Primož Roglič. Od skoczka narciarskiego do jednego z najlepszych kolarzy świata

Primož Roglič. Od skoczka narciarskiego do jednego z najlepszych kolarzy świata

Zaczynał od skoków narciarskich. Był sporym talentem, zdobył nawet mistrzostwo świata juniorów w drużynie. Gdy wreszcie dostał szansę startu w Pucharze Świata, na treningu przydzwonił o bulę z wielką siłą. Cudem skończyło się tylko na złamaniu nosa i wstrząśnieniu mózgu. Do skakania wrócił, ale do formy nie. Po kilku latach odstawił narty, zaczął jeździć na rowerze. Postawił na karierę kolarza. Dziś, siedem lat po podjęciu tej decyzji, jest liderem Tour de France, a w dorobku ma już między innymi zwycięstwo we Vuelta a España.

Upadek

Skakać na nartach zaczął przez sąsiada, byłego skoczka, a w tamtym czasie już trenera. Sam wspomina, że to był dla niego logiczny krok. W Słowenii skoki to przecież sport bardzo popularny, a gdy w okolicy masz obiekty, na których da się trenować, to przyciągają. Kopał co prawda wcześniej piłkę, ale szybko przerzucił się na latanie. Bo właśnie to go najbardziej w tym sporcie pociągało – uczucie fruwania, przebywania w powietrzu.

– Primož często bawił się z moją córką i synem, Andražem [który zresztą też został skoczkiem, zanotował nawet drużynowe zwycięstwo w Pucharze Świata – przyp. red.]wspominał Zvone Pograjc, ów trener i sąsiad. – Nic dziwnego, że zaczął skakać. Primož był sporym talentem, ale skakał agresywnie, szybko podnosił narty i trzymał je wysoko, głowę miał między nimi, przypominało to skoki Funakiego. A taka technika grozi upadkami.

I Primož upadał. Kilkukrotnie. Podobno już w 2004 roku na skoczni o punkcie konstrukcyjnym 90 metrów nieźle się poturbował. Często zaliczał też upadki na treningach, ale szybko się podnosił i kontynuował skakanie. Stawał się w nim zresztą coraz lepszy. Dwa razy wygrywał konkursy Pucharu Kontynentalnego, był młodzieżowym mistrzem Słowenii, razem z kolegami zdobywał drużynowe mistrzostwo świata juniorów. W amerykańskim Wetsby ustanowił rekord skoczni. W teorii świat skoków stał przed nim otworem. Miał być nowym Peterką, pasowało nawet imię.

Ale wiadomo, jak to jest z planami. Jego legły w gruzach 22 marca 2007 roku, na jednym z treningów przed kwalifikacjami do konkursu Pucharu Świata w Planicy. Występ tam miał być nagrodą za świetną postawę. Trenerzy twierdzili, że był gotowy i mógł spróbować swych sił na mamucie. On też tak uważał. – Byłem młody, nie miałem wystarczającego szacunku do skakania – mówił po latach Eurosportowi. – W tamtym czasie myślałem, że mogę zrobić wszystko, mogę wyjść tam i od razu skoczyć 200 metrów. Ale to właśnie w trakcie tych pierwszych skoków uczysz się, że trzeba ci tego szacunku. W tamtym momencie mi go brakowało, więc popełniłem błąd.

Błąd skończył się upadkiem. Poważnym. Tuż po wyjściu z progu Słoweniec spadł na zeskok, potem kilka razy przeszorował po własnych nartach (jedna się zresztą długo nie wypinała, choć powinna od razu). Na śniegu została smuga krwi. Primož o tym nie wiedział, przez dobrych 10 minut nie był przytomny. Wyglądało to tragicznie, ale ostatecznie złamał tylko nos, miał wstrząśnienie mózgu i kilka siniaków. Mógł wrócić do skakania w miarę szybko i tak też zrobił. Miał wtedy przecież 18 lat i całą karierę przed sobą. Tyle tylko, że nie był już tym samym zawodnikiem.

Skakał gorzej, w głowie miał jakąś blokadę, której nie potrafił się pozbyć. Nie był w stanie jej pokonać. – Wszystkie testy pokazywały, że w pełni wyzdrowiał: i fizycznie, i psychicznie. Ale nie był w stanie odnaleźć w sobie chęci do skakania – wspominał jego trener. Forma Rogliča poszybowała dramatycznie w dół. W sezonie 2007/08 miał być zawodnikiem na poziomie Pucharu Świata, a tymczasem z trudem punktował w Pucharze Kontynentalnym, drugiej lidze. Niby skakał jeszcze przez cztery lata, ale tak właściwie było to dogorywanie jego talentu. Ostatni raz w oficjalnych zawodach wystartował w 2011 roku w Szczyrku w FIS Cupie, imprezie jeszcze niższej rangi niż Puchar Kontynentalny. Potem postanowił zrezygnować. Odwiesił narty i poszedł w inną stronę.

Jazda

Za rower chwycił przypadkiem. Wcześnie nawet na nim nie jeździł. Mówił, że gdy trenował skoki, to nie mógł sobie na to pozwolić. – W skokach potrzebujesz szybkich mięśni, a podczas jazdy na rowerze wykonujesz przez dłuższy okres te same ruchy i tracisz prędkość – powtarzał. Jednak po zakończeniu kariery skoczka, żeby coś robić i się ruszać, zaczął startować w duathlonach i triathlonach. – Wtedy byłem zdecydowanie lepszym biegaczem niż kolarzem. Kiedy jechałem, traciłem lokatę. Ale to też dlatego, że rower pożyczałem od sąsiada; to był najzwyklejszy sprzęt, żadna szosówka – wspominał.

Kolarstwem wcześniej w ogóle się nie interesował. Kiedy w 2001 roku jeden z etapów Giro d’Italia kończył się w Ljubljanie, Roglič nawet o tym nie wiedział. Kiedy wyścig od czasu do czasu zaglądał do jego ojczyzny, próżno go było wypatrywać wśród tych, którzy kibicowali kolarzom. Po raz pierwszy na wyścigu pojawił się już po zakończeniu kariery skoczka, jeszcze jako kibic.

Pamiętam to bardzo dobrze. Finisz był bardzo stromy, wygrał Rigoberto Uran. Stałem tam razem z innymi kibicami, gdy kolarze przejeżdżali. Potem pojechałem samochodem do Kranskiej Gory, bo było tam wiele ekip. Zobaczyłem Cadela Evansa i pozostałych gości z Giro. Czy wierzyłem, że kiedyś będę w peletonie? [śmiech] Jeździłem wtedy na rowerze i marzyłem o tym, więc okej, może gdzieś pojawiała się ta myśl. Ale właśnie jako marzenie, nie wiara.

W końcu dostrzegł, że w kolarstwie jest całkiem dobry. Zainwestował w odpowiedni rower – żeby go kupić, musiał sprzedać motocykl – i cały potrzebny sprzęt. Zaczął stawiać się na startach amatorskich wyścigów. A te w Słowenii zwykle wiodły przez góry. Gdy więc gość znikąd, który dopiero co pierwszy raz postawił stopy na pedałach, zaczął wygrywać, oczywistym było, że zainteresowały się nim lokalne zespoły. Najpierw trafił do amatorskiego, potem zgłosiła się po niego Adria Mobil, słoweńska ekipa z poziomu UCI Continental, kolarskiej drugiej ligi.

Czemu wybrałem kolarstwo? Tak naprawdę nie wiem. Zacząłem wtedy oglądać Tour de France i inne wyścigi w TV, pomyślałem, że może dałbym radę. Nie spodziewałem się, że zrobię taki postęp, przecież nigdy wcześniej się nie ścigałem na rowerze. Rower, który wtedy kupiłem, był pierwszym w moim życiu. Szybko jednak okazało się, że jestem w tym dobry. Podobało mi się to, że ten sport wymuszał sięgnięcie po absolutne rezerwy fizyczne i psychiczne, wykańczał. Na początku miałem problem z tym, żeby jechać nawet 30 kilometrów na godzinę. Ale za to szybko wjeżdżałem pod górę, przez skoki byłem lekki. Na trasach wyścigów wszystkiego uczyłem się od zera. Czy żałowałem zmiany sportu? Nie, nigdy. Cieszę się, że wykonałem ten krok. Jestem szczęściarzem, że dostałem szansę spróbowania swoich sił w dwóch dyscyplinach.

Gdy pytali go, czy można porównać skoki do kolarstwa, odpowiadał, że nie. Co najwyżej pod tym względem, w jaki da się porównać każdy sport – że wymagają nie tylko talentu, ale i ciężkich treningów, dyscypliny oraz pracy. W tej kwestii skoki narciarskie faktycznie przygotowały go do uprawiania kolarstwa. Ale poza tym musiał się całkowicie przestawić. Skok trwa przecież kilkanaście sekund, wyścig kolarski kilka godzin dziennie, nawet przez trzy tygodnie. Trzeba się do tego inaczej przygotować.

Wciąż się wszystkiego uczę – mówił w 2013 roku, pół roku po podpisaniu pierwszego profesjonalnego kontraktu. – Na początku często upadałem. Czasem była to wina innego kolarza, ale często sam byłem sprawcą. Nie mogłem się odnaleźć w peletonie. Teraz już się tego nauczyłem, jestem bardziej zrelaksowany, gdy w nim jadę. Wciąż jednak mam rezerwy w technice czy taktyce.

Mimo braków szybko jednak dał się poznać jako bardzo dobry kolarz. W barwach Adria Mobil poprawiał się z każdym sezonem. W pierwszym tylko raz był w najlepszej dziesiątce na etapie jakiegokolwiek wyścigu. W drugim wygrał kilka razy na imprezach niższej rangi. A w trzecim zgarnął wygraną w Tour de Slovenie, Tour d’Azerbaidjan i na etapie Tour of Qinghai Lake. Takie wyniki po zaledwie trzech latach treningów i w barwach ekipy z niższego poziomu robiły wrażenie.

– Primoža zauważyliśmy, gdy wygrywał amatorskie wyścigi. Postanowiliśmy zaprosić go na testy, przeszedł przez nie bardzo dobrze. Liczyliśmy na to, że to będzie historia sukcesu, ale nikt nie spodziewał się wtedy, że ten chłopak będzie odnosił takie wyniki. Moglibyśmy powiedzieć, że wiedzieliśmy, jaki drzemie w nim potencjał, ale tak nie było – wspominał w 2016 roku Bogdan Fink, właściciel grupy Adria Mobil.

Roglič nie był już wtedy jego zawodnikiem. Po tak udanym dla niego sezonie kontrakt zaproponowała mu grupa Lotto-Jumbo (od 2019 roku jeżdżąca pod nazwą Jumbo-Visma), jeżdżąca w kolarskiej elicie. Trzy lata wystarczyły więc Primožowi by przejść drogę od amatora do jednego z gości, których podziwiał na etapie Giro. I żadnej przeszkody nie stanowiło, że jeździć na rowerze zaczynał w wieku 23 lat.

Postęp

To słowo może brzmieć dziwnie, skoro już przed chwilą pisaliśmy właśnie o tym, jakie postępy zrobił. Ale w tym właśnie rzecz – po przejściu do holenderskiej ekipy ani na moment się nie zatrzymał. Parł do przodu, rozwijał się i osiągał coraz lepsze rezultaty. Tuż po transferze często powtarzał, że jest wdzięczny za otrzymaną szansę. Ale tak naprawdę mógł darować sobie słowa, bo wystarczyło, żeby w barwach Lotto-Jumbo wystartował w kilku wyścigach i już odwdzięczał się czynami.

W maju 2016 roku pojechał na pierwsze w karierze Giro d’Italia. Wyścig, który – przez bliskość Włoch do Słowenii – uważa za swój domowy. Zaczął niemalże najlepiej, jak mógł. Niemalże, bo na etapie jazdy indywidualnej na czas był drugi. Przegrał tylko z Tomem Dumoulinem, o dosłownie kilka centymetrów. Tu warto wyjaśnić jedną rzecz – co prawda, gdy zaczynał karierę kolarza, mówiło się głównie o jego umiejętności jazdy w górach, ale w międzyczasie stał się też znakomitym czasowcem, jednym z najlepszych w peletonie.

– Rozmawiałem z nim właśnie jakieś cztery lata temu – wspomina komentator kolarstwa w Eurosporcie Adam Probosz. – Wtedy mówił, że dość krótko uprawia kolarstwo i wciąż niezbyt pewnie czuje się w peletonie. Od tamtego czasu sobie z tym jednak poradził. Co jednak najważniejsze – potrafi pojechać i na czas, i w górach, a do tego nie gubi się na płaskich etapach. Dziś to kolarz kompletny. W górach jeździ rewelacyjnie. Jego masażysta mówił mi, że na obóz przygotowawczy przed ubiegłoroczną Vueltą Primož pojechał sam, bo wiadomo było, że innym nie wytrzymają kolana przy jego tempie treningów. Góry to jego bardzo mocny punkt. To nie taki kolarz jak niegdyś Miguel Indurain, który nadrabiał na czasówkach, a w górach po prostu się utrzymywał. Roglič umie też w nich zaatakować, nie boi się tego.

W tamtym czasie jednak dopiero zaczynał prezentować swoje wielkie możliwości. Ale nie trzeba było długo czekać, by pokazał się po raz kolejny. Choć po pierwszej czasówce mówił, że „w ogóle nie spodziewał się takiego wyniku”, to już na kolejnym etapie jazdy na czas okazał się najlepszy. – Po 10 kilometrach zgubiłem swój komputer i bidon. Powiedziałem o tym dyrektorowi i dodałem, żeby go podniósł, ale nie jestem pewien, czy mnie zrozumiał. Straciłem wtedy motywację, stwierdziłem, że pojadę spokojnie. Ale czułem się fantastycznie, gdy trasa zaczęła prowadzić pod górę jechało mi się świetnie, więc przyśpieszyłem dla samej radości z jazdy. Miałem też szczęście, bo kolejni kolarze jechali w deszczu, a gdy ja byłem na trasie, tylko lekko kropiło. To był pierwszy raz, gdy na czasówce zrobiłem ponad 10 kilometrów [etap miał 40 km – przyp. red.] wspominał.

W kolejnych latach było tylko lepiej. W każdym starcie w Wielkim Tourze wygrywał choć jeden etap, zaczął też zgarniać zwycięstwa na tygodniówkach. W Tour de France 2017 samotną ucieczką na górskim etapie zaimponował wszystkim obserwatorom. Na podium wskoczył, lądując pięknym telemarkiem. Za styl jazdy tamtego dnia dostałby zresztą same dwudziestki. – To szalone. Brak mi słów. To był mój plan, żeby zaatakować, zdecydowałem się na to dzisiaj. Trudno mi opisać, co czułem, gdy widziałem słoweńskie flagi, moich rodziców, dziewczynę, sąsiadów… Szaleństwo, po prostu szaleństwo – mówił na mecie.

Przełomowy był dla niego rok 2018. Jeszcze przed Tour de France, dyrektor holenderskiej ekipy Merjin Zeeman mówił: – Primož jest z nami od ponad dwóch lat. Jako kolarz rozwija się niesamowicie. Możliwość obserwacji jego rozwoju jest spełnieniem naszych marzeń. Dojrzewa jako człowiek, kolarz i lider zespołu. Fantastycznie się z nim współpracuje.

A już po wyścigu pewnie mógłby dodać kilka kolejnych słów, bo w tamtym roku Primož był czwarty w klasyfikacji generalnej Tour de France (i tak, znów zgarnął etap), a wcześniej wygrał jeszcze Wyścig dookoła Kraju Basków i Tour de Romandie. W mniejszych wyścigach coraz częściej startował jako lider swojej ekipy, z zadań mu przydzielonych wywiązywał się znakomicie. O ile przed sezonem mówił, że chciałby jedynie „wygrać jeden z tygodniowych wyścigów”, o tyle po nim stało się jasne, że może podnieść swoje oczekiwania. Przed 2019 rokiem wszyscy byli pewni, że to właśnie Słoweniec zostanie najważniejszą postacią w Lotto-Jumbo. A właściwie w Jumbo-Visma, bo grupa zmieniła wówczas nazwę.

2019

Primož zaczął sezon od wygranej w Tirreno-Adriatico, potem ponownie rozbił bank podczas Tour de Romandie. Głośno mówiło się wtedy, że będzie faworytem na zbliżające się Giro. W międzyczasie przypomniał sobie jednak o skokach – jeszcze w 2018 roku odwiedził Bergisel w Innsbrucku, a na początku 2019 zawitał do Planicy, gdzie wraz z byłymi kolegami żegnał odchodzącego na sportową emeryturę Roberta Kranjca. Potem czekało go jeszcze trochę treningów, kilka startów i wreszcie wyjazd do Włoch na pierwszy z Wielkich Tourów, w którym miał powalczyć o zwycięstwo.

Już w zeszłym roku pokazywałem, że jestem w stanie walczyć z najlepszymi przez cały rok – mówił portalowi Cycling News. – Odkryłem też wtedy, że mogę wygrywać tygodniówki. Teraz jestem liderem zespołu na trzytygodniowy wyścig, to dla mnie coś nowego. Cieszę się, że tak się stało, traktuję to jak wyzwanie. Giro to dla mnie świetny wyścig – w tym roku ma trzy etapy jazdy na czas. Wygrać całość będzie jednak bardzo trudno, czekają na nas wąskie, małe drogi, z wieloma wzniesieniami, długie etapy… To wielkie wyzwanie. Liczę, że wiele się nauczę.

Poszło znakomicie – wygrał dwa etapy, przez sześć nosił koszulkę lidera, zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej – choć mogło jeszcze lepiej. Eksperci zauważali, że Primož kilka razy niepotrzebnie szarżował, tracił siły w momentach, gdy mógł być rozważniejszy, odpuścić i trzymać się najgroźniejszych rywali. Być może wtedy dojechałby do końca w koszulce dla najlepszego zawodnika. Choć to zadanie utrudnił mu też dość poważny upadek.

Byłem tam, nigdzie nie mogłem uciec, po prostu upadłem i stłukłem sobie swój wielki tyłek. Na szczęście stało się tylko tyle. Nie wiem, co się stało. Po prostu nagle wielu kolarzy uderzyło w siebie – wspominał. Ani upadkiem, ani stratą koszulki się jednak przesadnie nie przejmował. Podkreślał, że jej utrzymywanie kosztowało i jego, i ekipę, zbyt wiele sił. Liczył, że nadrobi straty na kolejnych etapach, a na koniec będzie mógł się cieszyć ze zwycięstwa. Stało się jednak inaczej, znów popełnił kilka błędów i ostatecznie musiał zadowolić się “jedynie” miejscem na podium.

Potem długo nie jeździł, właściwie pojawił się dopiero na Vuelcie, gdzie też był liderem zespołu. W Hiszpanii zademonstrował coś, co jest jego wielkim atutem – umiejętność wyciągania wniosków. Wszystko to, co źle zrobił na trasie Giro, zostawił we Włoszech. W Hiszpanii był już lepszym, bardziej doświadczonym kolarzem. – On się bardzo szybko uczy. To doświadczenie z Giro bardzo mu pomogło, jechał zupełnie inaczej, mądrzej. Nie szarpał się, atakował, gdy trzeba albo trzymał koło tych, których musiał pilnować. Nauczył się błyskawicznie taktyki, jazdy jako lider drużyny. Było widać na Vuelcie, że jedzie już inaczej. W tej chwili jest zdolny wygrać w każdym miejscu i na każdym wyścigu. Już wtedy było widać, że zostanie jednym z głównym faworytów tegorocznego Tour de France – twierdzi Adam Probosz.

W Hiszpanii Primož przewagę uzyskał, gdy w znakomitym stylu wygrał jazdę na czas, co chyba nikogo nie zdziwiło. Potem jechał mądrze, kontrolując sytuację. Kilka razy musiał decydować o wszystkim sam, gdy zawodziła grupa (która i tak była prawdopodobnie najmocniejszą na ubiegłorocznej Vuelcie i nic dziwnego, że pod koniec wyścigu Roglič przedłużył z nią kontrakt), ale poradził sobie z tym wyzwaniem w najlepszy możliwy sposób. Zobaczcie tylko górski etap, gdy mocno pracował Movistar, a Słoweniec trzymał koło Alejandro Valverde. Ostatecznie wygrał – w swoim zaledwie piątym starcie w Wielkim Tourze i jako pierwszy Słoweniec w historii.

Nie przeszkodziła mu w tym kraksa, w której się znalazł, nie przejął się fatalnym początkiem, gdy na etapie jazdy drużynowej na czas, jego drużyna upadła i straciła sporo czasu. Po prostu robił swoje. – Zwycięstwo w takim wyścigu to niesamowite uczucie. Po Giro miałem mnóstwo motywacji. Chciałem powalczyć tu o zwycięstwo. Decydujący moment? Nie było takiego. Każdego dnia coś się działo, nawet na płaskich etapach – mówił, szczęśliwy, już po wyścigu. Swoją drogą przejechał tę Vueltę w takim stylu, że Bradley Wiggins, który ostatnio znany stał się z tego, że często go krytykował, bił brawo i chwalił Słoweńca w swoim podcaście. A przekonać kogoś z tytułem szlacheckim do zmiany opinii to już coś.

Brytyjczyk też zresztą dodawał, że Słoweniec stanie się teraz faworytem każdego z największych wyścigów. Przez pandemię musieliśmy nieco na to poczekać. Ale jak już przyszło co do czego, to zawodnik Jumbo-Visma tylko tę opinię potwierdza.

Tour

– W lipcu planuję zgrupowanie wysokogórskie. Przed drugą fazą treningów w górach przed Tour de France, wystartuję w Tour de l’Ain i Critérium du Dauphiné. Mam nadzieję, że Tour się odbędzie, ale to nie zależy ode mnie. Trzeba zakładać najlepszy scenariusz. Wciąż jest wiele pytań, ale niebawem poznamy odpowiedź – mówił Roglič w maju. Wspomniane starty miały być jego pierwszymi w roku poza Słowenią, gdzie zresztą spędził cały okres przerwy wywołanej pandemią.

Przed nią nigdzie nie startował, potem pojechał jedynie w czerwcowych mistrzostwach kraju, gdzie wywalczył złoto (ze startu wspólnego) i srebro (w jeździe na czas). Startów miał więc na koncie mało, ale warunki do treningów – znakomite. W Słowenii – kiedy już na to zezwolono, bo wcześniej trenował głównie na Zwifcie – mógł bowiem łatwo przejechać i odcinki górskie, i te bardziej płaskie. Nie mógł więc na to narzekać. Podobnie jak na przebywanie w domu – w zeszłym roku urodził mu się syn, dzięki przerwie mógł spędzić z nim więcej czasu. Wydawał się więc wypoczęty i dobrze przygotowany. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Tak naprawdę jednak trudno było zgadywać, w jakiej formie jest którykolwiek z kolarzy, gdy peleton już wrócił do rywalizacji.

Tym ciekawsze wydawało się pierwsze starcie wielu z najlepszych górali – na trasie Tour de l’Ain pojawił się bowiem nie tylko Słoweniec, ale też Egan Bernal (zwycięzca Tour de France 2019) czy Nairo Quintana. Roglič okazał się z nich zdecydowanie najlepszy. Na pierwszym etapie był drugi, dwa pozostałe wygrał. W generalce triumfował o 18 sekund przed Bernalem. Szybko stał się na powrót głównym faworytem do zwycięstwa w Tour de France.

Ale wątpliwości wróciły w trakcie Criterium du Dauphine. Owszem, znów jechał świetnie, wygrał nawet jeden z etapów. Tyle że na czwartym brał udział w kraksie, przez którą odpuścił sobie start ostatniego dnia. Poważnie się tam poobijał, zresztą przez dłuższą chwilę nie było pewne czy ukończy w ogóle etap, na którym upadł. To ostatecznie zrobił. Ale postanowiono nie ryzykować i Rogliča z ostatniego dnia rywalizacji wycofano. Potem pozostały wątpliwości. Nikt nie wiedział, czy Słoweniec pojedzie w Tour de France. Dopiero w ostatnim momencie potwierdzono jego start.

– Czuję się dobrze. Jestem na starcie Touru, to dobra wiadomość. Nie planowaliśmy takich komplikacji, trochę czasu zajął mi “restart”, ale teraz, w ostatnich dniach, wreszcie udało mi się to zrobić. Teraz jestem na starcie wyścigu i mam nadzieję, że będę w swojej najlepszej formie od soboty – mówił. Jak się okazało – forma faktycznie go nie zawiodła.

Już po czwartym etapie wkradł się na podium klasyfikacji generalnej. Zresztą tamtego dnia na metę wjechał pierwszy, wyprzedzając wszystkich pozostałych faworytów na ostatnich metrach podjazdu, prezentując przy tym niesamowitą moc. Następnego dnia w generalce był już drugi i na tej pozycji przejechał kilka kolejnych etapów. W końcu jednak – na dziewiątym etapie, ostatnim przed jednodniową przerwą, przechwycił żółtą koszulkę. Wtedy przed nim finiszował jedynie jego rodak Tadej Pogačar. I choć Egan Bernal zawsze był blisko Rogliča, w tej chwili – tak się wydaje – to właśnie Słoweniec jest głównym faworytem do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej.

Oczywiście, najwyższe góry – w których Bernal jeździ świetnie – wciąż przed nami. Ale Roglič już zapowiadał w wywiadach, że “żadnej góry się nie boi”. Patrząc na jego dotychczasowe popisy – można mu wierzyć. A nawet gdyby żółtą koszulkę ostatecznie w górach stracił, to w rękawie ma jeszcze jednego asa – długi, trudny etap jazdy na czas, który odbędzie się w ostatnich dniach Tour de France. Tam może odrobić straty do Bernala. Nawet te, które wydawać się będą stosunkowo duże.

Co by się jednak ostatecznie nie stało, jedno trzeba napisać: Primož Roglič jest już jednym z najlepszych kolarzy świata. I nic nie wskazuje na to, by miał się zatrzymać.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez