Roglic, Pogacar i reszta. Szukamy sekretu sukcesów słoweńskich kolarzy

Roglic, Pogacar i reszta. Szukamy sekretu sukcesów słoweńskich kolarzy

Do niedawna na kolarskiej mapie świata niemal nie istnieli, zdarzały im się co najwyżej pojedyncze sukcesy. W ostatnich latach się to jednak zmieniło. Słowenia dołączyła do grona najlepszych kolarskich nacji, a Primoz Roglic, Tadej Pogacar czy Matej Mohoric regularnie przywożą do kraju kolejne sukcesy, na czele z wygranymi w Tour de France czy Vuelta a Espana. Sami Słoweńcy podkreślają jednak, że mnogość talentów w ich kraju to… przypadek. Jak więc doszło do tego, że mają dwóch wielkich mistrzów i co pomaga im w wychowywaniu znakomitych kolarzy?

Wielkie sukcesy, mały kraj

20 tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni. To niewiele więcej niż województwo dolnośląskie. Z tym że sporą część Słowenii pokrywają wysokie góry i cały kraj ma mniej ludności niż Dolny Śląsk. A mimo tego regularnie poznajemy kolejne wielkie postaci światowego sportu, które z niego pochodzą. Słowenia powoli staje się fenomenem.

No bo weźmy pod uwagę na przykład sporty zimowe. Od wielu lat w skokach narciarskich Słoweńcy regularnie walczą o najwyższe laury. Lata temu robił to Primoz Peterka, potem Rok Benkovic (jakby nie było – mistrz świata), Jernej Damjan, bracia Prevc na czele z Peterem, Robert Kranjec czy Timi Zajc. Zresztą to od tego sportu zaczynał – i był uważany za spory talent – Primoz Roglić, obecnie jeden z najlepszych kolarzy świata.

Wiadomo, że akurat w skokach narciarskich taka reprezentacja tego kraju nie może dziwić – Słowenia ma w końcu świetną infrastrukturę, na czele z mamutem w Planicy i całym kompleksem wybudowanym wokół niego. Ale w zimie prezentują się i inne wielkie postaci. Znakomicie na nartach jeździła choćby Tina Maze, dwukrotna mistrzyni olimpijska.

Dołóżmy do tego świetne wyniki w sportach zespołowych. Szczypiorniści ze Słowenii stali już na podium mistrzostw świata i Europy, a koszykarze trzy lata temu wygrali EuroBasket. W tym ostatnim sporcie pojawia się zresztą coraz więcej talentów, a sztandarowym tego przykładem jest Luka Doncić, gwiazda NBA i jeden z najlepszych młodych koszykarzy świata. Ze starszego pokolenia pochodzi za to Goran Dragić, rozgrywający Miami Heat.

Dodajmy do tego towarzystwa jeszcze kilku piłkarzy – na czele z Janem Oblakiem, bramkarzem Atletico Madryt – i tworzy nam się obraz kraju, który, jak na swe rozmiary, gwiazdami światowego formatu jest wręcz naszpikowany. – W Słowenii mamy wspaniałych profesjonalistów w każdym rodzaju sportu. Jesteśmy twardą nacją, każdy wzajemnie się nakręca – mówił jakiś czas temu Primoz Roglić dziennikarzom.

Słoweńcy mają ambicje bycia wielkimi. To zmusza nas do obrania innej ścieżki, jeśli chcemy odnosić sukcesy. Jeśli jesteś trenerem koszykówki w USA, to jest tam tylu graczy, że nawet gdy nic nie zrobisz, zapewne w końcu trafisz na talent, który zrobi karierę nawet, jeśli pomożesz mu tylko trochę. U nas jest inaczej – mówił AFP Matej Tusak, psycholog sportu, pracujący między innymi z Rogliciem.

Primoz jest dziś jednym z najlepszych przykładów na to, że Słowenia podbija nowy sport – kolarstwo. Ale nie jedynym.

Od Bogdana do Tadeja

Zasługi trzeba oddać w dużej mierze Radoje Miliciowi, naukowcowi z Uniwersytetu w Ljubljanie. To on, już w 1988 roku, zaczął przeprowadzać testy wydolnościowe i opracowywać plany treningowe dla kolarzy. To on szukał młodych, inteligentnych gości, którzy mogliby zostać przyszłymi trenerami. Już dwa lata później Bogdan Fink osiągnął pierwszy spory sukces – na mistrzostwach świata juniorów zgarnął brązowy medal. Choć wówczas Słowenia nie była jeszcze niepodległa – od Jugosławii odłączyła się rok później – to sami Słoweńcy często traktują to wydarzenie jako początek drogi tamtejszego kolarstwa ku wielkości.

Przez długie lata jednak była to droga trudna. Zdarzały się, owszem, pojedyncze sukcesy, ale nie było ich dużo i zwykle oddzielały je sezony, gdy nic wielkiego w wykonaniu Słoweńców się nie działo. Ze znaczących wydarzeń podkreślić trzeba brąz Andreja Hauptmana na mistrzostwach świata w 2001 roku, wygraną Janeza Brajkovicia w jeździe na czas na juniorskich MŚ trzy lata później, triumf Simona Spilaka w Tour of Romandie 2010 czy wielkie sukcesy Mateja Mohoricia w kategoriach juniorskich i młodzieżowych, gdy rok po roku zostawał mistrzem świata (2012 i 2013).

Zawsze mieliśmy dobrych kolarzy, którzy potrafili kończyć wyścigi World Touru w czołówce. Nigdy nie mieliśmy jednak dwóch wielkich mistrzów, nie mówiąc o tym, że pojawili się w tym samym czasie – mówił niedawno Mohoric. I faktycznie, Słoweńcy regularnie pojawiali się na niezłych lokatach. Ot, byli solidnymi wyrobnikami, którzy potrafili zakotwiczyć się w szerokiej czołówce. Mówimy tu o zawodnikach takich jak wspomniani Brajković czy Spilak albo Borut Bozic, często finiszujący w czołowych dziesiątkach wyścigów, czy Grega Bole, regularnie łapiący się w ucieczki, które czasem dawały dobre efekty.

W ostatnich latach nastąpiła jednak prawdziwa eksplozja świetnych wyników w słoweńskim kolarstwie. Oczywiście, najjaskrawszym tego przykładem jest dwójka Primoz Roglic i Tadej Pogacar. Pierwszy wygrał już dwukrotnie hiszpańską Vueltę, drugi wyrwał mu triumf w Tour de France na ostatnim etapie, zostając najmłodszym mistrzem tego wyścigu od 1904 roku. Ale to nie tylko o nich się rozchodzi. Wciąż szansę na wielkie sukcesy ma przecież wspomniany Mohoric, a do tego jeżdżą też tacy zawodnicy jak specjalizujący się w sprincie Luka Mezgec, Jan Tratnik czy Jan Polanc. Każdy z nich ma już na swym koncie kilka sporych zwycięstw, choćby na etapach wielkich tourów.

Tylko w tym – skróconym sezonie – portal Pro Cycling Stats naliczył Słoweńcom 22 zwycięstwa. Miejsc na podium 51. W klasyfikacji – liczonej w pierwszej kolejności wygranymi – kraj ten zajmuje dziewiąte miejsce na świecie. Wyżej jest na przykład Polska (choć sporo naszych zwycięstw odnieśliśmy w wyścigach niższej rangi), ale niżej już takie nacje jak Wielka Brytania, Dania czy Hiszpania.

Jeszcze lepiej jest w rankingu punktowym – niewielka Słowenia jest tam szósta. Wyprzedzają ją tylko Belgia, Francja, Włochy, Hiszpania i Australia. Z wyjątkiem ostatniego kraju, który też jednak swoje tradycje ma – same potęgi. Słoweńcy za to z tyłu zostawiali między innymi Holandię, Wielką Brytanię, Danię czy Kolumbię.

I owszem, to w dużej mierze zasługa dwóch zawodników – Roglicia i Pogacara (Tadej w pojedynkę zapewnił Słowenii drugie miejsce na świecie w rankingu do lat 23) – którzy okupują pierwsze dwie lokaty w zestawieniu najlepszych kolarzy. Ale dwa lata temu nikt nie pomyślałby nawet, że to w ogóle możliwe. Słowenia, choć odnosiła już sukcesy, była wtedy odpowiednio: 10. (2019), 11. (2018), 13. (2017) i 20. (2016) w tym zestawieniu. To znakomicie pokazuje, jaką drogę przebyła w ostatnich latach.

Pozostaje więc zadać jedno pytanie: skąd wzięły się te osiągnięcia?

Rowerowy raj

Zacznijmy od podstaw. Słowenia jest prawdopodobnie jednym z najlepszych krajów na świecie do urodzenia się, jeśli chcielibyście w przyszłości zostać kolarzami. Przynajmniej patrząc na jej położenie i warunki naturalne. Wystarczy przejechać maksymalnie kilka godzin w jedną bądź drugą stronę, by całkowicie zmienić otoczenie. Wysokie góry? Proszę bardzo. Są miejsca, gdzie wjedzie się i na 2000 metrów, po długich, zakręconych podjazdach. Kilkudziesięciokilometrowe, płaskie odcinki? Zapraszamy nad morze. Pagórki? W centrum kraju jest ich aż nadto.

Dodajcie do tego rozbudowaną infrastrukturę dla kolarstwa górskiego, mnóstwo ścieżek rowerowych czy nawet… pięciokilometrowy przejazd we wnętrzu kopalni. Słoweńcy kochają rowery. Serio, Ljubljana jest dziś uważana za jedno z najbardziej „kolarskich” miast Europy. Każdy dobrze zna pasję Holendrów do rowerów. Ale Słowenia od kilku lat stara się robić wszystko, by i u nich takowa się rozwijała. I wychodzi im to naprawdę nieźle. Ludzie jeżdżą do szkoły, pracy czy ot tak, rekreacyjnie. Wiadomo, że kraj, który ma trochę ponad dwa miliony mieszkańców nie będzie mieć wielu zawodowców, szczególnie, jeśli nie ma wielkich kolarskich tradycji. Ale amatorów jest w nim mnóstwo, a to podstawa do wychowania przyszłych zawodowców.

Położenie na mapie też w tym zresztą Słowenii sprzyja. W ramach projektu EuroVelo, prowadzonego przez Europejską Unię Kolarską, miało powstać 15 długodystansowych ścieżek rowerowych, liczących sobie po kilka tysięcy kilometrów. Trzy z nich przeprowadzono przez teren niewielkiej Słowenii. To dodatkowo zachęciło tamtejsze władze do inwestowania w kolarstwo. i nakręciło turystykę rowerową w regionie. Dziś podkreśla się, że coraz więcej osób, również dzieci, w kraju posiada rowery i chętnie z nich korzysta. Kto wie, może w przyszłości z którejś z nich wyrośnie kolejny mistrz?

Oczywiście, trzeba tu podkreślić dwie rzeczy. Po pierwsze, efekty rozbudowywania infrastruktury zobaczymy zapewne za kilka-kilkanaście lat. A po drugie – sukcesów Roglicia i Pogacara nie można tłumaczyć tylko tym, jak ukształtowany jest ich kraj. Faktem jest jednak, że jeśli już chce się uprawiać kolarstwo w Słowenii, to naprawdę nie trzeba nigdzie jechać, by solidnie potrenować. Dlatego też i Primoz, i Tadej podkreślali, że przez lockdown i przerwę pandemiczną przeszli nieźle, bo mogli regularnie jeździć choćby w okolicznych górach.

I to na pewno miało wpływ na ich kariery. A inne czynniki?

Jak to działa?

Sami Słoweńcy, jak wspomniano, odkreślają, że to tak naprawdę przypadek. I może nigdy się już nie powtórzy. Mieć dwóch mistrzów sportu, w którym nigdy nie było się potęgą, w tym samym momencie? Szaleństwo. Owszem, nie jest też tak, że w Słowenii nie zrobiono nic, by takowi się pojawili. Wręcz przeciwnie – pracowano na to. Ale jednak nie da się stwierdzić, że obaj doszli do tego dlatego, że pozwoliły im na to czy to krajowa federacja, czy państwo.

– Sami jesteśmy ciekawi jak to możliwe, że nasz kraj – który konturami, umówmy się, przypomina kurę – znosi aż tyle złotych jajek”. Roglic i Pogacar to czołowi kolarze świata. Nasz rodak, Aleksander Ceferin jest szefem UEFA, Luka Doncić – jednym z najlepszych koszykarzy globu… Jesteśmy tak mało ludnym państwem, że możemy się wydawać kompletnie niegroźni. To właśnie to może być przyczyną naszych osiągnięć: pracujemy ciężko, by było o nas głośno. Słoweńscy sportowcy są w drodze po sukces gotowi na wszystko” – mówił portalowi Kolarsko Jaka Lopatić, dziennikarz “Delo”

Bardzo różne opinie krążą za to na temat czy to systemu wyszukiwania talentów, czy ich szkolenia. Tadej Pogacar mówił niedawno, że w Słowenii jest „całkiem niezły system szkolenia, ale brak mu pieniędzy”. W tym samym czasie wiele osób twierdzi, że takiego systemu tak naprawdę brakuje i te braki zakrywają jedynie działania kilku osób. W tym choćby wspominanego już Bogdana Finka, dziś dyrektora grupy Adria Mobil, jeżdżącej na licencji kontynentalnej, czyli poziom poniżej World Touru. To najlepsza słoweńska ekipa, która regularnie wydaje światu kolarstwa kolejne talenty – przechodzili przez nią między innymi Roglic, Brajkovic czy Spilak.

To właśnie kluby, na czele z Adrią, w dużej mierze odpowiedzialne są za rozwój kolarstwa. Federacja w budżecie ma niespełna milion euro rocznie (a mówi się, że co roku nakłady jeszcze spadają) – po prostu nie byłaby w stanie tego wszystkiego uciągnąć. Kluby w Słowenii odpowiadają więc nie tylko za kontrakty zawodników i wyjazdy na wyścigi, ale też szukanie sponsorów, robienie zawodnikom testów kwalifikacyjnych czy nawet pomoc w organizacji wyścigów. Jedynie ten największy – Tour of Slovenia – który rokrocznie przyciąga gwiazdy, cieszy się na tyle dużym medialnym zainteresowaniem, że nie jest to przesadnie konieczne.

Owszem, pojawiają się też działania, mające na celu szybko wyciągać kolejne talenty. Trenerzy chodzą do szkół, namawiając do jazdy na rowerze i spróbowania swoich sił w rywalizacji. O to jest zresztą stosunkowo łatwo, bo w Słowenii istnieje sporo małych wyścigów dla dzieciaków czy nastolatków, a kluby mogą z nich wyłuskiwać obiecujących kolarzy. Drużyn – jak na tak mały kraj – jest zresztą całkiem sporo. Dlatego to działa, bo każdy może znaleźć sobie jakieś miejsce. Potem zaczyna się ostrzejsza selekcja, a do Adrii lub innych ekip jeżdżących na tym poziomie, trafiają już tylko najzdolniejsi.

Sami Słoweńcy podkreślają też, że ich sukcesy wynikają z dwóch rzeczy. Po pierwsze – potrafią harować. Zawsze dają z siebie sto procent, są uparci i jeśli założą sobie jakiś cel, to zrobią wszystko, by go osiągnąć. Choć wielu zauważa, że to równocześnie przeszkadza – przez to często godzą się na nieco gorsze traktowanie czy przyjmowanie roli pomocników. Bo „wciąż mają poczucie, że są mali i muszą ustępować większym”. Tak to wyjaśniają. Do pewnego momentu to działa. Ale jeśli chce się wejść na szczyt, trzeba zmienić to podejście.

Druga ważna rzecz – sukcesy pociągają sukcesy. W ciągu ostatnich 20 lat wiele się w Słowenii zmieniło. Kolejne medale i małe wygrane sprawiły, że Słoweńcy uwierzyli to, że można. Po prostu. Nie wierzycie? Przypomnijcie sobie wpływ Adama Małysza na polskie skoki. W Słowenii regularnie podkreślają, że z czasem ich kolarze zaczęli dostawać też więcej szans, bo w zawodowym peletonie zauważono, że kraj ten produkuje dobrych zawodników, którzy są w stanie walczyć z najlepszymi.

Myślę, że zawsze mieliśmy tu wiele talentów, ale sporo kolarzy nie wyjeżdżało do innych zespołów. Jeśli z kolei trafiało się na przykład do włoskiej ekipy, to preferowano tam Włocha zamiast Słoweńca. A w tym momencie nie ma wielu kolarzy ze Słowenii, którzy rozczarowaliby swoich dyrektorów i zespoły, które w nich zainwestowały. To coś zmienia – mówił Matej Mohoric. Z kolei Andrej Hauptman dodawał, że pomogły też inne względy. Choćby tak prozaiczne, jak dołączenie do Unii Europejskiej, które sprawiło, że Słowenia otworzyła się na Europę i łatwiejsze stały się na przykład wyjazdy – co w kolarstwie przecież bardzo istotne. Ale zgadzał się też ze zdaniem Mohoricia.

Swoje pierwsze duże zwycięstwo odniosłem dwa tygodnie po tym, jak Gorazd Stangelj wygrał Trofeo Melinda. Zorientowałem się, że jeśli ktoś, z kim dorastałem, może coś takiego wygrać, to mogę i ja. W 2000 roku on zajął z kolei jedenaste miejsce w mistrzostwach świata. Pomyślałem sobie: „wow! Więc to możliwe?”. Rok później zdobyłem medal – wspominał. I przez kolejne lata to jego krążek był dla innych wyznacznikiem i inspiracją.

Późniejsze sukcesy też, naturalnie, pomagały. Choć faktycznie jest trochę tak, jak to mówią w samej Słowenii – to że mają teraz dwóch wielkich mistrzów, faktycznie jest przypadkiem.

Różne drogi

Historia Primoza Roglicia jest dobrze znana. Trenował skoki narciarskie, zaliczył poważny upadek, potem już nigdy nie szło mu tak dobrze. Po przerwie od sportu kupił sobie rower i okazało się, że ma predyspozycje fizyczne do jazdy na najwyższym poziomie. To w wielkim skrócie, dokładniej opisane znajdziecie to w tym miejscu. W tej chwili ważne dla nas jest jedno: Roglic w żadnym razie nie jest produktem słoweńskiego szkolenia.

Sami Słoweńcy mówią, że „spadł im z nieba”. W pewnym sensie zrobił to zresztą dosłownie. Miał 23 lata, gdy przerzucił się na kolarstwo, szybko zaczął jeździć w barwach Adria Mobil, a potem szedł tylko w górę. Więc tak, przeszedł przez najlepszą profesjonalną grupę w Słowenii, ale nie przez juniorskie kategorie. Po prostu nie miał takiej możliwości. Ale gdy już zaczął trenować jazdę na rowerze, to Słowenia faktycznie mu pomogła. Więc i tak punkt dla niej.

Tadej Pogacar karierę rozwijał za to zupełnie inaczej. Od dawna mówiło się, że to ogromny kolarski talent. Wygrywał kolejne wyścigi w odpowiednich kategoriach wiekowych. Już jako dzieciak śmigał na rowerze, choć wcześniej grywał w piłkę. Próbował też, jak Roglic, skoków narciarskich, ale szybko odpuścił. Rower okazał się dla niego idealny. Już w wieku 18 lat przerzucił się na profesjonalizm, a w nogach miał kilka dobrych sezonów treningów. W międzyczasie wygrał między innymi Tour de l’Avenir, najważniejszy młodzieżowy wyścig na świecie. Kolejne kroki były tylko formalnością.

Choć i tak wyprzedził oczekiwania. Pogacar – już zwycięzca Tour de France – wciąż jest młodszy niż Primoz Roglic w chwili, gdy zaczynał jeździć zawodowo. Nic dobitniej nie pokazuje tego, jak różne drogi przeszli. I jak bardzo się pod tym względem różnią. Jeden jest efektem słoweńskiego szkolenia, prowadzonym od dzieciaka, któremu udało się wejść na szczyt. Drugi wszedł na niego z przypadku, gdy okazało się, że inna góra jest nie do zdobycia. Obaj jednak są wybitnie uzdolnieni. Obaj mają niesamowite wyniki badań wydolnościowych. Obaj też tworzą historię tamtejszego kolarstwa.

Ich historie się różnią, równocześnie pokazując słabość słoweńskiego kolarstwa – brak ujednoliconego systemu szkolenia – jak i jego siłę: pojawianie się talentów w różnych okolicznościach, z różnych środowisk i na różne sposoby.

Możliwe, że w najbliższych latach zobaczymy ich jeszcze więcej. Już teraz wiadomo, że w Słowenii jeżdżą kolejni uzdolnieni kolarze. Kto wie, może któryś nawiąże do osiągnięć swoich kolegów?

Rysa

Niestety, tak to już jest, że świat kolarstwa nie może obyć się bez wspomnienia o dopingu. Także w przypadku Słowenii trzeba go przywołać. W zeszłym roku w kontekście Operacji Aderlass pojawiło się nazwisko Milana Erzena, dyrektora zespołu Bahrain-Merida, a przy okazji człowieka, któremu udało się odkryć kilku utalentowanych kolarzy w ojczyźnie. W tym samym okresie Międzynarodowa Unia Kolarska zawiesiła kilku kolarzy, w tym Kristijana Korena i Boruta Bozicia (już wówczas emerytowanego) ze Słowenii. Obaj dopuścili się złamania przepisów w latach 2011-2012.

Erzen, co ważne, przed przewodzeniem ekipie Bahrain-Merida, pracował w Adria Mobil. A to już budzi spore podejrzenia co do czystości działań słoweńskich kolarzy. Inna sprawa, że odszedł z tej ekipy przed tym, jak pojawił się tam choćby Primoz Roglic. – To zła sprawa dla słoweńskiego kolarstwa. Ja jednak mogę chodzić z uniesioną głową. Nasza, nowa generacja, jest dobrym przykładem dla innych – mówił, pytany o to, dwukrotny zwycięzca Vuelty.

I oby tak zostało. Bo gdyby okazało się, że i nowa generacja nie jest czysta, to słoweńskie kolarstwo dostałoby ogromny cios. A naprawdę szkoda byłoby, gdyby to, co udało się tam osiągnąć, miało się rozpaść.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez