Skrzyknięci by krzyknąć. Co dalej z branżą organizatorów masowych imprez sportowych?

Skrzyknięci by krzyknąć. Co dalej z branżą organizatorów masowych imprez sportowych?

W warszawskim parku Agrykola głos zabrali organizatorzy największych wydarzeń sportowych przeznaczonych dla biegaczy i triathlonistów. Mówili głosem środowiska i to nie tylko samych uczestników, ale całej branży: trzeba odmrozić sportowe imprezy masowe, bo ciąg dalszy przestoju oznacza dla niej śmierć.

Ale po kolei. Właśnie zawiązało się Polskie Stowarzyszenie Organizatorów Imprez Sportowych i Rekreacyjnych. Przedstawiciele organizacji obecni na konferencji po zsumowaniu uczestników, dla których szykują imprezy, mówią głosem blisko miliona ludzi i nie jest głos na puszczy. W jednym szeregu stanęli Ada Smokowska (Bieg na Milę), Bogusław Mamiński (Biegnij Warszawo), Michał Drelich i Piotr Jakóbik (obaj Iron Man Gdynia), Andrzej Krzyścin (Bieg Europejski i Półmaraton Lechitów), Grzegorz Kuczyński (Półmaraton Białystok), Mirosław Bieniecki (Bieg Rzeźnika), Jarosław Bieniecki (Runmageddon), Ryszard Berdychowski (Festiwal Biegowy w Krynicy), Marcin Florek (Iron Triathlon), Bohdan Witwicki (Półmaraton Silesia Katowice). Tu jeszcze jedno wyjaśnienie. W nawiasie podajemy te najgłośniejsze wydarzenia, bo każdy z organizatorów ma ich w dossier znacznie więcej. Pierwsze skrzypce w tym gronie na spotkaniu z mediami zagrał Marek Tronina – organizator m.in. Maratonu Warszawskiego, który jako doświadczony dziennikarz plastycznie przedstawił problematykę.

– Dlaczego się tutaj spotkaliśmy? Jak wiadomo, po pandemii odmrażane są różne działy gospodarki, branże związane z działalnością artystyczną, kulturalną, jednym słowem – masową. Tymczasem branża imprez sportowych pozostaje zamrożona. Od połowy marca nie można organizować żadnych imprez. Mamy poczucie, że to nie tylko jest krzywdzące, ale wynika z tego, że świat o nas trochę zapomniał. My dotąd mieliśmy bardzo słabą reprezentację, jeśli chodzi o głos zewnętrzny i jest to nasza wina, nikogo innego. Długo czekamy, aż pojawi się informacja o tym, że można organizować imprezy masowe sportowe, czyli biegi uliczne, imprezy rowerowe, triathlonowe, biegi leśne, OCR, terenowe, jakiekolwiek inne. Nam tego zabrakło. Spotkaliśmy się w pilnym trybie. Mieliśmy pewne informacje, które docierały do nas z „okolic decyzyjnych”, że na początku lipca zostanie ogłoszona informacja, że będzie można od połowy lipca organizować imprezy do tysiąca osób. Tymczasem w środę pojawił kolejny komunikat rządu, w którym takiej informacji zabrakło. Chcemy o sobie przypomnieć. Chcemy wyjaśnić wszystkim, którzy takie decyzje podejmują, że bieg masowy, impreza triathlonowa nie są w żaden sposób bardziej niebezpieczna z punkty widzenia zarażenia się wirusem, niż udział w koncercie w charakterze widza, czy wizyta w galerii handlowej. Te wszystkie branże już normalnie, albo mniej więcej normalnie funkcjonują. Tymczasem my już prawie pół roku jesteśmy zamrożeni. Staramy się utrzymywać zatrudnienie. Staramy się dawać nadzieję tym setkom tysięcy, jeśli nie milionom ludzi, którzy dotąd uczestniczyli w naszych imprezach. Oni wszyscy nie wiedzą co się wydarzy i my też nie mamy takiego pojęcia. Dlatego zależy nam na tym, mówiąc kolokwialnie, by pochylono się nad naszą sytuacją, by wzięto pod uwagę nasze argumenty i podjęto racjonalną decyzję. A racjonalna decyzja, naszym zdaniem jest taka, że masowe imprezy sportowe, powinny zostać przywrócone. Może nie od razu w pełnej wersji, bez żadnych limitów, ale na pewno da się to zrobić. To naczelny, krótkoterminowy cel nowo powstałego stowarzyszenia.

Słychać coraz więcej informacji o tym, że w wielu krajach Europy i świata zdejmuje się obostrzenia w odniesieniu do wirusa Covid-19. Wzorcowym przykładem komunikacji są Niemcy, gdzie już dziś wiadomo, że po 1 września będą dopuszczone imprezy do pięciu tysięcy osób. Taki stan rzeczy ma się tam utrzymać do końca października. Jeśli sytuacja pandemiczna będzie się poprawiała, może zostać zwiększony limit uczestników. W przypadku Polski, mimo płynących powszechnych komunikatów o poprawie sytuacji, wciąż brakuje oficjalnej informacji w jakim tempie polski sport będzie odmrażany. Wpuszczani są kibice na stadiony piłkarskie, ruszyła liga żużlowa, we wrześniu mają ruszyć rozgrywki siatkarskie… A biegaczom pozostają wirtualne biegi z telefonem i aplikacją w ręku.

Są to punkty zahaczenia, pozwalająca na konkretne działania organizatorom tych wydarzeń. Organizatorzy biegów ulicznych (i innych) znaleźli się w martwym punkcie. Według różnych badań w imprezach masowych w Polsce startuje rocznie nawet 1,5 miliona osób. To jest potężna grupa ludzi (żeby nie powiedzieć elektorat). Trzeba jednak pamiętać, że zorganizowanie zawodów sportowych dla kilku tysięcy osób, to wiele tygodni, jeśli nie miesięcy pracy. Rygory sanitarne zadania na pewno nie ułatwią i mimo że uczestników zapewne ubędzie ze względu na wstępne limity, pracy wcale to nie ułatwi. – Osiem dziesięć tygodni, to czas niezbędny by przeprowadzić bezpiecznie imprezę. Musimy dostosować je do reżimu sanitarnego. Polska pod względem odmrażania sportu w Europie nie jest liderem, nad czym ubolewamy. Już są informacje o tym, że sport ruszył w Czechach, na Słowacji, w krajach nadbałtyckich, także w Skandynawii. Zależy nam, aby w odniesieniu choćby do piłki nożnej sport masowy nie był poszkodowany. Na stadionach może zasiąść nawet dziesięć tysięcy osób, by obejrzeć mecz. Chcemy być traktowani po partnersku, zwłaszcza, że jesteśmy przekonani, że możemy zagwarantować bezpieczeństwo uczestnikom – mówi Michał Drelich z firmy Sport Evolution, która w tym roku zderzyła się z odwołaniem (oby przełożeniem!) organizowanych przez nią mistrzostw świata w półmaratonie.

Masowe imprezy sportowe to nie tylko sam moment ścigania się. To kwestia dotyczy nie tylko naszej branży – organizatorów, ale wszystkich branż działających wokół tych zawodów. To oczywiście również turystyka, którą uczestnicy i ich rodziny napędzają. Ci ludzie jeżdżą w różne miejsca w Polsce, by wystartować. Wynajmują bazę noclegową, korzystają z restauracji, lokalnych sklepów. Do tego są przecież producenci medali, koszulek, numerów startowych, firmy mierzące czas, wytwórcy żywności dla sportowców… To wiele osób i przedsiębiorstw zaangażowanych w tworzenie i współtworzenie imprez sportowych. Ci wszyscy ludzie przeżywają tragedię. Ich biznesy się sypią i nie mają szans na przetrwanie, jeśli się rynek nie otworzy. Jako człowiek organizujący biegi górskie, chciałbym zwrócić uwagę na branżę turystyczną, która została bardzo mocno poszkodowana od samego początku epidemii, a właściwie regulacji związanych z epidemią. Biegi, wyścigi, rajdy rowerowe bardzo tę branżę napędzają – przekonuje Mirosław Bieniecki organizator Biegu Rzeźnika.

Rację ma również Jarek Bieniecki, który prowadzi bijące rekordy popularności Runmageddony, że w imprezach sportowych bierze udział ta najzdrowsza, faktycznie dbająca o siebie część społeczeństwa. Kolejny aspekt to właśnie turystyka, bo imprezy przyciągają i angażują rzesze ludzi, a cykliczne wydarzenia sportowe w poszczególnych ośrodkach miejskich/wiejskich często są strategiczne jeśli chodzi o budżet danych samorządów, czy lokalnych przedsiębiorców. Każda tego typu impreza ma wpływ ekonomiczny w lokalnym biznesie.

Stowarzyszenie organizatorów sportu masowego chce dialogu z władzą, z kimś decyzyjnym, oddelegowanym do tego tematu, kto będzie partnerem do dyskusji. Dialog ten ma na celu doprowadzenie do odmrożenia sportu masowego w Polsce. – Postulat brzmi, że obecnie imprezy dla tysiąca osób powinny się móc dziać na już. Imprezy do pięciu tysięcy od września. To jednak są tylko liczby. O wszystkim chcemy dyskutować. Zdajemy sobie sprawę, że rząd ma całą masę tematów, którymi musi się zajmować. Przeanalizowaliśmy zalecenia WHO w tym temacie i światowej federacji lekkoatletycznej World Athletics. Wiemy co można i trzeba zrobić, by tę branżę odblokować. Jesteśmy gotowi na takie spotkanie od zaraz. Po prostu na nie czekamy – dodał Jarek Bieniecki.

Jak technicznie mogłaby wyglądać masowa impreza sportowa? Każdy z organizatorów wypracował wspólny pomysł na to jak ma wyglądać biuro zawodów i procedury działania wokół, jak ma wyglądać start, meta. – Lecz nie w tym rzecz, bo czy wystartuje tysiąc, pięć czy dziesięć tysięcy, to naprawdę nie jest już tak duża różnica. Tu chodzi o mądre zarządzenie ludźmi. A maratończycy są naprawdę zdyscyplinowani. Na papierze wygląda to znacznie bardziej niebezpiecznie niż w rzeczywistości. Dwa miesiące to wystarczający czas by zorganizować imprezę w dowolnym formacie. My jesteśmy gotowi do działania. W tej chwili nie ma czegoś takiego jak pozyskiwanie nowych sponsorów. Teraz ludzie, którzy się tym zajmowali, walczą, by nie stracić dotychczasowych umów. Sytuację określiłbym jako tragiczną. Część firm musi zwalniać pracowników, my na szczęście jeszcze się jakoś trzymamy, bo wierzymy, że będziemy mogli wrócić do normalnej pracy. To co najważniejsze, my nie chcemy fikcji, chcemy normalnie działać – ze smutkiem twierdzi Marek Tronina.

3 lipca do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwa Sportu i Ministerstwa Rozwoju wpłynęły pisma z prośbą o spotkanie z przedstawicielami stowarzyszenia. – Mamy nadzieję na szybki kontakt, bo wydaje nam się ta sprawa znacznie prostszą niż się wydaje. Padliśmy ofiarą… zapomnienia – przekonuje Marek Tronina. Ta ofiara nie jest mała. – Utrzymanie biura w skali miesiąca, w moim przypadku to kwota rzędu 120-130 tysięcy złotych. Stoimy od pięciu miesięcy. Jeśli potrwa to rok, to liczmy dwanaście razy tyle… Dla wielu organizatorów to jest śmierć – ponuro kończy swoją wypowiedź Marek Tronina.

Czekamy zatem na dobrą wolę władzy, bo takie spotkanie jest po prostu koniecznością.

DARIUSZ URBANOWICZ

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez