“Potraktuję ten mecz jak swój ostatni w karierze”. Novak Djoković rusza po koronę

“Potraktuję ten mecz jak swój ostatni w karierze”. Novak Djoković rusza po koronę

Novak Djoković stoi przed historią. Jeśli wygra dzisiejszy finał US Open, zdobędzie Wielkiego Szlema i zapisze w swoim dorobku rekordowy, dwudziesty pierwszy triumf w najważniejszych turniejach. Co to wszystko oznacza? Że Serb może uwolnić się od wiecznych porównań do Rafy Nadala i Rogera Federera. Po drugiej stronie kortu będzie jednak czekał na niego Daniił Miedwiediew, numer dwa rankingu ATP, którego tym razem nie powinna zjeść presja.

Nie trzeba być zagorzałym miłośnikiem tenisa, żeby wiedzieć, o co toczy się stawka. Djokoviciowi – jak sam przyznawał w przeszłości – marzy się miano najlepszego zawodnika, który kiedykolwiek chwycił za rakietę do tenisa. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu w tym temacie każdy miał swojego kandydata. Nadala, Federera czy właśnie Serba. I dyskusję można było zamknąć prostym “wszyscy są wielcy”.

Sęk w tym, że w 2021 roku Serb zrobił wszystko, żeby wszelkie argumenty znalazły się po jego stronie. No, prawie wszystko, bo nie zdobył olimpijskiego złota. Poza tym – był absolutnie nie do zatrzymania.

Że wygra Australian Open – można było się tego spodziewać. Pokonanie Rafy Nadala na francuskiej mączce było jednak nieprawdopodobnym osiągnięciem. Podobnie jak historyczny “comeback” w późniejszym finale ze Stefanosem Tsitsipasem, a także triumf w Wimbledonie, kiedy bez problemu poradził sobie z łatką żelaznego faworyta.

W przeszłości Serb wygrywał już cztery turnieje wielkoszlemowe z rzędu – na przełomie 2015 i 2016 roku. Teraz jednak stoi przed szansą do zrobienia tego w roku kalendarzowym – czyli zdobycia mitycznego wręcz Wielkiego Szlema. Co w przeszłości, w erze Open, wśród mężczyzn, udało się tylko Rodowi Laverowi (w 1969 roku).

W klasę sportową Djokovicia nigdy nie dało się wątpić. Wśród pochwał, które są wygłaszane w jego kierunku, coraz częściej pojawia się jednak pewien motyw. Zobaczcie, co mieli do powiedzenia Matteo Berrettini oraz Alexander Zverev – zawodnicy, których Serb pokonał kolejno w ćwierćfinale i półfinale US Open.

Berrettini: – Widziałem statystyki, ile półfinałów zagrał w swoim życiu. Tak jak mówiłem na początku: jest prawdopodobnie najlepszy w historii. Niewiele mogę, obecnie, przeciwko niemu zrobić. Celem jest jednak być gotowym na kolejny turniej.

Zverev: – Gra najlepszy tenis, kiedy tego potrzebuje, czego dużo zawodników nie robi. Jest powód, dla którego wygrał dwadzieścia szlemów. Jest powód, dla którego spędził najwięcej tygodni jako numer jeden rankingu. Myślę, że od strony mentalnej jest najlepszym tenisistą w historii.

Co mamy na myśli? To proste: rywale Serba coraz częściej łączą jego nazwisko ze słowami “najlepszy w historii”. Jeśli “Nole” wygra i dzisiejszy mecz z Miedwiediewem, osoby, które nie będą określać go mianem “GOAT”, zapewne znajdą się w mniejszości. O ile już w niej nie są.

Statystyki stoją po jego stronie

No bo tak – Serb nie zjednuje ludzi tak jak jego wielcy rywale, bywa, ba, po prostu jest kontrowersyjny, ale jedno trzeba mu przyznać: od dłuższego czasu zjada rekord za rekordem. Tych, które wciąż znajdują się w posiadaniu jego wielkich rywali, jest coraz mniej.

  • Finał US Open 2021 będzie jego trzydziestym pierwszym wielkoszlemowym w karierze. Więcej nie ma już nikt, bo tyle samo meczów o tytuł grał Federer.
  • W marcu tego roku Djoković dobił do 311. tygodnia na szczycie rankingu ATP. Tym samym pobił rekord należący do – a jakże – doświadczonego Szwajcara. Na liczniku oczywiście wciąż pojawiają się kolejne cyferki. Obecnie jest ich 338.
  • W 2020 roku Nole zdobył swój, rekordowy, 36. tytuł w turniejach rangi Masters. Wyprzedził wówczas Rafę Nadala, który miał ich 35. No właśnie, miał, bo po tym, jak wygrał majowe zawody w Rzymie, znowu jest remis. Rok starszy i mający spore problemy z kontuzjami Hiszpan nie jest jednak faworytem do wygrania tej rywalizacji.
  • Djoković ma też lepszy bilans meczów bezpośrednich z pozostałymi członkami “Wielkiej Trójki”. Wygrał na kortach najwięcej pieniędzy. Jako jedyny tenisista w historii zwyciężał w każdym turnieju wielkoszlemowym przynajmniej dwukrotnie.

O wielu tych sukcesach, liczbach, rekordach już sporo słyszeliśmy. Warto jednak w dzień tak ważnego – z perspektywy tenisowego świata – meczu je przypomnieć. Bo – jak wspomnieliśmy – Djoković może skreślić ze swojej listy najważniejsze cele.

Czy istnieje recepta?

Co stoi za ostatnimi sukcesami serbskiego tenisisty? Odpowiedź wydaje się prosta – Novak do perfekcji opanował mentalne przygotowanie w ważnych spotkaniach. Nie liczy się dla niego, czy przegra pierwszego seta. W trakcie tegorocznego US Open zdarzyło mu się to zresztą aż cztery razy. Nie podłamuje go nawet porażka w dwóch partiach z rzędu – co udowodnił w starciu z Tsitsipasem w Roland Garros.

Sytuacje, które innych by dobijały, Serba wręcz budują. W roli zawodnika, który ma gonić, który jest powoli skreślany, w którego się nie wierzy, czuje się idealnie. Czasem można odnieść wrażenie, że wręcz na siłę szuka sobie na korcie wrogów. Potrafi znaleźć ich w publiczności – kiedy ta zbyt żywiołowo reaguje na punkty rywala albo jego pomyłki. Zdarza mu się zdzielić wzrokiem nie dającego za wygraną rywala – jak Jensona Brooksby’ego w drugim secie meczu 1/8. A potem, już po spotkaniu, zachowywać się jak perfekcyjny gentelman. Bo to co było na korcie, zostaje na korcie.

Oczywiście – Novaka Djokovicia znamy już od lat. Nie trzeba szczegółowo przybliżać nikomu jego charakteru czy typowych dla niego reakcji. W 2021 roku Serb jednak już na dobre uczepił się roli “uśpionego lwa”. Zawodnika, który wydaje się mieć gorszy dzień. Dopóki nie wejdzie na wyższe obroty i nie zamknie meczu w czterech albo pięciu setach.

– Kiedy gram przeciwko młodym chłopakom, wolę format “best-of-five”, a nie “best-of-three”. Czuję, że jestem mocny fizycznie, mam od nich większe doświadczenie. Nie gwarantuje mi to wygranej, ale czuję, że jestem na lepszej pozycji. Im dłużej trwa mecz, tym bardziej czuję, że jestem w stanie ich zamęczyć – mówił Novak w maju 2021 roku, jeszcze przed Roland Garros.

Uwielbienie Serba do grania dłuższych pojedynków urosło już do tego stopnia, że pojawiają się spekulacje, iż pierwsze sety przegrywa celowo, albo po prostu mu na nich nie zależy. Bo jak inaczej wytłumaczyć stracone partie z Brooksbym (rocznik 2000, 99. w rankingu w ATP) czy Holgerem Rune (rocznik 2003, 145. w rankingu ATP)?

Ostatnia przeszkoda

– Został tylko jeden mecz. Wszystkie karty na stół. Zróbmy to. Włożę w niego serce, duszę, ciało i głowę. Potraktuję ten mecz jak ostatni, który mam rozegrać w swojej karierze.

To słowa Djokovicia po półfinale ze Zverevem. Doskonale wie, na co ma szansę. Nie może nie wiedzieć. Choć sam – dotychczas – konsekwentnie unikał rozmów o Wielkim Szlemie czy rekordzie w liczbie wielkoszlemowych triumfów. –Skupiam się tylko na następnym meczu. Nie zadawaj mi żadnych pytań na temat historii. Nie chcę o tym myśleć. Wiem, że jest za rogiem. Skupiam się tylko na następnym meczu, krok po kroku – mówił w czasie turnieju.

Teraz wygranie jednego pojedynku jest już równoznaczne z dotknięciem gwiazd. Nie będzie kolejnego finału, nie będzie następnej przeszkody. Została tylko ostatnia. A jest nią oczywiście Daniił Miedwiediew.

Rosjanin w US Open radził sobie znakomicie. Stracił tylko jednego seta – w ćwierćfinałowym meczu z kwalifikantem, Boticem Van De Zandschulpem. Innych rywali odprawiał szybko, w trzech partiach. Na korcie w drodze do finału spędził łącznie 11 godzin i 51 minut. To mniej nie tyle co od Djokovica (17 godzin i 26 minut!), a… Leyli Fernandez, finalistki w singlu kobiet (w ramach ciekawostki – 12 godzin i 45 minut).

To pokazuje, jaką formę zbudował 25-latek z Rosji. Ale też, że nie napotkał jeszcze na większe wyzwanie. Co poniekąd wzięło się po prostu ze stosunkowo łatwej drabinki. Wszystko ułożyło się bowiem dla Daniiła idealnie. Jego potencjalnie najgroźniejszy rywal w półfinale – czyli Tsitsipas – został wyeliminowany przez rewelacyjnego 18-latka Carlosa Alcaraza. Który w dalszej części turnieju przegrał z kontuzją.

W ten sposób Miedwiediew musiał pokonać tylko jednego zawodnika z pierwszej dwudziestki rankingu. Był nim Felix Auger-Aliassime. Kanadyjczyk zaszedł aż do półfinału, ale nie był w stanie nawiązać z Rosjaninem większej rywalizacji. Po nieco ponad dwóch godzinach było po sprawie.

Cała sytuacja jest o tyle ciekawa, że Miedwiediew do finału US Open zaszedł też dwa lata temu. Wówczas jednak robił wokół siebie burzę, nie potrafił panować nad nerwami. W trzech pierwszych rundach uzbierał trzy kary finansowe. Za pyskówki, rzucanie rakietą czy ręcznikiem, dyskretne pokazanie środkowego palca w kierunku sędziego.

Tym razem mecze Rosjanina były spokojne, żeby nie powiedzieć, że wręcz nudne. Co oczywiście świadczy o jego klasie. Jest lepszym tenisistą niż w 2019 roku, jest też mocniejszy psychicznie. – Nie dawał mi wejść w mecz. Przeciwko takiemu zawodnikami, nie masz miejsca na robienie błędów, tracenie koncentracji, co przydarzyło mi się w końcówce drugiego seta. Wykorzystał to i potem nie dał mi już kolejnej szansy – mówił w piątek Auger-Aliassime.

Wierzyć w szansę Miedwiediewa, zawodnika o świetnym serwisie, ale też bardzo niekonwencjonalnym, niewygodnym dla rywali, stylu gry, zatem oczywiście się da. Nieprzypadkowo mówimy o drugiej rakiecie świata. Inna sprawa, że w podobnym tonie o Rosjaninie wypowiadaliśmy się już w styczniu, przed finałem Australian Open, w którym również czekał na niego Djoković.

Rosjanin też był wówczas w znakomitej formie. Też spędził na korcie mniej czasu od Serba (choć aż tak kolosalnej różnicy nie było). Też wydawał się gotowy na pierwszy wielkoszlemowy triumf. Ba, nawet bukmacherzy nie mieli zdecydowanego faworyta. Bo choć doświadczenie stało po stronie Novaka, Miedwiediew miał mieć wszystko, żeby ten mecz wygrać.

A teraz przypomnijmy wynik: 7:5, 6:2, 6:2 dla Nole.

Oczywiście – młodszy z dwójki tenisistów przegrał finał, zapewne zanim w ogóle wyszedł na kort. Nie był sobą, nie grał na najwyższym możliwym poziomie. Po porażce w pierwszej partii wręcz się posypał. Bardziej niż na grze skupiał się na narzekaniu i prezentowaniu swojego niezadowolenia.

Aż nie chce nam się wierzyć, żeby dziś doszło do powtórki z rozrywki. Miedwiediew nie może znowu zaprezentować się tak słabo – podpowiada rozsądek. To będzie jego trzeci wielki finał w karierze. W 2019 roku można było mówić o presji debiutanta (choć wtedy grał świetnie). Na początku 2021 roku o presji… faworyta (według niektórych)? Teraz natomiast wszystkie oczy będą zwrócone na Serba. Wokół Rosjanina jest cisza.

Zobaczymy, czy będzie mu to odpowiadać.

– W tym roku nie spotkały mnie żadne historie, i to dobra rzecz. Mam doświadczenie z dwóch wielkoszlemowych finałów. Co może mi pomóc, choć niekoniecznie musi. Jedyne, co mogę powiedzieć: wszystko, co mi zostało, rzucę teraz na kort – zapewniał na konferencji 25-latek.

Zwieńczenie kapitalnego turnieju

Trzy z pięciu ostatnich meczów między Miedwiediewem a Djokoviciem wygrał Rosjanin. Nigdy nie pokonał go jednak w turnieju wielkoszlemowym. Teraz okazja jest tym lepsza, że tegoroczne US Open bez wątpienia zostanie zapamiętane na długo. Przede wszystkim za sprawą wydarzeń w kobiecym turnieju singla, starcia w finale dwóch nastolatek, ale rywalizacja u panów – szczególnie we wcześniejszych rundach – też dostarczała emocji. Mieliśmy sporo “pięciosetówek”, sporo zaciętych meczów. Mówił o tym Frances Tiafoe, który zaszedł do czwartej rundy:

– Bez wątpienia myślę, że chłopaki starają się tym bardziej, że nie ma Rogera i Rafy. Naprawdę w to wierzę. Chłopaki mają w głowie: to jest moja pieprzona szansa, muszę atakować. Oni się wręcz pienią, to całkiem zabawne do oglądania – mówił Amerykanin.

Koniec końców – turniej, który dostarczył parę niespodzianek i okazji do błyszczenia młodym zawodnikom, zakończy się starciem jedynki z dwójką światowego rankingu. Jeśli wygra Rosjanin – przejdzie do historii jako pierwszy zawodnik urodzony w latach dziewięćdziesiątych, który pokonał w turnieju wielkoszlemowym przedstawiciela Wielkiej Trójki, a także ten turniej wygrał. Jeśli zatriumfuje Djoković – być może uwolni się od porównań do Federera oraz Nadala i będzie uważany za bezsprzecznie najlepszego tenisistę wszech czasów. Co prawda żaden z nich nie skończył jeszcze kariery, więc rywalizacja o historyczne umiejscowienie będzie trwała dalej.

To jednak tylko o 34-letnim Serbie eksperci jak John McEnroe mówią, że ma jeszcze sporo paliwa w baku i do jego dorobku będą trafiać kolejne Szlemy. – Novak chce zmiażdżyć ten rekord. Mogę sobie wyobrazić, ze wygra jeszcze od dwóch do czterech turniejów wielkoszlemowych. Widać, że najlepsze zawsze zostawia na koniec, staje się tym mocniejszy, im dłużej trwa impreza. Oczywiście jest człowiekiem, ale nie widzę, żeby się zużywał.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez