Minęły lata, a Scottie Pippen cieszy się życiem

Minęły lata, a Scottie Pippen cieszy się życiem

Scottie Pippen obchodzi dziś 55. urodziny. Świat zapamiętał go jako wielokrotnego mistrza NBA, złotego medalistę olimpijskiego, prawą rękę Michaela Jordana. W ostatnich latach były koszykarz Bulls coraz częściej pojawia się w mediach. Mógłbyś go jednak nie poznać. I to nie tylko dlatego, że zamiast czerwonego uniformu, zakłada bardziej eleganckie ubrania.

Dzisiejszy solenizant włosy zapuścił już jakiś czas temu, ale teraz nosi dredy. Jego wizerunek współtworzą też diamentowy kolczyk oraz, od czasu do czasu, okulary przeciwsłoneczne. To nowy Pippen, już dawno nie Robin dla swojego Batmana, już dawno niekozłujący piłki, ekspert telewizyjny pełną gębą.

Przed pandemią regularnie zasiadał w studiu The Jump, programie prowadzonym przez Rachel Nicols, teraz częściej “gości” w nim na odległość. Wypowiada się o dzisiejszej NBA, ale zdarza mu się zahaczyć o stare czasy. Obok niego swoje opinie wygłaszają inni emerytowani gracze – na czele z Tracym McGradym oraz Chaunceyem Billupsem. Jest od nich kilkanaście lat starszy, ale, przez swoje zabiegi odmładzające, wcale nie wygląda.

Czasem idzie z nurtem, czasem zdarza mu się wygłosić bardziej kontrowersyjną opinię. Ale kiedy mówi – inni go słuchają, bo to w końcu Scottie Pippen. Gość, który już za czasów zawodniczych pokazywał zadziorny charakter i choć z pokorą grał drugoplanową rolę w drużynie Michaela Jordana, doskonale znał swoją wartość. Teraz kiedy znowu znajduje się w świetle kamer, czuje się jak ryba w wodzie.

Wyjątkowy numer dwa

Zdobył sześć mistrzowskich pierścieni z Chicago Bulls, ale większość splendoru zawsze kradł mu najsłynniejszy koszykarz wszech czasów. Co jednak, gdyby ten, który zasiadał w drugim rzędzie, przesiadł się do pierwszego?

Oczywiście tak też bywało. Kiedy Jordan w 1993 roku odszedł na emeryturę i powrócił z niej dopiero w 1995 roku, Pippen miał niecałe dwa lata, aby udowodnić, że jest wielkim graczem. Albo nie tyle wielkim, ile jednym z największych. Bo przecież do jego talentu już wcześniej nikt nie miał zastrzeżeń. Przed tym jak “Jego Powietrzność” zawiesił buty na kołku, trzykrotnie pojawiał się w Meczu Gwiazd.

– Słyszałem różne plotki na temat tego, dlaczego zakończyłem karierę. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzieli, że kiedy stracę motywację i głód wygrywania, będzie to dla mnie czas, aby pożegnać się z koszykówką. Czuję, że znalazłem się na szczycie i nie mam już nic więcej do udowodnienia – powiedział na konferencji prasowej Michael Jordan. I nagle jego kumpel z drużyny miał całą scenę dla siebie.

Decyzja Michaela była szokiem dla całego sportowego świata, również samej szatni Bulls. – To nas wszystkich zaskoczyło, jednak nie zmieniło nic w kwestii tego, co musimy zrobić jako zawodnicy. Musieliśmy przygotować się do następnego sezonu. Trzymać się rutyny, dalej trenować. Mogliśmy udowodnić, że jesteśmy dobrym zespołem i bez Michaela – mówił po latach Pippen.

Łatwo jednak nie było. Odmienieni Bulls, którzy przywitali kilka nowych twarzy, ale stracili tą najważniejszą, przegrali pierwsze siedem z dwunastu meczów sezonu 1993/1994. Było to co prawda w lwiej części spowodowane kontuzją Pippena, który wystąpił w zaledwie dwóch grach. Kiedy już wrócił, od razu pokazał, że “jest nowy szeryf w mieście”. Spotkanie z Phoenix Suns zakończył z dorobkiem 29 punktów, 11 zbiórek i 6 asyst, prowadząc swój zespół do zwycięstwa 132:113.

Byki złapały wiatr w żagle. Z kolejnych trzydziestu pięciu meczów przegrały… tylko pięć. Następnie czekała ich przerwa w sezonie, spowodowana corocznym Weekendem Gwiazd. Pippen miał po raz czwarty w karierze okazję wystąpić w starciu największych gwiazd ligi. Widocznie poczuł, że, jako samotny Byk, musi się w nim pokazać. Zdobył statuetkę dla MVP. – Uważam to za świetne osiągnięcie, ale, z upływem czasu, nic spektakularnego. Nie można tego porównać, oczywiście, do wygrania mistrzostwa, ani nawet nominacji do najlepszej piątki. Jednej nocy byłem w stanie błyszczeć najjaśniej w tłumie najlepszych sportowców na świecie. To tyle – wspominał.

Jego ambicje sięgały znacznie wyżej. Bulls zakończyli sezon regularny z bilansem 55 zwycięstw i 27 porażek, zaledwie dwie wygrane gorszym niż rok temu. I jawili się jako poważny kandydat do mistrzostwa.

Pippena mogły cieszyć nie tylko drużynowe osiągnięcia. Pod nieobecność Jordana liderował w zespole w punktach (22,0), zbiórkach (8,7), asystach (5,6) oraz przechwytach (2,93 – drugi wynik w NBA). To zapewniło mu nie tylko miejsce w najlepszej piątce sezonu. W głosowaniu na MVP zajął bowiem trzecie (!) miejsce, za Hakeemem Olajuwonem i Davidem Robinsonem.

– Każdy pracował wtedy ciężko na sukces, a Scottie był niesamowitym liderem – wspominał trener Bulls Phil Jackson. – Prawdopodobnie zasłużył na bycie MVP całej ligi. W tamtym roku pokazał niesamowity poziom, na który jest w stanie wejść. Przewodził zespołowi, który grał bardzo dobrze i bardzo nieegoistycznie.

Sam Pippen zaprzeczał, jakby śniły mu się indywidualne laury. – Nigdy nie myślałem o wygraniu MVP. Nigdy nie myślałem o tego typu sprawach. To nie łączy się z tym, jak patrzę na koszykówkę. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, aby spróbować zostać najlepszym strzelcem w lidze. Uważałem to za samolubny cel i o ile miałem swoje ambicje, to dotyczyły one nominacji do najlepszych defensywnych piątek sezonu oraz nagrody dla najlepszego defensora w lidze. Chciałem być czołowym graczem na świecie, ale dążyłem do tego w swój naturalny sposób.

Ostatecznie brak Jordana zabolał Bulls. Ich wojaże w fazie play-offs zakończyły się na półfinałach konferencji. W starciu z New York Knicks, późniejszymi finalistami, zespołowi Pippena zabrakło nieco siły ognia – przegrali 3:4 w serii do siedmiu zwycięstw.

Podczas tej batalii widzieliśmy kilka oblicz Pippena. Przede wszystkim te znakomitego koszykarza, ale również inne, nieco negatywne. W ostatnich sekundach trzeciego meczu nie mógł pogodzić się z decyzją trenera Jacksona, który – zamiast niego – postanowił rozrysować zagrywkę na Toniego Kukoca. Był widocznie wściekły. Chorwat jednak oddał rzut na zwycięstwo… i trafił.

Podczas ostatniego meczu serii widzieliśmy natomiast Scottiego prowokatora. W jednej akcji popisał się wsadem tuż nad skaczącym do bloku Patrickiem Ewingiem. Od razu po “lądowaniu” silnie popchnął rywala, a następnie prawie przeszedł mu po twarzy. To spotkało się z reakcją siedzącego przy parkiecie Spike’a Lee, znanego reżysera i zagorzałego kibica Nowojorczyków, który sugerował, że Pippen popełnił faul niesportowy. Tymczasem zawodnik Bulls, z szerokim uśmiechem na twarzy, machnął ręką i powiedział: – Usiądź, Spike.

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, bo decydujące spotkanie trafiło w ręce Knicks. Misja Pippena się nie powiodła. W kolejnym sezonie do gry wrócił Michael Jordan, a jeszcze w następnym Byki wróciły na tron.

Sezon 1993/1994 pokazał, albo potwierdził, jednak jedną istotną rzecz. Że duet Jordan-Pippen nie był złożony z samca alfa i pokornego pomocnika. Bo Scottiemu nie brakowało ani umiejętności, ani charakteru.

– Nie odnieśliśmy takiego sukcesu, jaki był w planach, ale cieszyłem się wtedy koszykówką i byciem częścią tego zespołu. Cieszyłem się też tym, jakie robiłem postępy. […] Trudno było się wybić podczas grania z Michaelem, szczególnie w czasie moich trzech pierwszych sezonów. Ale przez to, że go na chwilę zabrakło, dostałem trochę pola do rozwoju. I kiedy już wrócił, nie stałem za nim, tylko obok niego – mówił koszykarz

Nie lekceważ Scottiego

W 2020 roku o drużynie Chicago Bulls z lat dziewięćdziesiątych znowu zrobiło się głośno. Wszystko za sprawą dokumentu “The Last Dance”, który opowiada historię sezonu 1997/1998 w wykonaniu Byków, ale wraca również do starszych czasów. Jednym z jego głównych wątków jest konflikt zespołu z zarządem, a głównie menadżerem generalnym klubu – Jerrym Krausem.

Szczególnie gorąco było pomiędzy nim a Pippenem. Poszło oczywiście o pieniądze. W 1991 roku koszykarz podpisał siedmioletni kontrakt z Bulls opiewający na 18 milionów dolarów. W tamtym momencie ta kwota nie budziła jeszcze kontrowersji, ale z upływem czasu zaczęła skrzydłowemu doskwierać. Inni zawodnicy zarabiali coraz więcej, a on – mimo swojego talentu – tkwił przy starej umowie. Krause nie był jednak prędki, aby zaproponować mu nowy, lukratywny kontrakt.

Pippen czuł się niedoceniany. W pewnym momencie zażądał nawet transferu, ale sprawa rozeszła się po kościach. W 1999 roku nie było już jednak odwrotu – przeszedł do Houston Rockets, którzy wystawili porządną kasę na stół. Jego duma ucierpiała też w okolicach 1992 roku, kiedy władze Bulls zawiesiły oko na Tonim Kukocu. Młody Chorwat był ich oczkiem w głowie, a polowanie na niego, opóźniło przyznanie podwyżki Scottiemu. Podwyżki, która, jak się okazało, i tak z biegiem czasu zaczęła wyglądać marnie.

Zawodnik Bulls zemścił się na Kukocu – tudzież udowodnił swoje władzom Bulls – podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie. W spotkaniu z Chorwacją skupił się na kryciu 23-latka do tego stopnia, że ten trafił tylko jeden z dwunastu oddanych rzutów. – Chciałem, by cały świat zobaczył nas w walce 1 na 1. Mogłem zamówić Krausemu wielki telewizor – mówił Pippen.

To był niejedyny świetny mecz zawodnika Bulls podczas IO. Niektórzy twierdzą, że stał się najważniejszą postacią “Dream Teamu”. – Ludzie nie pamiętają, że to Pippen był liderem w asystach w Dream Teamie. Nie Magic, nie Stockton, tylko on. Był najlepszym zawodnikiem w tym zespole. On sprawiał, że piłka krążyła i wszystko się kleiło – komentował niedawno Gilbert Arenas.

Konflikt z Krausem czy uraz do Kukoca pokazują jedno: Pippen mógł być numerem dwa w Bulls, ale nigdy nie cierpiał na brak sporego poczucia wartości. A nawet odrobiny gwiazdorstwa.

To zostało mu do dzisiaj. W czasie trwania tegorocznych półfinałów konferencji wschodniej Richard Jefferson postanowił wypowiedzieć się na temat znajdującego się w gorszej formie lidera Bucks Giannisa Antetokounmpo. – Giannis może być Pippenem… Tak, powiedziałem to! On potrzebuje swojego Jordana – napisał na Twitterze były koszykarz NBA i ekspert telewizyjny.

Niedługo później dostał odpowiedź od Pippena: – Nie jestem Giannisem – nie mam dwóch MVP z rzędu – i on nie jest mną. Pytanie brzmi: kim byłeś ty jako koszykarz? – odpisał.

Zaryzykujemy, że mało który emerytowany koszykarz wściekłby się na porównanie do 25-letniej megagwiazdy…

Wcale nie stary pan

Po latach Scottie Pippen często pojawia się w mediach, robiąc za wyrocznię. Albo używając bardziej formalnego języka – wygłasza swoje opinie na temat współczesnej koszykówki.

W maju 2017 roku stwierdził, że nie powinno się porównywać LeBrona Jamesa do jego równie utytułowanych rywali. – Myślę, że wcale nie wyprzedził Kobego, nie. I sądzę, że nie powinno się go porównywać ani do niego, ani do Jordana, ponieważ grają na innych pozycjach. Kobe i Michael to obrońcy, strzelcy. Są poniekąd jak Kyrie Irving, najpierw szukają okazji do zdobywania punktów. Nie mają charakteru kreatora gry – tak jak LeBron, który jest dominującym i potężnym graczem potrafiącym podawać.

I cóż, można się z tym oczywiście zgodzić. Problem w tym, że nieco ponad pół roku później Pippen zmienił stanowisko i samemu zaczął się bawić w porównania. Pytany o to, kto jest lepszy – Jordan czy Lebron – postawił na byłego kolegę z drużyny. Ale po chwili dodał: – Jednak pod kątem statystyk, LeBron jest lepszym koszykarzem. Gdyby chciał, mógłby notować średnio triple-double (dwucyfrowe zdobycze w trzech kategoriach statystycznych, zazwyczaj punktach, zbiórkach i asystach).

Takie zdanie ma do dzisiaj. Raczej woli Jordana, jednak LeBron pod wieloma względami jest lepszy, wszechstronniejszy. A potem dodaje, że na końcu to też po prostu inni zawodnicy.

Jego podejście może nieco dziwić. Grałeś z gościem, to twoje czasy, czemu za nim nie stoisz? To trochę jakby osoba wychowana na muzyce lat siedemdziesiątych mówiła, że na dobrą sprawę Migos nie brakuje wiele do Led Zeppelin. Można spekulować, że Pippena nie cieszy specjalne wychwalanie Jordana. Facetowi, który zdaje sobie sprawę z własnego talentu, zawodnikowi, który wiele razy czuł się niedoceniany – nie w smak jest pełnić funkcji orędownika.

To Scottie Pippen – gwiazda koszykówki, a nie Scottie Pippen – pomocnik kogoś innego. Tak najwidoczniej chce być postrzegany. Może od lat próbował pozbyć się starej łatki? Związek z Larsą Pippen, byłą żoną i znajomą Kardashianów, sprawił, że wylądował w towarzystwie celebrytów. Okulary, dredy czy kolczyki zapewniają mu nowy, młodszy wizerunek. Wciąż wszędzie go pełno, podczas gdy jego kolega z zespołu – już miliarder – robi wszystko, aby unikać salonów. Łączy ich tak wiele, a dzieli jeszcze więcej.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Pawel
Pawel
8 miesięcy temu

Zawsze uważałem że cała robota w Bulls była robiona przez Scottiego. Dla mnie zawsze będzie numerem 1 ten półindianiec. Jestem wiernym fanem tego koszykarza. Do końca.

Piotrek
Piotrek
8 miesięcy temu

Dziękuję za artykuł Kacper. Zwłaszcza o Scottim. Po Pocharze LeBrona w Lakers Scottie już wskaże na Króla.

Bartek
Bartek
8 miesięcy temu

to byly moje czasy sleczenia od 2.40 do 7 rano 🙂 Pippen i Rodman wykonywali 95% czarnej roboty w defensywie. Pippen byl pointPF nigdy nie potrzebowali ani wybitnego PG ani Centra. slynna triangle taktyka ktora nie sprawdzala sie nigdzie poza ta ekipa. Inna sprawa ze z kukocen na pg mieli bardzo wysoki sklad sietnie zbierajacy zarowno w ataku jak i obronie….

Aktualności

Kalendarz imprez