Shaq nigdy nie będzie nudny. Wesoła emerytura legendy koszykówki

Shaq nigdy nie będzie nudny. Wesoła emerytura legendy koszykówki

Jest jednym z największych, dosłownie i w przenośni, koszykarzy w historii NBA. Do tego zapewne jednym z najbarwniejszych, jak i najbardziej popularnych. Choć karierę skończył w 2011 roku, wciąż jest o nim głośno. W dużej mierze za sprawą kontrowersyjnych, poniekąd niefortunnych wypowiedzi, kierowanych w stronę obecnych zawodników.

Parę dni temu obchodził 49. urodziny. Nie dominuje już na parkiecie, nie wsadza z hukiem piłek do kosza. Coraz częściej bywa za to starszym kolegą, który uważa, że kiedyś wszystko było lepsze. Szczególnie on sam. Kiedyś Shaq dużo mówił, ale też dużo robił. Dzisiaj głównie mówi, ale jedno się nie zmienia – nie potrafi usunąć się w cień.

Nowe, choć już stare realia

Programowi “Inside the NBA”, który od lat jest częścią ramówki telewizji TNT, trudno odmówić miana “klasyka”. Najlepszym tego dowodem jest to, że kojarzą go nie tylko Amerykanie, ale fani koszykówki z całego świata, którzy chociażby oglądają wycinki na YouTube czy innych portalach.

Skąd wziął się ten fenomen? Kluczowe było zapewne luźne, humorystyczne podejście w komentowaniu bieżących wydarzeń w NBA. Na dodatek “Inside the NBA” na przestrzeni lat nie przechodziło większych zmian. Każdy fan NBA kojarzy prowadzącego, budzącego powszechną sympatię, Erniego Johnsona, a także dwóch stałych gości, byłych koszykarzy, Charlesa Barkleya i Kenny’ego Smitha.

Największą rewolucję ten program przeszedł jednak dopiero wraz przybyciem czwartego elementu układanki. Czyli Shaquille’a O’Neala. Taki “transfer” absolutnie nie dziwił. Bo jeśli przed szerokim stołem zasiadali już barwni Barkley i Smith, to jak można było nie połączyć ich z, być może, najbarwniejszym zawodnikiem w historii NBA?

Poza tradycyjnymi dyskusjami o koszykówce, na program składają się dodatkowe atrakcje w stylu “Shaqtin A Fool”, w którym O’Neal wyśmiewa niefortunne zagrania koszykarzy, a także “Who He Play For”, podczas którego Barkley udowadnia, że nie wie, gdzie występuje dany, mało popularny gracz.

Od czasu do czasu prowadzący łączą się jednak z koszykarzami po rozegranych spotkaniach. I wtedy, cóż, zdarzają się ciekawe rzeczy. I jeśli sytuacja, w której Shaq stara się powiedzieć kilka rosyjskich słów do Serba Nikoli Jokica, może bawić, to wymiana słów pomiędzy 24-letnim Donovanem Mitchellem a bohaterem tego tekstu, budziła raczej zakłopotanie.

– Powiedziałem dziś, że jesteś jednym z moich ulubionych graczy, ale nie masz tego czegoś, co może wznieść twoją grę na wyższy poziom. Powiedziałem to specjalnie. Chciałem, żebyś to usłyszał. Jak na to odpowiesz?

– W porządku – odparł Mitchell.

– To wszystko?

– To wszystko.

– Okej, chciałem, żebyś to usłyszał.

– Słyszałem podobne opinie od początku mojej kariery w NBA. Wiesz, po prostu staram się stawać lepszym i dalej robić to, co robię.

Wyglądało to jak zderzenie światów. Emerytowany koszykarz, któremu wydaje się, że budzi powszechny podziw wśród młodych, i ma rację, ale tylko do pewnego stopnia. Oraz gość, który najchętniej usłyszałby, że robi coś dobrze, ewentualnie konstruktywną krytykę, ale nie puste słowa. Jest dobry, ale może być lepszy – jakby nie wiedział.

Shaq uwielbia jednak stawiać sprawę w ten sposób – pokaż coś, żeby zasłużyć na mój respekt. Choć generalnie ma to często odwrotny skutek – bo kto lubi słuchać uwag leciwego wujka, któremu wydaje się, że jest najmądrzejszy na świecie?

Niedoceniany?

Ego Shaqa od zawsze dorównywało jego gabarytom. Ale trudno było się temu dziwić – skoro status gwiazdy koszykówki miał już od swoich pierwszych meczów w NBA. Statuetkę najlepszego debiutanta roku wygrał w cuglach w 1993 roku, a już dwa lata później doszedł z Orlando Magic do finału najlepszej ligi świata. I choć przegrał – trudno było odmówić mu wyjątkowego talentu.

Jego potwierdzeniem było to, że w 1996 roku, jako zaledwie 24-latek został wyróżniony jako… jeden z pięćdziesięciu najlepszych koszykarzy w historii ligi. Wtedy budziło to oczywiście niemałe kontrowersje – ale po latach się obroniło. Bo podkoszowy wygrał choćby cztery tytuły mistrzowskie, trzy statuetki MVP Finałów i jedną sezonu regularnego.

Ta wspaniała kariera dobiegła końca w 2011 roku. Shaq, który przegrywał już wyraźnie walkę z powracającymi kontuzjami, po prostu musiał powiedzieć “stop”. Zresztą – to nie była zapewne zbyt ciężka decyzja. Bo każdy wiedział, że po zawieszeniu butów na kołku sobie poradzi. Czekały go kolejne wrażenia.

Bardzo szybko ukazała się jego biografia. Wrócił też na uniwersytet, aby zdobyć dyplom. Do tego, jak wspominaliśmy, został zatrudniony w TNT.

Od momentu, gdy ogłosił swoją “emeryturę”, już pierwszego czerwca minie okrągłe dziesięć lat. Dziesięć lat, które minęło mu również na gościnnych udziałach w WWE, rozmaitych skeczach oraz coraz większym angażowaniu się w biznes – zostawał częściowym właścicielem klubu Sacramento Kings, kupował udziały w zespole esportowym NRG Sports, a także punktach gastronomicznych – Krispy Kreme czy Papa John’s.

Mogłoby się zatem wydawać, że Shaquille zostawił czasy zawodnicze dawno za sobą. Ale nic bardziej mylnego. Bo on uwielbia do nich wracać.

Kultowe stało się choćby to, że w każdej dyskusji, którą prowadzi z Charlesem Barkleyem, używa “argumentu pierścieni”. Czyli tego, że on cztery razy wygrał mistrzostwo, a jego kolega ani razu. Ale co jeszcze ciekawsze – mało kto zdaje sobie sprawę ze swojej wielkości równie mocno co Shaq, ale też mało kto czuje się równie niedoceniany.

Karierze O’Neala – na pierwszy rzut oka – wiele nie brakuje. Bo czy istnieje coś szczególnie ważnego, czego nie zdobył? Jest nawet mistrzem olimpijskim z Atlanty. Po latach okazało się jednak, że powinien być też częścią oryginalnego Dream Teamu, z 1992 roku.

– Byłem zły. Byłem zazdrosny. Ale potem zdałem sobie sprawę, że może i byłem lepszym motorycznie, silniejszym graczem, jednak Christian Laettner [który, jako inny zawodnik z NCAA, został wybrany w jego miejsce przyp. red.] miał lepszą technikę. Plus został całe cztery lata na uczelni i skończył studia. Myślę, że pomogło mi to dojrzeć jako zawodnikowi – mówił w 2012 roku.

Niby nic, choć dało się wyczuć odrobinę żalu. W późniejszych latach się jednak z tych słów wycofał, mówiąc, że w tamtym czasie Laettner był od niego lepszym koszykarzem. Widocznie zadowolił się tym, że przecież był częścią “Dream Teamu III”. Dla wielu – ubogiego poprzednika zespołu z Michaelem Jordanem, Magicem Johnsonem i Larrym Birdem. Ale nie dla Shaqa, który na Instagramie zamieścił komentarz, w którym oznajmił, że to jego ekipa, a nie Dream Team, jest najlepszą drużyną w historii Stanów Zjednoczonych.

Shaquille w 2000 roku wygrał też statuetkę MVP. Już jako ekspert TNT zaznaczał jednak, że powinien mieć ich więcej. – LeBron i ja jesteśmy podobni. Obaj mogliśmy być MVP w każdym sezonie. Ale głosujący zmieniają swoich faworytów. On wygrał cztery. Ja powinienem trzy, na luzie. Kobe tak samo. Powinienem na przykład wygrać obie, które trafiły do Steve’a Nasha. To mnie wkurza. Nash o tym wie – mówił w 2017 roku.

Trzy lata później, kiedy w czasie Inside The NBA prowadzący połączyli się z Nashem, O’Neal wcale nie siedział cicho. – Skoro jesteś u siebie w mieszkaniu, może pokazałbyś jedną ze statuetek MVP, które mi ukradłeś? – rzucił do znajomego koszykarza. – Trudno, żebyś zostawał MVP, kiedy nie potrafiłeś trafić rzutu osobistego – ripostował Kanadyjczyk.

Wszystko w imię dobrej zabawy – można byłoby powiedzieć. Poniekąd to prawda, ale nie da się ukryć – nawet lata po zakończeniu kariery ambicja Shaquille’a O’Neala bywa podrażniona.

*****

Co mówią liczby? Czy to faktycznie prawda, że Shaquille O’Neal powinien zostać w MVP w 2005 i 2006 roku? Cóż, w pierwszym przypadku do pokonania Nasha faktycznie zabrakło mu niewiele – przegrał o 34 punkty (głosujący, których jest 127, dają zawodnikowi 10 punktów, jeśli umieszczą go na pierwszym miejscu, 7 punktów, jeśli na drugim oraz 5 za trzecie). Natomiast, jeśli chodzi o sezon 2005/2006 – tu kanadyjski rozgrywający wygrał dość pewnie.

A Shaq… nie otrzymał ani jednego głosu. Lata później doszło jednak do niego, że zdecydowanie mógł wygrać. Bo czemu nie. Natomiast wracając do kwestii Dream Teamu – to, że drużyna z 1996 roku była lepsza od tej 1992 roku, jest – powiedzmy – mało popularną opinią. Choć niekoniecznie nietrafną. Pół żartem pół serio, jedni mieli Shaqa, drudzy nie.

*****

Kiedy Shaq nie skupia się na sobie – obiera za cel współczesnych koszykarzy, tak jak pisaliśmy powyżej.

Szczególnie często dostaje się Rudy’emu Gobertowi. Kiedy buchnęła informacja, że ten otrzymał jeden z najwyższych kontraktów w historii NBA (205 milionów za 5 lat), ekspert TNT nie mógł powstrzymać się od uszczypliwości. – Nie będę “hejtował”, ale to powinna być inspiracja dla wszystkich dzieci. Zdobywasz 11 punktów na mecz, a potem dostajesz 200 milionów. […] Cieszę się szczęściem jego i jego rodziny. Ale to szczególny moment dla dzieciaków, które myślą, że nie są w stanie czegoś osiągnąć.

Potem Shaq wrzucił też post na Instagrama z przeróbką na której, ubrany w koszulkę Lakers, wsadza piłkę nad bezradnym Francuzem. – Miałbym 45 punktów, 16 zbiórek, 10 nietrafionych osobistych w trzy kwarty. On miałby 11 punktów, 4 zbiórki i komplet fauli – czytamy.

Gobert odpowiedział na Twitterze: – Nie ma konfliktu. Jeśli ludzie chcą gadać o mnie w negatywny sposób albo nie doceniać tego, co robię, to ich sprawa. Pokazuje tylko, jakimi są osobami. Ja zawsze się cieszę, kiedy brat pokonuje bariery. I samemu będę robił to dalej.

Co tu dużo mówić – zachował spokój, ale nie ma mowy o żadnym spoufalaniu się. To zresztą nie jedyna sytuacja, w której koszykarze nie traktują uwag Shaqa poważnie. Kiedy Chris Wood, zawodnik Rockets, usłyszał od niego, że wcześniej go nie kojarzył, ale teraz się to zmieniło, odparł: – Człowieku, jesteś niedzielnym fanem. Między innymi do O’Neala mogły być też kierowane słów Kevina Duranta, który mówił: – Te stare głowy powinny pójść na emeryturę. Chłopaki mają trenerów, którzy pracują z nimi każdego dnia.

Wtórował mu LeBron James: – Jest różnica między konstruktywną krytyką a łagodnym “hejtowaniem”. Wiele razy to widziałem na własnym przykładzie.

Sam Shaq nie zamierza jednak odpuszczać. Parę dni temu pojawił się w programie “Dan Patrick Show”, w którym bronił swoich racji. – W tych czasach wiele ludzi się łatwo obraża. Myśli: oj, jesteś dla mnie zbyt surowy. Pamiętam, jak to było ze mną. Rzucałem trzydzieści punktów na mecz, ale potem wielki Kareem Abdul-Jabbar powiedział, że, hej, nie zdobyłem jeszcze mistrzostwa. I co? Płakałem? Narzekałem na to w social mediach? Nie. Nic nie powiedziałem. Kiedy ktoś taki mnie krytykuje, notuje i słucham oraz staję się lepszym. Obecne chłopaki są miękkie.

W międzyczasie Shaq został przyłapany na tym, że nie zna pierwszego imienia Pascala Siakama, uczestnika meczu Gwiazd z 2020 roku. Oraz pojawił się na gali wrestlingu AEW, na której z hukiem wypadł z ringu, przy lądowaniu łamiąc stół. I tak to się kręci.

Shaquille O’Neal niezmiennie denerwuje, szokuje, sprawia, że traktujemy go z przymrużeniem oka, ale też rozczula i po prostu bawi. Jest sobą. I choć niektórzy mogą uważać, że jako ekspert od koszykówki sprawdza się średnio, szefowie telewizji TNT zdecydowanie tej opinii nie podzielają. Bo zbliżający się do pięćdziesiątki olbrzym jak nikt inny przyciąga kibiców przed ekrany.

Jeśli zatem narzekamy, że wszystko się zmienia, i życie bywa ulotne, to powinniśmy docenić gościa, który niezmiennie nam towarzyszy, tak prawdziwy jak zawsze. Choć karierę zakończył już niemal dziesięć lat temu, Shaq absolutnie nie przestał być Shaqiem.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
majkel
majkel
3 miesięcy temu

Shaq to taki Jan Tomaszewski NBA.

xdd
xdd
3 miesięcy temu
Odpowiedz  majkel

Też ma dwubiegunówkę?

Olgierd
Olgierd
3 miesięcy temu

Dobry tekst!

Aktualności

Kalendarz imprez