Puszczając perskie oko…

Puszczając perskie oko…

Mało kto dzisiaj pamięta ten bardzo powszechny kiedyś zwrot: puścić do kogoś perskie oko. W większości wypadków oznaczało to, że czegoś nie należy traktować poważnie. I dlatego właśnie nikt poważnie nie podszedł do nagle powziętej i nagle cofniętej decyzji prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa o rozpoczęciu wojny z Iranem. 

Tak się akurat składa, że nowożytne igrzyska olimpijskie już in statu nascendi miały z Persami wiele wspólnego. Chodziło o wprowadzenie do programu ateńskiej premiery 1896 konkurencji nawiązującej do historycznego wydarzenia z czasów starożytnych, czyli bitwy pod Maratonem w 490 roku przed naszą erą. Ateńczycy pokonali wtedy najeźdźców – armię perską, a ukuta znacznie później przez jakiegoś kronikarza legenda głosiła, że natychmiast po odniesieniu zwycięstwa pchnięto do Aten posłańca ze szczęsną wieścią. Niejaki Filippides miał przebiec dystans 40 kilometrów, dzielący Ateny od Maratonu – wykrztusić „zwyciężyliśmy” i natychmiast wyzionąć ducha. W rzeczywistości było jednak tak, że ów posłaniec wyruszył jeszcze przed bitwą, żeby błagać o pomoc Spartan, którzy z uwagi na trwające wtedy misteria religijne przybyli pod Maraton dopiero po bitwie i mogli tylko pogratulować Ateńczykom.

Wersja legendarna owego wydarzenia pasowała wszakże inicjatorom nowożytnych igrzysk z ich wielkim liderem – francuskim baronem Pierre’m de Coubertin na czele. No i w programie olimpijskim mamy maraton do dziś, wciąż kłaniając się legendzie, jakże dalekiej od prawdy. 

Cieszmy się zatem, że Trump puścił do przywódców Iranu li tylko perskie oko i nie musieli oni brać jego gróźb serio. Z olimpijskiego punktu widzenia Irańczyków wypada szanować, bowiem uczestniczą oni w igrzyskach od 1900 roku i zdobyli 69 medali, głównie w zapasach i podnoszeniu ciężarów. W tej chwili mają świetną reprezentację siatkarzy, którzy w turnieju olimpijskim w Rio de Janeiro zajęli piąte miejsce, a w 2014 na mistrzostwach świata, wygranych przez Polaków na własnym podwórku, wywalczyli też bardzo wysoką – szóstą pozycję.  

Szczytna idea olimpizmu przeciwstawia się w bodaj największym stopniu wszczynaniu jakichkolwiek wojen, co jest kontynuacją tradycji starożytnych Greków (pokój boży – ekecheiria). I dobrze, że od 1993 roku Pokój Olimpijski ogłasza Organizacja Narodów Zjednoczonych, o czym ostatnio w okolicznościowym eseju z okazji 125-lecia narodzin ruchu olimpijskiego napisał dawny sekretarz stanu USA Henry Kissinger, będący członkiem honorowym MKOl. Kissinger przypomina, że właśnie igrzyska olimpijskie są we współczesnym świecie jedyną możliwością globalnego zbliżenia narodów w jednym czasie i miejscu w celu pokojowej, a nie militarnej rywalizacji. 

Mało kto ze współczesnych ma taką wiedzę jak Kissinger na temat wydarzeń, które doprowadziły wielkie mocarstwa na skraj trzeciej wojny światowej, a miałaby ona już absolutnie niszczący dla cywilizacji ludzkiej – nuklearny charakter. Igrzyska olimpijskie nie są wprawdzie czynnikiem, który jest w stanie powstrzymać wybuch jakiejkolwiek wojny, ale w dużym stopniu przyczyniają się do łagodzenia politycznych konfliktów. W pamięci Kissingera, stałego bywalca tej imprezy, który w skali swojego życia naliczył aż 46 olimpijskich batalii, szczególnie utkwiło jak wrogie sobie wschodnie i zachodnie Niemcy wystawiały w okresie 1956 – 1964 wspólną olimpijską reprezentację i jak w 1992 w Barcelonie startowały nareszcie wyjęte spod sowieckiego buta kraje środkowej Europy, a sportowcy Republiki Południowej Afryki powrócili na arenę igrzysk po trzech dekadach izolacji spowodowanej polityką dyskryminacji rasowej (apartheid). Tak samo podobała się Kissingerowi defilada reprezentacji Korei Północnej i Południowej pod wspólną flagą na otwarcie tegorocznych igrzysk zimowych w Pjongczangu. 

Ja bym do tego dodał również pamiętne przełamanie mitu, iż sportsmenka radziecka musi być babochłopem od dziecka. Najpierw takim wzorem była mająca 1,88 m wzrostu chuda, żylasta Aleksandra Czudina, która na IO 1962 w Helsinkach wywalczyła trzy medale w lekkoatletyce (srebro w skoku w dal i rzucie oszczepem oraz brąz w skoku wzwyż), ale głównie popisywała się jako siatkarka, sięgając w reprezentacji ZSRR po trzy tytuły mistrzyni świata i cztery – mistrzyni Europy. Czudina była jak gdyby sowiecką odpowiedzią na wzorzec wszechstronności, zaprezentowany już przed wojną przez biseksualną Amerykanką Mildred Didrikson-Zaharias, która na igrzyskach 1932 w Los Angeles wygrała bieg na 80 m pł, rzut oszczepem i była druga w skoku w dal, ale wielkie sukcesy odnosiła niemal we wszystkich dyscyplinach sportu, zwłaszcza w koszykówce, softballu, baseballu, a w latach 40-tych i 50-tych ubiegłego wieku była najlepszą golfistką świata. 

Jakby idąc tropem Mildred „Babe” Didrikson, Sowieci – obok Czudiny – zaprezentowali męskie typy w powojennej lekkoatletyce i dopiero w obliczu wprowadzonej w 1966 na mistrzostwach Europy w Budapeszcie kontroli płci wycofali cichaczem bezkonkurencyjne w swoich specjalnościach: Marię Itkinę (400 m), Tatianę Szczełkanową (skok w dal) oraz siostry Tamarę (kula, dysk) i Irinę Press (80 metrów przez płotki, pięciobój). 

Niejako przeciwieństwem tych cokolwiek przerażających postaci stała się urocza smarkula Olga Korbut z Grodna (Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka), która na Igrzyskach Olimpijskich 1972 w Monachium stała się w okamgnieniu gwiazdą gimnastyki. Zdobyła tam złote medale na równoważni, w ćwiczeniach wolnych i w drużynie, budząc zachwyt całego świata. Gdy wróciła w domowe pielesze, otrzymała w ciągu roku aż 20 tysięcy listów od swych wielbicieli z najróżniejszych krajów i z tego powodu miejscowy urząd pocztowy musiał zatrudnić do selekcjonowania tych korespondencji dodatkowego pracownika. 

Korbut łączyła wdzięk słynnej aktorki amerykańskiej Audrey Hepburn ze sprawnością późniejszej mistrzyni olimpijskiej w gimnastyce Rumunki Nadii Comaneci i zasłynęła tak, jak w roku 1964 reprezentantka Polski, 18-letnia Irena Kirszenstein (później Szewińska), która na igrzyskach w Tokio wywalczyła trzy medale w lekkoatletyce: srebrne w biegu na 200 metrów i w skoku w dal oraz złoty w sztafecie 4 x 100 metrów, ozdobiony dodatkowo rekordem świata. 

W perspektywie igrzysk 2020 w Tokio rodzi się nowa gwiazda młodego pokolenia. Oto bowiem zaledwie 15-letnia Afroamerykanka Cori Gauff staje się wielką olimpijską nadzieję w tenisie. Przystępując do turnieju w Wimbledonie jako singlistka, mieściła się dopiero w czwartej setce najlepszych na świecie. O dziwo jednak, występ w tym najbardziej prestiżowym turnieju rozpoczęła z wielkim  impetem, pokonując najpierw swoją rodaczkę, dawną supermistrzynię Venus Williams, a potem zdecydowanie rozprawiając się z 31-letnią Słowaczką Magdaleną Ribarikovą. Życzyłbym Cori, żeby poszła w ślady swojej sławnej poprzedniczki, również reprezentantki USA Jennifer Capriati, która będąc piętnastolatką, dotarła w Wimbledonie do półfinału, by rok później wywalczyć w grze pojedynczej złoty medal olimpijski w Barcelonie.


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez