Sport w czasach pandemii. Jak walczono z hiszpanką?

Sport w czasach pandemii. Jak walczono z hiszpanką?

Koronawirus COVID-19 w ostatnich tygodniach zmienił nasz świat. Sparaliżował nie tylko służbę zdrowia i gospodarkę, ale także międzynarodowy sport, który jak wiele innych branż musiał się zatrzymać niemal z dnia na dzień. Sytuację coraz częściej porównuje się z ostatnią wielką pandemią – w latach 1918-20 dotychczasowy porządek wywróciła grypa znana jako hiszpanka, która odcisnęła piętno również na sporcie.

Trudno nawet określić, ile osób straciło życie w jej wyniku. Spekuluje się, że co najmniej 50 milionów, ale rzeczywista liczba mogła być dużo wyższa. Wiadomo, że wbrew nazwie wcale nie zaczęła się w Hiszpanii i przyszła w trzech falach, które mocno przetrzebiły Europę, Azję, Afrykę i Amerykę Północną. Nie była typową grypą, bo dotkliwiej atakowała osoby w sile wieku, które teoretycznie nie powinny być aż tak mocno narażone na jej działanie.

Pierwsza fala przyszła wiosną 1918 roku i była dość niepozorna. Choroba rozprzestrzeniała się łatwo, ale jej przebieg był dość łagodny. W sierpniu hiszpanka uderzyła jednak ze zdwojoną siłą. Charakteryzował ją błyskawiczny przebieg – zabijała nawet w 2-3 dni. Po latach naukowcy rozgryźli, że to wcale nie sam wirus był największym problemem. Osoby w sile wieku zabijał układ odpornościowy, który walcząc z intruzem doszczętnie niszczył płuca.

Wirus miał pochodzenie odzwierzęce i najprawdopodobniej po raz pierwszy pojawił się w Kansas. W sumie bezpośrednio dotknął 1/3 światowej populacji, a nazwę zawdzięcza nietypowemu podejściu Hiszpanów, którzy jako jedyni uczciwie opisywali skalę zarażeń. Stąd powstało wrażenie, że to właśnie tam sytuacja z wirusem jest najgorsza. W niektórych miejscach faktycznie był wyjątkowo zabójczy – w Irlandii opowiadał za 10 procent wszystkich zgonów w 1918 roku. Z każdym kolejnym miesiącem pojawiły się coraz mocniejsze obostrzenia dotyczące transportu i kontaktów międzyludzkich, a rykoszetem dostały również imprezy masowe.

Wpływ hiszpanki na sport szybko stał się boleśnie widoczny. W październiku 1918 roku – w szczycie epidemii w Ameryce Północnej, ale jeszcze przed początkiem sezonu ligowego – zmarł Hamby Shore, trzykrotny zdobywca Pucharu Stanleya z zespołem Ottawa Senators. Jeden z najlepszych hokeistów w historii zaraził się od żony i zmarł po tygodniu walki z chorobą.

Hokejowy ewenement

Mimo to drugi sezon w historii NHL niedługo potem się rozpoczął, ale wzięły w nim udział tylko trzy zespoły. Jeden z nich (Toronto Arenas) nie dotrwał do końca z powodu kłopotów finansowych. W zarządzonym finale drużyna Senators przegrała z Montreal Canadiens, gdzie brylował między innymi Joe Hall. To wcale nie był jednak koniec hokejowego sezonu – o Puchar Stanleya triumfator NHL miał zagrać z Seattle Metropolitans, najlepszym zespołem w sezonie regularnym w Pacific Coast Hockey Association (PCHA).

Decydująca rozgrywka – w znanym formacie “best-of-seven” – rozpoczęła się 19 marca 1919 roku. Zawodnicy obu drużyn zdążyli rozegrać pięć spotkać, a rywalizacja pozostawała nierozstrzygnięta. Przesądzić miał mecz zaplanowany 1 kwietnia, ale został odwołany kiedy zdrowie “Senatorów” posypało się niemal z dnia na dzień. Pokazało to już ostatnie rozegrane spotkanie, w którym roztrwonili trzybramkową przewagę. Zawodnicy narzekali na zmęczenie i gorączkę, a lokalna prasa rozpisywała się o ich fatalnym samopoczuciu.

Dlaczego w takich okolicznościach w ogóle kontynuowano rozgrywki? W styczniu 1919 roku lekarze i politycy przekonywali, że szczyt epidemii już minął. Nikt nie spodziewał się drugiej fali zachorowań. – Prasa nie poświęcała już hiszpance już tyle uwagi. Ludzie chcieli wrócić do normalnego życia, ale choć nie było już stanu wyjątkowego, to w szpitalach nadal dochodziło do zgonów spowodowanych tą chorobą – tłumaczy Nancy Bristow, autorka książki o tamtej pandemii.

Przed decydującym spotkaniem o Puchar Stanleya do szpitala trafiło aż pięciu zawodników Ottawa Senators oraz trener George Kennedy. Drużyna zwyczajnie nie była w stanie grać i liczyła się z tym, że w takich okolicznościach walkę trzeba będzie oddać walkowerem. Rywale zachowali się honorowo i nie przyjęli takiego rozwiązania. Joe Hall – jeden z najtwardszych defensywnych zawodników tamtych lat i najbardziej doświadczony w ekipie Senators – zmarł po pięciu dniach.

Tymczasem druga fala epidemii nic sobie nie robiła z ostrożnego optymizmu władz. Trener Kennedy przetrwał pierwsze uderzenie choroby, ale zmarł po kilku miesiącach z powodu powikłań. O wymowie hiszpanki najlepiej świadczy to, że rozgrywki o Puchar Stanleya przez kolejnych 100 lat nie zostały przerwane – nawet podczas II wojny światowej. W 1919 roku jedyny raz w historii nie udało się wyłonić zwycięzcy.

W związku z nowym zagrożeniem na długie tygodnie stanął też boks. W październiku 1918 roku – w porozumieniu z lokalnymi władzami – promotorzy na wschodnim wybrzeżu (Filadelfia, Boston, New Jersey) zdecydowali się wstrzymać organizowanie kolejnych walk. Tłumaczono:

Żadne ważne pojedynki nie mogą dojść do skutku w czasach epidemii.

Jeśli już dochodziło do walk, to na porządku dziennym był widok widowni w maseczkach. Zdarzało się, że zakładali je również… sędziowie ringowi. Wiele ważnych walk zostało przełożonych – między innymi mistrzowski pojedynek z udziałem legendarnego Jacka Dempseya (54-6-8, 44 KO), którego wybuchowy styl był jedną z największych inspiracji Mike’a Tysona (50-6, 44 KO).

Nie sposób porównać tamten boks do współczesnego. Pięściarze wychodzili do ringu nierzadko co 5-10 dni, a walki potrafiły trwać 20 rund i więcej. Okazało się jednak, że takie zahartowanie w boju nie dawało ochrony przed hiszpanką. Wielu zawodników zakażenie przypłaciło życiem. Najbardziej znaną ofiarą pandemii był Jim Johnson (25-18-7, 21 KO), którego choroba dopadła, gdy szykował się do dwunastej (!) walki z Samem Langfordem (178-29-38, 126 KO).

Bokserzy polecają whisky

“Battling Jim” na zawsze zapisał się w historii boksu w grudniu 1913 roku, gdy w Paryżu jego rywalem był Jack Johnson (56-11-8, 35 KO). Pierwszy raz w historii o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej rywalizowało wówczas dwóch czarnoskórych pięściarzy. Walka zakończyła się remisem, a zawodnicy byli krytykowani za to, że nie chcieli podjąć ryzyka.

Epidemia doprowadziła też do śmierci doświadczonego Terry’ego Martina (47-25-13, 29 KO), Jima Stewarta (21-7-1, 19 KO) oraz obiecującego Samuela Ranzino (10-1-3, 4 KO), który miał zaledwie 17 lat. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych aż 50 procent zgonów spowodowanych hiszpanką dotknęło osób w przedziale wiekowym 20-40 lat.

Wielu pięściarzy wygrało też walkę z chorobą. Między innymi Tommy Burns (47-4-8, 35 KO), legendarny mistrz wagi ciężkiej. W 1918 roku wrócił do ringu po kilku latach przerwy, ale hiszpanka pokrzyżowała jego ambitne plany. Choć 37-letni wówczas pięściarz był w grupie ryzyka, a jego stan przez moment określano jako ciężki, zdołał wygrać najważniejszą walkę. Jego zdrowie poprawiło się na tyle, że w 1920 roku znów pojawił się w ringu, ale po porażce dał sobie spokój ze sportem.

W czasach pandemii wykuwały się również legendy. Harry Greb (107-8-3, 48 KO) niewiele robił sobie z wyjątkowych okoliczności i w 1919 roku walczył regularnie. Gdy cały świat walczył z hiszpanką, on notował serię 45 zwycięstw. W późniejszych latach został mistrzem wagi średniej, ale zdarzało mu się walczyć z dużo większymi rywalami. Dziś jest uważany za jednego z najlepszych historii, a znawcom nie przeszkadza nawet fakt, że nie zachował się żaden film prezentujący jego styl w ringu.

W pięściarskim świecie zdarzały się również wyjątkowe przypadki. Charles “Kid” McCoy (74-6-9, 59 KO) ostatni pojedynek stoczył w 1912 roku. Mimo to podczas pandemii było o nim głośno, ponieważ ogłosił światu autorski sposób walki z chorobą. O jego pomysłach szeroko rozpisywały się media, a sprawą w końcu zainteresował się na moment nawet burmistrz San Francisco.

Moje działania są proste, ale efektywne. Chcę, by władze miasta udostępniły mi miejsce, gdzie będę mógł rozstawić szafki elektryczne, które będą podpięte pod rury parowe i czajniki z olejem eukaliptusowym. Po tym, jak pacjent wyjdzie z takiej szafki, będę trzymał go w ciepłym pomieszczeniu i dostarczał mu płyny. Wiem, że to okaże się lekarstwem – przekonywał McCoy.

Choć były pięściarz nie chciał wynagrodzenia, to jego niekonwencjonalna terapia ostatecznie nie spotkała się z szerszym odzewem. Inni stosowali jeszcze bardziej niekonwencjonalne metody leczenia, choć po latach nie sposób oddzielić w tej kwestii mity od faktów. Jim Jeffries (19-1-2, 16 KO) – imponujący posturą legendarny mistrz wagi ciężkiej – miał pokonać hiszpankę dwudniową terapią, podczas której opróżnił skrzynkę whiskey.

Kto pokonał pandemię?

Walka z chorobą była jednak wyjątkowo trudna, bo zagrożenie przychodziło falami, a ówczesna medycyna jeszcze słabo radziła sobie z grypą. Próbowano więc właściwie wszystkiego, co było pod ręką. W Niemczech eksperymentowano nie tylko z alkoholem, ale także z kofeiną i… burakami. Nic jednak nie przynosiło spodziewanych efektów.

Sprawy dodatkowo komplikowało powszechne nadużywanie aspiryny, którą uważano wówczas za cudowne remedium na objawy grypopodobne. Na hiszpance ten lek nie robił jednak wrażenia, a jego nadużywanie w wielu przypadkach prowadziło do śmierci. Co działało? Podobnie jak dziś… izolacja. Szybko zdano sobie sprawę, że zagrożenie w jakiś sposób przenosi się drogą kropelkową. Transport publiczny modyfikowano więc tak, by unikać skupiania dużej liczby ludzi w tym samym miejscu. W Filadelfii – jednym z najciężej doświadczonych przez hiszpankę regionów – pod karą grzywny zabroniono nawet plucia.

Nie można jednak powiedzieć, że to ludzkość pokonała pandemię. Dziś powszechnie uważa się, że choroba ustąpiła samoczynnie na skutek wielu czynników. Starsza część populacji mogła być odporna po poprzedniej pandemii grypy z lat 1889-90. Część populacji zdążyła się uodpornić między kolejnymi falami, a wirus po drodze mógł wyewoluować do mniej agresywnej postaci.
Bez względu na przyczynę, na początku 1920 roku hiszpanka była już co najwyżej lokalną ciekawostką. Świat sportu reagował na bieżąco i jak wszystko wokół stopniowo budził się do życia. Kulminacją powrotu do normalności były pierwsze powojenne igrzyska, które w 1920 roku odbyły się w Antwerpii.

Komitet organizacyjny został powołany do życia przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) już w kwietniu 1919 roku. Powstało aż siedem komisji, które miał zająć się poszczególnymi aspektami realizowania tak dużej imprezy – między innymi transportem, finansami i warunkami pobytu. Nie było oddzielnej komórki, która zajmowałaby się sprawami zdrowia, co dość dobrze oddaje ówczesny stan ducha.

Hiszpanka przyszła w momencie, gdy świat leczył rany po I wojnie światowej. Pierwsze igrzyska miały więc dodatkową wymowę – miały być ostatecznym dowodem na to, że ludzie na całym świecie znów mogą się zjednoczyć. Zawody w Belgii trwały przez blisko miesiąc, a na starcie pojawili się przedstawiciele 29 państw. Najliczniejszą reprezentację (poza gospodarzami) wystawili Amerykanie, którzy zdobyli też najwięcej medali.

Mimo wszystko nie były to igrzyska wolne od polityki. W gronie startujących zabrakło przedstawicieli Niemiec, Austrii, Węgier i Bułgarii. Nie pojawili się również reprezentanci Polski. Stający na nogi kraj po latach niewoli i wojennej zawierusze kraj był wówczas zaangażowany w zbrojną walkę z Sowietami, których dotknęło z kolei embargo ze strony świata Zachodniego. Międzynarodowy sport dochodził do siebie latami, ale dużo bardziej zaszkodził mu człowiek niż wirus.

KACPER BARTOSIAK  

Fot. Wikipedia


Aktualności

Kalendarz imprez