Skok wiary, ateizm i wyczekiwane złoto. Kariera Jonathana Edwardsa

Skok wiary, ateizm i wyczekiwane złoto. Kariera Jonathana Edwardsa

Wielu uważa go za najlepszego brytyjskiego lekkoatletę w historii. Powszechnie mówi się, że najlepszy był też w całej historii trójskoku. To jednak kwestia opinii. Nie jest nią za to fakt, że skakał najdalej. A przecież przez długą część kariery był w cieniu innych. W pewnym momencie już mało kto wierzył, że osiągnie wielkie sukcesy. Na stadionie przeżył sporo rozczarowań, a jeśli już się o nim mówiło – to raczej w kontekście jego wiary. Kiedy jednak wreszcie doskoczył do czołówki, niemal natychmiast ją wyprzedził. Poleciał tak daleko, jak nikt przed nim i… nikt po nim. Jego rekord świata bowiem utrzymuje się już ponad ćwierć wieku.

Kariera Jonathana Edwardsa przebiegała naprawdę nietypowo. Ale Brytyjczyk ostatecznie zapisał się w historii. W najlepszy możliwy sposób.

*****

Przed 1995 rokiem nikt by na niego nie postawił. Nie miał typowej budowy wybitnego trójskoczka, na treningach ponoć często śmiano się z jego „kobiecych nóg”. Włosy zaczynały mu siwieć, zresztą bardzo wcześnie, miał bowiem dopiero 29 lat. Szybko zyskał dzięki temu przydomek Silver Fox – Srebrny Lis. On sam twierdził, że mogła mieć na to wpływ choroba. Większość poprzedniego sezonu stracił bowiem na walkę z wirusem Epsteina-Barr.

– Powiększenie węzłów chłonnych bardzo mi dokuczało, ale miałem też bóle stawów i wysoką gorączkę. Nie byłem w stanie trenować. Na szczęście trzy osoby z mojego sztabu szkoleniowo-medycznego udzieliły mi fachowej pomocy i jakoś z tego wyszedłem. Ale było się czym martwić, bo wirus Epsteina-Barr mógł wyrządzić nieodwracalne szkody w moim organizmie, a nawet spowodować zachorowanie na raka – wspominał po latach w „Przeglądzie Sportowym” przy okazji swojej wizyty w Polsce.

Nie było więc podstaw, by na niego stawiać. Choć w przeszłości zgarniał medale dużych imprez, w dalszym ciągu był sportowcem z drugiego, może nawet trzeciego planu. Na krótko przed latem, które miało przejść do historii lekkiej atletyki, pracował w szpitalu. Przeprowadzał tam analizy genetyczne, tak zarabiał na życie. Z wykształcenia był zresztą fizykiem. Z charakteru za to – perfekcjonistą. Jego żona powtarzała, że Jonathan szuka błędów nawet po idealnych skokach. I może to ten perfekcjonizm doprowadził go wówczas na szczyty.

Zawsze był bardzo szybki. To był jego największy atut. Na 60 metrów biegał dobrze poniżej siedmiu sekund. Na setkę rozwijał czasy w okolicach 10.7 sekundy. Lecz brakowało czegoś po odbiciu – pierwszym, drugim, a zwłaszcza trzecim – ostatnim. Na początku 1995 roku Jonathan Edwards wyjechał do USA, tam próbował powrócić do utraconej formy. Mówił, że skoro znalazł się w ślepym zaułku, poczuł, że może pozwolić sobie na eksperymenty.

Kiedy wrócił do Anglii – już w niezłej dyspozycji – do sztabu dodał Petera Stanleya, trenera, z którym się wcześniej zaprzyjaźnił. Peter miał wielką bibliotekę filmów związanych z trójskokiem – najlepszych prób, zawodników i tak dalej. Edwards zaczął ją studiować. W pewnym momencie oglądał skok po złota Mike’a Conleya z igrzysk w Barcelonie ’92. Zauważył ruch rąk, który – tak uznał – mógłby pomóc i jemu. Postanowił to sprawdzić. Wprowadził go do treningu, a dwa miesiące później pobił rekord kraju.

Oczywiście, to nie była jedyna składowa sukcesu, za to bardzo ważna. Do tego Edwards był doskonale przygotowany fizycznie. A w trójskoku to piekielnie istotne. Obciążenia, jakim poddawane są mięśnie, są tam ogromne. Sebastian Coe stwierdził kiedyś, że to „najbardziej niszczycielska konkurencja w lekkiej atletyce”. Edwards musiał być świetnie przygotowany również dlatego, że zawsze biegł z pełną szybkością. Jego konkurenci często kalkulowali – on nie. Wiedział, że to jego największy atut, że musi rozpędzić się przed odbiciem od belki. I tak robił.

To dało mu rekord świata. 17,98 m w Salamance. O centymetr poprawił wówczas wynik Williego Banksa. Amerykanin, który swój rekord ustanowił dekadę wcześniej, oglądał kolejne próby Jonathana sprzed ekranu telewizora. – On odkrył sekret trójskoku. Rozgryzł to – miał stwierdzić, widząc tak odległe skoki. A Edwards tylko to potwierdzał. Niedługo po tym, w Lille, skoczył najdalej w historii: 18,43 m. Tyle tylko, że wiatr był zbyt mocny. O 0,4 m/s. Kiedy oficjalne pomiary pokazały się na ekranie, Brytyjczyk był sfrustrowany. Skrył twarz w dłoniach. Ale rywale ustawiali się w kolejce, by mu pogratulować. Docenili to, czego wówczas dokonał.

– 18,43 m przy zbyt silnym wietrze to najbardziej niesamowity moment w mojej karierze, ponieważ tamten skok zmienił wszystko. Oznaczał on, że na mistrzostwa świata w Göteborgu jadę w znakomitej formie i ze świadomością, że jeśli wszystko zagra, to mogę pobić rekord świata. Z drugiej strony jednak strasznie się bałem, że coś pójdzie nie tak i ze Szwecji wrócę bez złotego medalu, co zostałoby uznane za wielką porażkę. Po raz pierwszy udawałem się na zawody czując tak olbrzymią presję, ponieważ nigdy wcześniej nie stawiano mnie w roli murowanego faworyta do tytułu – mówił.

Jego skok z Francji rozniósł się po świecie. Brat Jonathana, Tim, wspominał, że siedział wraz z żoną w szpitalu, a ich kilkutygodniowa córka przechodziła operację. Denerwował się, jak nigdy w życiu. Chwycił leżącą w pobliżu gazetę, otworzył i… zobaczył informację o tym, że Jonathan Edwards skoczył tak daleko, jak jeszcze nikt wcześniej. Uznał to za dobry znak. Operacja się udała. Kolejne dwie też. Jego córka wyzdrowiała.

A Jonathan przed startem w Göteborgu jeszcze czterokrotnie przekroczył tamtego lata 18 metrów. W trójskoku była to granica marzeń, snów, możliwości. Tyle tylko, że za każdym razem wiało zbyt mocno. Przy regulaminowych podmuchach najlepszym wynikiem wciąż więc było 17,98 m.

*****

Kiedyś, gdy zapytano go o sportowych bohaterów, wymieniał „złych chłopców”. Johna McEnroe, Alexa Higginsa i, szczególnie, Ronniego O’Sullivana. Lubił ich, bo… sam zawsze chciał taki być. Ale miał inną naturę i inne wychowanie. Przede wszystkim inne wychowanie.

Jonathan pochodził z religijnej rodziny. Andy, jego ojciec, był protestanckim pastorem. Pierwszych dziesięć lat życia przyszłego mistrza minęło głównie w Londynie. Potem Edwardsowie przeprowadzili się do Ilfracombe, małej miejscowości w południowo-zachodniej Anglii, tuż nad morzem. To tam odkryto predyspozycje nastolatka do trójskoku. Choć nie od razu. Jonathan był bowiem świetny w niemal każdym sporcie, jakiego spróbował. Doskonale radził sobie w krykiecie, rugby, piłce nożnej i w różnych lekkoatletycznych konkurencjach.

W 1984 roku wygrał szkolne mistrzostwa Anglii w trójskoku. Do tej konkurencji zachęcał go zresztą ojciec. Jonathan pamiętał, że nie trenował wtedy dużo, a tata przekonywał go, by się temu poświęcił i nie marnował swojego talentu. – Tata zawsze zachęcał mnie do uprawiania sportu i to on miał decydujący wpływ na to, że zdecydowałem się na zawodową karierę w lekkoatletyce. Wszystko co robiłem, było jednak podporządkowane mojej relacji z Jezusem i Bogiem. Zobowiązałem się im służyć, co rzutowało na każdy aspekt mojego życia – mówił młodszy z Edwardsów.

Wiara, o której tu wspomniał, była w jego życiu niezwykle istotna. Na tyle, że przez długi czas odmawiał startów w niedzielę. Słynny stał się, gdy zrobił to przy okazji próby przedolimpijskiej. Mógł pojechać do Seulu, wystarczyło oddać daleki skok. Ale zawody wypadały w niedzielę. Więc odmówił. Ostatecznie i tak zabrano go do kadry, zdecydowały wcześniejsze próby i dyspozycja Edwardsa na przestrzeni roku. Sami jednak widzicie – Bóg był dla niego ponad wszystko.

Swoją drogą świadczyło o tym nawet imię Jonathana. Umyślnie bądź też nie, ale nazywa się dokładnie tak samo, jak bardzo znany amerykański teolog, żyjący w XVIII wieku.

Mało tego – nawet przyszłą żonę Jonathan poznał w kościele. Było to już po tym, jak ukończył studia i zaczął pracę w laboratorium w Newcastle. Tam poszukiwał właśnie kościoła, do którego mógłby uczęszczać. Znalazł trzy, wybrał jeden konkretny i to w nim spotkał Alison Briggs, która kilka lat później stała się Alison Edwards. Jonathan był już wtedy znany, ale nie z wyników, a ze wspomnianej odmowy skakania na próbie przedolimpijskiej. Regularnie pojawiał się w mediach. Czuł się z tym nieswojo. Tym bardziej że porównywano go do Erica Liddella, który w 1924 roku zrezygnował ze swej koronnej konkurencji – stu metrów – i przygotowywał się na start na 400 metrów, bo setka wypadała w niedzielę. Ostatecznie zdobył zresztą złoto.

Edwards do złota miał wówczas jeszcze dość daleko. W Seulu ’88 przepadł w kwalifikacjach. Ale to była dopiero jego pierwsza olimpijska przygoda. Ledwie rok wcześniej postanowił w pełni poświęcić się trójskokowi. Więc samo to, że do Korei pojechał, było sporym osiągnięciem. Szansę na pierwszy wielki sukces miał w 1991 roku, na mistrzostwach świata. Tyle że finał znów był w niedzielę. I Jonathan nie wystartował.

Dopiero przed kolejnymi mistrzostwami poważnie porozmawiał z nim ojciec. – Dostałeś dar od Boga. Nie ma w tym nic złego, by prezentować go ludziom. Nawet w dzień święty – powiedział. Jonathan dał się przekonać, wystartował, zgarnął brąz. Ale wspominał później, że nie była to wcale łatwa decyzja.

To była sprawa, którą musiałem rozstrzygnąć pomiędzy własnym sumieniem a Bogiem. W końcu zobaczyłem „Rydwany ognia” [film nakręcony w dużej mierze na podstawie historii Liddella – przyp. red.]. Film portretował sport jako coś, czego religijna osoba nie powinna robić w niedzielę. Ale to, co sam robiłem w sporcie, wychodziło z mojego przywiązania do Boga. Może dla Liddella był to konflikt. Dla mnie nie – mówił.

Po latach przyznawał, że bez wiary pewnie by nie osiągnął największych sukcesów. – Wiara była kluczowa dla mojej decyzji o poświęceniu się dla sportu, ale też dla moich sukcesów. To było jak psychologia sportu. Wiara w coś konkretnego potrafi mieć wielki psychologiczny wpływ. Sam uznawałem, że wynik jest w rękach Boga i że ten będzie mnie kochać, niezależnie od rezultatu – wspominał.

Właśnie takie przekonanie pozwalało mu skakać naprawdę daleko.

*****

W 1988 roku w Seulu odpadł w kwalifikacjach, ale nie rozpaczał. Prawdziwym testem miały być igrzyska cztery lata później, w Barcelonie. Tym bardziej, że miał szczęście. Zwykle trójskok rozgrywano w niedzielę, a w tamtym okresie jeszcze w ten dzień nie startował. W Katalonii jednak eliminacje ustawiono na sobotę, a finał na poniedziałek. Wszystko ułożyło się wręcz perfekcyjnie, bo Edwards był też w naprawdę dobrej formie. Do Barcelony jechał po medal, sam to przyznawał.

Jego rodzice i brat ze swoją żoną przyjechali do Barcelony przed eliminacjami. Alison, wówczas już małżonka Jonathana, planowała zjawić się tam wieczorem i przed stadionem spotkać z resztą. Mieli poczekać na Edwardsa, pogratulować mu awansu do finału i – gdy Jonathan wróci do wioski olimpijskiej – pojechać ponad 200 kilometrów do wynajętego domku w Pirenejach. A potem pojawić się w Barcelonie ponownie – na finał.

Jednak wszystkie plany szlag trafił.

Drugi raz z rzędu Jonathan nie przebrnął przez kwalifikacje. Kiedy wydawało się, że sprzyjają mu nawet terminy, nie podołał. Na trybunach siedział tylko jego tata. Brakowało biletów, bo tego samego dnia był finał stu metrów mężczyzn. Setkę wygrał zresztą Linford Christie, bohater Brytyjczyków. Ale Andy Edwards wyszedł załamany. Przekazał wiadomość reszcie. Alison, która już wtedy dotarła na miejsce, była w szoku. Zresztą wszyscy byli. Jonathan nawet się nie pojawił, nie mogli go znaleźć. Więc pojechali do wynajętego domku. Podobno przez całą drogę niemal nie rozmawiali. Dopiero następnego dnia – przez telefon – udało im się skontaktować z Jonathanem. Ten z trudem powstrzymywał się od płaczu. Zgrywał twardziela, choć czuł się, jakby runął mu na głowę cały świat.

Cztery lata później, w Atlancie, był wielkim faworytem. Rok wcześniej regularnie skakał przecież ponad 18 metrów. Przekraczał kolejne bariery. W 1996 roku też był w świetnej dyspozycji. Ale to po prostu nie były jego zawody. Oddał jedynie dwie mierzone próby. Cztery pozostałe spalił. Skoczył daleko – 17,88 m – ale wystarczyło to tylko na srebrny medal. Kenny Harrison pokonał go skokiem na odległość 18,09 m. Choć w ostatniej próbie Edwards był pewien, że pokonał rywala. Ale sędzia pokazał czerwoną flagę. Jonathan przekroczył belkę o kilka centymetrów.

Po igrzyskach w Atlancie pytałem sam siebie: „Dlaczego Bóg zaprowadził mnie tak daleko, żeby potem sprawić, że nie wygrałem złota?” – wspominał. Długo tego nie rozumiał. Ale sportowe życie jest, jakie jest i szybko musiał wrócić do rywalizacji. Znów skakał daleko, znów znakomicie. Tyle że na karku miał już trzydzieści lat, igrzyska w Sydney wydawały się odległą perspektywą. Wielu sądziło, że w Atlancie stracił jedyną szansę na złoto. Tym bardziej, że po drodze do Australii przegrywał kolejno kilka wielkich imprez.

Na mistrzostwach świata w 1997 roku Atenach wyprzedził go Yoelbi Quesada z Kuby. Edwards wygrał co prawda mistrzostwa Europy i na stadionie, i w hali, ale na kolejnych mistrzostwach świata – w Sewilli – zgarnął tylko brąz. Trzy ogólnoświatowe imprezy z rzędu kończyły się jego porażkami. Sporo było wątpliwości, wspominał, że bardzo mu to wszystko ciążyło. A sprawy nie ułatwiał też fakt, że przed kolejnymi igrzyskami w jednym z wywiadów powiedział kilka słów za dużo o brytyjskich pływakach.

– Po dotarciu do Queensland spotkałem się z animozją ze strony pływaków, którzy właśnie ruszali w kierunku Sydney. Na miejscu spotkałem natomiast naszego kulomiota, Marka Proctora, który wykonał w moim kierunku gest, polegający na przesunięciu palcem po gardle. Na szczęście szybko mnie stamtąd zabrano i umieszczono w pokoju na uboczu. Dodatkowo nie reaguję dobrze na jet lag, a po chwili dowiedziałem się, że matka mojej żony nie żyje – mówił.

W tamtym momencie wszystko pozostawił w rękach Alison. Gdyby powiedziała, że wracają do domu ze względu na śmierć jej matki, Jonathan pojechałby z nią. Zostawiłby igrzyska, zrezygnowałby z walki o złoto. Ale jego żona chciała, by spróbował. Więc zostali w Australii. – Byłem wtedy jak najlepszy tenisista w historii, który nigdy nie wygrał turnieju wielkoszlemowego. Brakowało mi tego złota – mówił. W Sydney chciał to zmienić.

Na stadion wyszedł z torbą, w której oprócz typowego wyposażenia lekkoatlety znalazła się też… puszka sardynek. Miała symbolizować ryby, które Jezus podzielił między kilka tysięcy osób w jednym z czynionych przez siebie cudów. Sardynki miały też mu przypominać, że wszystko jest w rękach Boga. Gdy wchodził na stadion, pomodlił się. Przeznaczenie umieścił właśnie w niebie. Zrzucił z siebie ciężar oczekiwań. Jak mówił: zadziałała psychologia, poczuł się lżejszy. On miał skakać jak najdalej, ale nie od niego zależało, czy wygra.

Wygrał.

17,71 m. Dokładnie tyle skoczył. Nie dałoby mu to złota ani w Barcelonie, ani w Atlancie. Ale w Sydney wystarczyło. – To złoto jest dla mnie brakującym elementem układanki, nie szczytem dokonań. To taki stempel ze znakiem jakości na liście moich osiągnięć. Wcześniej byłem znakomitym sportowcem, który osiągnął to i to, i to. Gdybym nie zdobył złota, nic by się nie stało. Dalej robiłbym swoje – mówił potem. Ale jeszcze na stadionie było widać, jak bardzo mu na tym sukcesie zależało.

Bo faktycznie – wreszcie zdobył to, czego tak bardzo mu brakowało.

*****

Wielkie sukcesy osiągał jeszcze przez chwilę po tamtych igrzyskach. Wygrał między innymi mistrzostwa świata w Edmonton. Był też wówczas aktualnym mistrzem Europy, co oznaczało, że posiadał równocześnie trzy najcenniejsze lekkoatletyczne tytuły. Ale w 2003 roku, gdy skakał coraz słabiej, postanowił odpuścić. Na początku tamtego sezonu mówił jeszcze o Atenach. Marzył, by to właśnie te igrzyska zakończyły jego karierę. Ale forma szybowała w dół. Zresztą nic dziwnego, miał już 37 lat.

Szybko przeszedł ze stadionu do studia telewizyjnego. Zatrudniono go w BBC, zaczął prowadzić muzyczny program religijny „Songs of Praise”, zajmował się akcjami charytatywnymi, powoli przekonywał się też do roli komentatora sportowego, której podjął się całkowicie, gdy skończył z „Songs…”. A skończył z nimi, bo – co zszokowało całą Wielką Brytanię – ogłosił, że stracił wiarę. Stał się ateistą.

– Przestałem wierzyć w Boga i tyle. Gdy byłem aktywnym sportowcem, głośno mówiłem o swojej wierze, więc byłoby nie fair z mojej strony, gdybym ukrywał tę przemianę. Nie chodzę już do kościoła. Jestem szczęśliwy, dobrze mi z tym i w ogóle nie tęsknię za tym, co było kiedyś. W przyszłości jednak być może poczuję, że z moim życiem jest coś nie tak, a wtedy nie wykluczam ponownego zastanowienia się nad tym w co tak naprawdę wierzę – mówił.

W innych wywiadach dodawał, że tak naprawdę wiarę zaczął kwestionować tuż po tym, jak skończył karierę. Wcześniej nie miał czasu i możliwości. Póki startował, to nią się napędzał. Było, jak mówił – stała się ona jego psychologicznym wsparciem. Lepiej mu się z nią startowało. Kwestionowanie, które pojawiło się w jego życiu po 2003 roku, uznał za początek utraty wiary. Aż w końcu uznał, że jako fizyk z wykształcenia, nie jest w stanie znaleźć podstaw ku temu, by w Boga faktycznie wierzyć. Ogłosił to wszem i wobec, bo uznał, że skoro tak często mówił o swej wierze, gdy był sportowcem, to musi pozostać uczciwy wobec fanów.

Gdy już to wyjaśnił, rzucił się w wir pracy. Dla BBC, a potem Eurosportu, był sprawozdawcą z igrzysk olimpijskich, również zimowych, jak i z wielu lekkoatletycznych zawodów oraz… kolarskich tourów. Na emeryturze bardzo się bowiem z rowerem polubił. Sam zaczął, choć amatorsko, uprawiać ten sport. Dla zdrowia, ale i satysfakcji. Często można go było spotkać na różnorakich zawodach. Choć osobiście na Giro d’Italia pojechał tylko raz. Trzy tygodnie w trasie to było jednak dla niego za dużo, wolał pracować ze studia.

Jako prezenter znakomicie się odnalazł. Zawsze miał „gadane”, łatwo było mu przejść przed kamery. Gdy z BBC przeniósł się do Eurosportu, stało się to w Wielkiej Brytanii wielkim newsem. Tak był rozpoznawalny jako osobowość medialna. Sam mówi, że w studiu wyznaje jedną zasadę. – Pamiętam, że jako sportowiec nie lubiłem głupich pytań. Więc staram się robić wyłącznie to: nie zadawać głupich pytań. – W swojej drugiej karierze – już po tej sportowej – pomagał też w organizacji igrzysk w Londynie. Sporo się zresztą wówczas napracował i najeździł po całym kraju.

Czegokolwiek by jednak nie zrobił, pamiętany i tak będzie głównie z jednego letniego dnia w 1995 roku.

*****

To było jakiś czas po konkursie w Lille i jego fenomenalnym 18,43 m, które nie mogło zostać uznane za rekord świata. Lekka atletyka wciąż czekała na regulaminowy skok dalszy niż 18 metrów. Granica marzeń nadal nie była przekroczona, wciąż czegoś brakowało. Wszyscy zdawali sobie jednak sprawę, że jeśli ktoś miał to zrobić na mistrzostwach świata w Göteborgu, to właśnie on. Nie było innego kandydata, nikt nie skakał tak daleko, tak regularnie, tak lekko.

Był dokładnie 7 sierpnia. Rywalizować o mistrzostwo miała trójka: Brian Wellman, Jerom Romain i właśnie Jonathan Edwards. Ale wszystko zostało rozstrzygnięte już w pierwszej próbie Brytyjczyka. Jonathan, jak zawsze, pobiegł najszybciej jak mógł. A potem się odbił. Raz, drugi, trzeci. Wreszcie poleciał. Gdy wylądował w piasku, brytyjski sprawozdawca krzyknął tylko: „Mój Boże! Ten skok będzie ważny!”. Wiatr wreszcie bowiem pomagał, wiejąc w plecy, ale nie wiał zbyt mocno. 1,3 m/s. Był nawet zapas.

A Edwards ten dobry wiatr wykorzystał. Skoczył 18 metrów i 16 centymetrów. O 18 centymetrów pobił swój własny rekord świata. Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się, że wreszcie przekroczył granicę, która tak długo wydawała się nieprzekraczalna. Równocześnie zostało mu jednak aż pięć prób na poprawienie swojego wyniku. Znów potrzebował tylko jednej.

W pierwszym momencie czułem ulgę. Wreszcie jako faworyt zrobiłem swoje już w pierwszym skoku. Wtedy ogarnęła mnie cudowna cisza i spokój. Czekałem na kolejny skok. Ta druga próba była już czystą celebracją. Dostałem zastrzyk adrenaliny. To był lepszy skok. W pierwszym mój nabieg nie był perfekcyjny. Gdy wylądowałem drugi, wiedziałem, że był dłuższy. Nie potrzebowałem fanów, którzy by mi to powiedzieli. Po prostu to czułem – wspominał. Skoczył 18,29 m. Do dziś nikt tego wyniku nie pobił.

Nie było wątpliwości, że wygra. Był tego tak pewien, że zrezygnował nawet ze swojej trzeciej próby. Zrobił to, by Brian Wellman mógł na spokojnie przygotować się do swojego skoku. Ten spalił bowiem dwa pierwsze, był o krok od pożegnania się z konkursem. Tuż po zdobyciu złota Jonathan pogratulował wszystkim oficjelom. – Przecież pracują tu za darmo – mówił, argumentując, że takie gratulacje im się należą. Później wysłał też list do Williego Banksa, poprzedniego rekordzisty świata.

Willie. To ty jesteś gościem, który stworzył trójskok tym, czym jest on teraz. Bardzo ekscytujące było dla mnie pobicie twojego rekordu. Mam nadzieję spotkać cię na igrzyskach w Atlancie – pisał. Gdyby mógł, pewnie chciałby spotkać się nawet od razu. Ale miał do odbębnienia obowiązki medialne. Jeden wywiad, drugi, trzeci. Nagle każdy chciał z nim rozmawiać, wszędzie musiał się pojawić. Stał się bohaterem całego lekkoatletycznego świata. A sam… nie potrafił pojąć, że udało się akurat jemu. Potrzebował nieco czasu, by poukładać sobie to w głowie.

Jak się okazało – dostał go aż nadto. Rekordzistą jest od ponad 25 lat. Najbliżej jego wyniku był Christian Taylor. Do wyrównania rekordu Brytyjczyka zabrakło mu ośmiu centymetrów. – Jestem zdziwiony, że YouTube jeszcze nie zablokował na moim komputerze wideo ze skoku Edwardsa. Oglądałem to niezliczoną ilość razy. Zawsze jestem zachwycony, zdumiony i podziwiam ten skok. Sam przeskoczyłem 18 metrów, a potem zorientowałem się, że muszę pobić 18,29. Pomyślałem sobie: „Ten gość jest szalony! Dlaczego musiał skoczyć tak daleko?” – mówił Amerykanin.

Taylor w ostatnich latach jednak skakał już gorzej od swojej, ustanowionej w 2015 roku, życiówki. Nie potrafił się do niej zbliżyć, tylko w jednym z późniejszych sezonów przekroczył 18 metrów. Wydaje się więc, że rekord Edwardsa jeszcze długo będzie najlepszym wynikiem w historii. Choć on sam uważa, że w końcu ktoś go pobije. Ale kiedy i kto? Na to odpowiedzieć nie potrafi.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Czester
Czester
1 miesiąc temu

Aż oczy przecieram… Przyzwyczajony do byle jakich /bądź nijakich artykułów na portalach sportowych (jak Sportowe Fakty / Przegląd Sportowy) widzę tu “czytadła” na naprawdę wysokim poziomie. Brawo autor!

Aktualności

Kalendarz imprez