Pragnienie igrzysk, czyli olimpijska droga przez mękę

Pragnienie igrzysk, czyli olimpijska droga przez mękę

Kierownik drużyny skuty kajdankami, podstępni Portugalczycy, nieprawdopodobne trwonienie przewag punktowych, piłki meczowe dzielące nas od katastrofy, męczarnie liczące aż 23 mecze eliminacyjne, zawodnicy pędzący z ważnego meczu na maturę… – historia występów polskich siatkarzy w kwalifikacjach do igrzysk olimpijskich to prawdziwa lista przebojów. Warto przypomnieć najlepsze kawałki, skoro już za chwilę kadra Vitala Heynena rozpocznie operację Tokio.        

Wehikuł czasu należy nastawić najpierw na szalone lata 90. To właśnie wtedy wszedł bowiem w życie jeden z najbardziej bzdurnych przepisów Międzynarodowej Federacji Piłki Siatkowej (FIVB) – odebranie przywileju bezpośredniego awansu na igrzyska aktualnemu mistrzowi świata, mistrzom kontynentów i obrońcy olimpijskiego złota. Zamiast tego wprowadzono rozbudowany niczym tablica Mendelejewa system kwalifikacji, który skazał wszystkie reprezentacje (oprócz gospodarzy oczywiście) na wypruwanie sobie żył w turniejach porozrzucanych po całym świecie. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie zaczęło nawet funkcjonować powiedzenie, że trudniej jest dostać się na igrzyska, niż wyskakać tam medal.

Oczywiście z perspektywy reprezentacji Polski nie miało to aż takiego znaczenia, bo w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku mistrzowskie tytuły nam nie groziły, ale my też braliśmy udział w tej kwalifikacyjnej zabawie. I mamy co wspominać.

Niechciany “finał” w Rotterdamie 

Zacznijmy od 1992 r., a więc boju o igrzyska olimpijskie w Barcelonie. Nasza reprezentacja była wtedy siatkarskim planktonem, była zbyt słaba, żeby móc postawić się największych drapieżnikom. Kadra tkwiła w letargu, który zaczął się jeszcze w latach 80., gdy najpierw przez politykę straciliśmy igrzyska w Los Angeles, a potem nie zdołaliśmy sportowo dostać się do Seulu. Dlatego kiedy ekipa Zbigniewa Zarzyckiego leciała w maju 1992 r. do Rotterdamu na jeden z dwóch rozgrywanych wówczas interkontynentalnych turniejów kwalifikacyjnych, mało kto w nią wierzył. Reprezentacja miała dostać w czapę, bo znane było jej miejsce w szeregu.

Ale w Holandii gra nieoczekiwanie zaczęła się kleić. Biało-czerwoni pokonali bez straty seta (grało się jeszcze do 15 punktów) kolejno Egipt, Peru i absolutnie sensacyjnie gospodarzy turnieju, Holendrów. A kiedy w czwartym meczu Polacy pokonali 3:2 Bułgarów, zaczęło się na poważnie wyczuwać woń awansu. W ostatniej kolejce przyszła wprawdzie porażka z Chińczykami, ale nasi i tak zajęli w tabeli pierwsze miejsce, wyprzedzając „Pomarańczowych”. Niestety, nie oznaczało to jeszcze awansu. Jakim cudem?

Organizatorzy w wewnętrznym regulaminie przewidzieli bowiem trochę dziwny finał, w którym na koniec grały dwa pierwsze zespoły. Można było odbierać to jako wentyl bezpieczeństwa dla gospodarzy, którzy zostawili sobie margines błędu, gdyby podwinęła im się noga. Ten dodatkowy mecz był tym bardziej cudaczny, że w bliźniaczym turnieju rozgrywanym w tym samym czasie w Montpellier, takiego ekstra spotkania… po prostu nie było. I Francuzi, którzy po pięciu meczach byli najlepsi, normalnie awansowali. Jak widać, już wtedy siatkarskie regulaminy były z gumy.

Cóż, nie było jednak gadania. Polacy, chociaż w normalnej tabeli byli najlepsi i zbili Holendrów, musieli rozegrać ten mecz. I dostali w nim od gospodarzy 0:3 (11:15, 12:15, 6:15), a swoje paluchy mocno maczali w tym też ponoć sędziowie. – To nie była do końca jasna sytuacja, byliśmy bardzo rozczarowani, że musimy grać jeszcze ten jeden mecz. Czy był on z góry zaplanowany? Minęło wiele lat, dlatego nie mam bladego pojęcia, chociaż nie wydaje mi się, żeby taki dodatkowy finał został zrobiony od czapy w trakcie turnieju. Tak czy inaczej, szkoda, że tak wyszło. Byliśmy wtedy naprawdę w dobrej dyspozycji, ale niestety na koniec zawsze czegoś nam brakowało – mówi dziś Weszło Mariusz Sordyl, który grał w tamtych kwalifikacjach.

– Kiedy nie zakwalifikowałem się na igrzyska, zachowałem się po dżentelmeńsku i podziękowałem za pracę. I to nawet mimo dobrej gry. Po prostu wiedziałem, że już nic więcej z tym zespołem nie zrobię – dodaje ówczesny selekcjoner Zbigniew Zarzycki, dla którego był to pewnie najdziwniejszy „finał” w karierze trenerskiej.

To, co nie udało się w 1992 r. w Rotterdamie, udało się cztery lata później w Patras. Tam Polacy nieoczekiwanie zaklepali sobie bilety do Atlanty, wracając na igrzyska po 16 latach przerwy. Chociaż – co ciekawe – mieli przy tym sporo szczęścia. Trafili na tamten turniej kwalifikacyjny tylko dlatego, że zwolniło się miejsce po rezygnacji Egiptu. No, ale szczęściu też trzeba później pomagać, a układ był jasny: biało-czerwoni musieli wygrać Światowy Turniej Kwalifikacyjny, w którym oprócz nich wystąpili też Hiszpanie, Japończycy i oczywiście Grecy.

Polacy zaczęli zmagania od meczu z gospodarzami. Nie byli faworytami, dlatego nie było specjalną niespodzianką, że już wtedy znaleźli się praktycznie jedną nogą za burtą – w tie-breaku przegrywali bowiem już 9:13. Wtedy jednak stał się cud. Kiedy na zagrywkę powędrował 19-letni Piotr Gruszka, jakieś siły nadprzyrodzone wstąpiły w naszych blokujących, którzy cztery razy z rzędu zatrzymali Greków. Rywale mieli jeszcze wprawdzie meczbol, ale nasi jakoś się wybronili wygrywając decydującą partię 16:14, a cały mecz 3:2. Po tym nieoczekiwanym zwycięstwie dalej było już z górki: 3:1 z Hiszpanią i 3:1 Japonią. – Kiedy mecz dobiegł końca, myślałem, że kapitan Japończyków popełni harakiri na parkiecie. Dla nich to był szok. Nie wierzyli, że pierwszy raz od wielu lat nie mieli awansu na igrzyska – wspominał później trener Wiktor Krebok.

– A ja po turnieju w Patras musiałem natychmiast zdać maturę… Wróciłem wieczorem w nocy, następnego dnia miałem egzamin z polskiego. W szkole, przed 8 obstąpili mnie reporterzy – opowiadał po latach Paweł Zagumny, który wtedy dopiero wchodził do pierwszej reprezentacji.

Przy okazji kwalifikacji do kolejnych igrzysk – tym razem w Sydney – Polacy na własnej skórze poczuli jednak, co to znaczy chichot, a raczej rechot losu. W Patras reprezentacja zbudowała się po odrobieniu dużych strat w tie-breaku, a w styczniu 2000 r. w Katowicach przerżnęła kwalifikację w odwrotnych okolicznościach.

Przypomnijmy: reprezentacja kierowana przez Ireneusza Mazura, chociaż wchodziło już do niej świetne pokolenie zawodników urodzonych w latach 70., nie była faworytem. Tym bardziej że miała za rywali m.in. Jugosławię, Holandię i Bułgarię. Biało-czerwoni w pierwszych czterech kolejkach wygrali jednak aż trzy razy, w tym lejąc aktualnych mistrzów olimpijskich Holendrów. W ostatniej serii spotkań czekała Jugosławia i to od tego meczu zależało, czy nasi zachowają szansę awansu. Przy stanie 1:2 w setach dla ekipy z Bałkanów prowadziliśmy już 20:13, byliśmy już bliscy tie-breaka, ale tym razem to my odegraliśmy rolę frajerów. Jugosłowianie wyciągnęli tamtą partię na 25:27 i wygrali mecz. Igrzyska oglądaliśmy w telewizji.

Mecz jak w tropikach

Bardzo ciekawą historię ma też droga Polaków na igrzyska w Atenach. Po tym, jak w 2003 r. z prowadzenia reprezentacji zrezygnował Waldemar Wspaniały, jego następcą został mistrz świata z 1974 r. Stanisław Gościniak.

Pierwsze podejście do igrzysk, Europejski Turniej Kwalifikacyjny w Lipsku, zakończył się jednak niepowodzeniem. W pierwszym meczu drużyna pokonała jeszcze wprawdzie 3:2 Niemców, ale to co potem działo się w meczach z Rosją i Bułgarią nie sposób nazwać inaczej niż – sorry – ostrym wpierd…m. Nie dość, że było dwa razy po 0:3, to jeszcze biało-czerwoni nie zaliczyli nawet jednego seta, w którym osiągnęliby granicę dwudziestu punktów. Do reprezentacji Gościniaka uśmiechnęło się jednak szczęście. Drużyna miała jeszcze turniej ostatniej szansy, gdzie dostała do tańca drużyny już absolutnie w swoim zasięgu: Portugalię, Wenezuelę i Kazachstan. Turniej w Porto, który rozegrano od 21 do 23 maja 2004 r., nasi zaczęli planowo od zbicia Wenezueli bez straty seta. W drugiej kolejce czekali już jednak gospodarze i tamto spotkanie okazało się kluczowe.

Portugalczycy, którzy wcześniej wygrali z ogórkowym Kazachstanem, robili jednak wiele, żeby utrudnić Polakom przygotowania do meczu. Nasza kadra miała problem z dojazdem na halę, kilka razy zmieniano jej godziny rozpoczęcia treningów, a jeszcze większe cuda działy się w dniu meczowym.

W hali było niezwykle duszno i było podejrzenie, że gospodarze celowo nie włączali klimatyzacji, aby dać większe szanse swoim zawodnikom bardziej przyzwyczajonym do gry w takich warunkach. Polacy wspominali później, że mieli wrażenie, jakby wewnątrz hali było około 40 stopni. Sztab trenerski, widząc co się dzieje, postanowił reagować. Paweł Zagumny po latach zdradził na łamach swojej autobiografii „Życie to mecz”, że była nawet próba dostania się do dyspozytorni, skąd sterowana była klima. Podjął się tego kierownik drużyny, ale misja zakończyła się niepowodzeniem – posłaniec został zatrzymany przez policję i skuty kajdankami przez funkcjonariuszy. Tak wyglądała walka o igrzyska w Atenach.

Wróćmy jednak na parkiet. Mimo trudnych warunków w hali, pierwszego seta wygrali biało-czerwoni do 18. W kolejnej partii dokładnie takim samym stosunkiem wygrali jednak Portugalczycy. Gospodarze prowadzili już nawet 2:1 w setach, ale nasi zdołali doprowadzić do tie-breaka. W decydującej partii długo nie szło naszej drużynie, która musiała gonić wynik. – Przy stanie 9:12 w tie-breaku Dawida Murka złapał skurcz, musieli go znieść z boiska, tak był odwodniony. Za Murka wszedł Sebastian Świderski. Przy jego zagrywce zdobyliśmy pięć punktów z rzędu. Można powiedzieć, że cudem wygraliśmy ten mecz i mogliśmy cieszyć się z awansu na olimpiadę. Było to jedno z bardziej dramatycznych spotkań w mojej karierze – wspominał Zagumny.

Kończący turniej mecz z Kazachstanem był już tylko formalnością i po wygranej 3:0 kadra Gościniaka mogła cieszyć się z olimpijskiej kwalifikacji. Podobnie jak w Atlancie, siatkarze byli na igrzyskach jedynymi przedstawicielami naszych gier zespołowych. Wstydu nie było, bo zakończyło się na ćwierćfinale i przegranej z kroczącą po złoto Brazylią. To był duży progres pamiętając, że osiem lat wcześniej w Stanach Zjednoczonych nasi ugrali… jeden set.

Wspominając boje o olimpijską kwalifikację, najmilej wspomina się chyba rok 2008 i Pekin. I patrząc w tabelę, rzeczywiście mogło to wyglądać na spacerek: Polacy podczas turnieju w Espinho po 3:0 pokonali przecież Portugalię, Indie i Portoryko. Jednak rzeczywista droga do Chin była znacznie dłuższa.

Dziś już mało kto pamięta, ale nasza reprezentacja dostała się na igrzyska dopiero po ośmiu miesiącach walki. Kadra Raula Lozano była już wprawdzie wicemistrzem świata z 2006 r., ale rozstawienie w kwalifikacjach opierało się także na punktach rankingowych z innych imprez, a przecież zdarzało się nam zebrać bęcki. Skutkowało to tym, że zanim wzięliśmy udział w docelowych turniejach kwalifikacyjnych, najpierw musieliśmy męczyć się w europejskich prekwalifikacjach. Dopiero wygrywając imprezę na Węgrzech (pokonaliśmy tam gospodarzy, Duńczyków, Belgów i Finów) zyskaliśmy prawo walki o bilety do Pekinu. Pierwszy Europejski Turniej Kwalifikacyjny rozgrywany w Turcji w styczniu 2008 r. jednak przerżnęliśmy i swojej ostatniej szansy musieliśmy szukać we wspomnianym Espinho. Jak więc widać, wcale tak łatwiutko nie było.

Dlatego też faktycznie najkrótszą drogę na igrzyska przebyliśmy dopiero w przypadku Londynu za kadencji Andrei Anastasiego. Nasza kadra miejsce w turnieju olimpijskim zapewniła sobie już przy pierwszym podejściu, zajmując drugie miejsce w Pucharze Świata rozegrywanym w 2011 r. w Japonii.

Teraz jeden odcinek zamiast tasiemca?

Za to jak doskonale pamiętamy, istną siatkarską „Modą na sukces” była ścieżka w kierunku igrzysk w 2016 r. Mistrz świata z 2014 r., aby zakwalifikować się do Rio de Janeiro, musiał rozegrać łącznie aż 23 mecze!

Zaczęło się od Pucharu Świata w 2015 r. Awans na igrzyska uzyskiwały tam dwie pierwsze ekipy. Polacy grali wybitnie, w morderczej imprezie spośród jedenastu meczów wygrali aż dziesięć, ale dało to im dopiero pechowe trzecie miejsce, bo mieli gorszy bilans setów od drugich Włochów. Cóż, reprezentacja Stephana Antigi musiała czekać na drugą okazję, czyli mocno obsadzony Europejski Turniej Kwalifikacyjny, który tak naprawdę był małymi mistrzostwami Starego Kontynentu. Zasady były takie, że z ośmiu zespołów awansował tylko zwycięzca, druga i trzecia drużyna zachowywały zaś szanse na turniej eliminacyjny ostatniej szansy. Imprezę w Berlinie wygrali Rosjanie, a my musieliśmy bić się ostatecznie o trzecie miejsce z Niemcami. Stawka tego spotkania była więc gigantyczna – przegrany definitywnie odpadał z walki o igrzyska.

To był jeden z najbardziej dramatycznych meczów reprezentacji Polski ostatnich lat, spotkanie, które mogło na długo zdołować naszą siatkówkę reprezentacyjną, bo brak awansu na igrzyska byłby tragedią dla dyscypliny.

Drużyna Antigi, chociaż pełna mistrzów świata, wyszła na parkiet spięta jak maturzysta wchodzący na najtrudniejszy egzamin. Na szczęście, Polacy potrafili w porę opanować nerwy i mimo bardzo rwanej gry doprowadzili do tie-breaka. W piątej partii gra bardzo długo toczyła się punkt za punkt, jak dobrze powiedział komentujący mecz w TVP Piotr Dębowski, wtedy w berlińskiej Max-Schmeling-Halle nie decydowała nawet dyspozycja dnia, tylko dyspozycja chwili. Nasi reprezentanci, po wręcz nieprawdopodobnych akcjach w obronie w końcówce, wygrali ostatecznie tamten dreszczowiec 16:14 i przedłużyli swoje marzenia o igrzyskach.

Kiedy po meczu Bartosz Kurek stanął przed dziennikarzami, miał oczy jak pięć złotych. Jeszcze nie wierzył w to co się stało. – Mam nadzieję, że ta długa i kręta droga zakończy się czymś naprawdę fantastycznym, bo tak jak to Rio nas nie chce… Dawno już nie widziałem tylu przeciwieństw losu przeciwko jednemu zespołowi – mówił radując się z awansu na turniej ostatniej szansy w Tokio. Rozgrywający Fabian Drzyzga żartował z kolei, że już dawno nie cieszył się tak z kumplami na myśl, że będą mogli zjeść tam raz jeszcze smaczne sushi.

– Tamto spotkanie z Niemcami to była kupa emocji, chyba nigdy wcześniej ani nigdy później nie denerwowałem się w meczu tak bardzo, jak wtedy. Jak mówiłem po spotkaniu, od tamtego wyniku zależał nie tylko nasz awans na igrzyska, ale przyszłość polskiej siatkówki. Dlatego byliśmy bardzo szczęśliwi, że na koniec to my byliśmy lepsi o te dwie-trzy akcje. Ale prawda jest jednak taka, że mieliśmy wtedy furę szczęścia – mówił na Weszło środkowy Marcin Możdżonek.

Ostatecznie kilka miesięcy później biało-czerwoni wygrali japoński turniej i awansowali na igrzyska. Chociaż i w Tokio musieli rozegrać aż siedem meczów, żeby tego dokonać. Podkreślmy raz jeszcze: łącznie w drodze do Rio nasza kadra rozegrała wówczas aż 23 spotkania.

Pamiętając to wszystko, przed sierpniowym turniejem kwalifikacyjnym w Gdańsku mamy więc tylko jedną prośbę do zakręconego Vitala Heynena. Oby ten jeden raz był nudny jak flaki z olejem i załatwił sprawę awansu już teraz, bez przebojów.

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez