Słoweński dzień w wielkich tourach. Tratnik i Roglic zgarnęli etapy

Słoweński dzień w wielkich tourach. Tratnik i Roglic zgarnęli etapy

Dziś byliśmy świadkami historycznej chwili – tego samego dnia kolarze w dwóch krajach wyruszyli na trasy dwóch wielkich tourów. Giro d’Italia inaugurowało dziś trzeci tydzień, a w hiszpańskiej Vuelcie peleton rozpoczynał wyścig. Paradoksalnie – znacznie więcej działo się na trasie drugiego z tych wyścigów, gdzie wielu faworytów szybko musiało pogodzić się z porażką. Wśród nich między innymi Chris Froome. A kto świętował? Głównie Słoweńcy, którzy w obu przypadkach zostawili wszystkich w tyle.

Dzień uciekinierów

Szybciej do mety dojechali kolarze we Włoszech, więc i my od tego wyścigu zaczniemy. Już przed startem mówiło się, że dzisiejszy etap jest idealną szansą dla harcowników. Na trasie sporo było bowiem podjazdów, ale stosunkowo krótkich, sztywnych, gdzie naprawdę dobrze zawiązuje się tego typu akcje. Jak się okazało – przepowiadający przyszłość mieli rację. Liderzy poszczególnych grup, walczący jeszcze o triumf lub podium w wyścigu, woleli nie angażować się w bezpośrednią walkę, przez co szybko zawiązała się duża grupa uciekinierów, z której później miał zostać wyłoniony zwycięzca.

Dla nas najważniejsza była informacja, że do ucieczki załapali się dwaj Polacy – Kamil Małecki i Paweł Poljański. Obaj w swoim kolarskim życiu czekają właśnie na takie okazje. Pewnym było więc, że zrobią wszystko, żeby tylko powalczyć o etapowy triumf. Inną pewną informacją była ta, że peleton im w tym nie przeszkodzi – wkrótce przewaga uciekinierów wynosiła dobrze ponad dziesięć minut i na takim poziomie się już utrzymywała. Wystarczyło więc “tylko” dojechać do mety w pierwszej grupce.

To okazało się jednak bardzo trudne. Część kolarzy zaczęła odpadać na kolejnych podjazdach, na których o punkty do klasyfikacji górskiej bili się Giovanni Visconti i Ruben Guerreiro. Długo to oni byli największą atrakcją zmagań. Na 60 kilometrów przed metą wreszcie się jednak zadziało – zaatakował Jan Tratnik. I zrobił to niesamowicie skutecznie. Przez kilka kilometrów jechał samotnie, w końcu jednak dołączył do niego – co Słoweńcowi musiało odpowiadać – Manuele Boaro. Ich tropem, po wielu przetasowaniach w większej grupie, podążyła szóstka, w której znalazł się Kamil Małecki. Z perspektywy Polaka wciąż więc było bardzo dobrze.

Okazało się jednak, że pościg całościowo był nieskuteczny. Tratnika, znów osamotnionego, po kolejnym ataku, zdołał dogonić jedynie Ben O’Connor. Ta dwójka o mniej więcej 40 sekund wyprzedzała trio Ben Swift, Enrico Battaglin i Kamil Małecki, do którego później dojechał jeszcze Geoffrey Bouchard. Szybko stało się jasne, że Tratnik i O’Connor są nie do dogonienia, a Małeckiemu i spółce pozostanie walka o etapowe podium. Polak przegrał je o kilkadziesiąt centymetrów, ostatecznie zajmując czwarte miejsce.

Jestem bardzo zadowolony z dzisiejszej jazdy. Czwarte miejsce na koniec tak długiego i trudnego etapu to bardzo dobry wynik, szczególnie, że to ostatni tydzień mojego pierwszego Wielkiego Touru. Niektórzy mogliby oczekiwać, że będę tracił formę, ale myślę, że w ciągu wyścigu ją zbudowałem i mogę walczyć o zwycięstwa etapowe. To była bardzo duża ucieczka i zawiązywała się dość długo, ale kiedy się uformowała, ciężko pracowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że mamy szansę dojechać do mety przed peletonem. Dobrze, że prawie przez cały dzień w odjeździe był ze mną Joey Rosskopf, co było bardzo pomocne, szczególnie, że niektóre drużyny miały więcej niż jednego zawodnika w ucieczce. Kiedy byliśmy na finałowych okrążeniach, wyścig przyspieszył, ale czułem się dobrze i byłem w stanie podążać za akcjami i utrzymać się w pierwszej grupie pościgowej. Było blisko trzeciego miejsca, ale szczerze jestem zadowolony z mojego wyniku, to dobry prognostyk na przyszłość – komentował dzisiejszy etap Kamil Małecki, który w następnym sezonie dołączy do Tomasza Marczyńskiego w grupie Lotto Soudal.

A co działo się przed nim i jego towarzyszami? Jako pierwszy – już na 700 metrów przed metą – zaatakował O’Connor. Ale Tratnik był dziś nie do zdarcia. Słoweniec miał po prostu swój dzień, wychodziło mu wszystko. Gdyby wsadzić go do bolidu F1 pewnie objechałby Hamiltona, a po podarowaniu mu nart skoczył przynajmniej 150 metrów w Willingen. Ale że jechał na rowerze, to ruszył za O’Connorem. Najpierw złapał się na koło rywala, a potem spokojnie go wyprzedził i odsadził na dobrych kilka sekund. Gdy dojeżdżał do mety, mógł już świętować największy sukces w karierze.

Roglič wciąż wielki

Primož Roglič, który poszedł w jego ślady na Vuelcie, jest już za to znacznie bardziej utytułowany. To on broni tytułu w Hiszpanii, on przez wiele dni nosił koszulkę lidera w tegorocznym Tour de France, on też nieco ponad dwa tygodnie temu w fantastycznym stylu wygrał Liege-Bastogne-Liege. Dziś nie spuścił z tonu. W kilkuosobowej grupce, która dojechała do mety na czele, to właśnie Słoweniec okazał się najsilniejszy.

Zanim jednak doszło do finiszu, w peletonie podziało się naprawdę wiele. Już wczoraj Michał Gołaś, jadący we Vuelcie w barwach INEOS Grenadiers, ostrzegał nas, że pierwszy etap może okazać się bardzo istotny dla losów klasyfikacji generalnej. – Meta jest wtedy na Alto de Arrate, a to trudny podjazd, dojdzie tam zapewne do sporej selekcji i zostanie tylko grupa ludzi, która powalczy o generalkę. Straty może nie będą ogromne, ale już się wyścig nieco przesieje. 

Co ekspert, to ekspert. Było dokładnie tak, jak pan Michał powiedział. Choć tak naprawdę niektórzy z faworytów straty zaczęli notować już wcześniej. Bo nie rozpieszczała choćby pogoda. Padało, bywało ślisko, zdarzały się kraksy, kilku kolarzy już musiało się przez to wycofać z wyścigu. Na kilkanaście kilometrów przed końcem jedna z kraks przydarzyła się w szczególnie złym miejscu – droga mocno się zwężała, kolarze upadli, a samochody ekip początkowo nawet nie mogły przejechać. Leżał tam też między innymi Michael Woods, lider ekipy EF, który długo czekał przez to na nowy rower i sporo stracił. Jego zespół miał zresztą niesamowitego pecha. Wcześniej leżał też Daniel Felipe Martinez, inny niezły góral jeżdżący w ich barwach. Cóż, jak nie idzie, to nie idzie.

Gdy Woods dostał rower i mógł ruszyć dalej, kolarze zbliżali się do finałowego podjazdu. Na nim mocno pracowała ekipa INEOS Grenadiers, holująca Richarda Carapaza. W teorii drugim z jej liderów miał być Chris Froome, ale na próżno było go szukać z przodu. Praca jego kolegów okazała się dla Brytyjczyka… za dobra. W konsekwencji szybko odpadł przez nią z czołówki. Warto jednak dodać, że jego los podzieliło jednak wielu innych znakomitych kolarzy: Wout Poels, Aleksandr Własow czy nawet Alejandro Valverde, jeden z faworytów tegorocznej Vuelty. W czubie utrzymali się za to Sepp Kuss, Hugh Carty, Enric Mas, Richard Carapaz, Dan Martin, Felix Grossschartner, Esteban Chaves i Primož Roglič. To oni mieli załatwić między sobą sprawę zwycięstwa.

A losy tego rozstrzygały się na dwóch kilometrach zjazdu, kończących dzisiejszy etap, gdzie bezkonkurencyjny okazał się Primož Roglič. Zeszłoroczny mistrz wypracował sobie co prawda ledwie sekundę przewagi nad najgroźniejszymi rywalami – w tym Carapazem, który obok Słoweńca jest największym faworytem wyścigu – ale po raz kolejny pokazał swoją moc i niesamowite przyspieszenie, którym łatwo odsadził resztę grupy.

Tym samym – choć dowiedział się o tym pewnie dopiero później – przypieczętował słoweński dzień na włoskich i hiszpańskich drogach. A pamiętajmy, że przecież w Tour de France, zakończonym już jakiś czas temu, pierwsze dwa miejsca też zajęli Słoweńcy – Tadej Pogacar i właśnie Roglic.

Wniosek? Słowenia powoli staje się kolarską potęgą. I pewnie jeszcze nieraz nam to pokaże.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez