Polskie taekwondzistki chcą przejść do historii. Pierwsza spróbuje Adamkiewicz

Polskie taekwondzistki chcą przejść do historii. Pierwsza spróbuje Adamkiewicz

Mają za sobą podobne historie. Obie zdobywały medale mistrzostw Europy. Obie na igrzyskach wystąpią z nadziejami medalowymi. I to całkiem sporymi, co tym ważniejsze, że mogą przejść do historii. Polska jeszcze nigdy bowiem nie zdobyła medalu w taekwondo. Patrycja Adamkiewicz i Aleksandra Kowalczuk bardzo chciałyby to zmienić. Ta pierwsza do walki o olimpijskie podium stanie już jutro. Druga – za trzy dni.

Mocne nogi, twarda psychika

No dobra, wyjaśnijmy sobie najpierw jedno. Ot, tak na wszelki wypadek, żeby nie było wątpliwości – co to właściwie jest to taekwondo? Bo gdybyśmy napisali, że nie jest to najbardziej uwielbiany ze sportów w Polsce, byłoby to sporym niedopowiedzeniem. Na co dzień ogląda go zapewne garstka osób. Uprawia jeszcze mniej.

Oficjalnie taekwondo istnieje od 1957 roku, gdy stworzono regulamin i nazwę tego sportu, choć gdyby chcieć wyciągać jego historię, to można by się cofnąć i o 4000 lat. Wiadomo, dyscyplina ta wywodzi się w końcu z Korei Południowej, a tamten region słynie z różnych sztuk walki. Taekwondo nie jest tu wyjątkiem, a jego powstanie w latach 50. wiąże się z chęcią stworzenia skutecznej sztuki samoobrony, łącząc elementy różnych sztuk walki.

Wyszło całkiem nieźle.

Droga taekwondo na igrzyska była niezbyt długa. Wiele sportów do dziś czeka na uznanie, a tymczasem by zostać dyscypliną pokazową ta sztuka walki czekała jedynie 31 lat – był to wówczas ukłon w stronę gospodarzy, gdy igrzyska odbywały się w Seulu, stolicy Korei. I to naprawdę niewiele, jeśli uzupełnimy tę informację o fakt, że pierwsze mistrzostwa świata w taekwondo zorganizowano dopiero w 1973 roku. Na stałe i oficjalnie włączono ją w poczet sportów olimpijskich 27 lat po nich, gdy olimpiada zawitała do Sydney.

Pewnie chcielibyście teraz zapytać, jak się walczy? Cóż, to zależy czy mówimy o taekwondo olimpijskim czy nieolimpijskim. Różnicę wytłumaczy Patrycja Adamkiewicz.

– Ja trenuję taekwondo olimpijskie. To sztuka walki, w której używamy tylko nóg. Kopiemy przeciwnika w brzuch albo w głowę i tak zdobywamy punkty. W inne miejsca kopać nie można. W nieolimpijskim taekwondo można używać rąk i mają tam też więcej „mniejszych” konkurencji typu testy na siłę czy wyskok. U nas jest też więcej ochraniaczy, praktycznie na wszystko, łącznie ze szczęką czy kroczem. Są też kaski, ochraniacze na brzuch, ręce, nogi… U nas też, oczywiście, w czasie walki używamy dużo siły i nie mamy ograniczeń, jeśli chodzi o siłę kopnięć. Możemy nawet znokautować swojego przeciwnika, jeśli mocno kopniemy.

Nokauty, dodajmy, zdarzają się jednak rzadko i głównie w wyższych kategoriach wagowych. Więc raczej nie powinniście się ich spodziewać, ale i tak warto ten sport obejrzeć, bo jest po prostu ciekawy, również od strony taktycznej. Momentami przypomina wręcz szachy, gdzie chce się wykiwać rywalkę czy rywala. To też trochę taka szermierka na nogi, czeka się na błąd osoby naprzeciw, gdy na chwilę jej obrona stanie się nieszczelna. I wtedy się kopie. Wszystko to jednak poprzedza analiza, próba znalezienia słabych stron, bo każda zawodniczka – jak mówi Patrycja – walczy inaczej. Po prostu. A co poza tym warto wiedzieć?

– Walka trwa trzy rundy po dwie minuty z minutą przerwy między rundami. Wygrywa zawodnik, który na koniec zdobędzie więcej punktów. Jeśli jest remis, to rozgrywana jest czwarta runda, która trwa minutę. Kto pierwszy zdobędzie w niej punkt, ten wygrywa. Jeśli chodzi o zmęczenie, to uważam, że taekwondo jest sztuką walki, gdzie naprawdę poświęcamy dużo energii na każdy pojedynek. Wykorzystujemy wręcz wszystkie swoje zasoby. Kopnięcia muszą być wysokie, mocne, ważna jest też koncentracja. Można się zmęczyć, ale to też zależy od naszego przeciwnika, jakim są wyzwaniem. Bo są zawodniczki, które kopią cały czas, a są takie, które wyczekują na okazję – dodaje Adamkiewicz.

I mówi, że to piękny sport. Liczy, że sukces pozwoli mu się w Polsce pokazać, bo na razie nie jest przesadnie popularny. A sukces chce zapewnić sama. Lub z pomocą Oli Kowalczuk.

Taekwondzistki z przypadku

Skoro ustaliliśmy już, że w naszym kraju taekwondo raczej nie ma grona wielbicieli, wypada zapytać, jak to się stało, że dwie młode dziewczynki z Polski trafiły właśnie do tego sportu i w nim zostały. Cóż, w obu przypadkach było to działanie nie do końca zamierzone.

Weźmy Adamkiewicz. Za młodu chodziła do ogniska muzycznego. Uczyła się gry na pianinie i w sumie nie myślała nawet o sztukach walki. Aż tu nagle jej mama stwierdziła, że pianistka powinna mieć nienaganną postawę, a w jej rodzinnej miejscowości pojawił się klub taekwondo. Matka szybko dodała więc jeden do jednego i stwierdziła, że sport to zdrowie. A córka po kilku zajęciach z taekwondo się polubiła. I tak się to zaczęło.

“Cegieł na treningach nie rozbijamy. Nokauty się zdarzają”

Potem doszły medale. Nagle okazało się, że zamiast grać na pianinie, Patrycja mogłaby spróbować pójść bardziej w stronę taekwondo właśnie. Przez jakiś czas zresztą obie te aktywności łączyła. W końcu jednak postawiła na walkę. I jak zaczęła w 2006 roku, tak pięć lat później była już zdecydowana, że chce dalej występować w kimonie.

Bywało, że prosto z zajęć pianina jechałam na treningi taekwondo albo odwrotnie. Musiałam umieć się przestawić z trybu wojowniczki na pianistkę. Przez sześć lat równocześnie trenowałam i grałam na pianinie w ognisku muzycznym. Po jego ukończeniu musiałam zdecydować. Myślę, że na wybór duży wpływ miało zdobycie mistrzostwa Europy kadetów w 2011 roku. Akurat w tym samym roku skończyłam ognisko – mówiła.

Swoją drogą jej rodzinnym miastem jest Jarocin. Ten od festiwalu. Ale na nim nigdy nie wystąpiła i pewnie już nie wystąpi, choć kiedyś próbowała swoich sił z gitarą, ale uznała, że to nie dla niej. Ostatnio nie może zresztą pograć nawet, gdy akurat jest w rodzinnym domu, bo… rodzice pożyczyli pianino znajomym.

Jak było z Olą Kowalczuk?

Trochę inaczej. Młoda Aleksandra była regularnie zachęcana przez rodziców do ruchu. Chodziła na różne zajęcia, w tym na przykład jazdę konną czy gimnastykę. – Trochę się tych sportów przez moje dzieciństwo przewinęło. Pewnego dnia trenerka na gimnastyce zobaczyła mnie i zaproponowała taekwondo. Zanim je pokochałam, minęło jednak sporo czasu. Przekonały mnie pierwsze medale mistrzostw Polski. Wtedy ten sport zaczął mi się podobać – mówiła kilka lat temu Sportowym Faktom.

Rodzice na taekwondo patrzyli… bardzo pozytywnie. Matka Olę dopingowała, mówiła, że powinna spróbować tego sportu na poważnie. I choć Kowalczuk czasem opuszczała treningi, to ostatecznie się przekonała. I została aż do dziś, choć wynajdowała sobie też poboczne zajęcia – do niedawna studiowała wychowanie fizyczne i opiekowała się psami ze schroniska. Po prostu wyprowadzała je na spacery i się z nimi bawiła.

W ostatnim czasie musiała jednak nieco odpuścić. Bo cel miała jeden – igrzyska olimpijskie. Tak samo jak Adamkiewicz.

Sukcesy już są, ale teraz ma być największy

Adamkiewicz była już medalistką mistrzostw Europy juniorów i triumfatorką młodzieżowych ME. W 2018 roku osiągnęła – jak mówi – swój największy sukces, zostając brązową medalistką kolejnych mistrzostw Starego Kontynentu, tym razem seniorskich. Dwa lata później powtórzyła dokładnie ten wynik. Przez cały ten okres marzyła o igrzyskach, regularnie to powtarzała. I w końcu, na turnieju kwalifikacyjnym w Sofii, uzyskała olimpijską kwalifikację.

– Do każdej walki podchodziłam z wielką koncentracją i determinacją. Byłam pewna, że w półfinale spotkam się z Belgijką, więc byłam pozytywnie zaskoczona, tym że to jednak Finka będzie moją przeciwniczką. Już wcześniej miałam okazję się z nią spotkać na zawodach, więc wiedziałam co robi i jaki styl walki prowadzi. Bardzo chciałam wygrać i po prostu zrobiłam wszystko żeby tak się stało – mówiła po decydującej walce.

Co ważne, Polka od kilku lat utrzymuje się w czołówce swojej kategorii wagowej. Potrafi wygrać z renomowanymi rywalkami. Choć przyznaje, że w walce o medal olimpijski wiele może zależeć też od losowania czy szczęścia. – Nie zawsze jednak fortuna mi sprzyja. Tak było chociażby w maju, podczas mistrzostw Europy w Sofii, gdzie nie udało mi się sięgnąć po medal. Każda porażka jest dla mnie lekcją, z której staram się wyciągnąć jak najwięcej. Patrzę i analizuję swoje błędy, żeby później poprawić się technicznie czy taktycznie – mówiła niedawno.

Losowanie na igrzyskach miała średnie, szybko może trafić choćby na Jade Jones, dwukrotną mistrzynię olimpijską, ale zapewnia, że żadnej rywalki się nie boi i każdą jest zdolna pokonać. – Medal to moje marzenie. Zdaję sobie sprawę, że będzie go bardzo trudno zdobyć, ale będę chciała przygotować się jak najlepiej i do tego będę dążyć. Chcę potem powiedzieć sobie, że dałam z siebie wszystko. Zobaczymy, jak to wyjdzie – mówiła. I tego się trzymajmy.

Aleksandra Kowalczuk w zeszłym roku miała poważne obawy. Że nie zdąży na igrzyska. W trakcie finału Grand Prix w Moskwie, w grudniu 2019 roku, doznała kontuzji. – Podczas drugiej rundy strzeliło mi kolano i pomimo tego, że po pierwszym upadku jakoś wstałam z chęcią dokończenia walki, to gdy stało się to samo po raz drugi, z bólem serca musiałam zakończyć walkę – pisała wtedy w social mediach. Ból z czasem sam ustąpił, więc trenowała dalej. Aż na obozie w Meksyku kolano znów strzeliło. Gdy wróciła do Polski, poszła na rezonans.

– Dowiedziałam się, że mam zerwane więzadło krzyżowe i zapraszają mnie na operację, po której raczej nie zdążę przygotować się na Igrzyska. Pomijając ból kolana, to jak się czułam po usłyszeniu diagnozy było naprawdę okropne – mówiła. Czuła się źle, żyła w obawie. A potem przesunięto igrzyska, co jej akurat pomogło. Mogła się wykurować, przeprowadzić spokojną rehabilitację i potem wrócić do rywalizacji. A jak już wróciła, to w tym roku została wicemistrzynią Europy. Choć to i tak nie jest jej największy sukces – w 2018 roku na ME zdobyła złoto. Zresztą w dramatycznych okolicznościach.

– Z krzesełka cały czas krzyczał trener, żeby kopać, bo kończy się walka i ja przegrywam. Myślę, że te ostatnie 20 sekund walki był najgorsze, kiedy to ja musiałam gonić Biankę. Na moje szczęście kopnięcie, które wykonałam na 7 sekund przed końcem zostało zaliczone, a na tablicy zrobił się wynik 10:9 dla mnie. Chwilę później Brytyjka dostała karę za trzymanie, więc walka skończyła się wynikiem 11:9 – wspominała.

Kowalczuk przyciąga zresztą ciekawe sytuacje. Tuż przed wylotem do Tokio jeden z testów na koronawirusa dał jej wynik pozytywny. Na szybko zorganizowano trzeci, ten dał negatywa, ale że była sobota, to nikt taekwondzistce nie mógł cofnąć kwarantanny. I musiała polecieć do Japonii później, tracąc przy okazji kilka dni i treningów. Trener liczy jednak – jak mówił TVP – że nie wpłynie to na jej dyspozycję.

– Nikt się nie spodziewał problemów Oli. Przygotowania szły w dobrym kierunku, a drugi test wyszedł pozytywny. […] Nie powinno to mieć wpływu na Olę. Jest ucieszona, bo była mocno w dole, gdy wyszedł pozytyw, a nagle okazało się, że może pojechać. Nie wiem, jak wpłynie ten brak czterech dni aklimatyzacji i kilku treningów. Próbowała ćwiczyć w domu, ale to nie to. Bądźmy takiej myśli, że to ją wzmocniło i pójdzie po swoje. Moje oczekiwania? Są bardzo wysokie. I liczę na dwa medale. Nie będzie to łatwe, ale dziewczyny mocno przepracowały ostatni okres, dały z siebie wszystko. Wierzę, że szczęście się do nich uśmiechnie.

A my wierzymy, że trener wie, co mówi. Bo pierwszy, historyczny medal w taekwondo byłby naprawdę świetną sprawą.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Waffen77
Waffen77
2 miesięcy temu

Pssstttt…

Aktualności

Kalendarz imprez