Przeciętny wioślarz i… kolarz, który stał się znakomitym triathlonistą. Historia Camerona Wurfa

Przeciętny wioślarz i… kolarz, który stał się znakomitym triathlonistą. Historia Camerona Wurfa

Jest piątym zawodnikiem ostatnich triathlonowych mistrzostw świata na dystansie Ironman. Jest uczestnikiem Giro d’ Italia i Vuelta a Espana. Jest też… wioślarzem, który wystąpił na igrzyskach w Atenach. Poznajcie Camerona Wurfa, jednego z najbardziej wszechstronnych sportowców naszych czasów.

WIOŚLARZ

27 lipca 2003 roku w Belgradzie żadna wioślarska czwórka nie mogła się z nimi równać. W wielkim finale prowadzili na każdym pomiarze czasu – po 500 m, po kilometrze, po 1500 m i wreszcie na końcu, na mecie. Cameron Wurf, Thomaston Gibson, Ross Brown i Tom Nichols przeżywali właśnie prawdopodobnie najszczęśliwszy dzień w życiu. Zostali mistrzami świata do lat 23. Poczuli się nieśmiertelni, poczuli, że mogą błysnąć także rok później, w Atenach.

– Po takim sukcesie myśleliśmy, że igrzyska weźmiemy z biegu – wspomina dziś Wurf. – Cóż, to było błędne podejście…

Pod Akropolem Australijczyk startował w dwójce podwójnej wagi lekkiej, wespół z Georgiem Jelbartem. Pamiętacie może, kto został wtedy mistrzem olimpijskim? Jeśli nie, przypominam – Robert Sycz i Tomasz Kucharski, którzy zresztą obronili tytuł z Sydney.

Australijskiemu duetowi brakowało do Polaków wiele. Wurf i Jelbart walczyli z naszymi w trzecim wyścigu eliminacyjnym. Zajęli w nim przedostatnie, czwarte miejsce. Do złotego duetu stracili ponad siedem sekund. Przepaść.

Czwarte miejsce w… finale C. To wszystko na co stać było w Grecji Camerona i jego partnera.

– Szczerze przyznaję, byliśmy za słabi, żeby zdobyć coś więcej. Nigdy wcześniej nie braliśmy udziału w tak dużej seniorskiej imprezie. Nie wiedzieliśmy, z czym to się je, musieliśmy zapłacić frycowe – wspomina Wurf.

Tuż po tej greckiej tragedii Cameron miał w sobie mocne postanowienie, aby zaistnieć na kolejnych igrzyskach, w Pekinie. Nie przypuszczał jednak, że marzenia o tym starcie zatrzyma kontuzja. Wurf cierpiał na tak zwany „nadgarstek wioślarza”, który wymagał operacji. Po zabiegu przez jakiś czas musiał unikać treningów na wodzie. Uznał więc, że aby nie „zardzewieć”, pojeździ sobie na rowerze. Kolarstwo spodobało mu się jednak na tyle, że do wioseł już nie wrócił…

KOLARZ

– Między siódmym a dziesiątym rokiem życia mieszkałem na wyspie Lord Howe. Wszędzie śmigałem wtedy na rowerze i bardzo mi się to podobało. Marzyłem, że wezmę kiedyś udział w Tour de France. Jako nastolatek też chciałem jeździć, ale mama kazała mi wiosłować. Martwiła, że spadnę z roweru i się zranię. Uznała, że woda będzie dla mnie trochę bezpieczniejsza.

Mężczyzna po dwudziestce na szczęście nie musiał już pytać matki o zgodę na zmianę dyscypliny i wystartował w siedmioetapowym amerykańskim wyścigu Tour de Georgia. Zajął w nim 68. miejsce, po czym przyleciał do Europy na cykl amatorskich imprez. To tam spotkał się z selekcjonerem swojej kadry, Shaynem Bannonem.

– Twoja głowa musi wydostać się z chmur. Przestań marzyć, skup się na realnych celach – taką radę dał Cameronowi trener. Nie spodobało mu się, że Wurf snuje wielkie, nierealne plany szybkiego dołączenia do światowej czołówki. Z drugiej strony uznał, że chłopak jest ambitny i ma jakiś potencjał, więc wyklarował przed nim cel: jeśli ukończysz dwa wskazane przeze mnie kilkuetapowe wyścigi, a następnie wygrasz czasówkę, którą też wybiorę, pojedziesz na mistrzostwa świata.

Australijczyk spełnił te oczekiwania. Co ciekawe, podczas Chrono Champenois, a więc wspomnianej czasówki, drugie miejsce zajął Mateusz Taciak. Polak stracił do rywala sześć sekund.

Jedenaście dni po tym występie Wurf pojawił się w Stuttgarcie. Mistrzem świata został tam niesamowity Fabian Cancellara, który przejechał 45 km ze średnią prędkością 48,4 km/h. Cameron nie miał do niego startu. Skończył imprezę na 31. pozycji, w czasie o 3:49 wolniejszym od zwycięzcy (45,3). Średniak.

W sumie tym słowem można by też podsumować całą jego karierę na dwóch kółkach. Wurf nigdy nie osiągnął w kolarstwie niczego spektakularnego, choć udało mu się wystartować dwukrotnie w Giro (77. i 128.) i raz w Vuelcie (99.), więc taki ostatni nie był. Kiedy jednak pytamy komentatorów Eurosportu Adama Probosza i Tomka Jarońskiego o Australijczyka, obaj niezależnie od siebie stwierdzają, że nie mają żadnych wspomnień z nim związanych. To najlepiej podsumowuje jego karierę. Natomiast Cameron ma dosyć ciekawe przemyślenia dotyczące kolarstwa:

– Myślę, że umiejętność radzenia sobie z elementem zmęczenia i bólu to jedno, co łączy wioślarzy i rowerzystów. A co nas różni? Wioślarz płynie swoim pasem i nikt nie może się do niego zbliżyć. Taktyka jest dużo prostsza niż w kolarstwie. To właśnie opanowanie jej i nauka jazdy w peletonie było dla mnie najtrudniejsze w nowym sporcie. Najwspanialsze jest zaś to, że uprawiając go można zyskać nowych przyjaciół. Wspólna jazda na świeżym powietrzu zbliża ludzi.

W ten właśnie sposób Cameron bardzo mocno zakumplował się z Chrisem Froomem – od lat jest treningowym partnerem Brytyjczyka i kilku innych członków grupy Ineos. Dlatego gdy kilka miesięcy temu podpisał z nią kontrakt, eksperci nie byli zaskoczeni. Niewtajemniczeni w relacje między Brytyjczykiem a Australijczykiem kibice mogli być natomiast zdziwieni. Odchodzącego z powodu problemów z sercem Wasyla Kiryjenkę w najmocniejszym teamie świata zastąpił bowiem dużo mniej utytułowany kolarz…

Plan był taki, że Australijczyk pościga się w pierwszej połowie roku, a w drugiej skupi swoją uwagę na przygotowaniu do triathlonowych MŚ na Hawajach. Koronawirus sprawił, że trzeba go było zweryfikować.

TRIATHLONISTA

W 2015 roku podłamany brakiem kolarskich postępów Wurf zaczął marzyć o… podbiciu Wall Street. Cameron to magister ekonomii, który ponoć nieźle zarabia grając na giełdzie, więc nowojorskie plany nie były oderwane od rzeczywistości.

Kiedy przeprowadzka do USA wydawała się całkiem bliska, w jego życiu niespodziewanie pojawił się triathlon. W końcu, będąc już po trzydziestce, znalazł sport swoich marzeń. Ale zanim doszedł do tego wniosku, upłynęło jeszcze trochę czasu.

Pierwszą kwalifikację na Hawaje wywalczył we wspomnianym roku, jako amator.  Zrobił to w sposób spektakularny – podczas zawodów w Whistler miał najlepszy czas roweru! Zresztą ten etap Ironmana do teraz jest jego numerem popisowym, ale o tym za chwilę.

Wurf liczył, że namiesza w swojej kategorii wiekowej podczas debiutu na Konie. I pewnie tak by się stało, gdyby tylko nie przebiegł tam maratonu w… 5:10:16. Jakim cudem Cameronowi poszło tak słabo? Czyżby hawajskie słońce kompletnie odcięło mu prąd? Nic z tych rzeczy, po prostu Australijczyk wystartował na MŚ z ciężką kontuzją – miał złamane dwie kości śródstopia w lewej stopie. Nabawił się jej w wyjątkowo pechowy sposób – kiedy dla zabawy jeździł po trasie crossowych mistrzostw świata.

Większość ze sportowców-amatorów z takim urazem nie próbowałaby przebiec królewskiego dystansu. Zawzięty Wurf nie zamierzał się jednak poddawać. Cholernie cierpiał, ale ukończył zawody w czasie 10:46:32.

Po imprezie zaświtała mu w głowie myśl, że chciałby być profesjonalnym triathlonistą, ale potem jakoś specjalnie się jej nie trzymał. Owszem, uzyskał już wtedy licencję pro, jednak nie poświęcił się sprawie wystarczająco mocno, by walczyć z najlepszymi. O próbie podbicia światka zawodowców zadecydowało co innego, mianowicie… rozmowa z Froomem.

W 2017, tuż po tym jak Chris wygrał Tour de France, panowie spotkali się na obozie treningowym we francuskim Chatel. Cameron był zszokowany tym, jak ciężko Brytyjczyk ćwiczy w pierwszym tygodniu po Wielkiej Pętli.

– Myślałem, że to będą krótkie zajęcia, które pozwolą odpocząć nogom. Ale nic z tego, jeździł na maksa, jeszcze mocniej niż w styczniu, w trakcie przygotowań do sezonu.

Z kolei Froome był pod wrażeniem tego, że Wurf wytrzymuje jego najtrudniejsze treningi. To właśnie wtedy rzucił w kierunku Camerona coś w stylu: „masz wielki potencjał, spróbuj go na poważnie zrealizować w triathlonie”.

Te słowa dały Wurfowi do myślenia. Zaczął pracować  naprawdę mocno, co imponowało Froome’owi. Dzień Australijczyka wyglądał bowiem tak: pływał, po czym umawiał się z Brytyjczykiem w określonym punkcie trasy rowerowej, by podłączyć się pod jego kolarski trening, a po takim wysiłku zdarzało mu się jeszcze wieczorem biegać. Plan treningowy układał mu znakomity Tim Kerrison, główny szkoleniowiec Ineos, ale też człowiek mający przeszłość w pływaniu.

W 2017 roku na Hawajach Wurf pobił rekord trasy kolarskiej mistrzostw świata. W 2018 roku na Hawajach Wurf… pobił swój własny rekord trasy kolarskiej mistrzostw świata. Po tych wyczynach zadzwonił do niego sam Fausto Pinarello z propozycją opracowania roweru specjalnie pod Australijczyka. Zachwycało się nim mnóstwo osób, ale sam Cameron wiedział jedno: dopóki zdecydowanie nie poprawi biegu, dopóty nie da rady potykać się z najlepszymi. Świadczą o tym wyniki ze wspomnianych imprez: zajmował w nich odpowiednio 17. i 9. miejsce. Nieźle, ale do triathlonowej śmietanki jeszcze trochę mu brakowało.

Tu warto dodać, że w 2018 roku Australijczyk obrał nietypową taktykę. Otóż uznał, że najlepiej pozna świat triathlonu podczas dużych zawodów, dlatego startował ile wlezie. W ciągu dwunastu miesięcy… osiem razy ukończył pełen dystans, podczas gdy profesjonaliści podchodzą do niego w tym czasie dwu-trzykrotnie.

O tym, że Wurf może być w 2019 niezwykle mocny na Hawajach, świadczył jego start z 21 września. W urokliwym włoskim regionie Emilia Romagna Cameron dołączył bowiem do ekskluzywnego klubu zawodników, którzy złamali podczas Ironmana osiem godzin. Jego czas to 7:46:54, oczywiście był wtedy pierwszy.

Gdy jesteś tak szybki, możesz liczyć na to, że postawisz się najlepszym.

I rzeczywiście, zaledwie 22 dni później Wurf błysnął na MŚ (swoją drogą nie brakuje ekspertów uważających, że dwa tak mocne starty w tak krótkim odstępie czasu to jednak szaleństwo). Cameron wreszcie nie był tylko rowerowym królem wyspy, stał się także prawdziwym biegaczem. Jego czas maratonu – 2:55:03 – w połączeniu z dobrym pływaniem i kolejnym świetnym odcinkiem kolarskim dał Australijczykowi piąte miejsce. Do trzeciego Sebastiana Kienle stracił tylko 4:37.

Biorąc pod uwagę, jak wielkie postępy robi Wurf, nie zdziwimy się jeśli w ciągu najbliższych dwóch lat stanie na podium mistrzostw świata. No, chyba że w tym czasie zafascynuje się jakąś inną dyscypliną. Albo wróci jednak do kolarstwa na dobre – tuż po podpisaniu kontraktu z Ineos powiedział, że jego marzeniem jest występ w Tour de France. W takim wyścigu mógłby być jednak tylko trzecioplanowym aktorem. Inaczej niż w triathlonie, w którym wyrasta na jedną z największych gwiazd…

KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez