Skarb i przekleństwo LaMelo Balla

Skarb i przekleństwo LaMelo Balla

LaMelo Ball ma ojca, którego nie da się zdefiniować w jednym zdaniu. Przyniósł mu może nieco wstydu, wystawił na pożarcie opinii publicznej, wysyłał z miejsca na miejsce, ale w końcu zaprowadził tam, gdzie obiecał. Dziewiętnastoletni koszykarz niedługo zostanie wybrany w drafcie NBA.

Jego bracia również przeszli wyboistą drogę. Choć bardzo się od siebie różnią, to na brak pieniędzy czy sławy narzekać nie mogą. Wszystko dzięki LaVarowi, który niegdyś wymarzył sobie stworzenie koszykarskiej rodziny i te marzenia spełnił. Jest jednym z tych szalonych ojców, którzy stoją za sukcesem swoich dzieciaków. Jest nieprzeciętny, ale poznaliśmy już wiele mu podobnych. I bez wątpienia – w przyszłości poznamy kolejnych.

Plany

Musiała być wysoka. Ale nie żadna smukła modelka. Potrzebował dziewczyny, która go uzupełni. Jeśli on wyglądał niemal jak kulturysta, naprawdę kawał chłopa, to dziwnie wyglądałoby przy nim jakieś chucherko, prawda? Ale to, czy będą się obok siebie ładnie prezentować, raczej go specjalnie nie interesowało. Liczyło się to, co razem stworzą.

Tina wydawała się idealna. Grała w koszykówkę i to na wysokim poziomie – w uczelni California State. Do tego mierzyła aż 185 cm. Poznali się, zaiskrzyło. Niedługo później powiedział, że wezmą ślub i będą mieli trzech synów. Akurat synów, nie córki, bo on płodzi tylko chłopców. A potem zrobi z nich koszykarzy, którzy będą grać w NBA.

U progu sławy

Rodzina zamieszkała w Chino Hills, mieście położonym na obszarze aglomeracji Los Angeles. Ojciec znalazł pracę jako prywatny trener, matka została dyrektorką sportową w lokalnej szkole. Nigdy nie zarabiali kokosów, ale mogli pozwolić sobie na ładny jednorodzinny domek, obok którego znalazło się miejsce na mini-siłownię oraz małe boisko do kosza.

LiAngelo, Lonzo i LaMelo przyzwyczaili się do ułożonego planu tygodnia. Regularnie trenowali, zarówno aspekty koszykarskie, jak i czystą fizyczność. Nie ograniczali się do zajęć w szkole, największe wyzwania czekały ich w domu. Nie było mowy o żadnej samowolce, spontanicznych pompkach w pokoju – wszystkim dyrygował ich ojciec, LaVar – dzisiaj robimy to, jutro tamto. Tak to wyglądało.

Bez wiary i optymizmu daleko nie zajedziesz. W jego przypadku chodziło jednak bardziej o przekonanie, aniżeli nadzieję. Zamierzał mieć synów i miał. Dokładnie trzech. Mieli uprawiać sport i to robili. Mieli być w tym świetni i owszem, byli.

Najmłodszy – LaMelo – mimo, że był niziutki, jako pierwszoklasista grał w pierwszym składzie swojej licealnej drużyny. LiAngelo był jej najlepszym strzelcem, a Lonzo miał niedługo zagrać w NBA. To była kwestia czasu. Stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych nastolatków w kraju, a początek w lidze akademickiej NCAA, w której reprezentował barwy UCLA, również notował świetny. Papiery z tą uczelnią miała zresztą podpisane cała trójka. LiAngelo szkołę średnią miał skończyć w 2017, a LaMelo w 2019 roku.

Wybicie drzwi

Lonzo Ball w sezonie 2016/2017 był jednym z najlepszych zawodników NCAA. Eksperci zwracali uwagę na jego unikalną umiejętność czytania gry. Doskonale przewidywał, gdzie pojawi się kolega z drużyny i wiedział, w jaki sposób podać mu piłkę, aby akcja zamieniła się w punkty. Był też zaskakująco skoczny i potrafił trafiać trójki mimo dziwnej, absolutnie nieortodoksyjnej techniki rzutu.

Na dodatek grał w UCLA – jednej z najpopularniejszych uczelni w Stanach z mocnym programem sportowym. Nic dziwnego, że wzbudził zainteresowanie mediów. Tak się dzieje zawsze – ludzie chcą poznawać swoich idolów,  tudzież sportowców, których oglądają w telewizji, nawet kiedy ci mają tylko 19 lat. Amerykańscy dziennikarze doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Okazało się jednak, że nie trafili na zwykłą historię, jakich wiele, tylko prawdziwą żyłę złota.

Ojciec chłopaka nie był przeciętnym rodzicem, który jest po prostu dumny ze swojego syna, tylko prawdziwym showmanem. Gościem, który charyzmy ma aż nadmiar i może sprzedawać ją na kilogramy. Na dodatek Lonzo nie był jedynym zdolnym koszykarzem w rodzinie. Jego bracia również robili wrażenie. Niespełna szesnastoletni LaMelo zasłynął z tego, że zdobył 92 punkty w meczu w rozgrywkach szkoły średniej. LiAngelo nie był aż tak utalentowany, ale – zdaniem jego ojca – najprzystojniejszy z trójki.

LaVar Ball szybko zwęszył marketingowy potencjał swojej rodziny. Założył firmę odzieżową “Big Baller Brand”, która początkowo wypuszczała ubrania, w tym charakterystyczne bluzy i t-shirty z napisem “BBB”, ale na tym się nie skończyło. Poszedł również w buty. Pomysł, żeby jego syn zamiast podpisać wielomilionowy kontrakt z Nike czy Adidasem, miałby grać w obuwiu marki BBB, był tak kuriozalny, że nie można było obok niego przejść obojętnie.

To nie jednak nie koniec niesamowitych pomysłów LaVara czy zamieszania, jakie powstało wokół familii Ballów. W 2017 roku w USA wręcz wyskakiwali z lodówek. Zacznijmy zatem wyliczankę:

Po pierwsze, nie trzeba było długo czekać na ich reality show. Rozbity na odcinki program “Ball in the Family” pojawił się na Facebooku i od razu zyskał sporą popularność. Choć widzowie mogli obserwować poczynania młodych Ballów na parkiecie, tudzież po prostu ich codzienne życie, a także poznawali innych, bardziej odległych członków rodziny, ponad wszystkich wybijał się sam LaVar.

Po drugie, potencjał wyjątkowej rodziny dostrzegł też Vince McMahon, który zaproponował jej wizytę w WWE. Jak ona wyglądała? Wrestler o ksywce “The Miz” zapowiedział wejście LaVara (a także Lamelo) na ring, a potem stoczył z nim potyczkę słowną. Głowa rodzina Ballów czuła się podczas tego przedstawienia jak ryba w wodzie. Zresztą zobaczcie sami:

Po trzecie, jeśli LaVar Ball stał się najgłośniejszym rodzicem w kraju, to grzechem byłoby nie sparować go z najgłośniejszym dziennikarzem sportowym, czyli Stephenem A. Smithem. LaVar pojawiał się w studiu programu “First Take” niejednokrotnie. Przekrzykiwał się ze swoim “przeciwnikiem w dyskusji” i m.in. bronił tezy, że pokonałby Michaela Jordana w pojedynku jeden na jednego. A także tego, że jego syn jest lepszy od Stephena Curry’ego. Tak, mówił to całkowicie poważnie.

W tym wszystkim nie można zapominać, że rodzina Ballów nie tylko zyskała na popularności, ale i pieniężnie. LaVar mógł wzbudzać kontrowersje, mógł irytować, ale nie dało się mu odmówić nosa do interesów i marketingowej smykałki. Ubrania i buty markowane Big Baller Branda faktycznie się sprzedawały. Nie tylko Lonzo, ale i młodsi bracia faktycznie stawali się idolami dzieciaków. A konta bankowe faktycznie zaczynały puchnąć.

Tego i tamtego nie ma, ale i tak jest klawo

Przepowiednie LaVara na temat Lonzo się nie spełniły. Nie wygrał nagrody dla najlepszego debiutanta NBA w 2018 roku, nie był lepszy od Curry’ego, nie zrewolucjonizował koszykówki, nie doprowadził Los Angeles Lakers, którzy wybrali go w drafcie z drugim numerem, do żadnych sukcesów. Ba, zdążył już zmienić barwy klubowe. Od 2019 roku jest zawodnikiem New Orleans Pelicans. Trzeba mu jednak przyznać: na parkietach najlepszej ligi świata spędzi długie lata. Bo jest dobry. Ale daleko mu od statusu gwiazdy.

Co ciekawe, z trójki braci swojego ojca najbardziej przypomina LiAngelo. Jest wyjątkowo postawny, bardziej widać u niego predyspozycje do uprawiania futbolu amerykańskiego, aniżeli koszykówki. Ma to swoje odzwierciedlenie na parkiecie, bo brakuje mu szybkości czy swobody w poruszaniu, jakimi w większym stopniu obdarzone jest jego rodzeństwo. Choć ojciec był pewien, że on też zagra w NBA oraz – podobnie jak Lonzo – trafi do Lakers, to ta sztuka się mu nie udała. I niemal na pewno nie uda.

W przeciwieństwie do Lonzo – w UCLA go nie pokochali. Wszystko z powodu pewnego kuriozalnego incydentu, do którego doszło kilka dni przed rozpoczęciem sezonu ligi akademickiej 2017/2018. Zespół był w tym czasie w Szanghaju, gdzie, nietypowo, miało zostać rozegrane inaugurujące spotkanie z Georgia Tech. LiAngelo wraz z dwójką kolegów – Jalenem Hillem i Codym Rileyem – opuścił hotel, w którym byli zakwaterowani i udał się do pobliskiego centrum handlowego, a dokładnie – sklepu Louis Vuitton.

W jakim celu? Cóż, ochraniacze przyłapali trójkę młodzieńców… na kradzieży. Mieli “zaopiekować” się markowymi okularami. Nie musimy dopowiadać, że wybuchł olbrzymi skandal. Groziło im nawet więzienie, pozbawienie wolności od trzech do dziesięciu lat. Ostatecznie ich jednak wypuszczono. Do Stanów wrócili podobno dzięki interwencji samego Donalda Trumpa, który nie omieszkał się pochwalić swoją dobrocią na Twitterze.

Najgorszego uniknęli, ale oczywiście władzom UCLA nie było do śmiechu. Cała trójka została zawieszona w prawach studenta do odwołania. Było pewne, że do gry na uczelni wrócą najwcześniej w 2018 roku. Po upływie paru miesięcy LiAngelo ogłosił, że planuje wycofać się z uczelnianego programu. I tak też zrobił.

Obecnie jest zawodnikiem Oklahoma City Blue, zespołu grającego na zapleczu NBA, czyli w amerykańskiej organizacji G-League. Kariery zdecydowanie – na razie – nie zrobił. A przynajmniej, jeśli porównamy go do Lonzo czy też młodszego brata.

Bo właśnie, kiedy mówimy o LiAngelo, nie możemy nie wspomnieć o LaMelo. Ich droga w pewnym momencie wiodła bowiem przez te same pagórki. Kiedy jeden nabroił na uczelni, drugi przestał chodzić do szkoły średniej. W Stanach Zjednoczonych panują bowiem dobrze znane przepisy mówiące o tym, że amatorzy nie mogą czerpać korzyści finansowych. Zaangażowanie LaMelo w Big Baller Brand (szykowano buty sygnowane jego imieniem), nie mogło mieć miejsca w UCLA, do którego wkrótce miał trafić.

LaVar postanowił wyprzedzić fakty i wypisywał swojego syna ze szkoły średniej Chino Hills. Chciał, żeby spróbował swoich sił w profesjonalnej koszykówce. Podobnie jak LiAngelo, który zresztą nie miał większego wyboru. Pod koniec 2017 roku dwójka podpisała kontrakt… na Litwie. I rozpoczęła grę w tamtejszej ekstraklasie, dla zespołu BC Prienai.

Ich przygoda w Europie potrwała kilka miesięcy. W kwietniu 2018 roku doszło do zerwania umowy, z inicjatywy braci, tudzież – bądźmy szczerzy – ich ojca. LaVar miał jednak plan. Założył ligę koszykarską, o wdzięcznej nazwie Junior Basketball Association. Pierwszy człon tej nazwy nie jest przypadkowy: docelowo mieli grać w niej zawodnicy, którzy – z różnych powodów, często wychowawczych – nie załapali się do NCAA.

LaMelo (pierwszy od lewej), LiAngelo (w środku) oraz LaVar (pierwszy od prawej)

Twarzą nowego projektu LaVara zostali właśnie jego synowie. Oczywiście poza Lonzo, który miał za sobą już wtedy pierwszy sezon w Los Angeles Lakers. W przeciwieństwie do litewskiego epizodu – LiAngelo oraz LaMelo mieli okazję popisywać się na tle słabej konkurencji. Ale w JBA również długo nie zagrzali miejsca. Po skończeniu się sezonu kontrakty nie zostały przedłużone, a LiAngelo oddał się treningom. LaMelo tymczasem musiał wykombinować, jak wzbudzić zainteresowanie NBA.

Najpierw postanowił dokończyć swoją edukację – zaczął uczęszczać do SPIRE Institute and Academy, szkoły średniej niewchodzącej w skład Ohio High School Athletic Association. Co to oznaczało? Tyle że profesjonalne doświadczenie LaMelo nie było żadnym problemem, mógł w spokoju grać w koszykówkę. Ale oczywiście to też miał być tylko przystanek. W marcu 2019 roku przyszła kolejna zmiana “barw klubowych”.

Zmiana naprawdę kluczowa, bo LaMelo wreszcie stanął przed prawdziwym wyzwaniem. Jego nowy pracodawca – Illawarra Hawks – to już nie był litewski średniak (w barwach, którego nie dostawał wielu szans do gry). Ani tym bardziej zespół z półamatorskiej organizacji założonej przez jego ojca. Osiemnastolatka czekała gra w profesjonalnej australijskiej lidze, w której w tamtym czasie występował chociażby Andrew Bogut – wieloletni weteran NBA.

Debiut, a także pierwsze mecze LaMelo miały sporo wyjaśnić. Bo choć nikt nie miał wątpliwości, że to zdolny chłopak, to po prostu nie było wiadomo… jak zdolny. Trudno było bowiem wydać obiektywny werdykt na podstawie jego perypetii w ciągu ostatnich dwóch lat.

Okazało się, że o ile może brakować mu dojrzałości czy masy mięśniowej, to talent aż z niego wypływa. LaMelo grał z zawodnikami starszymi o kilka, a nawet kilkanaście lat, ale i tak po prostu zachwycał. Trójki z dziewięciu metrów, podania zza pleców czy pod nogami, efektowne wejścia pod kosz – pełen pakiet. Stało się jasne: ten chłopak to kozak.

Co prawda z powodu kontuzji rozegrał dla Hawks tylko 12 spotkań (zdobywając średnio 17 punktów, 7,4 zbiórki i 6,8 asyst), ale ta przygoda naprawdę przypadła mu do gustu. Do tego stopnia, że… został właścicielem australijskiego klubu. Dokładnie. Wspominaliśmy już o tym, że Ballom nie brakuje pieniędzy?

Ale my już to znamy!

Czy człowiek, który pieczołowicie zaplanował sobie stworzenie koszykarskiej drużyny, tfu, rodziny, może być normalny? Jak najbardziej. Trudno odmówić LaVarowi tej ludzkiej, życzliwej strony. Choć przez długie lata kierował życiem swoich synów, to ich relacja – przynajmniej z tego, co wyszło na światło dzienne – nie wyglądała źle. Patrząc nieco trywialnie: zrobił z nich sportowców i dał im – mimo pozorów – naprawdę wygodne życie. Dorastanie w dobrej dzielnicy, z dala od problemów, z którymi musieli zmagać się ich rówieśnicy.

Ale to nie znaczy, że Ballowie znajdowali się w izolacji. Rodzinne bramy nie były zamknięte dla nikogo. LaVar regularnie zapraszał dzieciaków na treningi, w których brali udział też jego synowie, organizował dla nich różne rozgrywki koszykarskie, generalnie – zaciągał ich do sportu.

Choć jego relacja z Tiną może budzić kontrowersje, trudno mu odmówić, że żywi do swojej partnerki niemałe uczucie. Jakiekolwiek skandale, zdrady, romanse – zapomnijcie. Mimo że z rodziny Ballów na jaw wychodziło praktycznie wszystko, bo niewiele ukrywali i niewiele byli w stanie ukryć – to te tematy akurat nie pojawiły się w mediach.

I to mimo tego, że związek Ballów został naprawdę wystawiony na próbę. Na dodatek w momencie, kiedy popularność rodziny szybowała w górę i wszystko wydawało się iść we właściwym kierunku. Przybliżmy tę historię: był zwyczajny dzień – LaVar trenował dzieciaki na dworze, a Tina krzątała się po mieszkaniu. Nagle ktoś go zawołał. Był zajęty, ale szybko zdał sobie sprawę, że stało się coś poważnego. Jego żona leżała półprzytomna na kanapie. Miała udar.

Zawieziono ją do szpitala, gdzie lekarze zdołali uratować jej życie. Po jakimś czasie wróciła do domu. Ale wcale nie w pełni zdrowia. Problemy sprawiało jej zwykłe poruszanie się, znacząco schudła, czuła się i wyglądała słabo. LaVar mówił, że takie sprawy się zdarzają. I dopóki będzie w stanie popatrzeć mu w oczy i dać buziaka, wszystko jest w porządku. Ale nie byłby LaVarem, gdyby do jej rehabilitacji nie podszedł w specyficzny sposób. Traktował ją poniekąd jak jednego ze swoich synów. Czyli stosował specyficzny rodzaj motywacji.

Zdarzyło mu się zażartować, że Tina nareszcie może być przez chwilę cicho, stąd właśnie udar. Kiedy szedł z nią na obiad na miasto, zamiast dostosowywać się do jej tempa poruszania, krzyczał, że nie ma całego dnia. I lepiej, żeby się pospieszyła. Padały też porównania do starej babci, bo w końcu tylko osoby w podeszłym wieku są takie wolne.

Choć to wszystko może brzmieć paskudnie, trudno sobie wyobrazić, żeby Tina była zaskoczona. Przez wiele lat małżeństwa zdążyła w końcu doskonale poznać swojego męża. I wiedziała, że musi zaakceptować go takiego, jakim jest. Ze wszystkimi wadami oraz zaletami. A traktowanie powrotu do zdrowia, jak robienia serii na siłowni, bez wątpienia oddawało jego charakter oraz podejście do rzeczywistości.

LaVar jest wyjątkowy. Bez dwóch zdań. Ale trudno mówić o nim, jako o pierwszym ojcu-celebrycie w świecie sportu. Tudzież pierwszym ojcu, który – niemal dosłownie – stworzył sławnego sportowca. Fani tenisa doskonale zdają sobie sprawę z trudnego dorastania Andre Agassiego, którego rodzic wręcz siłą wepchnął na korty. Sprawił wręcz, że Amerykanin nienawidził tego sportu. Zakorzenił w nim negatywne uczucia, które nie opuszczały go nawet, kiedy wygrywał turnieje wielkoszlemowe czy zdobył złoty medal olimpijski podczas igrzysk w Atlancie.

Plan, żeby ze swojego syna zrobić gwiazdę sportu, miał też Earl Woods, ojciec Tigera. Tuż po tym, jak jego pociecha nauczyła się chodzić, czekały ją kolejne lekcje – golfa. Dość powiedzieć, że młodziutki Tiger w latach osiemdziesiątych pojawiał się w programach rozgrywkowych, gdzie pokazywał, jak wbija piłeczkę do dołka. Kilkanaście lat później robił to na wielkiej scenie. Stał się największą gwiazdą tego sportu na świecie, choć zdarzyło mu się też upaść na samo dno.

Richard Williams – w przeciwieństwie do LaVara – miał nie tylko  synów, ale i córki. I to na nie przelał swoje ambicje. Zarówno Serena, jak i Venus dotarły dokładnie tam, gdzie sobie zaplanował. Zostały mistrzyniami wielkoszlemowymi, a młodsza z nich jedną z najlepszych tenisistek w historii, może nawet najlepszą. Tenis zresztą kojarzy się z tego typu historiami – rodzice angażujący swoje dzieci w ten sport to norma. Mówiliśmy już o Agassim, ale przecież nie musimy nawet patrzeć poza polskie podwórko. Relacje Agnieszki Radwańskiej z ojcem Robertem nigdy nie były proste.

Richard Williams obserwujący poczynania Sereny z trybun

Posiadanie kogoś takiego u swojego boku to przekleństwo, ale też skarb. Różnie może potoczyć się życie. A zostanie sławnym, bogatym sportowcem, którego kochają miliony, to zdecydowanie nie jest zły scenariusz. Inna sprawa, że docierają do nas wyłącznie historie, które zakończyły się happy-endem. Na jednego LaVara czy Richarda przypadają zapewne setki odmiennych przypadków.

Deja-vu?

Kiedyś wydawało się, że nigdy do tego nie dojdzie, ale LaVar nareszcie nieco usunął się w cień. Co prawda choćby w marcu 2020 roku pojawił się w programie “Undisputed”, gdzie argumentował, że LaMelo trafi do NBA z pierwszym numerem draftu, ale to nic w porównaniu do tego, co działo się w 2017 czy 2018 roku. Obecnie, kiedy słyszymy “Ball” myślimy bardziej o koszykarzu New Orleans Pelicans albo wielkim talencie, który ostatnio grał w Australii, a nie tylko o kontrowersjach czy wygadanym seniorze.

Może jednak stoimy na krawędzi wielkiego powrotu rodziny Ballów? Do draftu NBA 2020 pozostały już niecałe dwa tygodnie – odbędzie się 18 listopada 2020 roku. Na ten moment wszystko wskazuje, że LaMelo Ball zostanie w nim wybrany z jednym z pięciu pierwszych numerów. Trafiłby wtedy do Minnesoty Timberwolves, Golden State Warriors, Charlotte Hornets, Chicago Bulls albo Cleveland Cavaliers. Skreślić nie można nawet przepowiedni LaVara – niewykluczone, że jego syn “pójdzie z jedynką”.

To oczywiście nie gwarantuje, że LaMelo Ball będzie wielką gwiazdą koszykówki. Może pójść drogą Lonzo, czyli okazać się niewielkim, ale jednak rozczarowaniem. Przynajmniej biorąc pod uwagę wygórowane oczekiwania, jakie mu postawiono. Ale jeśli faktycznie wypełni swój potencjał – oj, klękajcie narody. Żadna siła nie powstrzyma LaVara od goszczenia w kolejnych sportowych studiach.

Rodzina Ballów i tak jednak przejdzie do historii, niezależnie od tego, jaką drogą pójdzie jej młody przedstawiciel. Ba, już to zrobiła. Świat celebrytów ma swoich Kardashianów. Świat sportu ma swoich Ballów. Również milionerów, również mieszkających i opływających w luksusach – budzącą kontrowersje, ale słynną rodzinę.

LaMelo Ball nie postawił jeszcze stopy na parkietach NBA. Ale na Instagramie już śledzi go 5,6 miliona ludzi. Dla porównania – to więcej od Luki Doncica, 21-letniej megagwiazdy najlepszej ligi świata. Nawet jeśli koszykarz okaże się absolutnym niewypałem, ma już ustawioną przyszłość. Przyszłość, w której znajdzie się miejsce na luksusowe samochody i olbrzymie wille.

Historia rodziny Ballów nie wszystkim z was może przypaść do gustu, ale słuchajcie, to znak czasów. Darzyć ją sympatią – nie, nie trzeba. Akceptować? Lepiej tak. Bo sukces LaVara, Lonzo, LiAngelo oraz LaMelo gwarantuje jedno – pojawią się kolejne takie klany.

KACPER MARCINIAK

Fot. Youtube (główne), Newspix (pozostałe)


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
pozdro
pozdro
18 dni temu

AUTORZE, spójnik TUDZIEŻ oznacza I/ORAZ, a nie LUB/ALBO i nie daje się przed nim przecinka

Fenix
Fenix
17 dni temu

ludzie chcą poznawać swoich idolów – hahaha ha

Idoli mistrzu

Aktualności

Kalendarz imprez