Sezon zaczął się na dobre. Kolarze przejechali Mediolan-San Remo

Sezon zaczął się na dobre. Kolarze przejechali Mediolan-San Remo

Choć ten zawsze zaczyna się wcześniej, choć kilka sporych wyścigów już zdążyło się odbyć, choć zawodnicy walczyli już o ważne triumfy, to jednak początek najważniejszej części kolarskiego sezonu zawsze wyznaczony jest przez Mediolan-San Remo – jeden z najstarszych, najważniejszych i najdłuższych jednodniowych wyścigów świata. Dziś peleton przejechał przez trasę właśnie tej imprezy, zmierzając ku – jak się okazało – sensacyjnemu rozstrzygnięciu.

Monument

To wyścig piekielnie trudny, choć jego trasa należy do jednej z najłatwiejszych – o ile w ogóle nie należałoby jej uznać za najłatwiejszą – spośród monumentów, grupy najważniejszych kolarskich wyścigów jednodniowych. Przez kilka godzin niemal nic się nie dzieje. Niemal, bo wiadomo, że zawsze sformuje się ucieczka. Zawsze ktoś może odpaść wcześniej przez defekt czy upadek. Zawsze może przytrafić się niespodzianka. Jednak jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to przez kilka godzin wszyscy faworyci pojadą razem w peletonie. A potem – na ostatnich kilkunastu, może kilkudziesięciu kilometrach – zacznie się prawdziwa rywalizacja.

Decyduje często ostatni podjazd i zjazd oraz płaski odcinek po nim. Podjazd zwie się Poggio, to tam często rozstrzygają się losy wyścigu. Tam jedni atakują, drudzy tracą, trzeci wyczekują idealnego momentu, by urwać się innym. Kilka godzin rywalizacji sprowadza się do ostatnich dwudziestu minut, w trakcie których trzeba idealnie rozegrać wyścig taktycznie. Nic dziwnego, że często triumfują w nim kolarze, który ten zmysł mają rozwinięty wprost idealnie – w 2017 roku dokonał tego na przykład Michał Kwiatkowski. Ale to równocześnie wyścig dla sprinterów, którzy – jeśli przetrwają wszystkie trudności – mogą liczyć na to, że finisz odbędzie się z większej grupy. Choć często dzieje się inaczej. Bo dystans i wszelkie trudności, jakie napotkać można po drodze, nierzadko sprawiają, że sprinterzy odpadają wcześniej.

Przede wszystkim jednak – to wyścig, w którym niesamowicie wiele zależy od formy danego dnia. Jeśli nogi niosą, wygrać go może tak naprawdę każdy, kto na kilka kilometrów przed końcem będzie w przewodzącej stawce grupie. I choć w ostatnich latach wygrywali faworyci, to dziś wyraźnie przypomniano nam o tym, że kolarstwo kochamy przede wszystkim za niespodzianki.

Mieli triumfować oni…

Największych faworytów właściwie było trzech. Owszem, nikt nie wykluczał, że zatriumfuje ktoś inny, ale jeśli już myślało się o stawianiu pieniędzy na jakiegoś kolarza, to powinien być to Mathieu van der Poel, Wout van Aert lub Julian Alaphilippe. Ostatni z nich zapowiadał, że gdziekolwiek i jakkolwiek nie zaatakowaliby rywale, jest gotów odeprzeć ich akcje i utrzymać się na kole. Chodziło mu jednak głównie o van der Poela. Holender od początku sezonu imponuje znakomitą formą, którą zaprezentował triumfując w znakomitym stylu choćby w wyścigu Strade Bianche. Ale i van Aert, obrońca tytułu w Mediolan-San Remo, zdołał się pokazać – między innymi na trasie Tirreno-Adriatico, gdzie w klasyfikacji generalnej zajął drugie miejsce.

O każdym z nich można było napisać, że moc w nogach ma wprost niesamowitą i na Poggio może zaatakować. Zresztą to był najbardziej prawdopodobny scenariusz – atak tam, odjazd małej grupki i walka o zwycięstwo na ostatnich kilometrach w gronie ledwie kilku kolarzy. Gdyby jednak miało być inaczej, to do grona faworytów dochodzili tacy kolarze jak Peter Sagan, Tom Pidcock, Sergio Higuita czy Matteo Trentin. My, oczywiście, liczyliśmy na Michała Kwiatkowskiego, choć ten jakiś czas temu poważnie się poobijał, więc były to raczej niewielkie nadzieje. Do tego wszystkiego dochodziło jeszcze kilku typowych sprinterów, gdyby jednak peleton się nie porwał.

Generalnie więc – jak to zwykle bywa w Mediolan-San Remo – trudno było przewidzieć, co stanie się na końcu. I dla tych ostatnich kilometrów warto było ten wyścig oglądać.

…a wygrał on

Bo i faktycznie, może to tylko pół godziny z niemal siedmiu, jakie ten wyścig trwał. Ale ileż tam się działo! Na Poggio szybko zaczęli odpadać niektórzy kolarze, choćby Elia Viviani, który nie wytrzymał narzuconego tempa. Choć to nie może przesadnie dziwić, Włoch miał przerwę związaną z problemami z sercem, wraca do rywalizacji. Chwilę później atak przypuścił Julian Alaphilippe. Francuz ma to do siebie, że czasem jeździ jak szalony, napędzany serduchem, ambicją. I spróbował właśnie tak odjechać rywalom. Ci jednak nie odpuścili i w pościg ruszyło nie kilku, a kilkunastu kolarzy.

Przez to porwała się główna grupa, ale na zjeździe zawodnicy znów się zjechali. W czołówce wciąż utrzymywał się Michał Kwiatkowski, choć był jednym z tych kolarzy, którzy musieli gonić prowadzącą grupkę. Inaczej niż na przykład van der Poel czy van Aert, doskonale kontrolujący wszystkich rywali. Ci jednak też mieli powody do niepokoju – do samego końca w czołówce znajdował się Caleb Ewan, doskonały sprinter, mogący wydrzeć wszystkim zwycięstwo na ostatnich metrach. Wydawało się więc, że jeśli faworyci nie chcieli pozwolić mu zgarnąć dla siebie zwycięstwa, powinni zaatakować.

Czekali jednak.

Nie czekał za to Jasper Stuyven. Belg zaatakował jakieś 2,5 kilometra przed metą i wypracował sobie niezłą przewagę, choć w końcu złapał go Soren Kragh Andersen. Tyle że Belg miał jeszcze nieco pary w nogach. I gdy już wydawało się, że na ostatnich metrach obu tych kolarzy dopadnie pościgowy pociąg faworytów, Stuyven znów depnął mocniej, odskoczył Andersenowi i pognał do mety. Wyszło idealnie. Wygrał, wyprzedzając drugiego na mecie Ewana o długość roweru. Taktycznie okazał się więc zdecydowanie najlepszy, ale trzeba też przyznać, że mimo przejechanych kilometrów i swojej wcześniejszej akcji, zachował wiele sił na sprint.

Czułem się dobrze przez cały dzień, wszystko szło dobrze, byłem w czołówce na Poggio, ale w grupie było wielu szybkich kolarzy. Oglądali się, wahali. Ruszyłem instynktownie. Spróbowałem, włożyłem w to wszystkie siły. Wiedziałem, że jeśli uda mi się oderwać, to mogę pojechać dobry finisz. Wiedziałem też, że jeśli dojadę z innymi, to skończę gdzieś między piątym a dziesiątym miejscem. Wolałem zaryzykować wszystko i przegrać, ale mieć możliwość odniesienia najważniejszego zwycięstwa w karierze. Na ostatnim kilometrze zobaczyłem, że przeskakuje do mnie Soren, próbowałem złapać oddech. Miałem nadzieję, że da mi zmianę i tak zrobił. Dostałem 300 metrów na regenerację – mówił Stuyven. Podarowane mu 300 metrów wykorzystał, jak wspomnieliśmy, idealnie.

Dla Belga to największy sukces w karierze. Na mecie był bliski łez, ściskali go koledzy i inne osoby z zespołu. Nikt nie spodziewał się tego triumfu, choć Jasper kilka razy udowodnił już, że umiejętności ma. Zwykle jednak brakowało mu czegoś, by zademonstrować je w pełni. Wygrywał co prawda niektóre mniejsze wyścigi czy etapy większych (choćby raz na Vuelcie), ale brakowało mu takiego sukcesu, choć w jednodniowych wyścigach często kończył w czołówce. Dziś – ku zaskoczeniu niemalże wszystkich – miał swój wielki dzień.

I to jest właśnie kolarstwo – zawsze znajdzie jakiś sposób, żeby zaskoczyć i pokazać, że nikogo nie można skreślać. A kto wie, może to zapowiedź całego, sensacyjnego i emocjonującego sezonu? Nie mielibyśmy nic przeciw.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez