Słoweńcy opanowali Tour de France. Bernal tytułu już nie obroni

Słoweńcy opanowali Tour de France. Bernal tytułu już nie obroni

Przed startem Tour de France zadawaliśmy sobie jedno pytanie: Primoz Roglic czy Egan Bernal? To ta dwójka miała – wedle wszelkich przewidywań – rozstrzygać między sobą losy wyścigu. Na każdym kolejnym etapie było jednak widać, że to Słoweniec jest mocniejszy. I dziś pokazał to dobitnie. Bernal przyjechał ponad siedem minut za nim. Tyle że Rogliciowi wyrósł nowy rywal. I to z własnego podwórka. 

Górski sprawdzian

Choć najwyższe góry na trasie Tour de France wciąż przed nami – dziś kolarze wjechali na wysokość 1500 metrów – to 15. etap miał służyć za jeden z ważniejszych egzaminów dla faworytów całego wyścigu. Kolarze po spokojniejszym etapie, jaki przejechali wczoraj, dziś męczyć mieli się na trzech podjazdach, z których dwa były premiami górskimi 1. kategorii, a ostatni – słynny Grand Colombier, debiutujący jako meta etapu – premią najwyższej kategorii.

To miał być etap, który oddzieli chłopców od mężczyzn. Etap, który wskaże nam dobitnie faworyta całego wyścigu przed najwyższymi, najdłuższymi i najtrudniejszymi podjazdami. Organizatorzy mogli pozwolić sobie na takie wyzwanie, jutro kolarzy czeka bowiem dzień przerwy. A skoro już je rzucili, to najlepsi zawodnicy musieli odpowiedzieć. Żaden nie chciał przecież pokazać choć odrobiny słabości, którą mogliby zauważyć rywale.

Tyle tylko, że to nie udało się Eganowi Bernalowi.

Kolumbia niepocieszona

Ubiegłoroczny zwycięzca Tour de France już nie pierwszy raz w tym wyścigu pokazywał, że nie jest optymalnie przygotowany. Zresztą było to już widać w imprezach poprzedzających start w Wielkiej Pętli. Bernal miał problemy z plecami, wycofał się przez ból z Criterium du Dauphine. W INEOS jednak mogli liczyć na dwie rzeczy: że Bernal dojdzie na czas do pełnej sprawności i że Primoz Roglic tego nie zrobi – Słoweniec w Dauphine zaliczył z kolei kraksę, też wycofał się z wyścigu, a potem chwilę zajęło mu leczenie. Tak naprawdę dopiero w ostatniej chwili potwierdził przez to swój udział w Tour de France.

Wychodzi, że nie wydarzyła się żadna z tych rzeczy. Kolumbijczyk ewidentnie nie jest tym samym zawodnikiem, który w ubiegłym roku na najwyższych szczytach objeżdżał znacznie bardziej doświadczonych i renomowanych rywali, rozdając karty w wyścigu. Jak na znakomitego górala, od czołówki regularnie odpada zaskakująco łatwo. Choć przyznać trzeba, że Jumbo-Visma pracuje w czubie wręcz niesamowicie. Na finalnym podjeździe grupę długo prowadził, odrywając od niej kolejnych faworytów, Wout van Aert, specjalista od wyścigów klasycznych i sprintów.

Bernal ostatecznie do mety dojechał – doprowadzany tam między innymi przez Michała Kwiatkowskiego – ze stratą siedmiu minut i dwudziestu sekund. Walczył do końca, ale patrząc na poziom konkurencji, to po prostu strata nie do odrobienia. – To był najgorszy dzień w mojej karierze. Straciłem dziś trzy lata życia. Zespół musi teraz przemyśleć to, o co będziemy walczyć. Inni są silniejsi, muszę to zaakceptować – mówił Bernal na mecie, cytowany przez media.

Jeśli INEOS stwierdzi, że chce skupić się na walce o etapowe triumfy, może się okazać, że to szansa dla Kwiatkowskiego. A wtedy przynajmniej i my mielibyśmy swoje emocje. Choćby takie, jakie mają Słoweńcy.

Jeszcze Tour czy już mistrzostwa Słowenii?

Trzy etapy zgarnęli do tej pory Słoweńcy na tegorocznym Tour de France. Zawsze gdy wygrywał jeden z nich, na drugim miejscu był jego rodak. Raz najlepszy okazał się Primoz Roglic, dwukrotnie Tadej Pogacar. Młody, bo niespełna 22-letni (świętować urodziny będzie za osiem dni) Pogacar zdaje się na ten moment być jedynym rywalem, który może powalczyć z Rogliciem. Też doskonale czuje się w górach, a do tego dziś na finiszu to on okazał się mocniejszy. Choć można zastanawiać się, czy Primoz po prostu nie odpuścił młodszemu koledze etapowego zwycięstwa.

Tadej do lidera traci 40 sekund. Trzeci w klasyfikacji generalnej Rigoberto Uran ma ponad dwa razy większe straty – 1:34. Potem są Miguel Angel Lopez (1:45), Adam Yates (2:03), Richie Porte (2:13), Mikel Landa (2:16) i Enric Mas (3:15). Straty reszty kolarzy wynoszą już ponad pięć minut. Swoją drogą dziesiątkę zamyka Tom Dumoulin, zespołowy partner Roglicia. A to też świadczy o sile ekipy Jumbo-Visma.

Oczywiście, przewagę dwóch, a nawet trzech minut w górach stracić można natychmiast. Egan Bernal swoje siedem minut strat zawdzięcza ostatnim kilku kilometrom finalnego podjazdu. Nic to, że przez pozostałe 160 km trzymał się wraz z najgroźniejszymi rywalami. Wystarczyło, że w końcówce nie wytrzymał narzuconego tempa i stracił szanse na triumf w klasyfikacji generalnej. Tyle że on – jak już napisaliśmy – słabo wyglądał też na poprzednich etapach. U Roglicia i Pogacara słabości po prostu nie widać.

Jasne, może okazać się, że jeden gorszy dzień któregoś ze Słoweńców nagle przemebluje nam układ klasyfikacji generalnej. Wspominał o tym zresztą sam Pogacar. – Myślę, że Egan Bernal nie jest już naszym przeciwnikiem. Jumbo-Visma narzuciła dziś naprawdę mocne tempo i niektórzy za to zapłacili. W tej chwili Roglic wydaje się nie do powstrzymania. Ale Bernal dziś stracił wiele i być może ja lub Primoz też jeszcze tyle stracimy – mówił Tadej.

Trudno w to jednak wierzyć. Bo obaj Słoweńcy wyglądają na piekielnie mocnych. A Roglic w dodatku ma do pomoc najlepszą aktualnie ekipę w stawce. Na ten moment jest faworytem do zwycięstwa w całym wyścigu. I trudno podejrzewać, by miało się to zmienić.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
patryk
patryk
10 dni temu

Lubie Twoje artykuly. Pisz dluzsze, rozwin watki bo jestes ciekawy. Pozdro byku

Miro
Miro
8 dni temu

Jumbo Visma i poszczególni kolarze z innych grup – ketony … co o tym sądzisz …

Aktualności

Kalendarz imprez