Ryan. Perła w koronie miotającego klanu Crouserów

Ryan. Perła w koronie miotającego klanu Crouserów

Fayetteteville w stanie Arkansas. Niewielkie, osiemdziesięciotysięczne miasteczko, z architekturą tak typową dla Południa Stanów Zjednoczonych, że na dłużej mogłoby zachwycić wyłącznie fanów serialu „Ozark”. A jednak, 24 stycznia bieżącego roku w tej niepozornej mieścinie doszło do historycznej chwili. Ryan Crouser, od grudnia 2019 roku mieszkaniec tego miasteczka, wysłał wszystkim rywalom do olimpijskiego złota bardzo czytelną wiadomość – mistrz z Rio się nie zatrzymuje i jest jeszcze mocniejszy niż w ubiegłych latach!

Trzydzieści dwa lata. Przez tak długi czas legendarny kulomiot, Randy Barnes, dzierżył rekord w pchnięciu kulą na zawodach halowych, który wynosił 22 metry i 66 centymetrów. Jednak nieprzypadkowo piszemy to w czasie przeszłym, gdyż Couser zdołał ustanowić nowy rekord świata na 22,82 cm. W pierwszym pchnięciu konkursowym. Oraz w swoim pierwszym oficjalnym pchnięciu w sezonie!

Przykuwa uwagę ten totalny luz, z jakim Ryan poniósł kulę na rekordową odległość. Pomijając fakt, że z wiadomych względów na hali nie było publiczności, on wyglądał na tych zawodach jak na treningu. Totalny relaks, czapka z daszkiem i przede wszystkim, ogromny spokój w pchnięciu. Ale kim w zasadzie jest człowiek, który po raz kolejny potwierdził, że jest głównym faworytem do olimpijskiego złota?

Ciekawa rodzinka z nudnego miasteczka

Crouser urodził się 18. grudnia 1992 roku w Portland, w stanie Oregon. Od dzieciństwa był skazany wszelkiego rodzaju sporty rzutowe, gdyż jego rodzina posiada silną tradycję w ich uprawianiu. Dziadek Larry zaczął rzucać, wygrywając nawet mistrzostwa kraju kiedy był w armii w latach 50. Ojciec Ryana, Mitch, pchał kulą oraz rzucał dyskiem, omal ocierając się o występ na Igrzyskach Olimpijskich w 1984 roku w Los Angeles. Z kolei wujek Brian był dwukrotnym mistrzem NCAA (Narodowe Stowarzyszenie Sportów Akademickich) w rzucie oszczepem i dwa razy reprezentował kraj na Igrzyskach. Kolejny wujek, Dean, był trzykrotnym mistrzem NCAA, raz w rzucie dyskiem, dwa razy w pchnięciu kulą. Jest również jego syn, Sam (kuzyn Ryana), który rywalizuje w rzucie oszczepem.

Co ciekawe, to właśnie Sam był zgodnie uważany przez klan Crouserów za tego, który ma większe szanse na międzynarodowy sukces, zdobywając w 2009 roku srebro Młodzieżowych Igrzysk Panamerykańskich. Aha, kobiety w dynastii Couserów reprezentuje Haley – siostra Sama, która również do niedawna rzucała oszczepem. Doprawdy, cała rodzinka zafiksowana na sporty rzutowe. Zatem jeżeli kiedykolwiek narzekaliście na to, że dzieciaki sąsiadów na podwórku znowu hałasują, albo że piłka kolejny raz obiła elewację budynku, pamiętajcie że gdzieś w stanie Oregon, w miejscowości (o ironio!) Boring, żyje rodzinka z posiadłości której na ulice, okoliczne domostwa i samochody, regularnie wyrzucane były dyski, oszczepy oraz metalowe kule. I tak już od trzech pokoleń. Zdecydowanie, sąsiedzi nie mogli nudzić się z Crouserami. 

– Posiadanie wielu olimpijczyków w jednej rodzinie, to coś fajnego. Zapewne znasz rodziny, które grają w koszykówkę lub futbol amerykański. Ale posiadanie rodziny, w której każdy rzuca, gdzie każdy docenia ciężką pracę włożoną nie tylko w samo stworzenie drużyny, ale również w zdobycie medalu, to coś wyjątkowego – mówił Crouser

Ryan regularne treningi rozpoczął w piątej klasie szkoły podstawowej, ale początkowo nie rokował na talent na miarę przyszłego mistrza olimpijskiego. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem ósmej klasy, kiedy młodzian wystrzelił do góry i zaczął nabierać tężyzny fizycznej. Zaczął czynić postępy do tego stopnia, że gdy chciał potrenować pchnięcie kulą u dziadka na podwórku i zepsuł rzut, ta przeleciała prosto przez dach szopy ogrodowej Larry’ego.

– Następnego dnia musiałem tam wrócić i położyć nową dachówkę – wspomina Ryan. Oczywiście, za wszystkimi sukcesami Crousera stoi również ciężka praca. Ale nie bez znaczenia pozostaje fakt że Ryan, posiadając w domu odpowiednie wzorce, nie ograniczał się do jednej dyscypliny, lecz postanowił spróbować swoich sił we wszystkich rodzajach rzutów. Ostatecznie postawił na pchnięcie kulą oraz rzut dyskiem i… przez długi czas mógł zachodzić w głowę, na której z tych dwóch dyscyplin się skoncentrować, i w zasadzie dlaczego nie na obu?

Przecież w 2009 roku ustanowił krajowy rekord w rzucie dyskiem o wadze 1,62kg dla drugich roczników szkół średnich, osiągając rezultat 61,72 m. Swoją drogą, rekord przetrwał rok i został pobity przez… Sama Crousera. W tym samym roku Ryan w obydwóch dyscyplinach wygrał młodzieżowe mistrzostwa kraju, więc nie było innej opcji – pojechał reprezentować USA na młodzieżowe mistrzostwa świata w Brixen i jako kulomiot, i jako dyskobol. Impreza okazała się bardzo udana dla młodego Amerykanina, konkurs pchnięcia kulą wygrał ze sporą przewagą nad naszym Krzysztofem Brzozowskim, posyłając kulę na 21,56 m (oczywiście, była to kula juniorska) i ustanawiając rekord mistrzostw. Natomiast w rzucie dyskiem uzyskał drugi rezultat, przegrywając z Egipcjaninem, Hamidem Manssourem.

Pchać czy rzucać?

Crouser bynajmniej nie jest pierwszym kulomiotem, który na wczesnym etapie kariery romansował z dyskiem, ba jego dwaj najsilniejsi obecnie rywale, Joe Kovacs i Tomas Walsh, również w młodości trenowali oba sporty. Korelacja pomiędzy tymi dyscyplinami jest dość popularna wśród kulomiotów. O podobieństwa, oraz czy rzucanie dyskiem na pewnym pomaga w treningu kulomiota, zapytaliśmy dwukrotnego mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą, Tomasza Majewskiego, i Konrada Bukowieckiego, naszego reprezentanta w pchnięciu kulą na Igrzyskach w Tokio, oraz srebrnego medalistę mistrzostw Europy z 2018 roku.

– Obie te konkurencje można trenować równolegle, paru zawodnikom w historii to się udawało. Według mnie to żaden problem, bo trening jest bardzo podobny, jeszcze tym bardziej jak ktoś jest obrotowcem, to jest podobny ruch w kole. Rzut dyskiem traktowany jest w ramach oddechu, odskoczni – mówi Majewski.

– Nie wiem, czy z Crouserem mogłoby być lepiej, gdyby skupił się na jednej dyscyplinie, bo jest świeżo upieczonym rekordzistą świata. Więc wychodzi na to, że było mu to potrzebne. Ja sam jestem zawodnikiem, który w latach młodzieżowych łączył te dwie konkurencje. Teraz tego nie robię, jeśli rzucam to bardziej dla funu i tego, żeby zrobić coś innego – dodaje Bukowiecki.

Crouser jeszcze przez długi czas, bo aż do 2015 roku, uczestniczył w zawodach NCAA w rzucie dyskiem, robił to chyba głównie dla relaksu, ponadto kule pociągały go bardziej z prostego względu. Kula waży ponad 7 kilogramów. Kiedy ją rzuca, nie przejmuje się jaki jest wiatr, więc wynik zależy tylko od niego samego. W przypadku dysku, wpływ warunków atmosferycznych na wynik jest znacznie większy.

Sezon 2010/2011 upłynął mu pod znakiem kontuzji stopy, co nie przeszkodziło w ustanowieniu trzech kolejnych krajowych rekordów szkół średnich, w tym jednego w rzucie dyskiem. W końcu nadszedł czas wyboru uniwersytetu, który dla nikogo ze środowiska Crousera nie był zaskoczeniem. Zgodnie z rodzinną tradycją, Ryan wybrał Uniwersytet Teksański w Austin, tym samym reprezentując barwy Texas Longhorns. W tym okresie nastąpiła również zmiana techniki pchnięcia kuli przez Crousera. Na mistrzostwach świata juniorów pchał techniką klasyczną, którą później zamienił na obrotową. Oczywiście, w zawodach akademickich NCAA nie miał sobie równych, czterokrotnie wygrywając mistrzostwa, przy czym w drugim sezonie pokazał absolutną dominację. Wygrał wszystkie konkursy, zarówno w hali jak i na stadionie.

Konrad Bukowiecki: – W 2009 roku byłem na juniorskich mistrzostwach we Włoszech. Pojechaliśmy z trenerem i widziałem ten konkurs. Wtedy Ryan pchał ze ślizgu. Teraz pcha z obrotu, więc jest szansa na to, że ten jego przestój (o ile taki był) był spowodowany tym, że zmieniał technikę.

Tomasz Majewski: – Ryan został mistrzem świata juniorów młodszych, czyli bardzo szybko wszedł na dobry poziom. Potem w juniorach nie święcił większych triumfów, i dopiero w college’u zaczął pchać bardzo daleko, kiedy zmienił technikę z klasycznej na obrotową.

Sam zainteresowany po latach radził zawodnikom, żeby nie odchodzili za wcześnie od techniki ślizgu, gdyż uczy ona podstaw i elementów, które technika obrotowa zwykle pomija. Obecnie swoją technikę określa jako kombinację, której podstawą jest technika obrotowa, ale z elementami klasycznej, gdyż jako większy zawodnik musiał ją zmodyfikować nieco pod swoje potrzeby.

Ale dlaczego Amerykanie, posiadając złote dziecko pchnięcia kulą, nie posyłali go od razu na igrzyska olimpijskie? Powodów jest kilka i wszystkie łączą się ze sobą. Pierwszy jest bardzo prozaiczny – konkurencja wśród kulomiotów w samych Stanach jest szalenie mocna. W wygranym przez Tomasza Majewskiego konkursie olimpijskim w Londynie Stany Zjednoczone reprezentowali tacy mistrzowie, jak Reese Hoffa, Christian Cantwell czy wtedy świeżo upieczony halowy mistrz świata, Ryan Whiting. Ponadto, pchnięcie kulą to wyjątkowe połączenie siły, techniki oraz dokładnego poznania własnego organizmu. Nieprzypadkowo zawodnicy w tym sporcie w większości osiągają swój prime w wieku około trzydziestu lat. Żeby nie być gołosłownym: wspomniany w tekście Cantwell został mistrzem świata w wieku 29 lat,  w Hoffa mając 30. Tomasz Majewski zdobył pierwsze złoto olimpijskie w wieku 27, a drugie cztery lata później.

– To kwestia bardzo indywidualna, jak talent się rozwinie. Wiadomo, że ten najlepszy wiek dla kulomiotów wynosi od dwudziestu siedmiu-ośmiu lat, do trzydziestu dwóch, wtedy następuje najlepsza równowaga pomiędzy siłą a techniką. Ale mieliśmy zawodników, którzy jeszcze wcześniej wybuchali talentowo, tak że to jest dość indywidualna sprawa – komentuje Tomasz Majewski. 

Konrad Bukowiecki: – Ryan ma prime już od pięciu lat, już w 2016 roku rzucał ponad 22,5 m na konkursie olimpijskim. Nie da się jednoznacznie tego stwierdzić, czy to już jest teraz, gdyż zbyt wiele czynników na to wpływa. Ale Ryan to rocznik 92. Ma 29 lat, w tym roku. To jest dobry wiek na pobijanie rekordów, i jego przykład potwierdza tę tezę.

Klan Crouserów niejako musiał więc rozwijać swój największy talent głównie na zawodach krajowych. Szło to znakomicie: niespełna 22-letni Ryan w 2014 roku rzucał na odległość 21,39 m, a więc wynik, który dawałby medal na wielu imprezach rangi mistrzowskiej. Zatem dlaczego w ogóle nie pojechał na mistrzostwa świata do Pekinu rok później? Otóż u młodziana wyszedł właśnie brak znajomości własnego organizmu. Innymi słowy, totalnie zmienił swój program treningowy. Wcześniejszy, sprawdzony, opierał się głównie na treningu siłowym ze stosunkowo niewielką domieszką szybkości oraz mocy pchnięcia. Ryan postanowił bardziej zrównoważyć trening, a lepsze okazało się wrogiem dobrego. Do tego stopnia, że na ostatnim mistrzowskim turnieju NCAA 2015, rozgrywanym dwa miesiące przed mistrzostwami świata, Crouser nie pchnął nawet dwudziestu metrów, zajmując rozczarowujące, piąte miejsce i przy okazji nabawiając się kontuzji palca.

Po tej obniżce formy, Crouser powrócił do sprawdzonych metod treningowych, jednak nie zamykał się również na inne warianty. Crouser często trenuje z Joe Kovacs’em, i choć obaj rywalizują ze sobą w zawodach o najwyższe cele, to prywatnie bardzo się lubią. Trenują gimnastykę w celu poprawy zwinności i koordynacji ciała, w szczególności ramion. Ale oczywiście, głównym elementem jest trening siłowy. 225 kilogramów w wyciskaniu? Proszę bardzo. 315 w przysiadzie? Ryan lubi to! Jednak Crouser nie zamyka się na żaden rodzaj treningu. Sam mówi, że kiedy chce dać sobie w kość, idzie ze swoją dziewczyną potrenować yogę.

W celu utrzymania formy w tak ogromnym ciele (Crouser mierzy 201 centymetrów i waży 145 kilogramów!) potrzebna jest masa energii. Czyli jedzenia. Dużo jedzenia. A konkretnie pięć do pięciu i pół tysiąca kalorii dziennie, na które składa się pięć-sześć posiłków. W wywiadzie dla New York Times’a stwierdził „Już nawet nie lubię jedzenia. Każdy mój jeden posiłek odpowiada połowie jedzenia, jaką normalna osoba spożywa przez cały dzień. A ja jem tak pięć razy dziennie. Kiedy czuję się głodny w trakcie dnia, to znaczy że nie wykonuję prawidłowo swojej pracy. Dlatego jem cały czas. Czasami przed kolejnym posiłkiem, gapię się przez chwilę w talerz, myśląc „Znowu to.”

Cześć, jestem Ryan i zamierzam wygrać te igrzyska

W końcu nadszedł rok igrzysk olimpijskich w Rio, w którym forma Crousera wystrzeliła w górę. Już w mistrzostwach Stanów Zjednoczonych, których wynik decydował o kwalifikacji olimpijskiej, kulomiot z Oregonu posłał kulę na ponad 22 metry. Na samym turnieju zaczął od zwycięstwa w kwalifikacjach. Aż przyszło pierwsze pchnięcie w finale i… jak sam przyznaje, spaliły go nerwy. Odległość 21,15m dawała mu trzecie miejsce, ale Joe Kovacs posłał kulę o ponad 60 centymetrów dalej, a za plecami czaił się Tomas Walsh. Można było w ciemno zakładać, że w którejś z następnych prób pobije odległość Crousera. Kto wie, czy właśnie nabranie odrobiny luzu nie pomogło Ryanowi?

Bo to, co działo się później, to były narodziny nowej gwiazdy pchnięcia kulą. Kolejna próba – 22,22m, nikt w drugiej serii nawet nie zbliżył się do tej odległości, a i nad wynikiem 21,78m Kovacsa z pierwszej serii była spora przewaga. Trzecia próba Crousera poprawia wynik o cztery centymetry. Czwarta jest słabsza. Ha, jak to brzmi! Przecież to czwarte pchnięcie na „zaledwie” 21,93m i tak dałby mu złoto. Zaś piątym, w którym kula wylądowała na odległości 22,52m, a obok wyniku pojawił się znaczek „OR”. Tym sposobem, debiutant na igrzyskach olimpijskich, człowiek któremu do tej pory nie dane było uczestniczyć w mistrzostwach świata, zdeklasował konkurencję.

Sześć rzutów zaliczonych, cztery dające złoty krążek, trzy ponad odległość dwudziestu dwóch metrów, jeden na rekord olimpijski Ulfa Timmermanna z Igrzysk w Seulu w 1988 roku.

Oglądałem ten rzut prawdopodobnie 10 000 razy i pomyślałem, że to jeden z najpiękniejszych rzutów, jakie kiedykolwiek widziałem. Pobicie tego rekordu na igrzyskach olimpijskich jest naprawdę wyjątkowe – powiedział Ryan Crouser, tym samym potwierdzając, że największym marzeniem jego rodziny było, aby nie tyle wygrał, co od razu pobił rekord legendarnego Niemca.

Żeby było jeszcze ciekawiej, przygotowania do igrzysk Crouser łączył z… regularną nauką na studia. Nigdy nie zaniedbywał nauki wiedząc, że w razie niepowodzenia w pchnięciu kulą (dyscyplinie, która pomimo zdominowania jej przez Amerykanów na przestrzeni lat, nigdy nie była tam popularna), będzie mógł znaleźć dobrze płatną pracę. Jak zakładał, tak zrobił, w tym samym roku napisał pracę magisterską z ekonomii. Tytuł uzyskał na miesiąc przed wyjazdem do Rio. Nawiasem mówiąc, jego przyjaciel i rywal z koła, Joe Kovacs, studiował finanse, więc i na tym polu obaj kulomioci mają ze sobą coś wspólnego.

Po sukcesie na igrzyskach, przyszła kolej na mistrzostwa świata w Londynie które dla Crousera okazały się sporym rozczarowaniem, choć nic tego nie zapowiadało. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej zdobył mistrzostwo USA, ustanawiając rekord mistrzostw pchnięciem na 22 metry i 65 centymetrów. Jednak w Anglii zajął szóste miejsce, z rozczarowującym wynikiem 21,20m. Sam Ryan podszedł na chłodno do swojego występu, stwierdzając, że to po prostu nie był jego dzień i jedyne co musi zrobić, to zasuwać mocniej. I powrócił w wielkim stylu choć… nie zdobył złotego medalu.

Finałowy konkurs w pchnięciu kulą Mistrzostw Świata w Dosze 2019 przejdzie do historii nie tylko tej jednej dyscypliny, ale lekkoatletyki w ogóle. To było prawdziwe starcie gigantów (dosłownie i w przenośni).

Pierwszą serię wybitnie rozpoczął Tomas Walsh, posyłając kulę na odległość 22,90m. Najdłuższe pchnięcie w historii mistrzostw świata, rekord kontynentu, oraz rekord osobisty. Wydawało się, że Nowozelandczyk po tak doskonałej próbie nie może opuścić stadionu bez złotego medalu. Jednak konkurenci również daleko posyłali kule.

Crouser w pierwszych trzech próbach dwa razy osiągnął 22,36m. Do walki włączył się również Brazylijczyk Darlan Romani, z wynikiem 22,53m. Widać było, że Walsh jest w znakomitej formie bo, chociaż palił swoje próby, każda z kul przekraczała 22. metr ze sporym zapasem. Crouser w czwartej próbie osiągnął 22,71m, na co Walsh odpowiedział pchnięciem na 22,56m.

I wtedy do koła wszedł Joe Kovacs, cały na niebiesko. Do ostatniej próby zajmował czwartą pozycję z wynikiem 21,95m, bardzo dobrym, jednak nie dającym nawet medalu w tym szalonym konkursie. Aż odpalił armatę, wystrzeliwując kulę na odległość 22,91m. Zszokowany Romani, który spadł na czwarte miejsce, nie potrafił odpowiedzieć na taki występ.

Odpowiedział za to Crouser i… jego wynik brzmiał 22,90m. Dosłownie centymetr dzielił go od zdobycia złotego medalu mistrzostw świata! Ale swoim wynikiem zepchnął Walsha na trzecie miejsce, gdyż w przypadku równych najlepszych prób, o kolejności miejsc decyduje następny najwyższy wynik danego zawodnika. A tu było 22,71-22,56 dla rudobrodego Jankesa. Nowozelandczyk, podchodząc do ostatniego pchnięcia, starał się skoncentrować, ale nawet z zamkniętymi oczami mógł się tylko do siebie uśmiechać, nie wierząc, że to wszystko naprawdę się dzieje. Podsumowując, były to zawody w których:

– Czwarta najdalsza odległość w całej historii dyscypliny nie wystarczyła do zdobycia złotego medalu,

– Różnica pomiędzy pierwszym i trzecim miejscem wyniosła centymetr,

– Czwarty Darlan Romani, z wynikiem który na igrzyskach olimpijskich zapewniłby mu złoty medal oraz rekord olimpijski, nie załapał się nawet na pudło.

Nigdy w historii tej dyscypliny nie było zawodów rangi mistrzowskiej tak wyrównanych i na takim poziomie. Polecamy obejrzeć finał:

Po konkursie ponownie pojawiły się głosy, że może kulomiotom uda się przekroczyć barierę 23 metrów. Sam Crouser, gdy zadano mu to pytanie po sukcesie w Rio w 2016 roku odpowiadał:

– Myślę, że to stanie się przed 2020 rokiem. Jesteśmy młodą grupą, w przeciągu czterech lat jeden z nas powinien przekroczyć 23 metry. Prawdę mówiąc, jest jeszcze trochę do zrobienia, by osiągnąć ten cel, ale kiedy trzech kolesi nieustannie naciska na siebie, podnosząc swój poziom, wtedy będziemy mogli zobaczyć występy na poziomie 23. metrów. A nawet 23,12m. 

Ta ostatnia odległość to rekord świata, dzierżony od 1990 roku przez Randyego Barnes’a. Trzeba przyznać, że bohater tego artykułu niewiele się pomylił, patrząc na wyniki mistrzostw świata w Dosze. Zwłaszcza, że w lipcu ubiegłego roku poprawił swój wynik na 22,91m. Kto wie, może gdyby nie pandemia koronawirusa, taki wynik już by padł?

Epilog

31 stycznia 2021 r., Fayetteteville w stanie Arkansas. Do koła wchodzi Ryan Crouser, świeżo upieczony rekordzista świata w pchnięciu kulą na hali. W drugich zawodach z cyklu American Track League wykonuje sześć prób, najdalszą na odległość 22,66m. Pięć z tych prób przekracza granicę 22. metrów, łącznie w 10 próbach na dwóch zawodach uzyskując zabójczą regularność ośmiu na dziesięć pchnięć lądujących za 22. metrem.

W wywiadach mówi, że na treningach zdarzało mu się rzucać ponad magiczną granicę 23 metrów, a w całym 2020 roku nie opuścił ani jednego dnia treningu. Oraz, że ustanowienie rekordu uczcił jedząc dobrego burgera z dziewczyną, gdyż zgodnie z lokalnym prawem, w niedzielny wieczór nie mógł nigdzie kupić szampana. Obecnie skupia się na amerykańskich kwalifikacjach do igrzysk w Tokio. O ile kwalifikacje w przypadku obecnie panującego mistrza olimpijskiego można uznać za rzecz do odfajkowania, tak medal w Tokio sam się nie obroni. Konkurenci również nie zasypiali gruszek w popiele, ale jeżeli to miałoby oznaczać powtórkę z Dohy, to każdy kibic lekkoatletyki już może ostrzyć sobie zęby na finałowy konkurs.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez