Siostra, spanie na podłodze i sztab. Droga Igi Świątek do walki o wielkoszlemowy tytuł

Siostra, spanie na podłodze i sztab. Droga Igi Świątek do walki o wielkoszlemowy tytuł

Może się wydawać, że Iga Świątek w ekspresowym tempie i bez problemów wdrapuje się na szczyty kobiecego tenisa. Tyle że to nie do końca prawda – owszem, rozwija się szybko, ale po drodze sporo się działo. Zdarzało się, że stawiano znaki zapytania. Bo nie zgrywały się finanse, bo przytrafiały kontuzje. Iga jednak nie odpuszczała, a w dodatku miała i ma nadal wokół siebie takich ludzi, którzy potrafią jej pomóc. Jej sukces to zasługa zgrania wielu elementów: charakteru, ambicji, odpowiednich trenerów, dobrego planu. Jutro to wszystko może dać efekt w postaci awansu do wielkoszlemowego finału.

Miał być basen

Jej ojciec był olimpijczykiem. Ale nie w tenisie. Do Seulu pojechał jako wioślarz. Startował w czwórce. Do łódki trafił tak naprawdę przypadkowo – ot, w szkole zaproponowali mu, żeby poszedł do takiej sekcji. Zgodził się, powiosłował trochę, stał się w tym całkiem dobry. Choć wcześniej chciał grać w piłkę, do dziś zna się ze swoich juniorskich czasów z Dariuszem Wdowczykiem, choć ten jest starszy o dwa lata.

Na murawie jednak nie wyszło, a dużo lepiej poszło w wiosłach. Choć w nich ostatecznie… też nie wszystko się udało. Na igrzyskach miał być medal, ale tuż przed eliminacjami rozchorował się jeden z naszych reprezentantów. Skończyło się tylko na finale B i wielkim rozczarowaniu. A Tomasz Świątek postanowił, że jeśli będzie mieć dzieci zaczną trenować sport indywidualny.

Wreszcie urodziła się najpierw Agata, a trzy lata później Iga. Świątek chciał by sport w życiu jego córek był obecny, więc wkrótce zabrał je na basen. Na pływalni jednak się nie powiodło. Dlaczego? O tym mówił nam w wywiadzie przed dwoma laty. – Tak, chodziliśmy na basen, obie córki tego próbowały. Nie wyszło z banalnego powodu: nawracającego zapalenia uszu i gardeł. Któregoś razu pani laryngolog ostro nas postraszyła i poszukaliśmy czegoś suchego. Tak padło na tenis, chyba dobrze wyszło.

Najpierw grała Agata. Po latach jej karierę zastopowały urazy, nim ta tak naprawdę na dobre się rozpoczęła. Starsza siostra więc odpuściła. W czasach, o których tu jednak piszemy, Agata jeszcze regularnie trenowała. Iga, mająca wówczas jakieś trzy, może cztery lata, obserwowała siostrę i biegała sobie gdzieś po korcie. Wkrótce też podjęła pierwsze próby. To odbijała piłkę o ścianę, to z tatą na asfalcie, to na kortach. Gdy miała siedem lat, wzięła udział w pokazowym treningu z Magdą Grzybowską. Jako jedyna z całej grupy dzieciaków potrafiła wejść z nią w wymiany. Było widać, że ma spory talent. „Gazecie Wyborczej” mówiła kilka lat temu, że jej tenisowy rozwój to w dużej mierze zasługa siostry.

– Jak byłam mała, chciałam za wszelką cenę ją dogonić, grać jak ona. To było niemożliwe, bo jest trzy lata starsza, silniejsza. Z czasem zrozumiałam, że Agata jest wzorem pracowitości, sumienności. Wcześniej tych cech mi brakowało. Idolka? Nie miałam, bo nie oglądałam meczów. Uważałam, że oglądanie i granie to dwa różne światy, nie czułam, że nauczę się czegoś z telewizji.

Wkrótce jednak zaczęła obserwować najlepsze tenisistki (choć wolała męski tenis, uwielbia Rafę Nadala) – głównie po to, by czerpać pewne elementy z ich gry i śledzić zmieniające się w świecie tenisa trendy. Dziś to ją mogą już podglądać młode zawodniczki. Choć Iga przecież wciąż jest nastolatką. Podkreślmy to, bo momentami jakby się o tym zapominało. Wszystko to jednak przez to, że pierwsze sukcesy zaczęła odnosić naprawdę bardzo wcześnie.

Zwycięstwo tu, zwycięstwo tam

Po raz pierwszy zaczęło być o niej głośno w skali ogólnokrajowej w 2015 roku. Choć już wcześniej w środowisku mówiło się, że mamy dziewczynę o sporym talencie, to wtedy pojawiły się duże osiągnięcia. Została między innymi mistrzynią Europy w singlu i deblu do lat 14, powiodło jej się też znakomicie na drużynowych mistrzostwach świata w tej kategorii wiekowej, gdzie wraz z koleżankami zgarnęła brązowy medal. Trudno było obok takich sukcesów przejść obojętnie.

Tym bardziej że Iga nie zwalniała. Coraz częściej ogrywała starsze przeciwniczki, wygrywała lokalne turnieje choćby memoriał Lecha i Marii Kaczyńskich rozgrywany na kortach Legii. Za granicą też okazywała się lepsza od rywalek – juniorskie turnieje ITF padały jej łupem, choć grały tam nawet osiemnastolatki. Sama już wtedy często powtarzała, że wciąż musi się wiele nauczyć, miała świadomość, ile pracy trzeba włożyć, by dojść do czołówki. Choć równocześnie doskonale wiedziała, że sporo może osiągnąć.

– Co mnie najbardziej motywuje? Sława, zdecydowanie sława. Chciałabym być sławna. Mam nadzieję, że kiedyś będę. Oczywiście czasami pojawiają się chwile zwątpienia, że może się nie udać, ale te kryzysy naprawdę szybko przechodzą. Widzę przed sobą cel, który staram się za wszelką cenę zrealizować – mówiła „Przeglądowi Sportowemu” w maju 2015 roku. Że sława potrafi być męcząca przekonała się jednak po wygraniu juniorskiego Wimbledonu, trzy lata później. Medialne zainteresowanie wokół jej osoby nagle przekroczyło jej wyobrażenia. Były konferencja prasowa, wywiady, sesja zdjęciowa… Powtarzała, że właściwie nie wie, jak najlepsze tenisistki sobie z tym radzą.

Ale i ona już wcześniej była obyta z mediami. Szybko przeszła bowiem drogę od dziewczyny, która wstaje o szóstej rano, z rodzinnego Raszyna jedzie do szkoły, a po niej zasuwa na treningi, do tenisistki, która w szkole bywa bardzo rzadko (a warto podkreślić, że mimo to spokojnie utrzymuje średnią powyżej 5,0), bo jeździ na kolejne seniorskie turnieje. W tym pierwszym okresie trenował ją Michał Kaznowski, który współpracę z Igą rozpoczął, gdy ta miała 10 lat. To on szlifował diament, jaki wpadł w jego ręce.

– Jak współpracuje mi się z trenerem? Świetnie. Trenujemy już razem kilka lat. Poznaliśmy się, wyjeżdżamy wspólnie na turnieje. Chciałabym, żeby to był szkoleniowiec na całą karierę lub jej dużą część. Wolę taki model niż częste zmienianie trenerów – mówiła o nim Iga we wspomnianej rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. To Kaznowski zaprowadził ją do pierwszych sukcesów, warto oddać mu zasługi. W 2016 roku diament został jednak przekazany innym.

Zmiany

Iga była już wtedy pod opieką Warsaw Sports Group. W karierę młodej tenisistki postanowił zainwestować Bogusław Leśnodorski, ówczesny prezes Legii, a WSG była blisko z Legią połączona. Do dziś powtarza się, że Iga to legionistka, bywała nawet na meczach, bo dostawała bilety. Wspominała potem, że podobała jej się atmosfera. Jeszcze bardziej musiało jej się jednak podobać wsparcie WSG, które było niezwykle istotne. W rozmowie z naszym portalem Tomasz Świątek wspominał, że wcześniej myślał nawet o rezygnacji z tego całego tenisa, bo ten zaczął pochłaniać coraz więcej pieniędzy.

– Początkowo po prostu prowadziłem córki na treningi. Ale kiedy ja uprawiałem sport, ojciec nie musiał za nic płacić. W tenisie, począwszy od skarpetek, przez sprzęt, korty trenera, ciągle trzeba za coś płacić. To studnia bez dna. Prowadziłem wtedy własną działalność, do dziś to robię. Był moment, że było bardzo dobrze, mogłem sobie pozwolić na duże wydatki na tenisa. Ale były też słabsze chwile. Miałem momenty, w których chciałem to wszystko zostawić. Wtedy dziewczyny mnie nakręcały.

Iga też wielokrotnie wspominała, że bywało naprawdę różnie. Bywało na przykład, że hotel, w którym spała warunki miał nienajlepsze. W Nottingham zdarzyło jej się nawet spać na podłodze, bo zarwał się materac. Wytrzymała to i wygrała turniej. Kiedy pojawiły się pieniądze z zewnątrz, nagle wszystko się zmieniło. Owszem, nadal nie było ich dużo – Iga długo wychodziła mniej więcej na zero i to przy oszczędnym gospodarowaniu środkami. Jednak choć wciąż zdarzały się dziwne sytuacje – raz na przykład, w wynajętym przez Airbnb domu, w szafie znalazła… pułapkę z martwym szczurem w środku – to jednak okazało się, że nagle można polecieć na kilka turniejów do USA, że można tworzyć inne, lepsze plany.

Wśród tych planów był i ten dotyczący jej otoczenia – zmiana trenera. W 2016 roku odgórnie postanowiono, że Iga rozstanie się z Kaznowskim. Na jego miejsce wskoczył Michał Lewandowski i wokół Igi zbudowano już cały team. Uzupełniali go Piotr Sierzputowski (jako drugi trener), Jolanta Rusin-Krzepota (odpowiadająca za przygotowanie fizyczne) i Michal Tabara (trener-konsultant w czeskim Prostejovie, gdzie Iga jeździła trenować).

Dla wielu było to zaskoczeniem. Świątek chwilę wcześniej awansowała bowiem do ćwierćfinału juniorskiego Roland Garros po przejściu kwalifikacji, co zgodnie uznano za spory sukces. Wydawało się, że wszystko zmierza we właściwą stronę. Możliwe, że gdyby to ona podejmowała decyzję, zmian by nie było. Ale stało się inaczej. – Właściwie to wszystko stało się nie po, a w trakcie Roland Garros. Mnie przy tym jednak nie było i nie miałam na to wpływu. Staram się już jednak do tego nie wracać, bo to nie jest przyjemny temat. Skupiam się teraz na zapoznaniu z nowym trenerem i nie roztrząsam tego, co się stało – mówiła niedługo później w TVP.

Współpraca z Lewandowskim jednak nie wypaliła. I jeszcze przed końcem tamtego roku jej pierwszym trenerem został Sierzputowski. Ta dwójka już doskonale się zgrała i wspólnie pracuje do dziś. Sierzputowski wraz z Rusin-Krzepotą stali się dla Igi nie tylko trenerami, ale też przyjaciółmi. W grupie nagle zapanowała fantastyczna atmosfera, Świątek czuła się w ich obecności doskonale, co sama podkreślała. – Z trenerem mamy duży dystans do siebie, przyjazne charaktery, lubimy się śmiać. W moim przypadku różnica wieku nie ma do końca znaczenia, bo z trenerką też się dobrze dogaduję. Najważniejsze jest żeby zachować granicę i jej nie przekraczać. Czuję respekt do moich trenerów, ale mamy super relacje. To właściwie idealna sytuacja – opowiadała portalowi Tenis NET.

To wszystko szybko przełożyło się na kort. Kolejne sukcesy były kwestią nie tyle miesięcy, co tygodni. Pod koniec 2016 roku Iga nie tylko wygrała bowiem juniorski Fed Cup wraz z Mają Chwalińską i Stefanią Rogozińską-Dzik, ale też zadebiutowała w rankingu WTA. Wygrała wtedy turniej w Sztokholmie i to po przebrnięciu kwalifikacji. Już wtedy imponowała tym, czym i dziś: ofensywnym stylem gry (obecnie potrafi być już znacznie bardziej cierpliwa w wymianach, wtedy głównie atakowała), mocnym serwisem, świetnym, szybkim backhandem oraz niemal równie dobrym forehandem, wyszkoleniem technicznym i niezwykłą sprawnością z jaką porusza się po korcie. To ta kombinacja przynosiła jej sukcesy i robi to nadal.

Wtedy jednak Piotr Sierzputowski regularnie tonował nastroje i powtarzał, że ważne są nie tyle wyniki, co harmonijny rozwój, bo wiele się może stać po drodze i nie ma co już robić z jego zawodniczki przyszłej zbawczyni polskiego tenisa.

Wkrótce okazało się, że były to prorocze słowa.

Trudne chwile

Wszyscy wróżyli Idze wielką karierę. Zresztą trudno było inaczej, skoro mowa o dziewczynie, którą szybko zaczęli zachwycać się nawet zagraniczni trenerzy. Sama Iga obstawiała już w wieku 15 lat, że za jakieś 2-3 sezony będzie już dobijać się do pierwszej setki rankingu. Odważnie, jak na dziewczynę, o której jej własna trenerka mówiła, że „za mało w siebie wierzy”. Powtarzała też, że na pewno nie byłaby zadowolona, gdyby jej najwyższym miejscem w karierze była setna lokata. Mierzyła wyżej. Miała charakter. Zresztą nawet jej ojciec podkreślał, że Iga jest twarda i pod tym względem idealnie nadaje się do tenisa. Sama Świątek też wielokrotnie o tym mówiła. Na przykład – choć już kilka lat później – na łamach „GW”.

Mam dużo cech, które pomagają w sporcie, a przeszkadzają w życiu: jestem uparta, narzucam innym swoje zdanie, dominuję. Tak naprawdę trudno powiedzieć, co jest kluczowe. Agnieszka Radwańska zrobiła wielką karierę, ale jej młodsza siostra Urszula nie. Dlaczego? Podobnie jest ze mną i moją siostrą, która skończyła grać, gdy miała 16 lat. A przecież szłyśmy tą samą drogą, miałyśmy tych samych wychowawców. Pewnie chodzi o talent, ale tak naprawdę trudno go zdefiniować.

Wydawało się więc, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Po Sztokholmie wygrała jeszcze kilka kolejnych turniejów rangi ITF, powoli dobijała się do czołowej „500” rankingu WTA. Pokonywała rywalki nawet dwukrotnie starsze od siebie. Jej umiejętności wyłącznie rosły. Podkreślano, że Idze brakuje jedynie szans. Choćby takiej, jaką miała kiedyś Agnieszka Radwańska, która w 2006 roku, gdy miała 17 lat, dostała dziką kartę do turnieju J&S Cup, a potem zachwyciła warszawską publiczność dochodząc do ćwierćfinału, co okazało się jej wielkim przełomem.

W karierze Igi też przyszedł turniej w Warszawie, ale inny, znacznie mniejszy. Ostatnio zresztą bardzo często przywoływany. Zmierzyła się w nim bowiem z Martiną Trevisan. Tą samą, którą pokonała w środę w ćwierćfinale French Open. Wtedy jednak przegrała. A tuż po ostatnim punkcie poczuła nagły ból, nawet nie doszła do siatki, by podziękować rywalce. Okazało się, że to kontuzja stawu skokowego. Poważna. Iga przeszła operacją i straciła pół roku na rehabilitację. Miała szczęście, że tę przeprowadzali specjaliści w swoim fachu, na czele z Pawłem Bambrem, zajmującym się też pierwszą drużyną Legii. Choć Świątek i tak cierpiała, głównie psychicznie.

Rozpoczęła wtedy współpracę z Pawłem Habratem, psychologiem sportowym. To on bardzo pomógł jej w powrocie na kort. Ona sama bowiem wszystko widziała wówczas w ciemnych barwach. – Przeszłam operację, nie grałam w tenisa siedem miesięcy. Tata mówił, że byłam wtedy nie do zniesienia. Załamałam się. Zastanawiałam się, co będzie, jak dorosnę, skoro już w wieku 16 lat mam aż tak poważny uraz. Może to śmieszne, ale myślałam tak: jakbym żyła w czasach jaskiniowców, to z takim urazem już by mnie nie było na świecie. Po kontuzji trudno było mi wrócić na kort. Zmuszałam się do treningów. Przytyłam, przez kilka tygodni w ogóle się nie ruszałam. Ale jak już poczułam, że tenis znów zaczyna mi wychodzić, ogarnęłam się. Uświadomiłam sobie, że czekają mnie jeszcze trudniejsze kontuzje i nie ma co się mazać – mówiła „Wyborczej”.

Potem z tej formy pomocy zrezygnowała, korzystała z niej co najwyżej sporadycznie, choć pamiętała o tym, co może zdziałać dobry psycholog sportowy. I na początku 2019 do jej teamu dołączyła Daria Abramowicz, która Idze towarzyszy do dziś, a Świątek powtarza, że wiele jej zawdzięcza. Gołym okiem widać zresztą, że podejście Igi do gry na korcie kompletnie się odmieniło – jest pewniejsza siebie, bardziej skoncentrowana, nie daje się łatwo rozproszyć i potrafi odwracać losy spotkań. Nawet tych naprawdę trudnych.

W ćwierćfinale Roland Garros, po kiepskim początku, szybko złapała swój rytm i przejęła inicjatywę. Rundę wcześniej znakomicie zrewanżowała się Simonie Halep za ubiegłoroczną porażkę, ani na moment nie tracąc koncentracji. To w dużej mierze zasługa jej sztabu, który potrafił ją na takie okoliczności przygotować.

Wierzę, że wytrzymałość psychiczna jest teraz najważniejszą rzeczą w tenisie, bo każdy gra na najwyższym poziomie – mówiła Iga oficjalnej stronie WTA. – Zawsze chciałam się rozwinąć w tym aspekcie. Pracowałam z innymi psychologami, gdy byłam młodsza. Daria jest jednak najlepszą osobą, jaką mogłam dostać, bo znakomicie mnie rozumie i zna, czasem wręcz czyta w moich myślach, co jest aż dziwne. Sama była żeglarką i trenerką, ma doświadczenie w sporcie. Sprawia, że jestem mądrzejsza. Wiem więcej o sporcie i więcej o psychologii, mogę zrozumieć swoje własne uczucia, opowiedzieć o nich głośno. Moja pewność siebie rośnie dzięki niej.

Sława

Ta współpraca była ważna też z innego powodu – niemal w tym samym momencie, w którym Iga zdobyła upragnioną (i, jak się okazało, męczącą) sławę, Agnieszka Radwańska ogłosiła zakończenie kariery. Rok 2019 stał się pierwszym od dawna, w którym nasza najlepsza tenisistka nie wyszła na kort. W tym momencie jeszcze więcej oczu zwróciło się na osobę Igi, która – czego nie lubi, bo gra przecież zupełnie inaczej – została ochrzczona następczynią Radwańskiej. Presja rosła.

Potem okazało się co prawda, że jej część zdjęła z niej Magda Linette, która weszła w najlepszy okres kariery, ale mimo wszystko Igę obserwowało naprawdę wiele osób. A młoda Polka rozgrywała świetny jak na swój wiek sezon. Zaliczyła pierwszy finał turnieju WTA, dobrze radziła sobie w turniejach wielkoszlemowych (na czele z IV rundą Roland Garros), dochodziła do coraz wyższych lokat w rankingu WTA – najpierw przebiła setkę, potem zawędrowała w okolice czołowej „60”.

Znów jednak dobry okres przerwała kontuzja. Gdy ją doleczono – czyli na start 2020 roku – było nieźle. Iga znów grała dobry tenis, w Australii doszła do IV rundy. Potem jeszcze trochę sobie poodbijała i przydarzyła się przerwa pandemiczna. W jej trakcie miała jednak co robić. Skupiła się nie tyle na treningach, co na nadrobieniu zaległości do matury, którą zresztą zdała z dobrym wynikiem. Potem pograła też trochę w pokazówkach – z naprawdę niezłym skutkiem – a gdy wróciła do touru…

…to wszystko wyglądało słabo. Serio. Pierwszy mecz po pandemii Iga oddała w dwóch setach Christinie McHale. Na US Open nieco się ocknęła, doszła do trzeciej rundy i przegrała z późniejszą finalistką Wiktorią Azarenką, po świetnym spotkaniu w wykonaniu obu zawodniczek. W Rzymie, na swoich ulubionych (co zresztą wydaje się lekkim paradoksem, bo jej styl gry bardziej pasuje na nawierzchnię twardą i trawę, czyli korty szybkie) kortach ziemnych znów poległa w pierwszej rundzie, znów z tenisistką notowaną znacznie niżej – Holenderką Arantxą Rus.

Ale już na Roland Garros gra znakomicie. W pięciu spotkaniach nie straciła seta i awansowała do półfinału. Jest o jedno zwycięstwo od zostania trzecią Polką w historii z wielkoszlemowym finałem na koncie (po Radwańskiej i Jadwidze Jędrzejowskiej, występującej w okresie międzywojennym). O dwa zwycięstwa od zostania pierwszą osobą z naszego kraju z tytułem tej rangi na koncie. Piotr Sierzputowski już dawno temu mówił, że „Iga na turnieje nie jeździ po to, by grać w tenisa, a po to, by je wygrać”. Ta filozofia towarzyszy jej od zawsze, a jemu bardzo to pasuje – bo takie zawodniczki znakomicie się trenuje.

Oboje, wraz z Darią Abramowicz i resztą osób towarzyszących Idze na jej drodze, stoją przed wielkim wyzwaniem. Możliwe, że największym w historii naszego tenisa.

Szansa

– Gdzie widzę córkę za trzy-cztery lata? Trudno powiedzieć. Rok temu zdarzyła się poważna kontuzja, która odebrała jej sześć miesięcy. Ale jestem przekonany, że możemy być bardzo daleko. Nieskromnie powiem: za trzy lata spokojnie pierwsza pięćdziesiątka. Teraz musimy przejść etap turniejów ITF, na których musi zrobić ranking w okolicach 200. miejsca. Potem najmniejsze turnieje WTA – mówił nam ojciec Igi w 2018 roku. Dwa lata później jego córka jest faworytką w półfinale wielkoszlemowego turnieju.

To jak scenariusz filmu, jakaś fantastyka. A równocześnie to prawda. W starciu z Nadią Podoroską to od Igi wszyscy będą oczekiwać zwycięstwa. Argentynka rozgrywa co prawda fantastyczny turniej, najlepszy w karierze, ale ma w nogach już osiem spotkań (przechodziła przez kwalifikacje) i po prostu nie ma takich umiejętności, jakie ma Świątek. Co nie znaczy, oczywiście, że można ją zlekceważyć. Bo talent i tak ma spory, a dyspozycja dnia może sprawić, że okaże się rywalką najtrudniejszą z dotychczasowych i Iga będzie musiała się namęczyć.

Szansa jest jednak ogromna. Zresztą nie tylko w singlu. Bo Iga znalazła się już też w innym półfinale – gry podwójnej. Tam w parze z Nicole Melichar radzi sobie równie dobrze. Polka zachowuje więc szansę na dwa tytuły i spełnienie marzeń. Choć to największe zostało odroczone o rok – kilka lat temu mówiła bowiem, że najbardziej chciałaby wygrać na igrzyskach. Na Tokio musi poczekać, ale… może to i dobrze?

Patrząc na jej rozwój może tam przecież jechać nie jako młoda dziewczyna ze sporym talentem – jak pewnie miałoby to miejsce w tym roku – a już jako jedna z faworytek i, być może, mistrzyni wielkoszlemowa.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

 

Iga się nie zatrzymuje! Polka już w półfinale French Open


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez