Skarby króla Salazara

Skarby króla Salazara

Cień dopingowych podejrzeń wisiał nad jego głową od wielu lat, ale przełom przyszedł dopiero na początku października 2019 roku. Alberto Salazar został ukarany czteroletnim zakazem pracy ze sportowcami przez Amerykańską Agencję Antydopingową (USADA), która od dawna przyglądała się jego kontrowersyjnym metodom. Według ustaleń organizacji, długoletni trener Mo Faraha miał otwarcie nakłaniać swoich podopiecznych do sięgania po niedozwolone substancje i stworzył dopingowe imperium. Lecz nigdy nie dał się przyłapać na gorącym uczynku.

W środowisku jest właściwie od zawsze. Renomę zyskał jako wybitny maratończyk, ale po zakończeniu kariery pozostał przy sporcie. W 2001 roku stanął na czele grupy Nike Oregon Project. Głównym konsultantem medycznym i współpracownikiem Salazara był dr Jeffrey Brown – doświadczony endokrynolog. Pierwotnie celem nowatorskiego projektu było postawienie na nogi amerykańskich biegów na średnich dystansach. Z czasem otworzono się na przedstawicieli innych nacji, a długo medialną twarzą przedsięwzięcia był genialny Mo Farah – czterokrotny złoty medalista olimpijski i multimedalista mistrzostw świata.

Decyzja w sprawie Salazara zapadła po trwającym od wielu lat wnikliwym dochodzeniu, które rozpoczęło się od wstrząsającego reportażu dziennikarzy BBC w 2015 roku. W następstwie tych ustaleń USADA przez wiele przesłuchiwała zawodników i współpracowników kontrowersyjnego Amerykanina. Werdykt? Opętani żądzą sukcesu Salazar i Brown mieli dążyć po trupach do celu.

– Zwycięstwo było dla nich ważniejsze niż zdrowie sportowców, których przysięgali chronić

– podsumował obrazowo Travis Tygart, szef amerykańskiej organizacji powołanej do walki z dopingiem.

Pierwszy z oskarżonych miał koordynować proces sięgania po niedozwolone substancje i ułatwiać do nich dostęp. Postanowienie jest jednak w pewnym sensie bezprecedensowe, bo żaden z podopiecznych Salazara nigdy nie wpadł na stosowaniu dopingu. Nie znaleziono również dowodu, by Amerykanin miał podawać komukolwiek zabronione środki. Mimo to został ukarany czteroletnim zakazem pracy przy sporcie, który szybko potwierdziło Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF).

Aby lepiej zrozumieć specyfikę dzisiejszego położenia Salazara, warto poznać jego burzliwy życiorys. Od najmłodszych lat był związany ze sportem, a pokonywanie kolejnych barier nie jest dla niego niczym nowym. Na początku lat osiemdziesiątych z sukcesami biegał w maratonach – trzy razy z rzędu wygrywał prestiżowy Maraton Nowojorski. W 1982 roku wygrał też Maraton Bostoński, ale niemal przypłacił to życiem. Do ostatnich metrów ścigał się z w upalnych warunkach z Dickiem Beardsleyem – ich rywalizacja zapisała się w historii jako “pojedynek w słońcu” (“duel in the sun”). Urodzonemu na Kubie Salazarowi ostatecznie udało się odeprzeć atak rywala, ale momentalnie po dotarciu do mety zasłabł i potrzebował pomocy medycznej.

Wszystko z powodu odwodnienia – może ciężko w to uwierzyć, ale biegacz pokonując kolejne kilometry właściwie nie przyjmował żadnych płynów, co było jego świadomą decyzją. Przypłacił ją tym, że po wszystkim został podłączony pod kroplówkę z roztworem soli fizjologicznej, którego przyjął w sumie aż sześć litrów. Jego niecodzienne podejście mogła budzić kontrowersje w środowisku biegaczy, ale Salazarowi długo przynosiło wymierne efekty. W końcu cały czas wygrywał prestiżowe zawody, a na koniec 1982 roku magazyn “Track & Field News” uznał go za najlepszego maratończyka na świecie.

Bez granic

Kończąc w dramatycznych okolicznościach jeden z najsłynniejszych maratonów w historii, Salazar miał dopiero 23 lata. Wydawało się, że wszystko co najlepsze dopiero przed nim, jednak nigdy miał już nie pobiec szybciej. Chociaż rekord świata pobił pół roku wcześniej w Nowym Jorku, to jednak właśnie w Bostonie zostawił po prostu jakąś cząstkę samego siebie. Po latach okazało się, że konsekwentny zjazd Salazara prawdopodobnie był efektem jego podejścia do życia. Wszystko albo nic – biegacz nie uznawał półśrodków i sam był dla siebie największym katem. Wychodził z założenia, że co cię nie zabije, to wzmocni – czasami niemal dosłownie.

Przykład? Dziewięć dni przed historycznym startem w Bostonie zdecydował się podjąć rywalizację ze świetnym Kenijczykiem Henrym Rono na 10 000 metrów. Walka znów trwała do ostatnich metrów, jednak tym razem lepszy o włos okazał się rywal. Wynik Amerykanina był jednak zaledwie dwie sekundy gorszy od ówczesnego rekordu kraju i również odbił się szerokim echem. Także dlatego, że decyzja o takim występie kilka dni przed najważniejszym maratonem sezonu była czymś bez precedensu w całym środowisku.

– Każdy maraton traktowałem jako test mojej męskości. Nie chodziło mi to, by po prostu wygrać wyścig – po drodze chciałem po prostu zakopać przy trasie wszystkich moich przeciwników – tłumaczył obrazowo po latach swoje wyjątkowe podejście. Do wszystkich elementów sztuki biegania długich dystansów podchodził na własnych zasadach, które przeważnie kompletnie nie łapały się do żadnego ze znanych kanonów.

Po słynnym starcie w Bostonie Salazar wciąż narzucał sobie mordercze tempo. Zajechany organizm reagował jednak już coraz gorzej. Biegacz dużo łatwiej niż jeszcze kilka lat wcześniej łapał przeziębienia i niegroźne infekcje. Dłużej regenerował się również po kolejnych startach i treningach. Przede wszystkim przestał robić postępy, ale zjazd formy był na tyle nieznaczny, że właściwie niedostrzegalny. Do czasu…

W 1984 roku Salazar boleśnie przekonał się, że słońce nie zawsze będzie mu sprzyjać. Pierwszy policzek przyszedł już w krajowych eliminacjach olimpijskich, w których zajął drugie miejsce. Podczas najważniejszej imprezy roku był dopiero piętnasty, choć przed samym startem był jednym z głównych faworytów do medalu. Sytuacja zaczęła się powtarzać, a jeden z najlepszych do niedawna długodystansowców coraz częściej mógł się czuć jak buldog ścigający się z hartami w popularnym dowcipie.

Dlaczego właściwie już nie wygrywał? Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Diagnozy lekarzy były niejednoznaczne. Salazar próbował wszystkiego – przeszedł zaawansowane badania kardiologiczne i próbował nawet trenować w Kenii, ale nic nie pomagało. Miał 26 lat i teoretycznie powinien być u szczytu swoich fizycznych możliwości. Z jakichś względów konsekwentnie szło mu jednak coraz gorzej.

– Biegi były moją pasją, ale stopniowo je znienawidziłem. I to naprawdę konkretnie. Zacząłem sobie życzyć kontuzji, która doprowadziłaby do amputacji jednej z nóg. Wiem, że brzmi to strasznie, ale naprawdę myślałem, że po utracie nogi przestałbym się już zadręczać tym, że nie mogę biec szybciej – tłumaczył Salazar 10 lat po nieudanym olimpijskim starcie w Los Angeles. O igrzyska walczył również w 1988 roku, ale skończyło się jeszcze gorzej.

Objawienie w Medziugorie

Co można zrobić w takiej sytuacji? Biegacz wybrał “soulsearching”. Tłumacząc na polski – dużo czytał, odświeżał umysł i chciał być jak brzytwa. Otworzył się na różne rozwiązania, których wcześniej nie dopuszczał do głowy. Pochodził z religijnej rodziny, ale nigdy specjalnie nie realizował się w tym kierunku. Ojciec od dawna namawiał go na wizytę w Medziugorie, ale biegacz wolał rozwijać własny interes. Prowadził w Eugene popularną restaurację.

Żył poza sportem i radził sobie nieźle, ale ciągle czegoś mu brakował. W 1990 roku złamał się i poleciał poznać miejsce religijnych objawień. Rozmowa z miejscowym księdzem przyniosła długo oczekiwany przełom. – Zrozumiałem, że sport to nie tylko dyscyplina. W skrajnych przypadkach może stać się uzależnieniem – innym bogiem. Tak długo, jak skupiasz się tylko na nim, cała reszta traci znaczenie. Kiedy nagle tracisz tego boga, zostajesz z niczym – mówił Salazar.

Po powrocie do USA sprzedał restaurację i spróbował jeszcze raz szczęścia z lekarzami. Jeden ze specjalistów wreszcie postawił słuszną diagnozę. Według niego wszystkie problemy biegacza rzeczywiście miały źródło w słynnym Maratonie Bostońskim w pełnym słońcu. Salazarowi przepisano… prozak. Nieoczekiwanie ten antydepresyjny lek wywrócił jego świat do góry nogami. Nagle zniknęły wahania nastrojów i stany depresyjne. Potem stopniowo jak za dotknięciem różdżki poprawiła się kondycja płuc i całego organizmu.

Mając 34 lata Amerykanin nagle mógł wrócić do treningów. Niedługo potem oczywiście startował – wygrał prestiżowy Comrades Marathon (prawie 90 kilometrów w pełnym słońcu RPA) i spełniony zakończył karierę. Zrobił to jednak na własnych warunkach i z jasno określonym planem na przyszłość. Już wtedy współpracował z firmą Nike i chciał realizować się jako trener, ale szybko pojawiły się kontrowersje, które miały naznaczyć jego karierę na wiele kolejnych lat.

Zaczęło się od współpracy z Mary Decker. Salazar nie musiał się pewnie specjalnie wysilać, by dostrzec w niej cząstkę siebie. Biegaczka największe sukcesy na średnich dystansach odnosiła na początku lat osiemdziesiątych – kulminacją było podwójne złoto mistrzostw świata w Helsinkach na 1500 i 3000 metrów w 1983 roku. Rok wcześniej jako 24-latka pobiła kilka rekordów świata, ale podobnie jak jej przyszły trener miała pecha do igrzysk.

W kolejnych latach zrobiła sobie macierzyńską przerwę, ale wciąż marzyła o olimpijskim starcie. W 1996 roku miała 37 lat, ale perspektywa występu w Atlancie wydawała się wyjątkowo kusząca. Weteranka pod okiem Salazara złapała drugie sportowe życie i zakwalifikowała się do występu na 5000 metrów, ale na samych igrzyskach odpadła już w eliminacjach i to w atmosferze dopingowego skandalu.

Test moczu pokazał, że stosunek testosteronu do epitestosteronu był u niej wyższy niż dopuszczalny limit. Sprawa nie była do końca jednoznaczna. Prawnicy biegaczki przekonywali, że to krucha podstawa do wyciągania wniosków w przypadku zawodniczki, która urodziła dziecko i w kolejnych latach stosowała tabletki antykoncepcyjne, które mogły zaburzać hormonalną gospodarkę organizmu.

Sądowa batalia ciągnęła się jednak przez wiele miesięcy. Jeden organ decydował na korzyść biegaczki, inny zaś te ustalenia podważał. W końcu w 1999 roku Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) zgłosiło sprawę do panelu arbitrażowego, który przyznał rację organizacji. Wcześniej zawodniczka zdobyła nawet srebro halowych mistrzostw świata, które po wszystkim jej odebrano. Efektem całej sprawy było jednak obniżenie poziomu dopuszczalnego stosunku testosteronu do epitestosteronu i bardziej wnikliwy system badań.

Być jak alpinista

Sprawa była kontrowersyjna, ale wizerunkowo Salazar mocno na niej nie ucierpiał. Niedługo potem został szefem Nike Oregon Project – pionierskiej grupy, która po latach zapaści miała postawić na nogi amerykańskie biegi długodystansowe. Początki nie były łatwe – wyselekcjonowana pierwotnie grupa na papierze może i rokowała nieźle, ale według nowego trenera była już za stara, by gruntownie zmienić system swoich przygotowań i całą filozofię życiową. Postawiono więc na młodzież, a potem stopniowo otworzono się także na sportowców spoza Stanów Zjednoczonych.

Salazar był w tym wszystkim kluczową postacią – wszystkie plany treningowe wychodziły właśnie od niego. Pracę nad projektem przypłacił jednak kłopotami z sercem. W 2007 roku przeszedł zawał, a kilka miesięcy później podczas prób olimpijskich był hospitalizowany z wysokim ciśnieniem i objawami odwodnienia organizmu. To sprawiło, że na moment wycofał się na dalszy plan, ale nawet wtedy Nike Oregon Project pozostało jego oczkiem w głowie. W praktyce sposób działania był prosty i dobrze znany głównodowodzącemu. Chodziło o konsekwentne pokonywanie kolejnych barier.

Podopieczni byłego rekordzisty świata w maratonie nie tylko katowali się na treningach, pokonując blisko 170 kilometrów tygodniowo i przestrzegając restrykcyjnej diety. Wiele pytań i teorii powstało jednak w związku z tym, jak odpoczywali. W Portland Salazar i spółka stworzyli jedyne w swoim rodzaju laboratorium. Zamontowane w domach lekkoatletów filtry molekularne tak przerzedzały powietrze, że czuli się jak ludzie przebywający na wysokości blisko czterech tysięcy metrów nad poziomem morza.

Trenuj nisko, śpij wysoko

– tak przedstawiano tę metodę.

Nie wszystkim się jednak to podobało. Od początku nie brakowało głosów zarzucających mniej lub bardziej wyrafinowane sportowe oszustwo, które w praktyce nie różniło się wiele od dopingu krwi. Salazar bronił swojego podejścia. W 2002 roku sprawą zajęła się Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA), a cztery lata później Międzynarodowa Agencja Antydopingowa (WADA). Obie organizacje długo kręciły nosem, ale nie były w stanie się do czegoś na dłużej przyczepić.

W laboratorium Salazara cały czas prowadzono pionierskie programy. Samozwańczy badacz do wszystkiego musiał dojść metodą prób i błędów, bo stan wiedzy nie był wówczas tak bardzo zaawansowany. A ważne było na przykład określenie parametrów dotyczącej idealnej wysokości. – Taka, która będzie korzystna dla jednego, drugiemu może zaszkodzić. Liczba scenariuszy jest właściwie nieskończona – tłumaczył szef projektu.

Równie ważne jak parametry medyczne było także samopoczucie samych zawodników. Każdego dnia 12 godzin mieli spędzać razem – między innymi grając wspólnie na konsoli. Wszystko oczywiście w realiach wysokogórskiej wspinaczki. W 2011 roku do notującego coraz lepsze wyniki Nike Oregon Project dołączył Mo Farah – utytułowany brytyjski biegacz o somalijskich korzeniach. Do tamtej chwili wyróżniał się na scenie krajowej i europejskiej, ale to właśnie współpraca z Salazarem pozwoliła mu wskoczyć na nieosiągalny wcześniej poziom. I to w jakim stylu!

Taśmy prawdy BBC

Po przenosinach do USA Farah zaczął bić rekord za rekordem. Po kilku miesiącach zdobył pierwsze medale mistrzostw świata – z Daegu przywiózł złoto na 5000 metrów i srebro na 10000 metrów. Rok później z igrzysk olimpijskich w Londynie wrócił z dwoma złotymi medalami na tych dystansach – na dłuższym wyprzedził Galena Ruppa, innego długoletniego klienta Salazara. Złoty dublet był pierwszym w brytyjskiej historii dwupakiem na długich dystansach.

Mózg stojący za tymi sukcesami wydawał w tym czasie książki i opowiadał swoją skomplikowaną historię, ale w 2015 roku nagle musiał się odnaleźć w zupełnie nowej rzeczywistości. Trwające kilka miesięcy śledztwo dziennikarzy BBC przyniosło sporo niepokojący informacji. Żaden z zawodników objętych programem w Oregonie nigdy nie wpadł na dopingu i nic w tej kwestii się nie zmieniło, ale okazało się, że to wcale nie zamyka sprawy.

W dużym skrócie: Salazar miał cały czas balansować na granicy przepisów i etyki, czasami wyraźnie zbaczając w złym kierunku. Jeden z jego asystentów przyznał, że na własne oczy widział dokumenty, które wskazywały wprost, że kierownik programu zaordynował w 2002 roku Galenowi Ruppowi mikrodawki testosteronu. Kilku innych uczestników pionierskich metod miało o nieetycznych działaniach Salazara powiadomić wprost przedstawicieli USADA.

W przypadku Ruppa szokowało coś jeszcze – przyjmując testosteron miał mieć dopiero 16 lat. Steve Magness – prawa ręka Salazara – widział ten kontrowersyjny dokument i miał do szefa wiele pytań. W odpowiedzi usłyszał jednak, że doszło do zwykłej formalnej pomyłki. Według niego dozwolony suplement “Testoboost” miał zostać błędzie opisany właśnie jako testosteron, którego stosowanie było przecież zabronione.

– Nigdy nie sięgałem po takie substancje. Alberto nigdy nawet nie sugerował, bym wybrał taką drogę na skróty

– komentował Rupp tłumacząc się z całej sprawy w 2015 roku. W identycznych słowach sprawę skomentował także Farah. Choć jego amerykański kolega był regularnie badany na obecność dopingu, nigdy nie dał podstaw, by go o cokolwiek podejrzewać. Kilka miesięcy później zdobył drugi medal igrzysk – tym razem w maratonie. Ustalenia dziennikarzy BBC były jednak niepokojące – relacje o pojawiającym się w centrum treningowym w Oregonie testosteronie potwierdziły też inne osoby tam pracujące, w tym jeden z masażystów.

Salazar momentami mógł się jawić jako geniusz zła. Według BBC miał testować na ludziach na przykład krem z testosteronem. Badał ponoć ile można go zużyć, by nie dać pozytywnego wyniku testu. Oficjalnie mówił, że robi to po to, by jego zawodnicy byli bardziej świadomi… ewentualnego sabotażu ze strony rywali, którzy mogliby spróbować wcierać im ten krem z zaskoczenia. Inną częścią planu Salazara miało być częste sięganie po niedozwolone substancje w ramach terapeutycznych wyjątków – TUE.

Sam zainteresowany odmówił występu przed kamerami BBC. W przekazanym mediom lakonicznym oświadczeniu zaprzeczył, by kiedykolwiek łamał antydopingowe zasady, a całą sprawę sprowadzał do osobistego konfliktu z osobami, które miały uciekać się do kłamstw, by go oczernić. W 2015 roku po małej zadymie sprawa przycichła, ale wciąż była badana. Salazarowi z pewnością nie pomagało też to, że był znanym przyjacielem… Lance’a Armstronga. Amerykański kolarz również długo robił zdziwioną minę i zaprzeczał przed całym światem, że jest częścią wielkiej dopingowej machiny.

Teraz werdykt USADA przyszedł w sytuacji, gdy Salazar zniknął już z pierwszych stron gazet. W 2017 roku dobiegła końca jego głośna współpraca z Farahem, ale były maratończyk w domowym zaciszu wciąż prowadził badania, które miały zapewnić jego kolejnym podopiecznym minimalną przewagę. To był wyścig zbrojeń, w którym Alberto Salazar znajdował się na pierwszej linii, często badając pionierskie i nieznane innym metody z pogranicza etycznej szarej strefy. W obliczu zarządzonej kary sam kierownik Nike Oregon Project oczywiście zaprzeczył wszystkim oskarżeniom.

– Nigdy nie było u nas zgody na stosowanie dopingu. Będę apelował i zamierzam dowieść, że ten niesprawiedliwy i przewlekły proces doprowadził do nieprawdziwych wniosków. Zarzuty Travisa Tygarta, że liczyło się dla nas tylko zwycięstwo, były kłamliwe. Wielu badaczy z agencji antydopingowych podkreślało naszą troskę o zawodników i przestrzeganie zasad. Zawsze robiłem wszystko, by zasady Międzynarodowej Agencji Antydopingowej (WADA) były ściśle przestrzegane – odpowiedział skazany.

Ta wypowiedź pozwala przypuszczać, że cała sprawa doczeka się ciągu dalszego i może skończyć się podobnym prawnym ping-pongiem co zamieszanie wokół Mary Decker. Życie Alberto Salazara pokazało jednak już wiele razy, że pokonując kolejne bariery rzadko liczył się ze zdaniem kogoś innego niż on sam. Wygląda na to, że tym razem będzie musiał.

 

 

KACPER BARTOSIAK

 

fot. wikipedia


Aktualności

Kalendarz imprez