każdym razie – jeśli na igrzyskach w Tokio padnie jakiś niesamowity wynik, to możemy być pewni, że będzie on autorstwa zawodnika… dość anonimowego z perspektywy szerszej publiczności. Bo większość starszych gwiazd sprintu odeszło, a te, które zostały, nie znajdują się raczej w medalowej formie.

Zmierzch gwiazd

Jak wygląda obecna czołówka biegu na 100 metrów? Zacznijmy od oczywistości – nie ma w niej Christiana Colemana, aktualnego mistrza świata, który jest zawieszony do 2022 roku za unikanie kontroli dopingowych. Nie ma w niej również Noaha Lylesa, namaszczonego na następcę Bolta, bo do Tokio zakwalifikował się tylko na 200 metrów.

W stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni zabraknie też Asafy Powella, który nieoficjalnie zakończył karierę, nie startując w jamajskich kwalifikacjach. Z powodu kontuzji odniesionej w trakcie “Olympic Trials” biletu olimpijskiego nie zdobył też Justin Gatlin. Ta dwójka powoli dołącza zatem do Bolta czy Kima Collinsa, którzy buty na kołku odłożyli parę lat temu.

Prawdopodobnie jedynym, liczącym się, sprinterem w Tokio urodzonym w latach osiemdziesiątych będzie Yohan Blake. 31-letni Jamajczyk nie cieszy się jednak równie wysoką formą jak na początku ubiegłej dekady. Choć regularnie startuje, i od czasu do czasu, schodzi poniżej 10 sekund, na rywalizację z najlepszymi raczej nie ma co liczyć.

Coś podobnego można powiedzieć o Andre De Grasse. To co prawda znacznie młodszy zawodnik, wciąż 26-letni, którego rywalizacja z Boltem podczas igrzysk w Rio przeszła do historii. Jego dyspozycja jest obecnie jednak…. co najwyżej solidna. W tym roku na 100 metrów startował sześciokrotnie. Czasy? Kolejno: 9.99, 10.27, 10.05, 10.17, 9.92, 10.00.

Nie wygląda to spektakularnie. Szczególnie że najlepszy z tych wyników – 9.92 – osiągnął przy nieregulaminowym wietrze (+3.6). Kanadyjczyk co prawda jest nastawiony na sukces, w czerwcu mówił, że celuje w złoty medal, ma też spore doświadczenie, co może mu pomóc, ale wciąż – żeby wygrywać, trzeba po prostu bardzo szybko biegać. A on na razie tego szybkiego biegania nie pokazywał.

Z tego wszystkiego wynika jedno – to nie największe nazwiska będą w czasie igrzysk w Tokio na pierwszych stronach gazet. A ci zawodnicy, którzy dopiero walczą o popularność.

Kim oni są?

Poziom w biegu na 100 metrów w skali globalnej wcale nie jest niski. Popatrzmy na światowe tabele – aż dwudziestu zawodników notowało w tym roku wyniki poniżej 10 sekund. A aż siedmiu biegało poniżej 9.90. To robi wrażenie, ale jest jeden szkopuł. Otóż… we wspomnianej dwudziestce aż dwunastu zawodników to Amerykanie.

Na igrzyskach w jednej konkurencji będzie mogło zaś wystartować zaledwie trzech sprinterów z jednego kraju. Dlatego USA nie pośle w bój Marvina Bracy’ego (9.85 w sezonie 2021), Isiaha Younga (9.89), Kennetha Bednarka (9.89), ani wspomnianego Lylesa (9.95). Wszyscy podczas finału biegu na 100 metrów podczas Olympic Trials (amerykańskich kwalifikacji do IO) musieli uznać wyższość jeszcze szybszych rodaków. Rywalizację wygrał Trayvon Bromell, który pobiegł 9.80 (wcześniej, w tym sezonie, zanotował 9.77). Drugi linię mety przeciął Ronnie Baker (9.85), a trzeci Fred Kerley (9.86).

Cała trójka może równie dobrze obsadzić podium w Tokio. Jest tylko jeden dżentelmen, który wypadał dotychczas równie dobrze, a nawet lepiej, niż większość Amerykanów. Mowa o Akani Simbine. Reprezentant RPA na salonach pojawił się już dobre parę lat temu. W finale igrzysk olimpijskich w Rio był piąty. Ten wynik powtórzył podczas MŚ w Londynie. A dwa lata temu, w Dosze, zajął… czwarte miejsce.

Z jednej strony zatem trzyma wysoką formę, z drugiej – z medalami wielkich imprez się mija. Inna sprawa, że nigdy nie biegał tak szybko, jak robi to w tym roku. 6 lipca przebiegł 100 metrów w czasie 9.84. A w ubiegły piątek, podczas Diamentowej Ligi w Monako, zanotował 9.98. W kwietniu tego roku wykorzystał zaś nieregulaminowy wiatr do wykręcenia 9.82.

Simbine jest zatem w formie już teraz. Nie będzie potrzebował wskoczyć podczas igrzysk na wyższy poziom. Musi po prostu utrzymać obecny. I to sprawia, że w gronie faworytów do medalu w Tokio go nie zabraknie. Choć jeden Amerykanin może być nawet poza jego zasięgiem.

Trayvon Bromell w tym roku lideruje światowym listom. Jego 9.77 to nie tylko najlepszy wynik sezonu, ale… siódmy najlepszy w historii. Okazalsze czasy osiągali wyłącznie Bolt, Blake, Gatlin, Powell, Coleman oraz Tyson Gay. Co ciekawe, Bromell z każdym z nich miał okazję się w przeszłości ścigać. To w końcu stosunkowo doświadczony sprinter, który jednak wrócił z dalekiej podróży.

W 2015 roku, jako zaledwie 19-latek, zdobył brązowy medal mistrzostw świata. Od tego czasu jego kariera mocno spowolniła. Wszystko z powodu problemów z kontuzjami. Dwukrotnie poddawał się operacjom Achillesa i w latach 2016-2019 startował albo okazyjnie, albo wcale. – Na pewno trzeba się z nim liczyć. Jego historia pokazuje też pewną psychiczną moc, jeśli po tylu i takich urazach wrócił do naprawdę szybkiego biegania – mówił nam o Amerykaninie swego czasu Tomasz Spodenkiewicz, statystyk lekkoatletyczny.

Jeśli szukamy wspaniałych olimpijskich historii, to scenariusz, w którym 26-latek po przejściach sięga po złoty medal igrzysk na królewskim dystansie, bez wątpienia będzie do takich należał.

Mimo wszystko – trudno jednak mówić o Bromellu jako o murowanym faworycie. Jak zniesie presję? Czy nie odezwą się u niego stare problemy ze zdrowiem? Czy faktycznie jest zdecydowanie lepszy od konkurencji? Na te pytania dopiero poznamy odpowiedź.

Do tego czasu możemy śmiało powiedzieć, że sprawa jest otwarta. Bieg na 100 metrów panów powinien dostarczyć emocji, może też dostarczyć niespodzianek. Nawet mimo tego, że światowa czołówka – w porównaniu do tego, co było kilka lat temu – zmieniła się nie do poznania.

To ona skradła show

Mówimy o sprincie mężczyzn, ale nie da się ukryć, że w ostatnim czasie znacznie głośniej było o tym w wykonaniu kobiet. Nie tylko za sprawą kapitalnych wyników osiąganych przez najlepsze sprinterki na bieżni (w tym roku padł 2. i 6. najlepszy wynik wszech czasów na 100 metrów), ale przede wszystkim burzy, jaka powstała wokół Sha’Carri Richardson.

Do niedawna jedna z dwóch faworytek do złotego medalu w Tokio (obok doświadczonej Shelly-Ann Fraser-Pryce) nie wystąpi na igrzyskach – to wiemy już od jakiegoś czasu. W jej organizmie wykryto THC, składową marihuany, a jest ona traktowana – z jakiegoś powodu – jak doping. Co prawda przyłapani biegacze nie muszą obawiać się specjalnie długiej karencji, ale miesięczne zawieszenie jest nieuniknione. Nie ominie ono nawet Richardson, której wyczyny przebiły się do amerykańskiego mainstreamu.

Dwudziestojednolatka imponowała w końcu nie tylko czasami (10.72, 10.74, 10.64), ale i prezencją. Kolorowe włosy, długie paznokcie, rzęsy i tatuaże – wszystko było u niej obecne. Nic dziwnego, że porównywano ją do słynnej Flo-Jo (Florence Griffith-Joyner), która została zapamiętana nie tylko jako rekordzistka świata, ale również ze względu na stroje, w których pokazywała się na bieżni.

Richardson miała szczególnego pecha, bo “oblała” test na niecały miesiąc przed igrzyskami. Nie było zatem siły, która mogła pomóc jej wyrobić się ze wszystkim na czas. Przez jakiś czas mówiono, że może załapie się do sztafety 4×100, ale niestety – nic z tego.

Sha’Carri przyznała się do winy, mówiąc, że wie, co zrobiła i wie, jakie są tego konsekwencje. Zdążyła też złożyć obietnicę, że w przyszłym roku zostanie mistrzynią świata.

W obronie Amerykanki stanęły znane postacie sportu (i nie tylko sportu) w Stanach Zjednoczonych. Słynny koszykarz Dwyane Wade mówił, że większość ludzi, która tworzy lekkoatletyczne przepisy, prawdopodobnie sama korzysta ze wspomnianego środka. Petycję w sprawie wysłania Richardson do Tokio podpisało ponad pół miliona ludzi. Oliwy do ognia dolewały czyste fakty – takie jak to, że w stanie Oregon, gdzie przeprowadzono kontrolę antydopingową, marihuana jest legalna w celach rekreacyjnych. Albo to, że chociażby w NBA zrezygnowano już z testowania zawodników pod kątem obecności THC w ich organizmie.

Kilka słów powiedział nawet sam prezydent USA Joe Biden, który stwierdził, że “zasady są zasadami”. Cóż, co by nie mówić, igrzyska olimpijskie w Tokio Sha’Carri Richardson dawno przepadły. A szkoda, bo mogłaby być jedną z ich największych gwiazd. I być może największą gwiazdą sprintu, z całym szacunkiem do wspomnianych wyżej lekkoatletów.

Kto założy koronę?

Na sprinterskie emocje nie musimy już długo czekać. Finał biegu na 100 metrów mężczyzn w Tokio będzie miał miejsce 1 sierpnia, o godzinie 14:30. U pań najważniejsze rozstrzygnięcia zobaczymy dzień wcześniej – 31 sierpnia, o godzinie 14:50.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Borjomi
Borjomi
18 dni temu

Fajna analiza, sporo ciekawostek przed IO, oby tak dalej!

Aktualności

Kalendarz imprez