Rosjanie pieniądze na doping mieli. Na spłacenie kary już nie

Rosjanie pieniądze na doping mieli. Na spłacenie kary już nie

Czasem naprawdę musimy dwukrotnie coś przeczytać, żeby uwierzyć. Tak też było z tą informacją. Jak podała agencja AP, rosyjska federacja lekkoatletyczna nie ma pięciu milionów dolarów potrzebnych jej na spłatę kary nałożonej przez World Athletics. Mało tego – wygląda na to, że Rosjanie próbują ustawić się w roli pokrzywdzonych. A to już bezczelność tak duża, jak odległość z Kamczatki do Moskwy.

Skąd ta kara?

Jeśli jakimś cudem przespaliście ostatnich kilka lat, to mamy dla was ich streszczenie. W Rosji niedługo po zimowych igrzyskach w Soczi wybuchł dopingowy skandal. Ujawniono, że tuszowano tam – z odgórnego polecenia – kolejne przypadki podawania zawodnikom niedozwolonych środków, a ważną rolę w tym procederze odgrywało moskiewskie laboratorium, a nawet ówczesny prezes IAAF (dziś World Athletics). W konsekwencji Rosja została wykluczona z kolejnych wielkich imprez – w tym igrzysk olimpijskich – na których tamtejsi sportowcy startować mogli wyłącznie pod neutralną flagą. O ile, oczywiście, byli czyści.

Rosjanie przybrali typową strategię obronną – jak złapią cię za rękę, mów, że to nie twoja ręka. Twierdzili więc, że Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) po prostu się na nich uwzięła. To z jednej strony. Równocześnie jednak… obiecali poprawę. Tyle że tej poprawy tak naprawdę nie było. Co rusz wybuchały nowe dopingowe afery. Jedynie Jurij Ganus, szef tamtejszej agencji antydopingowej, starał się to jakoś uporządkować i nawoływał do zmian. Przyłączyła się do niego też część sportowców, choćby Marija Łasickiene, znakomita skoczkini wzwyż. Ale to za mało, jeśli struktury są już przeżarte.

WADA w końcu miała dość i tupnęła nogą. Mocno. Postanowiono, że przez kolejne cztery lata Rosjanie nie będą mogli wysłać reprezentacji pod własną flagą na żadną wielką imprezę. Pojechać na nie mogli jedynie sportowcy czyści, rywalizujący jako neutralni zawodnicy, których medale idą wyłącznie na ich konto, nie kraju. Tak było na przykład podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Dausze czy wcześniej w Londynie. W obu tych przypadkach Łasickiene wyskakała złoto, ale nie wliczają się one do historycznych rosyjskich osiągnięć.

Królowa sportu ucierpiała

Lekkoatletyce w Rosji oberwało się mocno, bo to w niej skandali było najwięcej i odbijały się najgłośniejszym echem. Wystarczy wspomnieć Tatjanę Łysienko, która w 2012 roku wywalczyła na igrzyskach złoto w rzucie młotem, odebrane jej cztery lata później. Dziś ma je Anita Włodarczyk. Był też Danił Łysienko (może to kwestia nazwiska?), wicemistrz świata w skoku wzwyż z 2017 roku, który unikał kontroli antydopingowej, a tuszowała to rosyjska federacja. Rosjanie bronili się jak wcześniej, twierdząc, że kolejne sankcje nakładane są przez nich “ze względów politycznych”. W końcu jednak zdecydowali się na wybory wewnątrz federacji. Co w sumie niczego to nie zmieniło, bo wybrano osoby blisko związane z poprzednią władzą.

W World Athletics ostatecznie zdecydowali, że nie można tego wszystkiego zostawić bezkarnie i postanowili nałożyć na Rosjan karę 11,6 milionów dolarów. Pięć milionów za aferę z Łysenką, kolejne pięć w ramach zabezpieczenia na wypadek kolejnych wpadek dopingowych (co, przyznacie sami, wydaje się jak najbardziej rozsądnym postępowaniem w tej sytuacji). Reszta to koszty postępowania. Część sumy do spłaty zdecydowano się zawiesić, ale pierwsze pięć milionów dolców Rosjanie musieli przelać na konto światowej federacji do dziś. Nie zrobili tego.

Putin nie pomógł 

Federacja tłumaczy się niby logicznie – że pieniędzy nie ma przez pandemię i wskazuje, że ma problemy nawet z wypłacaniem pensji zatrudnianym przez siebie trenerom. Ale to Rosja. I trudno nam uwierzyć, że tej kasy faktycznie nie dałoby się zorganizować. Trudno też wykazywać jakąkolwiek litość (a przecież World Athletics i tak zrobiło to rozbijając karę na raty) w stosunku do związku, który na koncie ma tyle wpadek. Na prośby o przełożenie terminu spłaty reagowano więc w jedyny możliwy sposób – odrzucając je.

– Potwierdzamy otrzymanie od Rosji prośby o odroczenie terminu płatności. Nie została ona uznana. Termin mija 1 lipca. W przypadku jego niedochowania rosyjska federacja oraz jej zawodnicy poniosą przewidziane przepisami konsekwencje – pisała Nicole Jeffery, rzecznika World Athletics, w oficjalnym oświadczeniu. Jakie to konsekwencje? Cóż, w najgorszym przypadku… wykluczenie z rywalizacji nawet czystych rosyjskich sportowców.

Nie dziwi, że Marija Łasickiene, wielka przeciwniczka dopingu, zwróciła się z prośbą o uratowanie dyscypliny do samego Władimira Putina. Nie dziwi tym bardziej, że w Rosji ostatecznie wszystko powiązane jest przecież z władzą państwową. Szybko pojawiły się doniesienia, że prezydent potrzebną kwotę przeleje, nie zważając na zdanie opinii publicznej, która zaczęła się zastanawiać, “czy aby nie lepiej przeznaczyć to na programy pomocy społecznej” (tym bardziej, jak dodawali komentatorzy, że z powodu dopingu, lekka atletyka ostatnio częściej niż zaszczyty, przynosi Rosji wstyd). Tyle że ostatecznie federacja tej kwoty nie zobaczyła. Ani rosyjska, ani światowa. Co zaskakuje, bo Władimir Putin zawsze chętnie wspierał rosyjski sport i aktywnie bronił go, gdy wybuchła afera dopingowa.

Caryca próbuje działać

Inną drogą poszła Jelena Isinbajewa. Wielka mistrzyni skoku o tyczce apelowała w MKOl, by nie karać poszczególnych zawodników. Napisała w tym celu list otwarty, teoretycznie w imieniu rosyjskich lekkoatletów.

– Obdzieranie nas z możliwości występów w międzynarodowych zawodach jest nieakceptowalną i zbyt surową karą, która korzysta ze zbiorowej odpowiedzialności, zmuszającą nas do poniesienia zbiorowej odpowiedzialności za czyny osób trzecich. W naszej opinii karę powinna ponieść federacja, a nie zawodnicy – pisała Isinbajewa.

Problem w tym, jak może zauważyliście, że – czego nie dostrzegła, lub nie chciała dostrzec, Rosjanka – federacja tę karę miała ponieść. Tyle że tego tak naprawdę nie zrobiła, bo nie ma kasy, którą można by jej zabrać. I dlatego całkiem prawdopodobne jest, że poniosą ją zawodnicy. Jeśli się na kogoś wkurzać, to nie na światowe władze, a na własne, krajowe. Choć i tu jest problem. Jelena nie znajduje się bowiem w odpowiedniej pozycji, by to zrobić.

Na jej pismo zdenerwowała się i ostro odpowiedziała Łasickiene. – Nie wiem, kto to pisał i w czyim imieniu. Ja tego listu nie popieram. Trzeba było wspierać czystych zawodników w ostatnich latach, a nie dopiero teraz – mówiła. “Dopiero teraz”, bo wcześniej Isinbajewa stała po stronie władz federacji. Więc gdyby skrytykowała ich wcześniejsze działania, skrytykowałaby też samą siebie.

Jak z Monty Pythona

Bardzo lubimy absurd ze skeczów brytyjskiej grupy komediowej. Absurd w prawdziwym życiu – już mniej. Bo często nie śmieszy, a przeraża. I w przypadku rosyjskiej afery dopingowej dochodzimy do miejsca, w którym naprawdę zaczyna przerażać nas to, jak to możliwe, że ktokolwiek ma tam jeszcze czelność prosić o ulgi czy pójście im na rękę. Przecież cały światowy sport ucierpiał wizerunkowo przez to, co robili tamtejsi działacze i władze.

Wolelibyśmy, żeby to był skecz, naprawdę. Ale nie jest. Dlatego zamiast śmiechu będzie jedynie surowa mina i twarde postawienie sprawy: jeśli naprawdę po milionach dolców wydanych w Rosji na korupcję, środki dopingowe, tuszowanie tegoż dopingu i organizację kolejnych wielkich imprez sportowych w dużej mierze w celach propagandowych, nikt nie wysupła z kieszeni pięciu milionów dolarów, żeby zapłacić karę, która może zaowocować zniszczeniem ich lekkiej atletyki i karier wielkich gwiazd, to sami są sobie winni. Tamtejsi sportowcy pretensje mogą mieć jedynie do swoich władz.

Tym bardziej, że z tego co się dzieje wywnioskować można, że World Athletics podziela nasze zdanie.

SEBASTIAN WARZECHA 

Fot. Newspix

Tagi: doping, kara, rosja

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez