Sofia Kenin – nowa gwiazda światowego tenisa czy jednorazowy strzał, jakich wiele?

Sofia Kenin – nowa gwiazda światowego tenisa czy jednorazowy strzał, jakich wiele?

Jeśli tenisem interesujecie się tylko od wielkiego dzwonu, prawdopodobnie nazwisko Kenin jeszcze kilka dni temu nie kojarzyło wam się zupełnie z niczym. Tymczasem 21-letnia reprezentantka USA właśnie sensacyjnie wygrała Australian Open, przebojem wbiła się do pierwszej dziesiątki rankingu WTA i zgłosiła akces do absolutnej czołówki światowego tenisa. Na papierze – ma wszystko, żeby zadomowić się w niej na długie lata. Problem w tym, że w ostatnich latach bardzo często mieliśmy do czynienia z dziewczynami, dla których zwycięstwa w turniejach wielkoszlemowych były piękną, ale jednorazową przygodą. Czy w przypadku Sofii będzie inaczej?

Jej historia zaczyna się podobnie do wielu innych. Jej rodzina pochodzi z Rosji, ale wyjechała do Stanów Zjednoczonych, szukać lepszego życia. Swietłana i Aleksander Kenin pracowali w Moskwie, ale w domu się nie przelewało. Ona była pielęgniarką, on podejmował się różnych prac, a w międzyczasie rekreacyjnie grywał w tenisa. W 1987 roku w końcu spakowali manatki i polecieli za wielką wodę. Po jedenastu latach wrócili do Moskwy, ale tylko dlatego, że Swietłana była w ciąży i wspólnie z mężem podjęła decyzję, że lepiej będzie urodzić dziecko w ojczyźnie, gdzie będą mogli liczyć na pomoc dziadków. Po kilku miesiącach świeżo upieczeni rodzice jednak spakowali się znowu. Zabrali malutką Sofię i wrócili do Nowego Jorku. Po pewnym czasie przenieśli się na Florydę, co – jak się okazało – miało kluczowe znaczenie dla późniejszych losów dziewczynki, która wprawdzie w dowodzie osobistym ma wpisane Sofia, ale woli, żeby bliscy mówili do niej „Sonia”.

Jeździliśmy po nocach, by znaleźć korty

Sofia, czy Sonia – po raz pierwszy wzięła rakietę tenisową do ręki w wieku pięciu lat, a potem sprawy potoczyły się już szybko. Ojciec błyskawicznie zorientował się, że mała ma do tenisa ewidentny dryg. W hollywoodzkiej produkcji pewnie w tym momencie wszystko potoczyłoby się już z górki, ale – niestety – życie to nie bajka i droga rodziny Kenin na szczyt nie była ani łatwa, ani usłana różami.

To sprawiło, że dziś Sofia jest taka twarda. Ona może nie doświadczyła tych wszystkich poświęceń, przez które my musieliśmy przejść na początku naszej amerykańskiej drogi, ale na pewno o nich wiedziała. Kiedy przylecieliśmy do kraju, było bardzo, bardzo, bardzo, bardzo ciężko. Musiałem pracować w nocy, chodzić do szkoły rano i jeździć do Nowego Jorku, nie mówiąc po angielsku – opowiadał w jednym z wywiadów Aleksander Kenin. – Na początku w ogóle nie rozumiałem, co do mnie mówią, nie znałem tych słów, więc było naprawdę trudno. To niesamowite, jakie rzeczy potrafisz zrobić, kiedy musisz przetrwać. Sofia o tym doskonale wie, chociaż, dzięki bogu, nie musiała tego doświadczać.

Mała Sofia chciała grać i miała ewidentny talent do tenisa. Lecz chęć do gry to jedno, a płacenie grubych dolarów za korty – to coś zupełnie innego. Ojciec zabierał ją więc na duży podjazd, na którym ćwiczyli odbijanie. – Mieliśmy koło domu wielki podjazd, więc to było logiczne: dobra, co robimy po pracy? Dałem jej dwie rakiety i graliśmy na tym podjeździe. Nagle zauważyłem, że ona zaczęła uderzać piłkę, choć na tym etapie może trudno to nawet nazwać uderzaniem. W każdym razie, miała niesamowitą koordynację ręka-oko. Byliśmy w najróżniejszych miejscach w całych Stanach Zjednoczonych, jeździliśmy po nocach, żeby znaleźć jakiś kort, na którym mogliśmy rano potrenować – opowiada ojciec nowej gwiazdy światowego tenisa.

Co było dalej? Sofia odbijała, trenowała, grała. I nigdy jej się to nie nudziło, co nawet czasem dziwiło ją samą. – Nie interesowały mnie żadne zabawki, od kiedy pamiętam, chciałam tylko bawić się piłkami i rakietą. Mój tata mówił więc: dobra, chodźmy pograć. Oczywiście, miałam niesamowitą koordynację i widziałam, że bardzo się różnię od innych dziewczynek, grających w tenisa – wspominała Kenin w Melbourne, kiedy zebrał się wokół niej tłum dziennikarzy z całego świata. – Słyszałam, jak ludzie mówią: wiecie co, ona jest naprawdę wyjątkowa, coś w niej jest. I cóż, chyba mieli rację, zobaczcie, gdzie jestem dzisiaj!

Mistrzyni z Melbourne powalczy o medal?

Gdzie jest? Otóż na przykład na siódmym miejscu w światowym rankingu. I na pierwszym miejscu w rankingu amerykańskim, co jest nie bez znaczenia w kontekście zbliżających się wielkimi krokami igrzysk olimpijskich w Tokio. Tam, w walce o medale, na przełomie lipca i sierpnia, powalczą 64 zawodniczki. Aby być pewnym miejsca w turnieju olimpijskim trzeba spełnić dwa warunki. Po pierwsze, należy być notowanym co najmniej na 56. miejscu w rankingu, z czym Kenin oczywiście nie będzie miała żadnych problemów. Drugi warunek mógłby być trudniejszy do spełnienia: każda federacja może wystawić maksymalnie cztery zawodniczki do turnieju singla. W przypadku USA możemy mówić o kłopotach bogactwa, bo w pierwszej dwudziestce notowania WTA są aż cztery Amerykanki (siódma Kenin, dziewiąta Serena Williams, dwunasta Madison Keys i osiemnasta Alison Riske). Wygrywając w Melbourne i notując skok z 15. miejsca na 7., Kenin zrobiła gigantyczny krok w kierunku występu w Tokio.

Pytanie tylko, czy właśnie na igrzyskach olimpijskich, a wcześniej na Roland Garros, Wimbledonie i US Open, 21-latka zrobi kolejny krok w swojej karierze? Na logikę – powinno tak się zdarzyć. Młoda, piekielnie zdolna zawodniczka zaczyna rok z bardzo wysokiego C. W Melbourne ogrywa między innymi objawienie turnieju Coco Gauff, grającą turniej życia Ons Jabeur, liderkę rankingu Ashley Barty oraz byłą liderkę i mistrzynię dwóch turniejów wielkoszlemowych Garbine Muguruzę. Wygrywa turniej Wielkiego Szlema, zgarnia nie tylko największą premię w życiu (4,1 mln dolarów australijskich, czyli jakieś 10,7 mln złotych), ale także w czasie jednego turnieju zarabia mniej więcej tyle, ile w całej dotychczasowej karierze. Turniej w Melbourne musiał dać jej niesamowitego wiatru w żagle, jej pewność siebie dzisiaj jest na poziomie Everestu. Czy w kolejnych miesiącach coś może pójść nie tak? Teoretycznie – nie powinno. W praktyce – ostatnie lata w kobiecym tenisie pokazują, że niestety – jak najbardziej.

20 mistrzyń i 6 mistrzów

Rzućmy okiem na to, jak wygląda lista triumfatorów Wielkich Szlemów w trzech ostatnich sezonów, wliczając także zakończony właśnie Australian Open (kolejno mistrz Australian Open, Roland Garros, Wimbledonu i US Open):

2020: Novak Djoković
2019: Novak Djoković, Rafa Nadal, Novak Djoković, Rafa Nadal
2018: Roger Federer, Rafa Nadal, Novak Djoković, Novak Djoković
2017: Roger Federer, Rafa Nadal, Roger Federer, Rafa Nadal.

W sumie, 13 z 13 tytułów trafiło w ręce „Wielkiej Trójki”. Djoković i Nadal zgarnęli po pięć, Federer – trzy. Powiedzieć, że u kobiet sytuacja wygląda „nieco inaczej”, to nic nie powiedzieć. Zresztą, sami spójrzcie:

2020: Sofia Kenin
2019: Naomi Osaka, Ashley, Barty Simona Halep, Bianca Andrescu
2018: Karolina Woźniacka, Simona Halep, Angelique Kerber, Naomi Osaka
2017: Serena Williams, Jelena Ostapenko, Garbine Muguruza, Sloane Stephens

W sumie 13 tytułów trafiło do 11 różnych zawodniczek. Jedynie Halep i Osaka zdołały triumfować więcej niż raz, nikomu nie udało się obronić tytułu, ba, we wspomnianych edycjach każdy turniej miał całkowicie różne mistrzynie. Można po prostu powiedzieć, że to świadczy o większej konkurencji w kobiecym tenisie, albo o fakcie, że nie ma jednej, zdecydowanej liderki, która by potrafiła przejąć rolę, pełnioną wcześniej przez Serenę Williams. Amerykanka jesienią 1999 roku wygrała swój pierwszy wielkoszlemowy turniej, triumfując w US Open. W kolejnych latach dokładała następne zwycięstwa, licznik zatrzymał się na rekordowych 23, we wspomnianym Australian Open 2017. W ostatnich latach tendencja jest zupełnie odwrotna. Kenin właśnie zgarnęła pierwszy tytuł. Gdy rzucić okiem na poprzednie triumfatorki imprez Wielkiego Szlema, widać wyraźnie, że zaliczenie drugiego razu większości zawodniczek nigdy się nie udaje. Andrescu – raz. Barty – raz. Woźniacka – raz. Stephens – raz. Ostapenko – raz. Pennetta – raz. Bartoli – raz. Stosur – raz. Schiavone – raz. Ivanović – raz. Na 40 ostatnich turniejów wielkoszlemowych mamy 20 różnych mistrzyń. W tym samym czasie w rywalizacji mężczyzn triumfowała raptem szóstka graczy, z czego Novak Djoković 16 razy, Rafa Nadal – 13, Roger Federer – 4, Stan Wawrinka i Andy Murray po trzy, a tylko Marin Cilić raz.

Czy przepadnie jak Ostapenko?

Szybko sprawdźmy, co słychać u tenisistek, które w ostatnim czasie zdołały wygrać turnieje wielkoszlemowe. Bianca Andrescu po triumfie w ubiegłorocznym US Open zagrała w turnieju mistrzyń, ale do Australian Open nie przystąpiła z powodu kontuzji kolana. W rankingu WTA jest szósta, eksperci wróżą jej wielką karierę, ale póki co – musi się wyleczyć i udowodnić, że wygrana w Nowym Jorku nie była przypadkowa. Ashley Barty ma na koncie tytuł z ubiegłorocznego Roland Garros, po którym objęła prowadzenie w rankingu WTA. Z Wimbledonu i US Open żegnała się w 4. rundzie, w Australii w półfinale sensacyjnie przegrała właśnie z Kenin. Ona także ma papiery na duże granie i wiele wskazuje na to, że jeszcze podniesie wielkoszlemowy puchar. W przeciwieństwie do mistrzyni z Melbourne sprzed dwóch lat – Karolina Woźniacka, zakończyła właśnie karierę z jednym tytułem na koncie. Podobnie może być w przypadku Jeleny Ostapenko, triumfatorki z Paryża sprzed trzech lat. Łotyszka o końcu kariery póki co oczywiście nie myśli, ma dopiero 22 lata. Ale powtórzenie osiągnięcia z Roland Garros 2017 w jej przypadku wydaje się równie prawdopodobne, co zdobycie mistrzostwa Europy przez polskich piłkarzy tego lata. Jej wyniki w Wielkim Szlemie po sensacyjnym triumfie wyglądały tak: jeden półfinał, jeden ćwierćfinał, cztery razy trzecia runda, raz druga i aż cztery razy pierwsza. Ba, na kortach imienia Rolanda Garrosa od momentu spektakularnego zwycięstwa w finale z Simoną Halep, Jelena Ostapenko zagrała dwa mecze. Oba przegrała, nie wygrywając nawet seta… Dziś w rankingu jest 40. i mało kto się spodziewa, że w najbliższym czasie zdoła nawiązać do wielkich sukcesów.

Obawiam się, że w przypadku Kenin to także może być jednorazowy strzał. To bardzo zdolna dziewczyna, zawzięta, pracowita i tak dalej. Ale w Australian Open w jej grze nie widziałem niczego, co pozwoliłoby mi myśleć, że to może być regularna mistrzyni Wielkich Szlemów. Gdybym dzisiaj miał typować, to raczej bym stawiał, że w jej przypadku, podobnie, jak przy Ostapenko, licznik wygranych turniejów wielkoszlemowych zatrzyma się na jedynce – mówi Adam Romer, redaktor naczelny miesięcznika TenisKlub. – W czasach, gdy wśród mężczyzn w najlepsze trwa dominacja wielkiej trójki, wśród kobiet w zasadzie co turniej, to nowa mistrzyni. Spodziewam się jednak, że to się musi kiedyś skończyć. Na dziś, po tym, co widzieliśmy w Melbourne, w Roland Garros spodziewam się finału Simona Halep – Garbine Muguruza, a one obie mają po dwa wielkoszlemowe tytuły.

Jedno jest pewne: na nudę w kobiecych turniejach wielkoszlemowych narzekać nie można. Kolejka chętnych do sprawienia kolejnych niespodzianek jest długa i mamy na niej także polskie nazwisko. Iga Świątek w wieku 18 lat ma na koncie już dwie 4. rundy Wielkich Szlemów i mówi wprost, że jej celem są zwycięstwa w największych turniejach w kalendarzu. Kto wie, może ona osiągnie to, co nigdy się nie udało Agnieszce Radwańskiej. Pech najbardziej utytułowanej polskiej tenisistki polegał na tym, że ona musiała rywalizować z wielką Sereną Williams. Dziś panuje bezkrólewie i kolejne zawodniczki skrzętnie to wykorzystują…

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez