Rozczarowania, sukcesy i macierzyństwo. Lićwinko wciąż skacze

Rozczarowania, sukcesy i macierzyństwo. Lićwinko wciąż skacze

Dyscyplinę sportu tak naprawdę wybrali jej rodzice. Okazała się idealną ścieżką kariery dla młodej dziewczyny. I choć po drodze czekało sporo trudnych chwil, to wynagradzały je te radosne, okraszone sukcesami. Ostatnio jednak Kamila Lićwinko sporo szczęścia dostała z dala od stadionu – we wrześniu została mamą. Teraz nasza najlepsza skoczkini wzwyż wróciła już do startów w zawodach. I celuje w igrzyska w Tokio.

Decyzja mamy

Treningi zaczęła mniej więcej w czwartej klasie podstawówki. Nie z własnego wyboru, zdecydowali rodzice, którzy zauważyli, że córka ma talent. Kamila często wspomina, że dużo zawdzięcza też nauczycielom wuefu, którzy zadbali o jej rozwój. Inna sprawa, że początkowo zależało im bardzo, by grała w siatkówkę. Była wysoka i skoczna – idealny materiał na przyszłą atakującą czy przyjmującą. Grała w szkolnej drużynie, wspomina, że była nawet mistrzynią województwa. Ale ostatecznie trafiła do skoku wzwyż, a drużyna siatkarska… przestała istnieć.

– W siatkę grałam chyba tylko dlatego, że moi nauczyciele zauważyli, jaka jestem szczupła i wysoka. Bo w gimnazjum miałam już 176 cm. A że szkoła była lekkoatletyczno-siatkarska, to chcieli mnie do tej siatkówki wciągnąć. Ale też nie grałam jakoś na siłę, po prostu jak był sezon na siatkówkę, to grałyśmy w siatkówkę, a jak była wiosna i trzeba było startować w tych wszystkich gimnazjadach, to przenosiłam się na stadion. Dziś widzę jednak, że to było dobre, bo jedno pomagało w drugim. Chociaż później w sercu bardziej zagnieździła się lekkoatletyka – wspominała Kamila w wywiadzie, jakiego udzieliła nam przed rokiem.

Jej pierwszy trener-wuefista, Eugeniusz Bedeniczuk, olimpijczyk z Barcelony w trójskoku, wspominał, że jej rodzice sami zjawili się u niego z prośbą o trenowanie córki. Zgodził się, choć sam nie uprawiał tej dyscypliny. Był jednak po odpowiednich kursach, studiował na AWF-ie i często miał okazję podglądać innych zawodników, choćby Artura Partykę, który we wspomnianej Barcelonie zdobywał brązowy medal. Zresztą okazji do podpatrywania Partyki miał sporo – mieszkali w jednym pokoju.

Bedeniczuk trenował Stepaniuk (bo wtedy jeszcze tak nazywała się Kamila) przez kilka lat jej szkolnej edukacji. Zapamiętał ją jako utalentowaną dziewczynę, która jednak miała spore problemy z nerwami. Zżerał ją stres, często potrafiła przebiec przy poprzeczce bez oddania skoku po kilka razy z rzędu. Bo bała się, że nie da rady i ją strąci. Zapamiętajcie te słowa, to ważny wątek, wrócimy do niego. Nad późniejszym rozwojem Kamili czuwał jednak inny trener, Janusz Kuczyński, który wcześniej… trenował jej mamę. Zresztą to właśnie ta ostatnia wybrała go dla córki.

Moja mama też była lekkoatletką, trenowała wielobój, nawet trenera miałyśmy tego samego. Pamiętam, wróciłam akurat z meczu siatkówki, taka szczęśliwa, bo chcieli mnie nawet do kadry województwa, a mama mówi: „Dziecko! Zobaczyłam swojego dawnego trenera w telewizji i zadzwoniłam do niego, żebyś mogła u niego trenować”

mówiła w wywiadzie dla Weszło.

Co w takiej sytuacji miała zrobić Kamila? Posłuchała się matki, pojechała do Białegostoku i zaczęła trenować pod okiem Kuczyńskiego. Bo ten, mimo początkowego zdziwienia, chętnie zajął się młodą dziewczyną.

Szybko okazało się, że to faktycznie spory talent. Medale mistrzostw Polski zdobywała już w wieku 18 lat, zaczęła wtedy przeskakiwać poprzeczkę zawieszoną na wysokości 190 centymetrów, wysokie lokaty zdobywała na juniorskich i młodzieżowych mistrzostwach Europy. Gdy została seniorką, przejście na wyższy poziom okazało się nieco bardziej kłopotliwe. A kiedy jej poziom już się ustabilizował i wszystko wyglądało całkiem dobrze, przypałętała się kontuzja.

Bez pracy nie ma kołaczy

Generalnie nie był to wielki uraz, problem w tym, że diagnozę stawiano dość długo. Ostatecznie brzmiała ona: odszczepiony fragment kostny w stopie odbijającej (czyli tej, z której zawodniczka wybija się do skoku – tłumaczymy, żeby nie było wątpliwości). Sam zabieg, podczas którego to naprawiono, trwał jakieś pięć minut. Leczenie znacznie dłużej. Ostatecznie Kamila straciła cały sezon letni w 2011 roku i sporą część kolejnego. Przez to nie pojechała zresztą na igrzyska do Londynu. Jakby tego było mało, doznała też urazu kolana. I tak się to ciągnęło, trenować nie było jak, środki się kończyły… Finansową pomoc proponowali rodzice, ale Kamila powiedział, że 26-letniej osobie nie przystoi ciągnąć od nich pieniędzy. Więc znalazła pracę. W drogerii.

Na początku miałam być tam tylko do pomocy, bo akurat był okres przedświąteczny, noworoczny, czyli wiadomo – w galerii multum ludzi. A zostałam do marca. Trzeba było zaproponować towar klientowi, podźwigać trochę ciężarów w magazynie i załadować towar na półki, ale ja to naprawdę dobrze wspominam. My, sportowcy, jesteśmy przyzwyczajeni do ciężkiej pracy

– mówiła nam w wywiadzie. Na rozmowę kwalifikacyjną poszła zresztą w długich spodniach, żeby nie było widać, że z jej nogą nie wszystko jest w porządku.

Z tamtych czasów zostały jej dobre koleżanki, były zresztą zaproszone na jej ślub. Wtedy już wiedziały, że jest znaną zawodniczką. „Wtedy”, bo początkowo nie zdawały sobie z tego sprawy. Podobno dopiero gdy w jednej z gazet ukazał się artykuł o Kamili, dowiedziały się, z kim właściwie pracują i dlaczego utalentowana skoczkini znalazła się w drogerii. Została w niej zresztą nawet wtedy, gdy kontuzja już odpuściła. Bo kasy przecież wciąż nie było – do tego trzeba wyników. Więc trenowała, pracowała w sklepie, a weekendami studiowała. Dała radę.

To nie jest jednak tak, że przebrnęła przez to wszystko bez problemów. Te się pojawiały, a wraz z nimi myśli jej w głowie, że może już nie warto się starać. Bo przecież miała 26 lat, nie osiągała wielkich wyników, a czekał ją w dodatku powrót po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją. Biła się z takimi myślami, ale ostatecznie stwierdziła, że karierę będzie kontynuować. I, jak się potem okazało, była to świetna decyzja. Choć żeby tak to wszystko wyszło, musiała podjąć jeszcze jedną.

Mąż czyni cuda

– U Kamili już wcześniej było widać potencjał, zresztą bardzo duży – mówi nam Artur Partyka, dwukrotny medalista olimpijski w skoku wzwyż. – Na nią się patrzyło i było widać, że to dziewczyna, która może skakać dwa metry. Nawet w tych latach, gdy trenowała z poprzednim szkoleniowcem, dało się dostrzec ten potencjał. Czego brakowało? To są bardzo złożone rzeczy. Pewnie odpowiedniego dostosowania treningu do osoby, najprawdopodobniej też innych bodźców, choćby motywacyjnych. Sam w swojej karierze przynajmniej trzykrotnie zrobiłem totalną rewolucję w treningu. I to jest bardzo ważne, bo w treningu wyczynowym trzeba to zmieniać, być wszechstronnym, korzystać z różnych rzeczy, które mogą na ten trening dobrze wpłynąć, często niekonwencjonalnych – szukać, próbować czegoś nowego, dostosowywać ćwiczenia do zawodniczki.

Kamila rewolucję zrobiła niedługo po tym, jak wróciła do startów po kontuzji. Bo widziała, że nie może wejść na wyższy poziom. Skakała jakieś 188 centymetrów, czasem udawało się ponad 190, jeśli dobrze wyszło jej odbicie. Nie było jednak progresu, od kilku lat rywalizowała na dokładnie tym samym poziomie. Więc po mistrzostwach Polski w 2012 roku, gdzie wyskakała tylko brąz (i tylko 186 centymetrów) postanowiła, że rozstanie się z dotychczasowym trenerem, z którym spędziła dziesięć lat kariery. Dziś jednak – jak sama mówi – momentami żałuje, że nie podjęła tej decyzji wcześniej. Bo to był klucz potrzebny jej, by otworzyć drzwi do światowej czołówki.

W środowisku jej decyzję przyjęto z niedowierzaniem, śmiechem, a czasem nawet stukaniem się w głowę. Nie dlatego, że rezygnowała z usług uznanego – ale już osiemdziesięcioletniego – trenera. Co wzbudziło takie reakcje, to fakt, że jej nowym szkoleniowcem został Michał Lićwinko. Wtedy narzeczony, dziś mąż, który sam lekką atletykę trenował. Sęk w tym, że był… kulomiotem. I, żeby brzmiało to jeszcze dziwniej, twierdził, że skok wzwyż i pchnięcie kulą to konkurencje podobne.

Wbrew pozorom ma to jednak sens. Bo chodzi o to, że i tu, i tu trzeba wyzwolić jak największą dawkę energii w bardzo krótkim czasie. Wiadomo jednak, że teoria to jedno, a praktyka – drugie. Oboje postanowili dać sobie rok. Po tym czasie mieli zdecydować co dalej. Gdyby nie było wyników, „dalej” oznaczałoby prawdopodobnie koniec kariery Kamili.

Tak naprawdę była to jedna wielka wyprawa w nieznane. Bo Michał zrobił dokładnie to, o czym mówił Artur Partyka – kompletnie odmienił trening swojej narzeczonej. Wcześniej przez dłuższy czas przyglądał się ćwiczeniom, które wykonywała, miał wiele obserwacji i pomysłów, które postanowił wprowadzić w życie. Ryzyko było jednak spore. Tym bardziej, że Michał był trenerskim samoukiem, wiedzę czerpał sam. Z Internetu, gazet, czasopism i publikacji. Ale i tak zdecydowali się postawić wszystko na tę właśnie kartę.

Michał przychodził na moje treningi, oglądał je, analizował. W końcu zaproponował, że może się tym zająć. Zaufałam mu, nie miałam nic do stracenia. Po pierwszym treningu widziałam, że wygląda to inaczej i może przynieść efekty w przyszłości. Michał nauczył mnie nowego podejścia do treningu. Wcześniej gdy coś mnie bolało, trener dawał mi wolne, odpuszczał. Michał dokręcił śrubę. Wiedział, że oprócz bólu nic mi nie grozi. Uczyłam się tego, że jako trener nie będzie na mnie chuchać. Po prostu gonił mnie do roboty. Masz zrobić to! – słyszałam i było bez ulgi. Paradoksalnie z mężem powinno być łatwiej – ale nie, nie jest. Zmieniliśmy w treningu wszystko, ale z głową. Michał poświęcił bardzo dużo czasu, żeby opracować treningi i mnie do nich przygotować. Od razu zaczęliśmy mocno ćwiczyć

wspominała w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Efekty? Olśniewające. Kamila w kilka miesięcy „podskoczyła” o dobrych 6-7 centymetrów. W końcu, 9 czerwca 2013 roku, udało jej się skoczyć 199 centymetrów na otwartym stadionie. Ustanowiła tym samym rekord Polski, pobijając rezultat Danuty Biłkowskiej (197 cm) ustanowiony… dokładnie 29 lat wcześniej. Co do dnia. Do konkursu Kamila przystępowała jedynie z myślą o tym, by zaliczyć minimum na mistrzostwa świata (1,95 m). Gdy już to zrobiła, chciała spróbować rekord wyrównać, ale podszedł do niej Jacek Wszoła, były mistrz olimpijski w skoku wzwyż, i powiedział, że to nie ma sensu. Jeśli już skakać, to żeby rekord pobić. Posłuchała go, wysokość zaliczyła w pierwszej próbie. Do tego rekordu wkrótce dołożyła też halowy (wówczas 1,96 m). Zaczęła też skakać ponad dwa metry, choć do dziś o swojej pierwszej próbie na tej wysokości mówi, że… technicznie był to bardzo zły skok, a zaliczyła go wyłącznie siłą woli.

W materiale TVN-u Michał Lićwinko opowiadał, że na początku ich znajomości Kamila trzy razy dała mu kosza. Aż w końcu zgodziła się na randkę. Nie przypuszczała wtedy zapewne, jaki wpływ będzie to miało na całe jej życie, łącznie z karierą. Zresztą już po czasie często powtarzała, że „uczynienie męża trenerem, było szalonym pomysłem”. Jednak okazało się, że w tym szaleństwie tkwi metoda. A w tej metodzie… złoto. Bo w 2014 roku w Sopocie, w trakcie halowych mistrzostw świata, to Kamila Lićwinko stanęła na najwyższym stopniu podium.

Okej, nie była tam sama. Złotym medalem podzieliła się z Marią Kucziną. Obie skakały bowiem dokładnie tak samo – 185, 190, 194 i 200 centymetrów pokonywały w pierwszej próbie, 197 w drugiej, a na 202 nie wskoczyła ani jedna z nich. W teorii powinny skakać dogrywkę, ale… Kamila zaproponowała, by obie zostały mistrzyniami. Rosjanka na takie rozwiązanie przystała. Została jedynie jedna kwestia do załatwienia – dowiedzieć się, czy to w ogóle możliwe.

– Nie byłam pewna, czy jest to zgodne z zasadami IAAF, ale okazało się, że jest taka szansa. Sędzia główny powiedział, że jest to możliwe, i obie otrzymałyśmy złoto. To ja zapytałam Rosjankę, ona przyznała, że nie chce już skakać. Sama też nie miałam już sił. Byłam mocno wycieńczona, dodatkowo podkręciłam w pierwszym skoku nogę, więc nie było już sensu ryzykować. Gdyby jednak Rosjanka zdecydowała się wystąpić, oczywiście też podjęłabym rękawicę – wspominała. A Kuczina? Była przekonana, że jest… druga. Gdy tylko dowiedziała się, że tak nie jest i może stanąć na najwyższym stopniu podium, z radością przystała na tę propozycję.

Lićwinko zdobyła wtedy zaledwie trzeci złoty medal halowych mistrzostw świata w historii naszej lekkiej atletyki. A przy okazji udowodniła wszystkim, że decyzja o zrobieniu z męża trenera, okazała się jak najbardziej słuszna. Dziś mówi, że nie żałuje kontuzji właśnie z tego powodu. Bo bez niej pewnie nie podjęłaby takich kroków i jej kariera nie ruszyłaby z miejsca.

– Wtedy stało się dokładnie to, o czym mówiłem – wspomina Partyka. – Przyszedł Michał, przyjrzał się, zaryzykowali inny rodzaj treningu i okazało się, że trafili, to było to. Potem miał już Kamilę rozpracowaną, mogli ćwiczyć, mając bazę, którą zrobili. Wystarczyło jedynie zwiększać obciążenia i uatrakcyjniać ten trening, bo to też bardzo ważne. I poszło. Od razu pojawiły się dwa metry i medale. Dziewczyna z potencjałem trafiła na trenera, który potrafił zrobić risercz, opanować jej przyzwyczajenia, ułożyć trening pod jej dobre strony i zmotywować. To dało efekt.

Jedyny problem, z którym musieli sobie poradzić, dotyczyły oddzielenia życia sportowego od tego domowego. I choć to nie do końca możliwe, to zgodnie przyznają, że wychodzi im to całkiem nieźle.

Od smutku do euforii

Igrzyska w Rio. Kamila Lićwinko jechała na nie jako trzydziestolatka. Ponad dwa lata po swoim największym sukcesie i z nadziejami na jeszcze większy. Przed startem imprezy mówiła „Przeglądowi Sportowemu”: – Czuję się mocna. Wcześniej przeszkadzały mi emocje. Rok po tym, gdy Michał został moim trenerem, rozpoczęłam współpracę z psychologiem Janem Blecharzem. Uczy mnie sztuki koncentracji. Opracowaliśmy zadania, mam swój rytuał przed skokami. Powtarzam słowa, które pomagają mi w przygotowaniu. Kiedyś, gdy byłam blisko rekordu życiowego, to się rozprężałam, ciśnienie schodziło. Mąż-trener nauczył mnie, że mam wykorzystywać dyspozycję dnia, iść za ciosem nawet wtedy, gdy pobiłam rekord. Od kiedy zaczęliśmy pracować to moje podejście zmieniło się o 180 stopni. Poza emocjami również nastawienie do treningu i samej siebie. Uwierzyłam, że mogę skakać bardzo wysoko, a nie zawsze tak było. Nie wiem, może wcześniej nikt mi tego nie uświadomił.

I faktycznie – po rozpoczęciu współpracy z profesorem Blecharzem wyniki Lićwinko się poprawiły. Była lepsza, bardziej regularna i potrafiła utrzymać nerwy na wodzy. Sęk w tym, że nie w trakcie igrzysk. O ile gładko przebrnęła przez eliminacje (zresztą żeby to zrobić wystarczył skok na wysokość 1,94 m), o tyle w konkursie wszystko poszło nie tak jak powinno. Rozczarowanie ogromne, bo ostatnią wysokością, jaką przeskoczyła, były zaledwie 193 centymetry. Trzy zawodniczki, które stały na podium, miały zaledwie o cztery centymetry więcej. Gdyby Kamila skoczyła na miarę swoich możliwości, być może zdobyłaby nawet złoto.

Naprawdę byłam wtedy w bardzo dobrej dyspozycji. Ale tak już jest – szczególnie w konkurencjach technicznych – że tego jednego dnia wszystko musi zagrać. Byłam w formie, w roku olimpijskim osiągałam na treningach takie parametry, których prawdopodobnie już nigdy nie pobiję. […] Stres? Zawsze bardzo mocno się stresuję i wszyscy dookoła powtarzają mi „aaa, bo po tobie było widać stres”. Taka jestem! W Rio był też dodatkowy stres, bo nie wiedziałam, co się może wydarzyć. To były moje pierwsze igrzyska. Na złoto trzeba było jednak wszystko skakać czysto, ale gdybym skoczyła 197 cm nawet kiepsko w trzeciej próbie, miałabym brązowy medal. To mnie najbardziej dobija. To, że 197 cm jest wysokością, którą skakałam wtedy regularnie

– mówiła nam Lićwinko.

Porażkę w takich okolicznościach przeżywała długo (zresztą nie tylko ona, gdy tylko o tym wspomnieliśmy, Artur Partyka powiedział, że do dziś nie może zrozumieć tego, co się tam stało). Płakała, czuła żal i rozgoryczenie. Bo przygotowywała się pod igrzyska, im podporządkowała cały sezon. I przegrała. Nie dlatego, że rywalki były lepsze, a dlatego, że to ona sama skakała słabo. Kolekcję olimpijską zawiozła do mamy, nie chciała na nią patrzeć. Rozważała zakończenie kariery. Michał powiedział jej, że ma czas do grudnia, by na spokojnie wszystko rozważyć. Wtedy musi jednak podjąć decyzję.

Wygrała ambicja. Nie chciała się poddać w takim momencie, nie chciała, by ludzie pamiętali ten przegrany konkurs. W styczniu wróciła do treningów, niedługo potem – na Pedro’s Cup – skoczyła 197 centymetrów. Tyle, ile w Rio poskutkowałoby medalem. Było dobrze, ale… no właśnie, zawsze jest jakieś „ale”. Kamila zestresowała się w najważniejszym momencie halowego sezonu. Na mistrzostwach Europy w Belgradzie nie weszła nawet do finału. Denerwowała się zresztą od zawsze. Podobno na jednych z juniorskich zawodów stres był tak duży, że – mimo zwycięstwa – zemdlała po ostatnim skoku. Nie będziemy tu jednak uchodzić za ekspertów od jej psychiki. Niech sama o tym opowie. I o tym, jak udało jej się wygrać ze sobą.

– Kiedyś szybko się podpalałam, bardzo cieszyłam się z jakiejś wysokości i niepotrzebnie traciłam energię na kolejne. Wiedziałam, że mam nad czym pracować i pracowałam. Później jak nie wyszło mi coś na treningu to czułam, że poprawię się w kolejnym. Mniej też stresowałam się na zawodach. Wiele osób zauważyło, że po nieudanych próbach już nie byłam taka zdenerwowana, tylko siadałam, odpoczywałam i koncentrowałam się. Doszłam już do czegoś takiego, że te decydujące wysokości skakałam w trzecich próbach i to mnie nie paraliżowało. Sama musiałam sobie z tym poradzić. […] Mam kilka słów, które sobie powtarzam, chociaż też nie lubię być bardzo mocno pobudzona. Lubię być zdenerwowana, czuć stresik. Ale nie taki paraliżujący, tylko taki, który mnie dodatkowo nakręca i powoduje, że mi zależy. Czasami zdarza się też przeklinać przed skokiem – „Prawa, lewa, napierdalaj końcówkę” – opowiadała nam.

Po tragedii na halowych mistrzostwach Europy została jej w 2017 roku jedna impreza, na której mogła udowodnić sobie, że potrafi osiągać wielkie sukcesy – mistrzostwa świata w Londynie. W wywiadach mówiła, że wierzy w medal i stawia wszystko na swoje doświadczenie, liczy, że ono jej pomoże. Nie próbowała też się rozliczać, nie analizowała sezonu. Zdecydowała, że zrobi to dopiero po mistrzostwach, bo one mogą przecież wszystko zmienić.

I zmieniły. Lićwinko w Londynie zdobyła brąz, ale cieszyła się, jakby było to złoto. Ile musiała skoczyć, by zdobyć medal? 197 centymetrów. Zrobiła to w trzeciej próbie, poprzeczka zadrżała, ale nie spadła. Szał radości – tak chyba najlepiej opisać reakcję Kamili na ten widok. Złapała się za głowę, podskoczyła kilka razy, a potem padła na kolana, pełna emocji. Z radości skoczyła jeszcze 199 centymetrów w pierwszej próbie. Więcej się już nie udało.

– Strasznie się cieszę. To był trudny konkurs. Po eliminacjach byłam pozytywnie nastawiona, ale w finale mi nie szło, często strącałam poprzeczkę. Jestem z siebie dumna, bo powtarzałam sobie, że mam walczyć do ostatniej kropli krwi. I tak było. Byłam zdenerwowana, ale ostatecznie zachowałam tę zimną głowę. Walczyłam, bo wiedziałam, że jestem przygotowana na ten medal. I nareszcie mam brąz, po tylu latach… Tak bardzo chciałam tego medalu i go mam – mówiła na antenie TVP, tuż po konkursie.

To właśnie w Londynie wygrała ze sobą, ze stresem i ze zdenerwowaniem. Potem mówiła, że to chyba z tego jest najbardziej dumna. Bo ten medal wręcz wyszarpała. Nie tylko przeciwko rywalkom, ale i przeciwko sobie. Po dekoracji przez dłuższy czas nosiła medal… w torebce. Gdy spotykała się ze znajomymi, wszyscy chcieli, by go pokazała, a i ona sama lubiła go mieć przy sobie. Cieszyła się nim długo. Wkrótce okazało się, że czeka ją kolejne, jeszcze większe szczęście.

Ciąża, czyli… odpoczynek

Wiele osób zastanawiało się, czemu Kamila nie przystąpiła do sezonu halowego na początku 2018 roku. Odpowiedzi udzielił jej mąż, gdy ogłosił, że oboje zostaną rodzicami. Lićwinko była w ciąży, ale nie planowała sportowej emerytury. Choć niektórzy uważali, że tak naprawdę to już się na nią wybrała. – Jeden z dziennikarzy, co sam mi powiedział, myślał, że to pic na wodę. Był przekonany, że zakończyłam karierę i tylko dla pewnych korzyści niby ją zawiesiłam. A tak nie jest, my to wszystko zaplanowaliśmy. Tak jak i zaplanowaliśmy to, jak wrócić po ciąży. Już teraz czuję, że chce mi się na obóz, żeby potrenować – mówiła nam Kamila jeszcze przed narodzinami dziecka.

Córka, Hania, na świat przyszła we wrześniu. Lićwinko do treningów wróciła kilka miesięcy później. Ale zanim o tym, to napiszmy, że ciążę traktowała jak… czas odpoczynku, regeneracji dla podniszczonego wymagającymi treningami i startami w zawodach organizmu. Mówiła, że pierwszy raz od dawna nic nie musi i niczym się nie denerwuje, a to dla niej sytuacja wręcz wyśniona, która pozwalała jej odpocząć również psychicznie (choć pod koniec brakowało jej już treningów). To ważne, bo od początku planowała, że do sportu wróci, mimo 33 wiosen na karku. Jedyny problem, jaki widziała, to sprawowanie opieki nad córką i podróżowanie z nią przy napiętym harmonogramie sportowca. Jednak, jak mówiła PAP:

Widzimy po naszych znajomych, że to nie jest niemożliwe […] to jest taki komfort, że Michał jest moim trenerem, więc na trening możemy się wybrać całą rodziną. Ja mogę się skupić na treningu, on będzie miejmy nadzieję się opiekował córką, ale ja się nie nastawiam, bo różnie może być, pewnych rzeczy nie da się zaplanować, więc też podchodzę do tego ze spokojem nie nastawiam się na to.

Oczywiście, powrót po ciąży nie jest łatwy. Nawet jeśli zaplanowany, jak to było w przypadku Kamili Lićwinko. Zostawiając przez chwilę na boku kwestie fizyczne – bo to chyba oczywiste – warto napisać o tym, co dzieje się z psychiką kobiety. A o tym opowie Daria Abramowicz, psycholog sportowy:

– To przede wszystkim jest okres, w którym przewartościowuje się cały świat. Bo relacja mama-dziecko jest relacją fundamentalną, bardzo pierwotną – to po pierwsze. Po drugie bardzo mocno zmienia się ciało. Serena Williams, w swoim serialu dokumentalnym o powrocie po narodzinach córki, bardzo dużo o tym mówiła. Choć ona akurat miała też inne problemy zdrowotne związane z porodem, była w ciężkim stanie. Poza ciałem zmienia się też kontekst emocjonalny, choćby tęsknoty za dzieckiem, która się pojawia. U przyszłej mamy uprawiającej sport pojawia się też wiele pytań, wątpliwości: czy będę w stanie wrócić na poziom sprzed ciąży? Czy to na pewno jest dla mnie? Czy świat nie odskoczy mi za bardzo? Czy podoła ciało? Czy będę gotowa zostawić dziecko w domu, by pojechać na kolejne zawody? To bardzo złożona kwestia. Dziś coraz częściej się o tym mówi, także w kontekście tej sfery psychicznej. A mówi się dlatego, że kariery sportowe się wydłużają, więc coraz więcej pań decyduje się nie na zakończenie kariery, a na jej przerwanie.

I tak też – mimo wieku, który jeszcze niedawno nazwalibyśmy zaawansowanym dla kobiety uprawiającej sport – postanowiła Kamila Lićwinko. Bo gdzieś w środku ma zadrę, bo chce się sprawdzić jeszcze choćby raz na igrzyskach, bo dwa metry na stadionie też pozostają jej celem. Jednak, jak sama mówi, nie jest łatwo. Bo treningi musi teraz łączyć z wychowaniem córki. A to z kolei wiąże się choćby ze zmniejszoną ilością snu, tak ważnego dla sportowców. Jednak wiele kobiet pokazało już wcześniej, że wrócić się da. Również skoczkinie, jej koleżanki. I z ich przypadków Kamila czerpie inspirację. Możliwe, że za niedługo to inne lekkoatletki będą się wzorować na niej, bo…

Kamila znów lata

– Liczyłam, że na dojście do siebie po porodzie spokojnie wystarczy góra sześć tygodni. No ale okazało się, że córeczka była zaplątana w pępowinę i trzeba było zrobić cesarskie cięcie. Gdy tylko lekarz dał mi zielone światło, to tak jakby ktoś dodał mi skrzydeł, więc oczywiście chciałam przyspieszyć powrót do formy. Na szczęście Michał czuwał i wyhamował moje zapędy. I dobrze, bo mogło się to naprawdę źle skończyć, ponieważ te kilka miesięcy przerwy mocno odbiło się na kondycji i stanie mięśni – mówiła Kamila TVP Sport. Mimo tego przyznać trzeba, że i tak wróciła szybko.

Już w grudniu trenowała bowiem w Spale, ogólnorozwojówki. Potem zawitała do Zakopanego, szybko zbiła wagę, wróciła do tej sprzed ciąży. Technika też jej została. Jasne, były niedociągnięcia, ale – jak mówił Michał – jego żona bardzo szybko przypomniała sobie, o co w tym wszystkim chodzi. Choć gdy przyszło do skakania nieco się bała. Z tego powodu pierwszy skok oddała na poprzeczce zawieszonej na wysokości 130 centymetrów. Pokonała ją nożycami, potem poziom podniesiono.

Trenować pozwalała Hania, która zresztą… często decydowała o rozkładzie zajęć. Bo jeśli pospała dłużej, to i Michał z Kamilą nieco później wstawali i zabierali się do pracy. To samo tyczyło się Sylwestra Bednarka, innego podopiecznego Michała i… znakomitego wujka dla Hani. Ale to tekst nie o nim, a o Kamili, która nieco przetestowała cierpliwość kibiców. Bo na zawody wróciła dopiero w czerwcu. Jak mówiła, potrzebowała wyrobić w sobie pewność, że jest gotowa na powrót i zrobiła wszystko, by ten wypadł dobrze. Nie oczekiwała cudów, chciała po prostu nieźle skakać. Pojawiła się więc dopiero na memoriale Janusza Kusocińskiego, przed polskim fanami. Skoczyła 187 centymetrów i bardzo na swoją dyspozycję… narzekała.

– Nie jestem zadowolona z wyniku, to był fatalny start. Liczyłam na minimum przyzwoitości, czyli 1,91 m. Niestety, prowadził mnie stres i to on spowodował, że tak naprawdę jedynym dobrym skokiem była ostatnia nieudana próba na tej wysokości. Zabrakło mi pewności siebie. Po pierwszym skoku mało nie zwymiotowałam, emocje były tak duże. Może też trochę za wysoko zawiesiłam sobie poprzeczkę i to mnie zgubiło – mówiła w rozmowach po starcie. Kilka dni później było już dużo lepiej – w Ostrawie przeskoczyła poprzeczkę zawieszoną na 1,92 m.

O opinię na temat tych dwóch startów pytamy Artura Partykę. Bo sami mamy wrażenie, że Lićwinko była wobec siebie aż nazbyt krytyczna.

– Wygląda to nieźle. To zawsze bardzo trudne chwile – długo się przecież nie trenowało, przychodzi ten okres niepewności po euforii związanej z pojawieniem się dziecka. Potem pojawiają się wyzwania, szczególnie te związane z dzieckiem, lepsze i gorsze chwile w wychowaniu, a przecież trzeba to pogodzić z wyzwaniem, jakim jest wyczynowe uprawianie sportu. To nie jest łatwe. Dlatego rzeczywiście – Kamila wraz z Michałem (bo to przecież duet) dość dobrze i skutecznie poradzili sobie z tym momentem. Zrezygnowali z hali, bo powrót w niej nastąpiłby za szybko, i spokojnie przygotowali się – bez większego stresu – do rywalizacji na stadionie. Widać, że Kamila wraca do niezłej dyspozycji. Proponowałbym jednak nie rozliczać jej zbyt mocno z tego, co wydarzy się w tym sezonie.

Propozycja sensowna, bo faktycznie taki powrót raczej powinien eliminować Kamilę z walki o medale na mistrzostwach świata. „Raczej”, bowiem MŚ w tym sezonie są późno. I Lićwinko może zdążyć się przygotować. Na pewno już teraz bliska jest uzyskania minimum – to wynosi bowiem 1,94 m. I, biorąc pod uwagę, że do tej pory ten powrót wygląda wręcz książkowo, a każdy kolejny krok stawiany jest bardzo pewnie, możemy zakładać, że tam pojedzie. Sama jednak mówi, że jeśli tak się stanie, potraktuje to jak przetarcie przed przyszłorocznymi igrzyskami. Bo to one będą jej głównym celem w tym nowym rozdziale jej kariery.

– Trzeba do tego podejść spokojnie – mówi Partyka. – Do Kataru można pojechać, żeby sobie wszystko przećwiczyć, przypomnieć emocje, rytuały, które związane są z tego typu imprezą. Bo to przecież niełatwe zawody, a Kamila sporo rzeczy będzie musiała sobie teraz przypomnieć. Ale sportowcy wyczynowi to takie komputery, które na twardym dysku mają zapisane pewne zachowania. Nawet jeśli długo się ich nie odtwarza, to przy okazji powrotu wszystkie pliki z tego twardego dysku od razu się uaktywniają. Czy Kamila będzie w stanie doskoczyć do czołówki? Nie będzie jej łatwo. Oczywiście jest Maria Łasickiene, która skoczyła 2,06 m w Ostrawie i „wisi” na 2,10. Jest też Anna Cziczerowa, która wraca po banicji dopingowej. Do tego groźna będzie Nafissatou Thiam, belgijska wieloboistka. Wszystkie skaczą ponad dwa metry. Będzie z kim walczyć, to na pewno.

Dwa lata temu, w Londynie, Kamila Lićwinko pokazała jednak, że walczyć potrafi. Oby w najbliższych sezonach zrobiła to po raz kolejny. Tym bardziej, że gdy mowa o kobiecym skoku wzwyż, to właśnie ona jest w Polsce jego podporą.

 

PKN ORLEN jest sponsorem generalnym Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki oraz wielu najważniejszych mityngów w kraju.

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez