Przerwać dominację Djokovicia. Daniił Miedwiediew przed wielkim wyzwaniem

Przerwać dominację Djokovicia. Daniił Miedwiediew przed wielkim wyzwaniem

Jeśli ktoś może pokonać Novaka Djokovicia w finale Australian Open, to zdaje się, że to właśnie Daniił Miedwiediew. Rosjanin z Serbem wygrywać potrafi, a w dodatku ostatnio znajduje się w znakomitej formie. Z drugiej strony Novak jeszcze nigdy nie przegrał finału w Australii, a to będzie już jego dziewiąty. Czy jutro zdarzy mu się to po raz pierwszy?

*****

Daniił Miedwiediew jest na fali. Nie pierwszy raz zresztą. Swój najlepszy – do tej pory – okres zaliczył pod koniec 2019 roku, gdy w nieco ponad trzy miesiące zaliczył sześć finałów turniejów ATP, z czego trzy wygrał. To wtedy też zadebiutował w meczu o wielkoszlemowy tytuł i sprawił wielkie problemy Rafie Nadalowi na US Open. Przegrał, ale po pięciosetowym boju, który pokazał, że Rosjanin możliwości ma ogromne.

To wynika zresztą głównie z tego, jak Daniił właściwie gra. Bo gra nietypowo. Nieskładnie. Niechlujnie. Wygląda, jak ktoś, kto miesiąc, może dwa temu chwycił rakietę po raz pierwszy. Jakoś sobie radzi, ale przecież zaraz musi wpakować piłkę w siatkę. Bo te uderzenia są źle wykonane. Nieprzygotowane. Rakieta odprowadzona nie tak jak trzeba. Ręka ułożona w niewłaściwy sposób. Niemal każdy trener, widząc jego technikę, załamałby ręce.

Na szczęście trenerzy Daniiła dostrzegli coś jeszcze. Że w tym szaleństwie jest metoda.

Miedwiediew gra przede wszystkim wyjątkowo. Dla rywali – nawet tych, którzy już z nim rywalizowali – wciąż pozostaje zagadką. Trzeba się na niego przygotować inaczej niż na resztę tenisistów, nie można zakładać, że będzie zagrywać piłkę podobnie do innych. Daniił potrafi wybijać z rytmu, nie pozwala rywalowi nabrać wiatru w żagle. To prawdopodobnie jego największy atut, podkreślało to wielu – że gdy ma się Miedwiediewa po drugiej stronie siatki, odnosi się wrażenie, jakby nagle samemu grało się gorzej, jakby coś było nie tak.

– Jest bardzo rozsądny w tym, jak gra. Nie ma żadnej dużej broni, ale bardzo dobrze dostrzega to, jak grają inni i stara się wykorzystać ich styl gry przeciwko nim – mówił Kei Nishikori, doskonale opisując Rosjanina. Samemu Daniiłowi zdarzyło się to porównać do szachów. Widzi tenis nieco jak grę strategiczną, w której trzeba wykorzystać słabości rywala. Czasem można to zrobić drobiazgami. Kiedyś na przykład zamęczył Novaka Djokovicia tylko tym, że zmienił w trakcie meczu sposób zagrywania drugiego serwisu.

Rosjanin lubi grać z kontry, lubi odpowiadać na zagrania rywala, jest do tego doskonale przygotowany fizycznie, zdaje się, że nigdy się nie męczy. Choć swój tenis w ostatnich latach znacznie rozwinął – gdy trzeba, potrafi świetnie zaatakować. Umie dostosować się do tego, co proponuje jego przeciwnik. A potem wybić mu z ręki wszystkie atuty. Mecze z Rosjaninem mogą trwać bardzo długo, bo ten lubi piłkę przebijać przez siatkę i po kilkadziesiąt razy. Djoković też to potrafi. Jeśli obaj będą jutro w formie, szykujcie się na naprawdę długie granie.

Ale przecież o to w tym chodzi – żeby ten finał trwał i dał wielkie emocje.

*****

Faworytem nadal pozostaje Novak Djoković. Może i by nim nie był, gdyby wciąż nękał go uraz mięśni brzucha. Bo że coś faktycznie było nie tak – to nie ulega wątpliwości. Serb stracił dwa sety z Taylorem Fritzem, z trudem przeszedł przez przeszkodę w postaci Amerykanina. Tylko niepotrzebna była zupełnie ta gadanina o tym, że to uraz, który może nawet poskutkować wycofaniem się z turnieju. Bo szybko się okazało, że jest zupełnie inaczej. Nole przebrnął przez kolejne rundy stosunkowo łatwo i po raz kolejny dotarł do finału.

W Australii jest królem. To tam po raz pierwszy triumfował w turnieju wielkoszlemowym – 13 lat temu, w 2008 roku. Tam też wygrywał kolejnych siedem razy. Nigdy nie przegrał finału, choć próbowali go w nim pokonać i Andy Murray, i Rafa Nadal, i Dominic Thiem. To ten ostatni być może wskazał drogę Miedwiediewowi. Rok temu grał z Djokoviciem przez pięć setów, prowadził nawet 2:1. Ale zabrakło mu kropki nad „i”, nie potrafił odnaleźć się w najważniejszych momentach.

Właściwie do tego wszystko będzie się pewnie sprowadzać. Jeśli Daniił będzie w stanie w kluczowych punktach utrzymać poziom, Novak może mieć spore problemy. Serb pewnie doskonale o tym wie, z Rosjaninem mierzył się aż siedmiokrotnie. Wygrał cztery spotkania, przegrał trzy, w tym ostatnie – gdy Miedwiediew łatwo ograł go w ATP Finals, a potem wygrał cały turniej.

*****

Daniił zresztą kontynuuje niesamowitą serię. Nie przegrał od dwudziestu(!) meczów. Zaczął tę passę jeszcze w zeszłym roku w Paryżu, potem kontynuował w ATP Finals, ATP Cup i teraz – na Australian Open. W tym czasie pokonywał między innymi Saschę Zvereva (trzy razy), Milosa Raonicia, Rafę Nadala, Dominica Thiema, Diego Schwartzmana czy, wczoraj, Stefanosa Tsitsipasa. No i Djokovicia, jak już wspomnieliśmy.

Starcie w finale Australian Open będzie więc walką dwóch tenisistów, którzy mają swoje argumenty. Djoković – bo nigdy nie przegrał w Melbourne w finale. Daniił – bo jest na fali i ostatnio z Novakiem wygrał. Za Serbem stoi oczywiście doświadczenie. To będzie jego 28. wielkoszlemowy finał. Na razie wygrał siedemnaście, o trzy mniej niż Rafa Nadal i Roger Federer. Wiadomo – bo i on sam tego nie kryje – że walka o rekord szlemów jest jego wielką motywacją.

Rozczarowaniem dla Novaka była też z pewnością ostatnia jesień. Na US Open – gdzie miał zapewne większe szanse na zwycięstwo – wyeliminował się w prawdopodobnie najgłupszy możliwy sposób, trafiając sędzię liniową odbitą w złości piłką, co poskutkowało dyskwalifikacją. Na paryskich kortach musiał z kolei uznać wyższość Rafy Nadala, który w finale turnieju niemal zmiótł go z kortu, wyrównując przy okazji wspomniany rekord szlemów, należący wcześniej tylko do Federera.

Australia to jednak teren Novaka. Każdy doskonale o tym wie. W poprzedniej dekadzie Serb tylko trzy razy dopuścił tam do głosu innych tenisistów. Skorzystali Szwajcarzy – Stan Wawrinka w 2014 roku i Roger Federer w 2017 oraz 2018. Poza tym niezmiennie to Djoković był królem Melbourne. Pytanie, jakie należy sobie postawić brzmi: czy nowa dekada może przynieść jego detronizację?

*****

Wydaje się, że może. I że jeśli już ktoś ma tego dokonać, to właśnie Daniił Miedwiediew. Owszem, przed turniejem można było zastanawiać się, czy tego zadania nie udźwignie tym razem Dominic Thiem, ale on odpadł stosunkowo szybko. Niektórzy pewnie byli ciekawi, czy w finale nie zagra Rafa Nadal, ale Hiszpana wyeliminował sensacyjnie Stefanos Tsitsipas, odrabiając stratę dwóch setów. Zresztą Rafa grał z Djokoviciem o tytuł w 2019 roku i na pewno nie wspomina mile tego meczu – Novak nie pozostawił mu wtedy żadnych złudzeń.

Daniił może oberwać tak jak wtedy Hiszpan. Może. Ale trudno uwierzyć, by to się wydarzyło. Bo Rosjanin, który pozornie nie ma atutów, tak naprawdę posiada ich mnóstwo. Nawet w walce z Djokoviciem. W 2019 roku, gdy dochodził do finału US Open, był jeszcze tenisistą w pewnym sensie nieopierzonym, dającym się porwać emocjom, wojującym z publiką. Dziś jest już zupełnie innym gościem – spokojnym, opanowanym, obytym na najwyższym poziomie. Również w wielkoszlemowym finale. Wiadomo jego jeden nijak ma się do dwudziestu siedmiu finałów Novaka. Ale zawsze to coś.

Jeśli Miedwiediewowi uda się wygrać, napisze się historia. Z kilku powodów. Daniił stanie się wtedy pierwszym tenisistą urodzonym w latach 90., który wygra turniej wielkoszlemowy pokonując po drodze kogokolwiek z Wielkiej Trójki. Pierwszym ogółem jest, oczywiście, Dominic Thiem, który triumfował na US Open. Ale Federera i Nadala tam nie było, a co zrobił Djoković – już pisaliśmy. Miedwiediew może wygrać w sposób, który zostanie zapamiętany na dłużej. Pokonując jednego z najlepszych tenisistów świata, w meczu o tytuł, na jego terenie – tam, gdzie ten jest najlepszy.

Jeśli tego dokona, to przy okazji napisze i inną historię. Stanie się pierwszym od 2005(!) roku gościem, który znajdzie się w najlepszej dwójce rankingu, a nie jest przedstawicielem Wielkiej Czwórki (do wspomnianych dopiszcie Andy’ego Murraya). Nie udało się to nawet trzykrotnemu mistrzowi wielkoszlemowemu, jakim jest Stan Wawrinka. Nie wskoczyli tam też Dominic Thiem czy Sascha Zverev. Szanse na to ma za to Rosjanin.

No i jeszcze jedna rzecz. Jutro w Australii gra toczy się też o tytuł pierwszego mistrza wielkoszlemowego w nowej dekadzie. Jeśli Daniił wygra, zostanie w ten sposób zapamiętany. Jeśli zrobi to Novak, otworzy tak drugą dekadę z rzędu. W 2011 roku to też on był najlepszy w Melbourne.

Oczywiście, sporo tego „jeśli”. Ale to przez to, że żadnej z opcji nie można wykluczyć. I choć faworytem  pozostaje Djoković, to nie zaskoczy nas zwycięstwo Miedwiediewa. Bo Rosjanin po prostu jest na nie gotów.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez