Rodzice przeganiali mnie z treningów, ale dziś są chyba zadowoleni

Rodzice przeganiali mnie z treningów, ale dziś są chyba zadowoleni

– W czasach juniorskich dziewczyny były znacznie bardziej szalone, rozrywkowe. Wiele razy ścigałem je po imprezach. Pamiętam, jak goniłem je w Zakopanem po korytarzach. Jedna czmychnęła, patrzę, za chwilę druga. No to ja za nimi. Uciekały przede mną, komedia. Następnego dnia dostały karę, nie uczestniczyły w treningu. Bo one były bardzo ambitne i dla nich niepójście na trening to była najgorsza kara – opowiada Aleksander Matusiński, twórca sukcesów sztafety 4×400 m.

***

RAFAŁ BIEŃKOWSKI: Pamięta pan swoją pierwszą bieżnię w rodzinnych Mysłowicach?

ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Najpierw trenowaliśmy w lesie, bo początkowo w ogóle nie mieliśmy dobrej bieżni. Potem była nieco lepsza, ponieważ naprawiono tę na obiektach miejskich. Tylko że ona też była żużlowa i w połowie porośnięta trawą, dlatego ciężko się biegało. Ale co ciekawe, trenował na niej obecny minister sportu Witold Bańka i zdobył w tych czasach nawet brązowy medal w sztafecie na mistrzostwach świata w Osace (Bańka był w przeszłości zawodnikiem klubu z Mysłowic – przyp. red.). Czyli jednak nawet w takich warunkach dało się przygotować do zawodów.

Chociaż na najważniejsze treningi jeździło się na tartan do Katowic na AWF. Później powstał z kolei stadion w Sosnowcu i z niego też korzystaliśmy. Tak to wyglądało. Od paru lat staramy się o nowy obiekt w Mysłowicach, trwają dyskusje, ale niestety nie ma pieniędzy w budżecie.

Był pan talentem, czy bardziej pracusiem?

Myślę, że w początkowych latach chyba bardziej talentem, bo praktycznie z niczego wygrywałem przełaje czy różne miejskie zawody. Później jednak coś poszło nie tak, nie rozwinąłem swojego potencjału. Być może byłem źle poprowadzony? Jeszcze mniej więcej do wieku juniora młodszego łudziłem się, że coś może z tego być, ale w końcu dałem sobie spokój i bardzo szybko zakończyłem „karierę”. Poza tym moi rodzice też byli przeciwni treningom. Woleli żebym uczył się i zdobył normalny zawód. Pchali mnie w inną stronę.

Jest pan chłopakiem z typowego mysłowickiego familoka?

Ja akurat wychowałem się w spokojnej dzielnicy: domek jednorodzinny, podwórko, grządki. Było dużo prac przydomowych. Zanim mogłem pójść na trening, najpierw musiałem porobić wszystko dookoła.

Nie pochodzę też z domu o sportowych korzeniach. Wiem, że dziadek coś próbował, ale był bardziej lokalnym działaczem piłkarskim. Rodzice już w ogóle nie byli związani ze sportem: mama była nauczycielką, ojciec elektrykiem. Jak już mówiłem, trochę przeganiali mnie z treningów zachęcając, a nawet w pewnym sensie przymuszając do innych rzeczy. Uważali, że mogę trenować, ale na przykład raz w tygodniu. A wiadomo jakie mogą być efekty takich treningów – żadne. Także przez to treningi nie były systematyczne i dobrze poukładane.

Uciekał pan z domu na treningi?

Aż tak źle nie było, ale łatwo też nie miałem. Pamiętam, że jeździłem dwadzieścia kilometrów autobusem do szkoły, potem musiałem wrócić i iść na trening. Czasami jechałem do domu, czasami od razu na zajęcia. Do tego jeszcze ponad kilometr na przystanek. Śmieję się, że byłem trochę jak mały Kenijczyk lub Etiopczyk, który musi mocno zasuwać, żeby dotrzeć do szkoły.

Czyli w domu była wojenka, kiedy nadszedł czas wyboru kierunku studiów?

Miałem też smykałkę do języka angielskiego, dlatego rodzice chcieli, żebym szedł na anglistykę. Złożyłem papiery na ten kierunek, ostatecznie zabrakło mi jednego czy dwóch punktów. Ale już nawet się nie odwoływałem, bo cały czas miałem plan B, czyli AWF Katowice. Mama i tata oczywiście nie chcieli, żebym tam poszedł, ale dla mnie to było marzenie.

Zawsze mnie to interesowało, pasjonowałem się, od dziecka uwielbiałem oglądać igrzyska w telewizji, byłem też w wielu szkolnych reprezentacjach. W domu musiałem przebijać mur, ale teraz rodzice są już chyba zadowoleni. Co prawda nie są szczęśliwi jak wyjeżdżam, ale ogólnie myślę, że są dumni, że dziewczyny osiągają sukcesy, a ja z nimi.

Na AWF-ie minął się pan z Arturem Rojkiem z Myslovitz. Pochodzicie z tego samego miasta.

Był świetnym zawodnikiem w wieku juniora, a potem nauczycielem wuefu. Pamiętam go z tamtych czasów, obserwowałem go na zawodach, na których się spotykaliśmy. Ja byłem jeszcze praktykantem, on pracował już w szkole. Bardzo się emocjonował, dopingował, mobilizował swoje dzieci. Był bardzo dobrym nauczycielem.

Był pan zdziwiony, że poszedł później w muzykę?

Nie, bo już wtedy śpiewał. A w szkole jak to w szkole, myślę, że nie da się rozwinąć za bardzo. Sam wyszedłem ze szkoły, chociaż pracowałem w niej aż siedemnaście lat. Aktualnie jestem pracownikiem AWF Katowice i był to dla mnie duży awans. Bardzo się z tego cieszę, bo to była uczelnia moich marzeń jako studenta.

Spotkałem tam wspaniałych ludzi wśród wykładowców, zwłaszcza na specjalizacji z lekkiej atletyki. Chociażby Janusza Iskrę, który pracował z Pawłem Januszewskim i Zuzanną Radecką, czy byłego mistrza Europy w dziesięcioboju Ryszarda Skowronka. Myślę, że to głównie oni zaszczepili we mnie pociąg do lekkiej atletyki. Miałem bardzo fajne przedmioty z fizjologii, biochemii, sam też mocno udzielałem się i nie miałem problemu z zaliczeniami. Pracę magisterską napisałem z teorii treningu. Ciągnęło mnie do tego, dlatego nie szukałem łatwych tematów, które wymagałyby jedynie przepisywania książek. Szukałem czegoś, co mnie naprawdę zainteresuje.

Niektórzy uważają, że dobry trener powinien wcześniej być zawodnikiem przynajmniej na niezłym poziome. Spotykał się pan kiedyś z podobnym zarzutem?

Są różne szkoły, chociaż moim zdaniem wskazany jest tutaj umiar. Pamiętajmy, że wybitny zawodnik raczej nie ma za bardzo czasu na naukę, studiowanie teorii treningu i wielu innych ważnych przedmiotów. Z drugiej strony ktoś, kto sam w ogóle nie trenował, może też nie czuć tego do końca. Wszystko musi być więc po środku. Oczywiście, wskazane jest, żeby być w przeszłości zawodnikiem, ale nawet jak spojrzymy na najlepszych trenerów w Polsce, to wielu z nich nie było znakomitymi zawodnikami. Niektórych nie było nawet w kadrach Polski, a mimo to odnoszą dziś sukcesy.

Reprezentację Polski juniorów objął pan w 2006 r. w wieku 27 lat. Szybko.

Trenując w małym klubie zajmowałem się m.in. skokiem w dal, setką, czy biegami przez przeszkody. Mieliśmy wiele medali w różnych konkurencjach i myślę, że to była dobra droga, bo człowiek wiele się w ten sposób nauczył.

Moimi pierwszymi reprezentantami na mistrzostwa Europy byli Stanisław Kokot i Asia Drobiec. Oboje rocznik 1987. Później zacząłem prowadzić Tinę, moją obecną żonę, która zdobyła wiele medali mistrzostw Polski juniorek, biła rekordy Polski. Potem pojawiły się Martyna Książek, medalistka mistrzostw Europy w sztafecie, Katarzyna Gwiazdoń, a następnie Justyna Święty. Wtedy miałem już bardzo mocną bazę, szczególnie dużo nauczyłem się na mojej żonie. Pewne ścieżki były wypracowane, wiedziałem jaką drogą treningową chciałem podążać.

Zawsze lepiej dogadywał się pan na bieżni z kobietami?

Raczej tak, chociaż na niższym poziomie pracowałem też z mężczyznami.

Jaka jest największa różnica w trenowaniu kobiet i mężczyzn? Nie pytam o fizykę czy intensywność treningu, tylko bardziej o podejście, charakter, mentalność.

Faceci nie są jednak tak skomplikowani w obsłudze, wykonują po prostu określone zadania. Można powiedzieć, że są zero-jedynkowi. Natomiast z dziewczynami bywa różnie, czasami nie wiadomo o co im chodzi. Wiele zależy od tego w jakim aktualnie są nastroju, co się wydarzyło ostatnio w domu, jak układa się z chłopakiem. Owszem, w takich sytuacjach można iść na bij-zabij, ale lepiej rozmawiać, próbować zrozumieć. Nie zawsze mi to wychodzi, ale staram się. Kobiety na pewno ciężej jest też zmusić do katorżniczego treningu. Chociaż dziś są to już profesjonalistki, wiedzą po co trenują, jakie mają cele.

Pamięta pan ten dzień w 2012 r., kiedy został trenerem reprezentacji seniorek?

Ustalenia miały zapaść w październiku na konferencji, natomiast ja już troszeczkę wcześniej wiedziałem, że jestem przymierzany do tego stanowiska. Odnosiłem już wtedy sukcesy z młodzieżówkami na mistrzostwach Europy, moje dziewczyny biegały w pewnym momencie nawet lepiej niż seniorki prowadzone przez ówczesnego trenera. Można więc powiedzieć, że nastąpiła naturalna wymiana pokoleń. Część zawodniczek pokończyło kariery, a ja miałem w tym momencie najlepszą, czyli Justynę Święty, dlatego też zostałem powołany na trenera kadry seniorek.

Większość dziewczyn z obecnej sztafety znałem już z czasów juniorskich. W 2010 r. byliśmy na mistrzostwach świata w Moncton z Gosią Hołub, a Igę Baumgart poznałem chyba już w 2007 r. podczas mistrzostw Europy juniorów w Hengelo, gdzie biegała indywidualnie na 400 m i sztafetę. To już dwanaście lat. Znamy się bardzo długo.

Mieliśmy różne momenty. W czasach juniorskich dziewczyny były znacznie bardziej szalone, rozrywkowe. Trzeba było je pilnować, wiele razy ścigałem je po imprezach. Były sprytne, raczej nie dawały się złapać za rękę, ale pamiętam, że kiedyś przyłapałem je na zgrupowaniu klimatycznym. Ale też musiały być przygotowane, że nawet jeśli nie przyłapałem ich na gorącym uczynku, to zawsze mogłem załatwić je później podstępem.

Czyli jak?

Na przykład zmieniając trening. One nie wiedziały co zwykle planowałem na dany tydzień, a przecież nie pójdą na imprezę, jeśli kolejnego dnia będą miały ciężkie bieganie. No więc jeśli wiedziałem, że gdzieś wyskoczyły, to potrafiłem robić im kolejnego dnia ciężkie zajęcia. Nawet po latach potrafiły mi wypominać: „A, bo trener dał nam wtedy takie ciężkie zadania, a myśmy były wcześniej na imprezie!”.

Czyli Justyna Święty nie była taka święta?

Dokładnie. Pamiętam, jak goniłem je w Zakopanem po korytarzach. Nie było łatwo, bo tam było dużo przejść, to z lewej, to z prawej strony. Było już po godzinie 23, dlatego nie robiłem normalnego obchodu pukając do drzwi, ale spacerowałem sobie po korytarzach. Chodzę, jedna czmychnęła, patrzę, za chwilę druga. No to ja za nimi. Uciekały przede mną, komedia. W końcu jednak musiały wrócić do pokojów. Następnego dnia dostały karę, dla odmiany nie uczestniczyły w treningu.

Wielu by się pewnie ucieszyło z takiej kary.

One były bardzo ambitne. Może mało utalentowane, ale właśnie pracą osiągały bardzo wiele i dla nich niepójście w ogóle na trening to była najgorsza kara. Trochę musiałem je pilnować, ale myślę, że nie mamy złych wspomnień, raczej fajne. A teraz to już w ogóle jest sama przyjemność.

Zanim nadeszły tłuste lata i grad medali, w 2015 r. chciał pan jednak zrezygnować z prowadzenia kadry. Jak pan to wspomina?

Już nawet wstępnie powiedziałem o swojej rezygnacji prezesowi Henrykowi Olszewskiemu i szefowi szkolenia. Tłumaczyłem im, że jestem już wypalony, zmęczony. Był to efekt sytuacji z mistrzostw świata w Pekinie, gdzie dziewczyny zajęły dalsze miejsce i straciły stypendium. Jedna z zawodniczek (Joanna Linkiewicz – przyp. red.) zgubiła pałeczkę w eliminacjach i nie było awansu do finału. Potem pojawiły się niefajne rozmowy, pretensje, długie wałkowanie tej porażki. Miałem już tego dosyć, chciałem spokojnie popracować gdzieś w szkole i zostać w domu z rodziną.

Co więc się stało, że jednak nie zostawił pan sztafety?

Zaczęło brakować mi tej adrenaliny. Było tak, że nawet mimo rezygnacji musiałem jeszcze przygotować plany treningowe, m.in. dotyczące obozów, zgrupowań. Musiałem to wszystko przedstawić, chociaż wiedziałem, że ja już tam nie pojadę.

Cały czas prowadziłem też Justynę Święty, mimo że z innymi już się pożegnałem, bo chciałem w ogóle wyjść ze sportu. Któregoś dnia pomyślałem sobie jednak: „Kurczę i tak muszę z nią pracować i jeździć, może lepiej jak dopilnuję ją na tych obozach?”. Dlatego postanowiłem odwołać swoją decyzję i zostałem.

I na początku 2016 r. było już srebro halowych mistrzostw świata w Portland. To był przełom?

Nie wiem, czy to był przełom. Być może było nim drugie miejsce na IAAF World Relays na Bahamach, gdzie dziewczyny wygrały z Jamajkami. Wydarzyło się to kilka miesięcy przed mistrzostwami świata w Londynie. To był dla nas bardzo ważny wynik, bo w Europie dziewczyny już wcześniej były wysoko. Nawet jeśli przed igrzyskami w Rio de Janeiro zajęły na mistrzostwach Europy w Amsterdamie dopiero czwarte miejsce minimalnie przegrywając medal.

Ile znaczyło dla pana potem siódme miejsce sztafety w finale olimpijskim w Rio?

Dla mnie to było rozczarowanie, kiedy zobaczyłem czas na brązowy medal. Dziewczyny pobiegły super w eliminacjach i gdyby powtórzyły to samo w finale, byłby medal. Jedna z zawodniczek pobiegła jednak bardzo słabo i to ustawiło bieg. Być może był to efekt dużej presji.

Biegi jednak różnie się układają, dlatego ciężko jest porównać jeden do drugiego. Żeby zdobyć medal na imprezie globalnej – a tym bardziej jeszcze na takiej odbywającej się co cztery lata – to w danym momencie wszystko musi wyjść idealnie. Wszystkie zawodniczki muszą być zdrowe, przygotowane i mocne mentalnie. Dopiero wtedy jest szansa. Bo jak ktoś zawodzi, od razu robi się ciężko, kotłuje się podczas biegu.

Dziś mamy lepsze zawodniczki niż wtedy. Przede wszystkim Justyna to jest poziom, półtora wyżej niż w 2016 r. Dzięki temu możemy coś pozmieniać w ustawieniu sztafety lub otworzyć szybciej bieg. Tak zrobiliśmy chociażby przed rokiem na hali w Birmingham. Najlepszą Justynę wystawiłem na pierwszej zmianie, na pierwszym, fatalnym torze, a mimo to przywieźliśmy srebrny medal. Tak już jest, że czasami lepiej poświęcić dobrą zawodniczkę, a być z przodu, niż pałętać się z tyłu.

Na brązowych mistrzostwach świata w Londynie w 2017 r. wziął pan ją do sztafety na finał, chociaż wcześniej totalnie zawiodła indywidualnie w biegu eliminacyjnym. Niektórzy robili przed biegiem wielkie oczy, ale pan poszedł va banque.

Ludzie już mówili, że to nepotyzm, już mnie zwalniali. Tym bardziej że oprócz Justyny wstawiłem wtedy do składu jeszcze Aleksandrę Gaworską i dodatkowo zmieniłem ustawienie tak, że nikt się tego nie spodziewał. Zawsze jednak wychodzę z założenia, że nawet jeśli jest jeden procent szans na osiągnięcie medalu, to trzeba to wykorzystać, bo ten procent może zamienić się w sukces. I zdobyliśmy wtedy medal.

Justyna na pewno się wówczas przełamała, bo miała bardzo ciężkie dwa miesiące. I jeszcze ten bieg w eliminacjach, gdzie pobiegła fatalnie i była mega niepewna przed sztafetą. Kiedy powiedziałem jej, że biegnie i to jeszcze na ostatniej zmianie, chyba po raz pierwszy rozpłakała mi się na odprawie przed zawodami. Ale specjalnie nie zrobiłem tego dzień wcześniej, żeby nie wzbudzać większych emocji.

Jaka była reakcja pozostałych dziewczyn?

Musiałem je przekonać. Wszystkie miały jednak do mnie chyba tyle szacunku i zaufana, że żadna się nie postawiła, nie powiedziała, że na coś się nie zgadza. Nie pierwszy raz tak zaryzykowałem, ale dla mnie to była chłodna kalkulacja: w zasadzie jedyne rozwiązanie, które mogło nam coś dać. Pod tym względem miałem więc czyste sumienie.

Nie chciałem wystawiać Justyny do składu, żeby miała tylko zaliczony finał mistrzostw świata. Ona miała już finał olimpijski w sztafecie, dwa razy była czwarta na mistrzostwach świata w hali, miała stypendium olimpijskie. Mnie interesował wtedy tylko sukces tamtej sztafety. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że jak nie wyjdzie, to znowu pojawią się ludzie, którzy będą chcieli mnie zwolnić. Bo tak jest zawsze, każdy jest mądry po biegu.

Wtedy akurat dziewczyny przegrały z Amerykankami, ale już w tym roku w maju podczas IAAF World Relays w Jokohamie udało się wygrać, a przy okazji wyprzedzić też Jamajki. Dużo musiał pan pracować z dziewczynami, żeby wyzbyły się kompleksu tych dwóch wielkich sztafet? Bo taki chyba był?

Na pewno był i być może dalej w pewnym stopniu jest. Zdajemy sobie sprawę z poziomu tamtych zawodniczek, chociaż już z Jamajkami dziewczyny wygrały kilka razy. Z Amerykankami akurat to był pierwszy raz. Na imprezie docelowej będzie pewnie ciężej to powtórzyć, ale z drugiej strony w Jokohamie rywalki naprawdę biegały w bardzo mocnym składzie. W amerykańskiej sztafecie brakowało wprawdzie dwóch dziewczyn, m.in. z powodu narodzin dziecka, ale te które je zastąpiły, to wcale nie był drugi garnitur.

Wiadomo, że rekordy życiowe zawodniczek USA są wyraźnie lepsze od naszych. A jak daleko jesteśmy za Amerykankami jeśli chodzi o warunki treningowe, zaplecze, dostępną technologię?

Myślę, że jesteśmy jeszcze daleko w tyle. Byłem tam dwa-trzy razy na zgrupowaniach i to jest marzenie uprawiać tam jakikolwiek sport. Na siłowni mają po 20-30 stanowisk, gdzie każdy zawodnik ma swoje, do tego monitoring do analizy treningu, już nie mówiąc o poziomie odnowy biologicznej czy o halach. W Polsce stadiony mamy w miarę okej, gorzej jest właśnie z halami. Mamy tylko jedną czterotorową w Spale, a przecież coraz więcej ludzi trenuje, coraz więcej osób dochodzi do fajnych wyników.

Jeśli chodzi o zaplecze, w Stanach Zjednoczonych na pewno nauka zdecydowanie bardziej wchodzi w sport. Niejednokrotnie widziałem tam na treningach biomechaników, gdzie u nas jeszcze to raczkuje. Sam jestem w o tyle dobrej sytuacji, że mam dostęp do AWF-u w Katowicach i mogę załatwić dziewczynom chociażby badania wydolnościowe. Ale jeśli ktoś jest z małego klubiku, to raczej nie ma na to szans.

W ciągu ponad roku zdobyliście trzy medale imprez mistrzowskich oraz pierwsze miejsce w nieoficjalnych sztafetowych mistrzostwach świata. Gdzie jest szczyt tej sztafety? Widzi pan jeszcze rezerwy?

Myślę, że takie jeszcze są. Jeśli dziewczyny zaczynają sezon takimi wynikami, to teoretycznie na koniec powinny się jeszcze poprawić. I na to liczę.

Kiedy rozmawialiśmy po zawodach w Jokohamie, odniosłem wrażenie, że próbuje pan ściągać z dziewczyn presję przed jesiennymi mistrzostwami świata w Katarze. Doha to tylko przystanek do igrzysk olimpijskich i ewentualny brak medalu nie będzie tragedią?

Jeśli nie będzie medalu w Katarze, nic się nie stanie. Igrzyska olimpijskie zrekompensują absolutnie wszystko, jeśli zdobędziemy tam medal. Do Tokio pozostał niewiele ponad rok. To mało żeby wypracować, zbudować i przygotować sztafetę, ale my już taką mamy, dlatego musimy przede wszystkim dbać o zdrowie dziewczyn i komfort, żeby niczego im nie brakowało. A że związek bardzo sprzyja nam od wielu lat, to się nie martwię.

Martwię się jedynie o jakieś losowe zdarzenia, podobne do ostatniego urazu Igi Baumgart, która w Jokohamie naciągnęła mięsień lub skręcenia nogi przez Justynę przed dwoma laty, kiedy była w życiowej formie. Ale to są rzeczy, których akurat nie przewidzimy.

Życie potrafi bardzo zaskakiwać. Przypomniało mi się, jak na igrzyskach w Sydney Robert Maćkowiak w kuriozalnych okolicznościach zahaczył o pudło pozostawione w okolicach zewnętrznego toru i było już po szansach na medal.

Pamiętam to, chociaż Robert powinien przede wszystkim utrzymać się w swoim torze. Popełnił błąd, ale właśnie dlatego sport jest piękny, bo jest nieprzewidywalny i czasami słabsi zdobywają medale. Sam żadnych fobii jednak nie mam przed startami. Chociaż zawsze staram się zwracać dziewczynom uwagę na szczegóły, chociażby aby unikały walki na łokcie, bo wtedy wszystko może się wydarzyć.

Trener siatkarzy Vital Heynen motywuje swoich graczy przed igrzyskami na różne sposoby. Chociażby wieszając przy wejściu do sali treningowej kartkę z liczbą dni, które pozostały do meczu finałowego. Pan też ma swoje sposoby, jak motywować dziewczyny przed Tokio?

Raczej nie, one wiedzą po co trenują. Mają świadomość, że to będzie ukoronowane ich karier, bo zdobyły w zasadzie wszystko oprócz medalu olimpijskiego. Nie wywieram na nich dodatkowej presji.

Natomiast mam już plan odnośnie mowy motywacyjnej przed ewentualnym finałem olimpijskim. Nie mam jeszcze gotowej samej przemowy, ale po prostu wiem już co zrobię, co będę chciał im w tym ważnym momencie przekazać. Oczywiście na razie wolę nie mówić o szczegółach. Poza tym rzadko zdradzam, co w takich momentach gadam do dziewczyn.

 

 

 

Fot. newspix.pl, 400mm, FB Justyny Święty-Ersetic


Aktualności

Kalendarz imprez