Skok o tyczce – wersja ogródkowa. Duplantis, Lavillenie i Kendricks dali show

Skok o tyczce – wersja ogródkowa. Duplantis, Lavillenie i Kendricks dali show

Dawno nie mieliśmy rywalizacji sportowej na tak wysokim – dosłownie – poziomie. Armand Duplantis, Renaud Lavillenie i Sam Kendricks urządzili sobie dziś własne zawody, transmitowane przez World Athletics. Każdy z nich skakał w… swoim ogrodzie. I choć z jednej strony była to zabawa zorganizowana przez trzech kumpli, to z drugiej sporo było w tym faktycznej rywalizacji. Zwłaszcza pod koniec.

Ktoś może powiedzieć, że musimy naprawdę tęsknić za lekkoatletyką, skoro włączyliśmy nawet coś takiego. I będzie to po części prawda. Jednak jeśli ma się możliwość oglądania skoków byłego rekordzisty świata i mistrza olimpijskiego, aktualnego rekordzisty świata i mistrza Europy oraz aktualnego mistrza świata, to po prostu nie można tej okazji przegapić. Tym bardziej, że to gratka – zobaczyć, jak skaczą w swoim “naturalnym środowisku”. I wyłapywać szczególiki.

Bo na przykład Renaud, pomysłodawca imprezy, miał najkrótszy rozbieg, co oznaczało, że musi mocno pracować przy samym skoku. Bo Mondo skakał w ogrodzie rodziców, w którym przed laty zaczynał przygodę z tyczką, a na rozbieg zachodziły mu nieco liście rosnących tuż obok roślin. A Sam Kendricks zabrał za to nieco przestrzeni koniom, które hoduje, i zmontował sobie rozbieg najbardziej podobny do profesjonalnego, co teoretycznie powinno mu dać przewagę. Każdy z nich zapewniał, że da z siebie sto procent, bo wszyscy kochają rywalizację i chcą pokonać pozostałą dwójkę.

Ale mimo wszystko widać było, że chłopaki przede wszystkim chcą dobrze spędzić czas, a to zawody towarzyskie. W ogródku Renaud przez niemal cały czas w tle huśtała i bawiła się córka, a Francuza dopingowała partnerka. Zresztą wspomniana córeczka – zaledwie kilkuletnia – w przerwie konkursu chwyciła za małą tyczkę i ćwiczyła rozbieg. Żadnego skoku niestety nie zaliczyła. A szkoda, bo zwiększyłaby się liczba uczestników i zawody byłyby od razu jeszcze bardziej prestiżowe. Lavillenie zresztą jako jedyny nie korzystał z pomocy innych – Mondo i Sam mieli swoich ludzi od komunikowania się z komentatorem oraz liczenia kolejnych prób.

Liczenia, bo cała idea konkursu opierała się na nieco innej rywalizacji, niż to zwykle ma miejsce. Poprzeczka na stałe ustawiona była na wysokości pięciu metrów, a trójka zawodników za cel miała przeskoczyć nad nią jak najwięcej razy. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie trzeba było przesadnie kombinować (choć i tak pojawiły się w pewnym momencie problemy ze zliczeniem ich udanych skoków), a przy okazji niwelowało się wpływ warunków pogodowych czy wspomnianych rozbiegów. Zresztą pogoda akurat dopisała i ani wiatr, ani deszcz, nie przeszkadzał żadnemu ze skoczków.

Wspomniane liczenie nie było przesadnie potrzebne Kendricksowi. On potraktował to głównie jako zabawę. Choć skakał z niesamowitym wręcz przewyższeniem, to prób zaliczał dużo mniej niż rywale. Po większości albo przez chwilę leżał na materacu, albo siadał na brzegu rozbiegu i robił miny do kamery, podczas gdy pozostała dwójka uwijała się, by oddać jak najwięcej skoków. Ostatecznie skończył rywalizację z 26 udanymi próbami, co… i tak jest świetnym wynikiem. W przedkonkursowych przewidywaniach przewijały się głównie liczby w okolicach 20-22 skoków.

Od samego początku do końca o zwycięstwo walczyli za to Lavillenie i Duplantis. Dwa różne pokolenia skoczków, rywale, ale i wielcy przyjaciele. Francuz po raz pierwszy pięć metrów przeskoczył w 2006 roku, Szwed dziewięć lat później. W lekkiej atletyce to wręcz epoka. Jeden chciał udowodnić, że czas na młodość. Drugi, że staruszek wciąż skakać potrafi. Więc skakali. Po pierwszej połowie – bo konkurs podzielony był na dwie części po 15 minut – prowadził Szwed, który od samego początku narzucił sobie niesamowite wręcz tempo. Renaud skakał równo, spokojnie, ale zaliczył jedną zrzutkę. A że poprzeczkę musiał założyć samodzielnie, to stracił na tym chwilę.

W przerwie Duplantis miał już 18 udanych prób. Gdy usłyszał to Sam Kendricks był mniej więcej tak zaskoczony, jak widz pod koniec seansu Podziemnego kręgu. Jeśli widzieliście – wiecie o czy mowa. Jeśli nie, nadrabiajcie. I tak siedzicie w domach.

Wracając do Sama: Amerykanin skakał wolniej, a i tak wyglądał na bardziej zmęczonego, choć przed konkursem stawialibyśmy właśnie na niego – to on z nich trzech, przez sylwetkę, wydawał się naturalnym kandydatem do wytrzymania trudów konkursu. Renaud mówił za to, że musi wziąć się w garść, bo widzi, że Mondo mu ucieka. A na to przecież nie mógł pozwolić.

I wziął się. W drugiej części skakał szybciej i pewniej. Mimo że krótki rozbieg sprawę mu utrudniał, więc poprzeczki nie pokonywał z takim zapasem jak rywale, to nie zrzucił jej już ani razu. Wciąż jednak Mondo był tuż przed nim. Aż tu, zupełnie niespodziewanie, Szwed zaliczył zrzutkę. I nagle sytuacja się odmieniła. To Renaud był o kroczek z przodu. To on jako pierwszy zaliczał kolejne próby. Duplantis wyrównał i wyrównał, i wyrównywał, aż… wyrównał ostatecznie. Chciał oddać jeszcze jeden, finalny skok, ale zabrakło mu na to dosłownie kilku sekund.

Zrobiło się 36:36 i trwała chwilowa konsternacja. Na wypadek remisu przewidziano jednak dodatkowe rozwiązanie – liczenie zrzutek. Ten z mniejszą liczbą miał zająć pierwsze miejsce. Tyle że obaj mieli ich tyle samo. A takiej sytuacji nikt już nie przewidział. Obaj skoczkowie próbowali więc, we wzajemnej dyskusji, wydrzeć sobie zwycięstwo. Zaproponowano więc rozwiązanie polubowne: “Chłopaki, dajcie sobie kilka minut na odpoczynek, my tu pogadamy z Samem, a potem zrobicie trzyminutową dogrywkę”.

Nie wypaliło, bo Renaud po przerwie stwierdził, że już nie da rady. Uznano więc, że będzie remis, choć Duplantis wyraźnie nie chciał się z tym pogodzić. Na tyle, że – w ramach protestu – zgarnął tyczkę, skoczył jeszcze raz, a potem z wielkim uśmiechem pokazywał do kamery kartkę z wyraźnie napisanym “37”. Niczego to jednak nie zmieniło – złotem w pierwszej ogródkowej rywalizacji musiał się podzielić. I w sumie całkiem dobrze, że tak wyszło. Bo znaczy to, że chłopaki – jak tylko przecierpią jutrzejsze zakwasy – będą mieli powód do zorganizowania kolejnych takich zawodów.

A nas cieszy to tym bardziej, że Sam Kendricks w międzyczasie niejako wyzwał Piotra Liska i Pawła Wojciechowskiego do rywalizacji, zapraszając ich do wzięcia udziału w drugiej edycji, o ile ta się odbędzie (a planowane są też podobne zawody w innych konkurencjach). Szykujcie się więc na to, że być może za niedługo będziecie mogli dopingować obu Polaków. Nie będą to co prawda igrzyska olimpijskie, ale weźmiemy i to. Tym bardziej, że dzisiejszy konkurs oglądało się naprawdę dobrze.

Fot. Newspix 


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez