Polski boks podnosi się z desek. Czy wreszcie zacznie wygrywać?

Polski boks podnosi się z desek. Czy wreszcie zacznie wygrywać?

Opole. Jedno z najstarszych miast w Polsce, stolica Województwa Opolskiego i oczywiście słynne z festiwalu piosenki. Od pewnego czasu mieszkańcy permanentnie stoją w koszmarnych korkach, ale to ponoć dlatego, że miasto szybko się rozwija i generalnie – wszystko zmierza w dobrym kierunku. Właśnie tu, w historycznej hali, choć pod nową nazwą, odbyły się jubileuszowe, 90. mistrzostwa Polski w boksie. Wnioski? Cóż, boks amatorski w Polsce generalnie od dłuższego czasu stoi w koszmarnym korku, ale wreszcie widać jakieś światełko w tunelu i nadzieję, że wszystko zmierza w dobrym kierunku.

O sytuacji boksu amatorskiego pisaliśmy już wielokrotnie, zwłaszcza przy okazji rozmów z dawnymi mistrzami, gwiazdami ringów olimpijskich. Po złotej erze podopiecznych Papy Stamma, którzy z każdych igrzysk przywozili po kilka medali, po dobrych latach siedemdziesiątych i niezłych osiemdziesiątych, przyszły zawody w Barcelonie. Ze słonecznej Katalonii polscy bokserzy wrócili zaledwie z jednym brązowym medalem, wywalczonym przez Wojciecha Bartnika. W kraju, przyzwyczajonym do dużo obfitszych plonów, co zupełnie zrozumiałe, wynik ten został uznany za porażkę. Kłopot w tym, że od igrzysk w Barcelonie niedługo minie trzydzieści lat, a medali olimpijskich w boksie jak nie było, tak nie ma. Kolejne duże turnieje zamiast miejsc na podium przynoszą głównie rozczarowanie, czy nawet – poczucie wstydu. Tak było choćby na tegorocznych mistrzostwach świata mężczyzn, na których cała reprezentacja Polski wygrała w sumie… jeden pojedynek. JEDEN! A przypomnijmy, że mówimy o reprezentacji 40-milionowego, w sumie dość zamożnego kraju, w którym boks jest jednym z popularniejszych sportów i z którego wywodzą się dziesiątki medalistów olimpijskich w tej dyscyplinie.

Upadek na samo dno

Trudno było nie odnieść wrażenia, że polski boks olimpijski znalazł się na dnie, a mówiąc po bokserskiemu – padł na deski, leży i kwiczy. Występ na igrzyskach w Rio de Janeiro trzy lata temu także skończył się ogromnym rozczarowaniem i dwoma przegranymi walkami Tomasza Jabłońskiego i Igora Jakubowskiego. Ten drugi opowiadał zresztą w programie „Ciosek na wątrobę” w Weszło FM, że cała jego przygoda olimpijska stała pod znakiem braku profesjonalizmu ze strony trenerów i działaczy.

Po raz pierwszy był przepis, że nie było bandaży, tylko tejpowali nam ręce. 90 procent ekip miało swoich ludzi od tego. A my – komunistyczny związek – nie mieliśmy nawet bandaży! Wchodzimy na salę rozgrzewkową, a tam przede mną dwie osoby w kolejce. Ręce się tejpuje jakieś pół godziny, a my przyjechaliśmy tam godzinę i 15 minut przed walką! Oczywiście, nikt z ekipy nic nie wie. Nikt z polskiej ekipy nie mówi po angielsku, więc ja sam muszę się dogadywać z cutmanem. Rozumiecie? Jestem na igrzyskach, a muszę robić za tłumacza ekipy. Tak to wyglądało… Przed walką na igrzyskach olimpijskich miałem dziesięć minut na rozgrzewkę. Wskoczyłem, zrobiłem dwie rundy walki z cieniem i wyjazd do ringu. No, poważnie, Sobota Bokserska w Lesznie! Mało kto o tym wiedział, wina spadła na nas, a nie na Związek – opowiadał Jakubowski, który później z Rio de Janeiro wracał… za własne pieniądze.

Tak było. Dyscyplina, która kiedyś święciła triumfy, teraz stała się karykaturą samej siebie. Ale, jak to czasem w życiu bywa, upadek na samo dno czasem jest szansą na odbicie się i powrót na właściwe tory. Opolskie mistrzostwa Polski dają cień nadziei, że wrócą lepsze czasy dla boksu amatorskiego.

Boks po nowemu

Wiosną wybrano nowe władze Polskiego Związku Bokserskiego, prezesem został Grzegorz Nowaczek. Po kilku miesiącach kadencji trudno oczywiście wyciągać daleko idące wnioski, ale już teraz widać, że idzie ku lepszemu. PZB pozyskał poważnego sponsora w postaci Suzuki, pod egidą tejże marki zorganizowano już nawet mecz Polska – Bułgaria, a w grudniu odbędzie się jeszcze ciekawsze spotkanie – z Rosją. Suzuki także mocno pomogło przy organizacji mistrzostw Polski. Efekty było widać gołym okiem.

Po pierwsze, mniej kategorii wagowych (osiem) oznaczało eliminację patologicznego zjawiska znanego z poprzednich edycji, gdy w niektórych wagach wystarczyło się zgłosić do turnieju, by zdobyć medal mistrzostw Polski. Teraz w każdej kategorii było co najmniej kilkunastu zawodników, nikt medalu za darmo nie dostał. Ba, w większości przypadków trzeba było wygrać trzy pojedynki, by wejść do strefy medalowej, a cztery, by zdobyć tytuł. Oczywiście, to wciąż mało w porównaniu z tym, co było w złotej erze polskiego boksu, kiedy żeby w ogóle pojechać na mistrzostwa kraju, trzeba było wygrać regionalne eliminacje. Wspominał to zresztą obecny w Opolu Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski z Tokio. – Kiedyś wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Wewnętrzna rywalizacja była bardzo mocna, sam występ na mistrzostwach Polski był dla wielu chłopaków spełnieniem marzeń, a w walce o czołowe miejsca regularnie spotykali się medaliści największych imprez. Dziś jest zupełnie inaczej. Młodzi niby wszystko umieją, ale czegoś im brakuje. Może ambicji? – zastanawiał się.

Kasprzyk jako jeden z honorowych gości odwiedził finały mistrzostw Polski w Opolu. Impreza odbywała się w nowoczesnej hali, wyremontowanej dwa lata temu. W przetargu rozpisanym przez władze miasta, producent płytek ceramicznych Stegu zaproponował najlepszą cenę i od tej chwili hala nazywa się Stegu Arena. Ale mieszkańcy i tak mówią po staremu: Okrąglak. Żeby było jeszcze ciekawiej, wspomniany Kasprzyk był już kiedyś w tej hali. I też była nowa. Oddany w 1968 roku obiekt, w 1970 roku gościł mistrzostwa Polski w boksie. Jakaż tam była obsada! Dość powiedzieć, że Kasprzyk, mistrz olimpijski z 1964 roku, musiał się zadowolić srebrnym medalem w wadze półśredniej, złoto zgarnął Zbigniew Zakrzewski. Jeśli tego nazwiska akurat nie znacie, to skaczemy do innych kategorii. A tam: w lekkiej mistrzostwo dla złotego medalisty olimpijskiego Jana Szczepańskiego, w lekkopółśredniej – dla dwukrotnego mistrza olimpijskiego Jerzego Kuleja, w lekkośredniej – triumfował wicemistrz olimpijski Wiesław Rudkowski, w półciężkiej finał pomiędzy dwoma medalistami olimpijskimi Stanisławem Draganem i Januszem Gortatem, a do tego złoty medal w ciężkiej dla legendarnego Lucjana Treli. Jednym słowem: galaktyczny finał.

Zawodowiec wśród amatorów

Dziś takich nazwisk nie ma, poziomu też nie. Nie ma także takich emocji i tylu kibiców. W czasie finałów na trybunach zasiadło może sto osób, w dużej mierze – rodzin i przyjaciół pięściarzy. A szkoda, bo impreza była naprawdę znakomita. Muzyka, światła, zespół rockowy, grający na żywo, piękne hostessy, wyprowadzające zawodników i pokazujące tabliczki z numerami pomiędzy rundami, transmisja w TVP Sport – wszystko wyglądało nie jak przaśna impreza boksu amatorskiego, tylko jak gala dla zawodowców.

A wracając do nazwisk: głośne były tak naprawdę dwa. Paweł Skrzecz – wicemistrz olimpijski z Moskwy, który pracował w Opolu jako sędzia oraz Mateusz Masternak. Ten drugi, zawodowy mistrz Europy sprzed kilku lat, nagle ogłosił, że wraca na ringi amatorskie i powalczy o awans na igrzyska olimpijskie (więcej możecie o tym przeczytać tutaj). Pierwszą część planu zrealizował, przygotował się do walki w limicie amatorskiej wagi ciężkiej (91 kilogramów) i przyjechał do Opola. Tam, z rewelacyjnym skutkiem, zrobił także kolejne cztery kroki. Pierwsze trzy walki wygrał przed czasem, co przecież w boksie olimpijskim zdarza się stosunkowo rzadko (wszystkie w drugiej rundzie, z dużą łatwością). W finale mierzył się z broniącym tytułu Michałem Soczyńskim. To był pierwszy rywal, który postawił „Masterowi” opór, ale i tak sędziowie nie mieli wątpliwości i wypunktowali 5:0 dla 32-latka.

Wiedziałem, że łatwo nie będzie. Mimo mojego doświadczenia z boksu zawodowego, muszę ciągle zbierać doświadczenie w boksie olimpijskim. Tempo tutaj jest zupełnie szalone, potrafi przyjść zadyszka. Ale myślę, że z walki na walkę jest coraz lepiej, a będzie… jeszcze lepiej. Ja ciągle sam siebie szukam w tym boksie olimpijskim, sposobu na mój boks tutaj. To jest sprint, czasem trzeba pójść na żywioł, nie ma czasu na technikę – mówił po odebraniu złotego medalu. Dwa miesiące temu zdecydował się zawiesić karierę zawodową, trochę zmienił sposób przygotowań i robił wszystko po to, żeby jak najlepiej przygotować się do mistrzostw Polski. Kluczem do sukcesu jest znalezienie właściwego tempa, bo siły trzeba nagle rozłożyć nie na dwanaście rund, ale na trzy. – Nie liczyłem i nie liczę na żadne prezenty, na wszystko muszę ciężko pracować, nic nie dostaję za darmo. Rozmawiałem z prezesem Nowaczkiem, powiedział, że wszystko w moich rękach i muszę sobie wywalczyć miejsce w reprezentacji, żeby nie było żadnych wątpliwości. Marzę o medalu olimpijskim, byłby dla mnie cenniejszy niż zawodowe mistrzostwo świata. Przede mną ogromne wyzwanie, chcę w to włożyć całe serce, żebym potem nie pluł sobie w brodę.

Teraz, jeszcze przed świętami, Masternaka i resztę polskiej czołówki boksu olimpijskiego czeka prestiżowy mecz z Rosją w Gliwicach. Potem, od połowy marca najlepsi wystąpią na europejskim turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich, a od połowy maja w Paryżu w światowym. Do igrzysk oczywiście daleka droga, do medalu jeszcze dalsza. Nie oczekujmy, że dyscyplina, która przez ostatnie lata leżała na deskach, nie dając znaku życia, nagle z miejsca wróci do złotych lat Papy Stamma. Na razie ważne, że wstała z desek i znów próbuje wysoko trzymać gardę.

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez