Przeszłość i teraźniejszość. O ogniu i sztafecie olimpijskiej

Przeszłość i teraźniejszość. O ogniu i sztafecie olimpijskiej

Sztafeta olimpijska stała się nieodłącznym elementem igrzysk. To już tradycja, którą obserwują miliony ludzi na całym świecie. Ale jak do tego właściwie doszło? Skąd takie uwielbienie wobec olimpijskiego ognia? I co czeka nas w tym roku, gdy – jutro – ponownie w Olimpii zostanie rozpalony olimpijski ogień? Na te pytania postaraliśmy się odpowiedzieć.

Nieciekawe początki

Historia samego ognia olimpijskiego sięga czasów – co raczej nie powinno dziwić – starożytnej Grecji. Biegi z ogniem urządzano tam, by uczcić bóstwa. Na czele z Prometeuszem, który według mitów ten właśnie ogień ofiarował ludziom. Ale to pewnie pamiętacie jeszcze ze szkoły. Podobnie jak informację, że ogień na igrzyskach utrzymywano, by uczcić Zeusa. Wspomniane biegi ku czci bóstw wkrótce zamieniły się w sportowe zmagania. Ogień rozpalano na specjalnym ołtarzu poświęconym Hestii, bogini domowego ogniska. Robiono to poprzez soczewkę, koncentrującą płomienie słońca w jednym punkcie. Naczelna kapłanka – tak ją nazwijmy – podkładała pod ten punkt pochodnię. I ogień płonął.

Wiemy, może się wydawać, że to zbędne informacje. Ale tak nie jest. Do ognia olimpijskiego stosunkowo szybko zaczęto odwoływać się także w trakcie nowożytnych igrzysk. Już w 1912 roku Pierre de Coubertin, ich ojciec, powiedział: – A teraz wspaniali ludzie otrzymali pochodnię. Tym samym podjęli się zachować i dbać o cenny płomień. Nasi młodzi ludzie będą ją mieli przez jakiś czas. Potem pochodnia wypadnie z ich rąk, a inni młodzi ludzie, po drugiej stronie świata, ją podniosą. – Szesnaście lat po tych słowach ogień po raz pierwszy dosłownie „wmontowano” w igrzyska. Na stadionie w Amsterdamie zapłonął znicz. W Los Angeles, kolejne cztery lata później, kontynuowano nowonarodzoną tradycję.

My pisać mamy jednak nie tyle o samym zniczu, co o sztafecie. A ta powstała w 1936 roku, w nazistowskich Niemczech. Na pomysł przeniesienia ognia z Olimpii do Berlina wpadł Carl Diem z Niemiec, który w tej kwestii współpracował z Grekiem Ioannisem Ketseasem. Zarówno MKOl, jak i władze Niemiec, pomysł poparły. Ci pierwsi, bo uważali, że to piękne nawiązanie do tradycji starożytnych igrzysk. Drudzy… z podobnych powodów. Wiele elementów nazistowskiej propagandy było bowiem opartych m.in. na odwołaniach do cywilizacji starożytnych Greków.

Ceremonia rozpalenia pochodni przebiegała jak przed laty, a obserwował ją sam De Coubertin. Świątynia, kapłanki, wklęsła soczewka, promienie słońca – tak zresztą jest do dziś. Pierwszy z olimpijskim ogniem biegł Grek Konstantinos Kondyllis. Łączna liczba biegaczy wyniosła wtedy 3075 osób, a długość sztafety… 3075 kilometrów. Przetransportowanie ognia z Grecji do stolicy Niemiec zajęło niespełna dwa tygodnie. Ostatniego biegacza wybierano w Niemczech długo. W końcu rolę tę powierzono Friztowi Schilgenowi, uznanemu za ideał niemieckiego obywatela, który w dodatku ładnie biegał. To on zapalił znicz olimpijski.

I choć początki sztafety olimpijskiej sięgają ustroju, który później odpowiedzialny był za rozpętanie II wojny światowej i zbrodnie na ludzkości, to tradycja sama w sobie się przyjęła. Nie przeszkodziło jej to, że pierwsze pochodnie wykonano w zakładach Kruppa. Tych samych, które w trakcie wojny wytwarzały też amunicję dla niemieckiej armii. Nie przeszkodziło, że naziści zastosowali ją w celach propagandowych (jak zresztą całe igrzyska), wykorzystując do relacji z niej media oraz Leni Riefenstahl, która kręciła konkretne sceny z jej przebiegu, by później umieścić je w filmie „Olimpiada”.

Leni Riefenstahl, igrzyska i kino. Jak powstawała “Olimpiada”?

Gdy minęła wojna, a świat otrząsnął się już z jej zawieruchy, igrzyska przywędrowały do Londynu. I tam też postanowiono zorganizować sztafetę. Trwała od 17 do 29 lipca, zwano ją „sztafetą pokoju”. To wtedy ogień olimpijski po raz pierwszy transportowano też statkiem, w trakcie przepraw przez morze z Grecji do Włoch oraz kanał La Manche. Że zorganizowano ją naprędce i w trudnych warunkach, niech świadczy fakt, że dziewczyna, która rozpalała pochodnię, została do tego wybrana… dzień przed ceremonią. Ta, którą tej roli uczono, po prostu nie była w stanie dotrzeć z Aten do Olimpii.

By podkreślić pokojowy charakter sztafety, rozpoczynający ją pułkownik Dimitrelis z greckiej armii, odłożył swą broń i zdjął mundur przed wzięciem do rąk pochodni. I tak ruszył w drogę. A wraz z nim olimpijski ogień.

Od wewnątrz

Z czasem sztafeta zaczęła stawać się sposobem na zasygnalizowanie czegoś, upamiętnienie czy przekazanie światu. Wydłużano jej bieg, angażowano coraz więcej osób. I coraz więcej osób chciało brać w niej udział. I to mimo że – o czym mówią sami uczestnicy – biec z taką pochodnią jest właściwie bardzo ciężko. Waży to sporo, do tego trzeba uważać, żeby się nie poparzyć, najlepiej nieść pod dziwnym kątem, a do tego dochodzą nerwy, by nie wywrócić się na oczach setek czy nawet tysięcy osób.

Ale wiadomo, wszystko to równoważy prestiż i poczucie uczestniczenia w czymś naprawdę dużym. Do tego przecież niesie się ten sam ogień, co wiele gwiazd czy to sportu, czy z innych dziedzin życia. I w końcu to tym ogniem zostaje rozpalony znicz olimpijski. A tu już w ogóle gwiazdorska obsada. Wayne Gretzky, Muhammad Ali, Pavo Nurmi czy Vanderlei Lima. Lub osoby, których nazwisk może nie znamy, ale ich obecność ma coś symbolizować – Yoshinori Sakai (w Tokio w 1964 roku, urodzony w Hiroszimie w dniu zrzucenia na miasto bomby atomowej) czy Cathy Freeman (w Sydney w 2000 roku, Aborygenka). Wszyscy też pamiętają ceremonię z Barcelony, gdy znicz rozpalił Antonio Rebollo, niepełnosprawny sportowiec, strzelając zapaloną strzałą z łuku.

Swoją drogą sztafeta olimpijska to też wyzwanie dla… inżynierów i projektantów. To oni głowią się nad tym, jak sprawić, by pochodnia i znicz były charakterystyczne i coś symbolizowały, a przy tym nie gasły. Czas „życia” pochodni to zresztą jakieś 20 minut. Na tyle zwykle wystarcza jej paliwa. Ale chodzi o to, by nie zgasła wcześniej przez deszcz lub wiatr. Do tego zwykle inaczej musi wyglądać ostatnia. Choć my tego nie widzimy. Bo chodzi o to, jak zbudowana jest w środku.

Ona ma bowiem jedno zadanie – rozpalić znicz, ku radości milionów czy wręcz miliardów ludzi. Ale jak to właściwie się stało, że tyle osób cieszy się właśnie na ten moment?

Rozrost

Jako pierwsi na wykorzystanie sztafety w ciekawszy sposób wpadli Włosi, gdy igrzyska zawitały do Rzymu w 1960 roku. Uznali, że warto będzie uczcić w ten sposób dwie cywilizacje: grecką i rzymską. Jak pomyśleli, tak zrobili. Trasę poprowadzono przez najbardziej znane historyczne lokalizacje obu państw, a samą sztafetę pierwszy raz w historii relacjonowano w telewizji. W Tokio z kolei, jak już wspomniano, organizatorzy przypomnieli II wojnę światową i prezentowali (zresztą całymi igrzyskami) nową Japonię.

Prawdziwym wyzwaniem były igrzyska w Meksyku z 1968 roku. Najbardziej pamiętanym wydarzeniem ze sztafety do dziś jest to, że to tam po raz pierwszy kobieta zapaliła znicz – zrobiła to meksykańska płotkarka, Enriqueta Basillo. Sama sztafeta była jednak wielkim wyzwaniem logistycznym. Pierwszy raz w historii brały w niej udział osoby z innych państw niż Grecji i kraju-organizatora. Ale to tylko część utrudnień. Kolejnych przysporzył fakt, że Meksykanie chcieli odwzorować drogę, jaką przebył Krzysztof Kolumb, gdy przypływał do Nowego Świata. I tak olimpijski ogień przeszedł przez Genuę (miejsce narodzin Kolumba), Palos de la Frontera (port, z którego wypłynął) i San Salvador (pierwszą wyspę, na którą dopłynął). Ponadto sztafeta dotarła również do Wielkiej Piramidy Księżyca w Teotihuacan, gdzie olimpijski ogień wziął udział w azteckiej ceremonii.

Sztafeta olimpijska wkrótce stała się rywalizacją. Każdy kraj chciał zaprezentować się jak najlepiej, przebić osiągnięcia poprzedniego. W Monachium do Guenthera Zahna, ostatniego z jej uczestników, przed zapaleniem znicza dołączyli biegacze z pozostałych kontynentów. W Montrealu znaleziono niecodzienny sposób na przekazanie ognia do Kanady. Otóż zrobiono to za pomocą… satelity. Z Aten płomień „przeniesiono” drogą radiową do satelity, a z tej rozpalono go za pomocą lasera już na drugim kontynencie.

Do uczestnictwa w samej kanadyjskiej części sztafety zgłosiło się wtedy 4000 osób. Kilka miesięcy przed jej startem do wybranych wysłano egzemplarze instrukcji na temat tego, jak mają się zachowywać, jak nieść pochodnię i jak przekazać ogień kolejnej osobie. To też w Montrealu po raz pierwszy znicz zapaliły dwie osoby – Stephane Prefontaine i Sandra Henderson (mający 15 i 16 lat, później, według plotek, wzięli ze sobą ślub).

Osiem lat później w USA sztafetę sponsorowała i pomogła w jej rozreklamowaniu faktyczna agencja reklamowa, a stroje biegaczy dostarczali Levi Strauss i Converse. To wtedy zaczęły pojawiać się pierwsze głosy o komercjalizacji całego wydarzenia. Po raz pierwszy uczestnicy mogli zapłacić za udział (około 3000 dolarów za kilometr), po raz pierwszy też można było sponsorować konkretny kilometr właśnie. Wielu to krytykowało, ale MKOl uznał, że cała sztafeta okazała się niesamowitym sukcesem, a pieniądze przekazano na cele charytatywne.

Nawiązano też do przeszłości – pierwszymi biegaczami w USA byli potomkowie Jima Thorpe’a i Jessego Owensa. Sama sztafeta była – na tamten moment – najdłuższą w historii, sięgając mniej więcej 15 tysięcy kilometrów i przebiegając przez całe Stany Zjednoczone. Znicz, który wówczas zapalono, był tym samym, którego użyto w 1932 roku, gdy igrzyska odbywały się w tym samym miejscu. A skoro wcześniej wspominaliśmy o komercjalizacji, to warto krótko napomknąć o igrzyskach z Barcelony, zorganizowanych osiem lat później – to wówczas sztafetę sponsorować zaczęła… Coca-Cola, która dostrzegła w tym dobry interes. I miała rację.

Cztery lata później sztafeta wróciła do USA. Jako pierwszy w Stanach pochodnię niósł Rafer Johnson, który był z kolei ostatnim uczestnikiem sztafety z Los Angeles dwanaście lat wcześniej. Znów postawiono na rozmach. Trasa, po której niesiono ogień liczyła sobie niecałe 27 tysięcy (!) kilometrów. Udział w przedsięwzięciu wzięło udział ponad 12 tysięcy osób, z czego 2000 z nich stanowili byli olimpijczycy lub osoby powiązane z ruchem olimpijskim. Trasę, oczywiście, poprowadzono przez wiele historycznych czy turystycznych miejsc – choćby Wielki Kanion. To wtedy też Coca-Cola poszła już na całość i obok biegaczy jechały samochody z jej logiem, a ludzie mogli kupić butelki napoju. Część środków z ich sprzedaży przeznaczono na charytatywną działalność.

W 1996 roku wymyślono też coś, czego wcześniej nie było. O ile pochodnia olimpijska podróżowała już łodzią, na koniu, była niesiona przez spadochroniarzy czy prowadzących skuter śnieżny, a cztery lata później miała też zostać przeniesiona na grzbiecie wielbłąda i zabrana pod wodę, o tyle to przed igrzyskami w Atlancie… wysłano ją w kosmos. Ognia, z oczywistych przyczyn, zabrać się nie dało, jednak po raz pierwszy (bo były i kolejne) ruch olimpijski połączony został i z tymi, którzy znajdowali się aktualnie poza Ziemią. Choć największym wydarzeniem i tak było to, że znicz rozpalił – zmagający się z chorobą Parkinsona – Muhammad Ali, co do samego końca trzymano w tajemnicy.

Australijczycy, cztery lata później, wymyślili jeszcze coś innego. Zanim płomień dotarł do nich, odwiedził wyspy Oceanii. Jak wspomniano – wzięto go też pod wodę, by oświetlił Wielką Rafę Koralową. Żeby tak się stało, naukowcy przez dziewięć miesięcy pracowali nad formułą, która pozwoliłaby mu nie gasnąć pod wodą. Udało im się. Inna sprawa, że organizatorzy nie uniknęli kontrowersji. Choćby przez to, że w ceremonii rozpalenia znicza zamieniono jedną z dziewczyn o grecko-australijskich korzeniach na córkę członka MKOl-u.

Grecy, gdy igrzyska wróciły do nich w 2004 roku, uznali, że trasa przebiegająca tylko w ich kraju będzie za krótka i muszą coś wykombinować. Wymyślili… sztafetę dookoła świata, odwiedzającą pięć kontynentów, w nawiązaniu do pięciu olimpijskich kół. Wyszła im ona na tyle dobrze, że MKOl stwierdził, iż chciałby taką oglądać co igrzyska. Cztery lata później decyzję tę zmienił, ale o tym później. Bo powiedzmy sobie jeszcze o Londynie, który może nie zrobił nic wielkiego na samej trasie, ale zainteresowanie sztafetą było już na tyle duże, że tłumy po drodze na siłę zmniejszać musiała policja. By obejrzeć biegnących stawiały się dziesiątki tysięcy osób. I mówimy tu o pojedynczych dniach, całą sztafetę oglądały miliony.

Swoją drogą jedną z niosących pochodnię dopingowano szczególnie – była nią Dinah Gould. W chwili, gdy biegła w sztafecie, miała okrągłe sto lat.

Gasnący ogień

Nie jest jednak tak, że w całej historii olimpijskiej sztafety było tylko pozytywnie. Wręcz przeciwnie. Na przestrzeni lat zanotowano zarówno sporo wpadek, jak i protestów przeciwko sztafecie. Pierwszy wyraźny sygnał, że nie zawsze będzie kolorowo, MKOl otrzymał już w 1956 roku, gdy igrzyska odbywały się w Melbourne. Barry Larkin, student, protestował wówczas przeciwko tradycji sztafety, wywodzącej się z – jak już wiecie – nazistowskich Niemiec.

Jak to zrobił? Skonstruował własną pochodnię. Do nogi krzesła przymocował puszkę po śliwkowym puddingu, a ogień uzyskał poprzez podpalenie pary majtek. Udając biegacza przekazał tę pochodnię burmistrzowi Sydney, Patowi Hillsowi i uciekł chwilę później. Gdy po kilku minutach pojawił się prawdziwy biegacz, wszyscy byli naprawdę zaskoczeni. Swoją drogą faktyczna pochodnia w tamtym roku skonstruowana była tak, że wielu z uczestników sztafety skończyło z poparzonymi rękami, bowiem pryskały od niej drobne strzępki metalu.

Inne wpadki? Proszę bardzo. W tym samym roku, ale w trakcie zimowych igrzysk, Guido Caroli, wjechał na stadion na łyżwach. Zahaczył jednak o kabel, przewrócił się, ale… pochodnię utrzymał. I podobno zawsze już był z tego dumny. W Meksyku, dwanaście lat później, poparzeni zostali niektórzy biegacze przy przekazywaniu sobie ognia zdarzały się bowiem… małe eksplozje. W Seulu z kolei, już po zapaleniu znicza, wypuszczono sporo gołębi. Część, spanikowana, wleciała w ogień.

Klasyką jest już gaśnięcie. Czy to pochodni, czy znicza. Zdarzało się to wielokrotnie, dlatego organizatorzy zawsze mają przygotowaną rezerwową pochodnię, z której – i teoretycznie tylko z niej – można na nowo odpalić olimpijski ogień, bowiem i ona została zapalona w Olimpii. Wiadomo, to żadna nowina, że płomień może zgasnąć. Wystarczy, że zerwie się wichura lub ulewa. Tak było w Montrealu w 1976 roku czy w Atenach w 2004. Nikt nie robił z tego afery. Aż za sztafetę wzięli się Rosjanie przed zimowymi igrzyskami w Soczi.

Nie dość, że płomień gasł wówczas wyjątkowo często, to Szawarsz Karapietin, olimpijczyk, kompletnie spanikował, gdy tak się stało. I o pomoc poprosił pobliskiego ochroniarza. Ten, nie wiedząc, jak przebiegają procedury, wyciągnął zapalniczkę. Reszty się domyślcie. By jakoś naprawić szkody, płomień zgaszono jeszcze raz – tym razem umyślnie – i odpalono już od właściwej pochodni. Ale widok ognia olimpijskiego (który tak naprawdę nim nie był), odpalanego od zwykłej zapalniczki, pozostał w głowach wielu. Podobnie jak protest mieszkańców Angra dos Reis, miasta niedaleko Rio de Janeiro, którzy – wściekli na sumy wydane na organizację igrzysk w czasach kryzysu – zgasili płomień, gdy sztafeta przebiegała przez ich miejscowość.

Największe kontrowersje dotyczyły jednak sztafety z 2008 roku, która liczyć miała sobie 130 000 kilometrów(!). Pamiętacie jeszcze, że pisaliśmy o tym, jak MKOl zmienił zdanie dotyczące organizacji jej w formacie ogólnoświatowym? No to właśnie do tego doszliśmy. Na całej trasie na biegaczy czekali protestujący przeciwko łamaniu praw człowieka, głównie w związku z sytuacją w Tybecie. Kilkukrotnie z ich powodu trzeba było zmieniać trasę sztafety, kilka etapów po prostu nie mogło się odbyć. A by możliwe było wejście na Mount Everest, które zaplanowano, chińskie władze po prostu zamknęły górę właśnie od strony Tybetu.

Płomień, na niemal całej trasie, strzeżony był przez 30 specjalnie wyszkolonych policjantów z Chin, oddelegowanych do tego celu przez tamtejszy rząd. „Niemal całej”, bo na przykład Australijczycy nie życzyli sobie ich obecności, ze względu na doniesienia o ich agresywnym zachowaniu. Woleli swoich własnych ochroniarzy. Sam Sebastian Coe, szycha w sportowym świecie, stwierdził, że „Chińczycy pilnują znicza niczym bandyci” i „trzy razy próbowali mnie odepchnąć i usunąć z drogi, nie mówią do tego po angielsku”. Sami widzicie – coś było na rzeczy.

Inna sprawa, że opinia sztafety i tak była mocno zszargana. Protesty czekały na nią między innymi w Londynie, Paryżu, San Francisco, Dar es Salaam czy Buenos Aires. Wszędzie tam organizatorzy byli zmuszeni do wprowadzenia zmian, wymuszonych przez działania protestujących. A media z całego świata to relacjonowały. Dlatego właśnie Międzynarodowy Komitet Olimpijski stwierdził, że bezpieczniej jest, gdy sztafeta odbywa się tylko w Grecji – bo musi dotrzeć z Olimpii do Aten, to już tradycja – i na terenie kraju-organizatora. Ale że Grekom jakoś ten bieg dookoła świata wyszedł, to nie wspomnieli. I nie wpadli na to, z jakiego powodu tak się stało.

W każdym razie to właśnie dlatego sztafeta, która rozpocznie się jutro, prosto z Aten uda się do Japonii. I tam przemierzać będzie całą wyspę. A jak wyglądać ma to wszystko od środka?

Znów do Tokio

Wszystko, oczywiście, zacznie się w Grecji. Dokładnie jutro rano, chwilę po siódmej, ma rozpocząć się ceremonia. Jak zawsze słońce, soczewka, kapłanki. Tylko publiczności brak. To, oczywiście, efekt koronawirusa. W ceremonii weźmie więc udział tylko stu akredytowanych gości z MKOl i komitetu organizacyjnego igrzysk. Kolejne ograniczenia czekać mają na trasie. – Prosimy burmistrzów miejscowości, przez które przebiegać będzie sztafeta, by przestrzegali instrukcji Ministerstwa Zdrowia – pisał komitet w oficjalnym ogłoszeniu.

Tych miejscowości będzie 37. Do tego 15 archeologicznych lokalizacji. 3500 kilometrów lądem, ponad 1500 wodą. Na trasie pojawić ma się sześciuset biegaczy. Sztafetę – po raz pierwszy w historii – rozpocznie kobieta. Będzie nią Anna Korakaki, mistrzyni olimpijska w strzelectwie z Rio de Janeiro. Oczywiście Greczynka. – To dla mnie wielki zaszczyt. Jestem podekscytowana. Myślę, że te wszystkie uczucia staną się jeszcze bardziej intensywne w Olimpii. Nie mogę się doczekać, jestem pewna, że ta chwila pozostanie w moim sercu już na zawsze – mówiła.

Japończycy ogień olimpijski otrzymają tradycyjnie w Atenach. Grecy na potrzeby sztafety wymyślili jeszcze sporo dodatkowych atrakcji – odwiedzić kraj miał m.in. Gerard Butler, grający w filmie „300” postać spartańskiego króla Leonidasa – jednak na ten moment nie jest pewne, że uda się je przeprowadzić. Podobnie jak nie do końca wiadomo, co stanie się z azjatycką częścią sztafety olimpijskiej. Choć na razie raczej nie mówi się o zmianach w jej planie.

A ten jest ambitny. Japończycy wymyślili bowiem piątą najdłuższą sztafetę w historii, przebiegającą przez wszystkie prefektury kraju, których jest 47. Bieg z ogniem trwać ma 121 dni i rozpocznie się 26 marca w Fukushimie. Tak, tej samej, która zasłynęła po tsunami i awarii elektrowni atomowej. Całe igrzyska w Japonii organizowane są jednak pod hasłem „recovery games” i mają symbolizować ozdrowienie, regenerację kraju. Zresztą zapalenie ognia nastąpi dzień po dziewiątej rocznicy wydarzeń z 2011 roku.

Nie chcemy pokazywać miejsc ogólnodostępnych i popularnych wśród turystów. Ogień olimpijski przejdzie drogę przez miejsca dotknięte trzęsieniem ziemi. Sztafeta poprowadzona będzie przez regiony, gdzie ludzie pracują, by odbudować to, co zniszczyły klęski żywiołowe – mówił Miho Takeda, członek komitetu organizacyjnego. A Masa Takaya, rzecznik tegoż, dodawał jeszcze kilka słów od siebie. – Tokio 2020 chce „zanieść” igrzyska do tych terenów, by zademonstrować światu jednoczącą siłę sportu i japońską odbudowę po narodowej tragedii. Mamy nadzieję, że igrzyska połączą sportowców, widzów i ludzi z tych miejsc, tak by wszyscy dookoła świata, lepiej zrozumieli, co tu osiągnięto.

Inna sprawa, że start w tamtych okolicach wzbudza protesty okolicznych mieszkańców i tych, którzy wciąż liczą, że dane będzie im wrócić do swoich domów. Ci, jak mówią, mają bowiem poczucie, że rząd wykorzystuje ich pracę, by zaprezentować siebie w dobrym świetle. I że tak naprawdę oni sami nie czują wspomnianej odbudowy, bo wielu z nich wciąż nie może wrócić do domów. Ludzie dookoła świata nie zobaczą więc nic więcej ponad czyste rzędy pustych ulic czy budynków, wciąż lekko skażonych radioaktywnym promieniowaniem. Ponadto wielu uważa, że całe hasło „recovery” zostało stworzone tylko na potrzeby wygrania prawa do organizacji, a oni sami wciąż cierpią. I to ich cierpienie zostanie wystawione na pokaz.

Trasa nie zostanie jednak zmieniona – to już pewne. Protesty po drodze? Być może, choć na pewno nie tak zażarte, jak te przy okazji chińskich igrzysk. Co wiemy na pewno, to to że pochodnię nieść ma około 10000 osób. Teoretycznie droga miała pozwolić „tylu ludziom, ilu tylko się da, dotrzeć na trasę sztafety”. Organizatorzy zapewniali bowiem, że aż 98% populacji Japonii żyje maksymalnie godzinę jazdy samochodem lub pociągiem od któregoś z punktów, gdzie ogień będzie niesiony. Czy jednak w ogóle będzie im dane oglądać biegaczy na żywo? Znów: nie wiadomo.

Oczywiście, z Japonii słychać, że „podjęto dodatkowe środki ochrony, by zapobiec rozprzestrzenianiu się koronawirusa w trakcie sztafety olimpijskiej”, ale na ile okażą się one skuteczne – trudno stwierdzić. Szczególnie, biorąc pod uwagę, że rząd Japonii już teraz krytykowany jest przez WHO za podjęcie niewystarczających działań wobec epidemii. Na ten moment – w przypadku sztafety – ograniczono choćby samą ceremonię przybycia ognia na wyspę.

Skupmy się jednak na tym, co wiemy. Warto wspomnieć jeszcze choćby o tym, że jako pierwsze pochodnię w Japonii chwycą w swe dłonie mistrzynie świata w piłce nożnej z 2011 roku. Same pochodnie opalane będą wodorem, by – co przyświeca całym igrzyskom – promować świadomość ekologiczną i zrównoważone wykorzystanie źródeł energii. Nieść pochodnię będzie też m.in. Noguchi Mizuki (jeszcze w Grecji), mistrzyni olimpijska w maratonie z 2004 roku czy Nomura Tadahiro i Yochida Saori, oboje będący potrójnymi złotymi medalistami igrzysk.

Czy poniosą ogień spokojnie i bez zmartwień? Raczej nie. Czy w ogóle go poniosą? Na razie wszystko wskazuje na to, że tak. Nie ulega jednak wątpliwości, że cała sztafeta – jak i same igrzyska – obciążone zostaną przez koronawirusa. Jak poradzą sobie z tym obciążeniem jej uczestnicy – przekonamy się w najbliższym czasie.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez