Słabe testy sprawnościowe, kontuzje i młodszy brat. Jak Matteo Berrettini doszedł do 1/2 Wimbledonu

Słabe testy sprawnościowe, kontuzje i młodszy brat. Jak Matteo Berrettini doszedł do 1/2 Wimbledonu

Za młodu był najsłabszy na testach sprawnościowych i łapało go sporo kontuzji. Jako dzieciak nie za bardzo chciał grać w tenisa, choć pochodził z rodziny, w której niemal każdy to robił. Namówił go dopiero… młodszy brat. Lubi piłkę nożną i NBA, trenował też judo i pływanie. Na korcie imponuje potężnym serwisem i forehandem, a w ATP wygrał już pięć tytułów, choć jego kariera kilkukrotnie była bliska końca, zanim tak naprawdę się zaczęła. Oto Matteo Berrettini, półfinałowy rywal Huberta Hurkacza na Wimbledonie. 

W dwa lata do czołówki

Pierwszy tytuł ATP zdobył w 2018 roku. To był turniej w Gstaad, zanotował tam znakomity tydzień. W finale w dwóch setach ograł faworyzowanego Roberto Bautistę-Aguta. Hiszpan wracał co prawda po kontuzji, ale to i tak był wielki sukces dla gościa, który sezon zaczynał na 135. miejscu światowego rankingu. Co jednak ważniejsze – na starcie 2018 roku nie miał ani jednego zwycięstwa na poziomie ATP, a więc w głównym cyklu rozgrywek. I nie chodzi o turnieje, wcześniej po prostu nie wygrał nawet meczu!

W tamtym roku zaczął się pokazywać ze znakomitej strony, a turniej w Gstaad tylko to potwierdził. W tie-breaku pierwszego seta Matteo musiał bronić dwóch piłek setowych. Udało mu się, ostatecznie wygrał 11:9. W drugiej partii przełamał rywala przy stanie 5:4 i zakończył tym samym całe spotkanie. Podkreślano potem przede wszystkim, że znakomicie serwował, jednak trudno było jego grę ograniczać wyłącznie do serwisu. Imponował właściwie w każdym elemencie.

A kilka godzin później do sukcesu w singlu dołożył deblowy – w Gstaad wygrał wtedy wraz z Danielem Braccialim.

To był niesamowity tydzień, bez wątpienia. Myślę, że grałem najlepiej w swoim życiu, jestem naprawdę szczęśliwy. Również dlatego, że byłem w stanie grać równocześnie w singlu i deblu. Udało mi się dobrze przygotować organizm. Marzyłem o wygraniu turnieju ATP, ale wydawało się, że to bardzo odległy cel. Gdy się zaczyna, trzeba myśleć o małych rzeczach. Rok temu wygrałem pierwszy turniej rangi Challenger, teraz jestem tu z triumfem w imprezie ATP – mówił.

Przyznawał przy tym, że sporo motywacji dały mu sukcesy kolegów z kadry – Fabio Fognini miał wtedy swój znakomity okres (choć on w tourze był w szerokiej czołówce od dawna), a Marco Cecchinato zupełnie niespodziewanie wygrał turniej w Budapeszcie (Berrettini przyznawał nawet, że to był dla niego ważny moment, pokazujący, że i on może sporo osiągnąć), a potem świetnie grał też na Roland Garros, gdzie wyeliminował samego Novaka Djokovicia. Matteo po prostu dopasował się do kolegów. Pewnie nie przypuszczał, że bardzo szybko stanie się od nich lepszy.

Powtarzał wtedy, że na początku sezonu właściwie nie miał celu, co najwyżej liczył na awans do pierwszej setki rankingu ATP. Rok kończył bliski pięćdziesiątego miejsca. – Wszystko dzieje się naprawdę szybko, nie spodziewałem się tego awansu. Z całą pewnością to jednak owoce ciężkiej pracy i zaangażowania, które w to włożyłem. W kolejnym sezonie będę mógł porównywać się już do najlepszych. Mam nadzieję, że to pomoże mi się poprawić. Myślę, że to co najlepsze, pokażę właśnie w 2019 roku – opowiadał.

Czy pokazał? Pokazał. I to zdecydowanie.

Zaczął od 54. miejsca na świecie. Sezon skończył jako „ósemka”, wystąpił w finałach ATP dla najlepszych zawodników minionego roku i zdobył nagrodę dla tenisisty, który poczynił największy progres w ciągu roku. Wygrał w tamtym czasie dwa tytuły – w Budapeszcie i Stuttgarcie. Szczególnie ważny był dla niego pierwszy z nich.

Przegrałem wtedy w pierwszych rundach w Indian Wells, Miami i Monte Carlo, co było dla mnie sporym rozczarowaniem. Nie cieszyłem się swoim tenisem, zrozumiałem, że muszę coś zmienić. Mieliśmy spotkanie z całym moim teamem, słuchałem innych, szczególnie trenera przygotowania mentalnego i to mi pomogło. Potem pojechałem do Budapesztu i tam wygrałem cały turniej – mówił.

Naprawdę szerokiej publiczności dał się jednak poznać, gdy wrócił do Stanów na korty twarde. Choć już wcześniej – na Wimbledonie – po raz pierwszy dotarł do drugiego tygodnia turnieju wielkoszlemowego. Tyle że tam w nieco ponad godzinę ograł go Roger Federer, a Matteo z uśmiechem zapytał go po meczu: „ile płacę za lekcję tenisa?”. Dwa miesiące później wszystko wyglądało już zupełnie inaczej.

Nie grał wtedy co prawda ze Szwajcarem, ale na US Open doszedł aż do półfinału, w którym zatrzymał go dopiero Rafa Nadal. Jacopo, jego brat, też tenisista, mówił wtedy mediom, że Matteo po prostu musiał przystosować się do wymagań gry na najwyższym poziomie. Przyznawał też jednak, że… nie spodziewał się po bracie tak szybkiego progresu. – Jego rozwój w aspektach technicznych i poruszaniu się jest wielki, ale sekretem jest, moim zdaniem, strona mentalna. W najważniejszych momentach Matteo potrafi podnieść poziom swojej gry. Odnalazł psychologiczny balans – opowiadał Jacopo.

I to wszystko prawda. Berrettini w dwa lata stał się tenisistą ścisłej światowej czołówki. Ale jeszcze gdy był juniorem, kilkukrotnie zdawało się, że nic z jego kariery nie będzie.

Najsłabszy na testach

Po raz pierwszy wyszedł na kort, gdy miał trzy lata. To zresztą nie może dziwić. Cała jego rodzina grała w tenisa, rodzice byli nawet członkami jednego z rzymskich klubów, a babcia, wielka fanka tego sportu, powiedziała mu kiedyś, że gdy o tej samej porze grał na jednym korcie on, a na innym Roger Federer, miała rozdarte serce. Ostatecznie jednak wybrała mecz wnuka.

Sam Berrettini początkowo jednak nie do końca się w tym tenisie odnajdował. Próbował więc innych sportów – uprawiał judo, chodził na basen, grał też w piłkę, jak prawie każdy włoski dzieciak w jego wieku. Do dziś zresztą ją lubi, po dziadku jest fanem Fiorentiny, a niedawny mecz Włochy – Hiszpania w półfinale mistrzostw Europy oglądał wraz z Felixem Augerem-Aliassime, z którym… dzień później grał w ćwierćfinale Wimbledonu. Bo dziewczyna Felixa to kuzynka Ajli Tomljanovic, tenisistki i dziewczyny Berrettiniego.

Wróćmy jednak do przeszłości. Młody Matteo trzymał się początkowo nieco z dala od kortu. Aż do powrotu zmotywował go brat. I tu, uwaga, rzecz raczej rzadko spotykana – Jacopo jest o dwa lata młodszy. I to nie on szedł w ślady starszego rodzeństwa, a odwrotnie. – Powiedział mi, żebym wrócił i spróbował jeszcze raz. Więc to zrobiłem. I nigdy już nie zrezygnowałem – wspominał Matteo. Wkrótce zaczął trenować w klubie.

Jestem dumny, że Matteo zawsze o mnie wspomina, gdy mówi o początkach swojej kariery. W porównaniu do niego zawsze byłem spokojniejszy, działałem mniej gwałtownie. Cieszę się, że i on zaczyna taki być. Pozostajemy w bliskim kontakcie, myślę, że to dobre dla nas obu. Mamy też rodziców, którzy zawsze nas wspierali i chronili, zmniejszali napięcie towarzyszące grze – opowiadał z kolei Jacopo.

Z rodzicami to prawda. Matteo też zawsze podkreśla, że wiele zawdzięcza właśnie im. Do dziś pamięta, jak był jeszcze nastolatkiem i w trakcie wakacji całą rodziną wsiadali do kampera, a potem jechali do Niemiec czy Austrii na organizowane tam seryjnie turnieje do lat 14 czy 16, gdzie mógł rywalizować i się rozwijać. Było fajnie i miło, bo zawsze wybierali ładne miejsca, również ze względu na… psa, labradora, który zawsze im towarzyszył.

To jednak nie tak, że od początku było wiadomo, że Matteo zrobi karierę. Owszem, na turniejach radził sobie nieźle, ale kilkukrotnie miał spore wątpliwości co do kontynuowania treningów. Raz, gdy jako nastolatek podszedł do testów sprawnościowych. Z całej grupy młodych zawodników wypadł najgorzej i w sprawdzianach biegowych, i skocznościowych, i w tych na czas reakcji, i przy okazji testowania wytrzymałości. W dwóch słowach: był słaby. Po wszystkim podszedł do trenera, Vicenzo Santopadre (gdybyście się zastanawiali – tak, to zięć Zbigniewa Bońka), który prowadzi jego karierę do dziś, i opowiedział o swoich wątpliwościach. Trener przekonał go jednak, by nie rezygnował.

Matteo Berrettini jeszcze w czasach, gdy nie grał na poziomie ATP

Santopadre podchodził zresztą do niego bardzo spokojnie i umiejętnie. Sam kiedyś grał, ale na nieco niższym poziomie, ledwie wturlał się do setki rankingu ATP. Jako trener okazał się jednak lepszy, niż gdy był zawodnikiem. Przez lata wykazywał się wielką cierpliwością, sam hamował zapędy Matteo. Nie chciał go „zużyć” zbyt szybko. Tym bardziej, że Berrettini często doznawał urazów, w pewnym momencie wydawało się nawet, że jego kariera dobiegła końca.

Gdy byłem dzieckiem powiedzieli, że nie będę mógł dalej grać, bo mam spondylolizę. Brakowało mi małej kości w kręgosłupie, która powinna trzymać kręg. Potem kilka razy skręcałem kostki, miałem kontuzje nadgarstków, wybite kolano [w wieku 16 lat przeszedł operację właśnie kolana, a to dla tenisisty jeden z najgorszych możliwych zabiegów – przyp. red.]… Dziś dbam o to wszystko, nie ma aspektu, który bym zaniedbał – mówił Matteo mediom. Santopadro wiedział, że musi się z nim obchodzić jak z jajkiem. Więc dokładnie tak działał.

Chciał przy tym, by Berrettini skupił się też na nauce. Szkoła była na pierwszym miejscu, tenis dopiero za nią, mimo że Włoch trenował już wtedy po cztery-pięć godzin dziennie. Nawet rodzice Matteo w pewnym momencie sądzili, że ten powinien grać i trenować więcej. Trener powiedział im, by poczekali jeszcze rok. I miał rację. – Ufałem Vincenzo i to mi pomogło. Nie wypaliłem się. On widział, że nie byłem jeszcze gotowy fizycznie i psychicznie na częstsze granie – mówił Berrettini. Santopadro zdjął z niego presję i nie nakładał niepotrzebnych obciążeń. Dziś obaj zbierają tego owoce.

A babcia – ta od rozdartego serca – która początkowo nie była zachwycona pomysłem, by Matteo został zawodowym tenisistą, w pewnym momencie powiedziała mu, że powinien się w to zaangażować całym sobą, bo widać, że ma do tego dryg.

Potem ze wzruszeniem oglądała, jak wnuk grał w półfinale US Open.

Tworzymy tenisistę uniwersalnego

Pierwszy seniorski turniej zagrał jeszcze w 2013 roku. Rangi Futures, więc, wiadomo, nie za duży. Ale tak to się właśnie zaczyna. Dopiero trzy lata później pomyślał jednak, że mógłby tak faktycznie zarabiać na życie. – Zagrałem wtedy w Challengerze w Andrii i przegrałem z Lucą Vannim. Zaliczyłem jednak świetny tydzień, pokonałem kilku mocnych przeciwników. Byłem szczęśliwy, pomyślałem sobie, że mogę zrobić z tego karierę. Nie myślałem wtedy jeszcze o wygrywaniu tytułów ATP w półtora roku, ale okazało się, że ciężką pracą można wiele osiągnąć – wspominał.

Wychował się na mączce, jak większość włoskich tenisistów. Dziś jednak grać potrafi na każdej nawierzchni. Ba, na szybkich – betonie czy trawie – jego atuty zdają się sprawdzać lepiej. Bo wśród tych wymienić należy przede wszystkim dwa potężne zagrania: forehand i serwis. Tym pierwszym potrafi sobie ustawiać wymiany i właściwie każdego rywala zepchnąć do defensywy. To zresztą częsta w jego grze kombinacja – mocny, celny serwis, dochodzący nawet do 230 kilometrów na godzinę, a po nim (o ile ten nie załatwi sprawy) kończy wszystko forehandem.

Potrafi się też jednak odnaleźć w dłuższych wymianach, całkiem nieźle się broni, dobrze kontruje rywali, choć jego naturalnym środowiskiem pozostaje atak. Wady? Jeśli już ich u niego szukać, to przede wszystkim na backhandzie i w grze przy siatce. To drugie zresztą nie dziwi, bo Matteo jest po prostu dość wysoki, a takim zawodnikom trudniej się tam odnaleźć. W ostatnich latach, w dużej mierze za sprawą występów w deblu, i tak znacznie tę grę poprawił, co widać na Wimbledonie. Nad backhandem pracuje za to nadal. I tam ma bardzo ciekawą broń – znakomity slajs.

Skąd się wziął slajs? Gdy miałem 17 lat, doznałem kontuzji lewego nadgarstka. Przez trzy miesiące z backhandu grałem tylko slajsem. Vincenzo, mój trener, tak kiedyś grał – tylko slajs, żadnych innych uderzeń z backhandu. Zgaduję, że przez to wie, jak uczyć tego zagrania. Pracowałem nad nim sporo z Flavio Cipollą, moim dobrym przyjacielem. W tym tkwi sekret – mówił dziennikarzom.

Jeszcze kilka lat temu najlepiej grał na mączce. To nie dziwi – skoro na niej się wychował, to tam właśnie odnosił pierwsze sukcesy. Dziś jednak nie ma już jednej, ulubionej nawierzchni. Dobrze gra i na mączce, i na twardych kortach, i na trawie, co pokazuje na Wimbledonie. – Myślę, że to efekt tego, co robiłem kilka lat temu. Sporo trenowałem na mączce, ale mój trener powiedział: „Okej, musimy spróbować poprawić twoją grę na szybszych nawierzchniach”. Zainwestowałem w ten sposób w swoją karierę – wspominał.

Dziś zdolny jest wygrywać z każdym rywalem i na każdej nawierzchni. A włoscy fani szaleją przez to na jego punkcie.

Historia włoskiego tenisa

Włosi przez lata mieli kilku naprawdę utytułowanych tenisistów, ale od dawna czekają na kogoś, kto zagrałby w finale męskiego turnieju wielkoszlemowego. Jasne, są i tak w lepszej sytuacji niż my – bo przecież jeszcze nigdy kogoś takiego nie mieliśmy – ale 45 lat przerwy od występu Adriano Panatty w finale Roland Garros, zresztą wygranym, to dość sporo.

Berrettini zna nazwiska wielkich włoskich mistrzów, niedawno był o nich pytany. W erze Open – a więc od roku 1968 – jest dopiero czwartym Włochem, który dotarł do półfinału turnieju wielkiego szlema. Wcześniej byli w nim wspomniany Panatta (poza 1976 rokiem w półfinale grał też rok i cztery lata wcześniej), Corrado Barazzutti (US Open 1977 i French Open 1978) oraz… wspominany już Marco Cecchinato, który w 2018 roku zaskoczył wszystkich, docierając do 1/2 Roland Garros.

Jestem z Rzymu, z którego pochodzi też Adriano Panatta. Często ze sobą piszemy. On jako pierwszy powiedział mi kiedyś, że będę serwował po 220 kilometrów na godzinę. Miałem 16 lat, byłem chudy i nie bardzo chciałem w to wierzyć, ale skoro on to mówił, postanowiłem mu zaufać – wspominał. Do dziś często korzysta z rad Panatty, do którego ma spory szacunek.

Matteo swój pierwszy półfinał zaliczył w 2019 roku. O nim już pisaliśmy. Na Wimbledonie w tej fazie turnieju debiutuje, stając się pierwszym Włochem, który zaszedł w tym turnieju tak daleko. Już przed nim jednak pokazał, że dobrze odnajduje się na trawie – wygrał bowiem imprezę w Queen’s, jedną z najstarszych w świecie zawodowego tenisa. Żaden z jego rodaków nigdy wcześniej tam nie triumfował, żaden też nie wygrał w swojej karierze dwóch turniejów na trawie, a Matteo już tyle ma. W dodatku został pierwszym od triumfu Borisa Beckera w 1985 roku debiutantem, który od razu zgarnął w tym turnieju tytuł.

Nie chcę obrazić innych trofeów, ale to jest najpiękniejsze. Niesamowite jest, gdy moje imię wymienia się obok Borisa Beckera. Jako dziecko oglądałem ten turniej w telewizji i marzyłem, że kiedyś będę mógł w nim zagrać. To był fenomenalny, fantastyczny tydzień. Przeżywam wielkie emocje. Kiedy tydzień temu przyjechałem do Londynu bezpośrednio z Paryża powiedziałem sobie: „rany, trawa, zupełnie inny świat niż mączka”. Udało mi się jednak odnaleźć właściwe czucie kortu, bawię się grą – opowiadał.

To widać, gdy wychodzi na kort. Jest skuteczny, wszystko w grze mu się układa. Znakomicie serwuje, doskonale pracuje jego forehand, trudno go przełamać, a on sam zdaje się być momentami jak skała. Rok 2021 stał się już dla niego powrotem do doskonałej dyspozycji, bo w poprzednim, pandemicznym sezonie, miał sporo problemów. Męczyły go drobne urazy, po przerwie nie mógł odnaleźć „swojej” gry. W tym roku wygląda to zupełnie inaczej. Wygrał już dwa turnieje, był też w finale imprezy ATP 1000 w Madrycie. Znów jest gościem, który potrafi zagrozić każdemu tenisiście na świecie.

Z Hurkaczem mierzył się do tej pory dwukrotnie na seniorskich kortach (bo grywali ze sobą i wśród juniorów). W 2018 roku, w eliminacjach do Australian Open, lepszy był Berrettini. To był zresztą jego wielkoszlemowy debiut w głównej drabince, odpadł potem w pierwszej rundzie. Rok później, na kortach w Miami, Hubert zrewanżował mu się za tamtą porażkę. Bilans jest więc równy, ale faworyt przed dzisiejszym meczem w teorii dość wyraźny.

I jest nim Berrettini. Bo doskonale gra w tym sezonie na trawie. Bo jest regularny i imponuje dobrą formą na przestrzeni ostatnich miesięcy. Bo na Wimbledonie popisuje się skutecznością i odprawia kolejnych rywali. Jasne, Hurkacz po drodze pokonał Daniiła Miedwiediewa i Rogera Federera, ale wydaje się, że najtrudniejsze zadanie w tym turnieju dopiero przed nim. Rosjanin na trawie gra bowiem średnio, a Federer po prostu nie był w ich ćwierćfinale sobą (w czym spora zasługa Huberta). Matteo jest za to w doskonałej formie. Jednak i on wie, że nie będzie łatwo.

Mecz z Hubertem na pewno będzie trudny. On pokonał już świetnych rywali, czuje się tu dobrze. Ma za sobą bardzo dobry sezon. Pokonanie Federera w trzech setach znaczy, że gra świetnie, w tym roku wygrał już też turniej w Miami. Czuję jednak, że jestem gotowy i pewny siebie. Chcę cieszyć się chwilą, pokazać swój najlepszy tenis i dać sobie szansę na grę w wielkoszlemowym finale – mówił Włoch.

Co ważne – Berrettini nakręca się obecnością fanów. Nie muszą mu sprzyjać, po prostu mają być na stadionie. Dlatego w zeszłym sezonie grało mu się gorzej, bo trybuny często były puste, na przykład na US Open. Choć tam miał jednego fana – krzyczącego do niego zza płotu przy korcie numer 17 – w osobie Giovanniego Bartocciego właściciela nowojorskiej restauracji, którą Matteo często odwiedzał rok wcześniej, a która na początku 2020 spłonęła. Berrettini pomógł mu wtedy finansowo, a Bartocci mówił dziennikarzom, że dla swojego rodaka zrobiłby tak naprawdę wszystko, tak jest mu wdzięczny.

Na Wimbledonie miejsca dla kibiców są za to w całości zapełnione. I to pomaga wspinać się Włochowi na jego najwyższy poziom, co może być ważne w dzisiejszym meczu. Z drugiej strony Hubert w ćwierćfinale grał w pewnym sensie przeciwko kibicom – bo ci zawsze wspierają Rogera Federera. I wygrał. Więc nawet jeśli większość trybun będzie za Włochem (co nie jest przecież oczywiste), to nie powinno Polaka zdeprymować.

Przed tym meczem pewne jest na ten moment tak naprawdę jedno – dla któregoś z nich będzie to debiut w wielkoszlemowym finale. Pozostaje jedynie pytanie czy dla Berrettiniego, czy też dla Hurkacza.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez