Polki walczą o marzenia. Siatkarki znów spróbują awansować do Tokio

Polki walczą o marzenia. Siatkarki znów spróbują awansować do Tokio

Osiem reprezentacji, podzielonych na początku na dwie czterozespołowe grupy. Awans tylko dla jednej, najlepszej z nich. Tak wyglądać będzie turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich, w którym wystąpią nasze siatkarki. To już ostatnia szansa na awans do Tokio 2020. Czy Polki mogą z niej skorzystać? Co będzie kluczowe w trakcie kolejnych spotkań? Jak prezentują się rywalki i na które trzeba szczególnie uważać? Przed jutrzejszym startem rywalizacji spróbowaliśmy odpowiedzieć sobie na te pytania.

Mecze ostatniej szansy

Nie będzie kolejnej okazji. Turniej w holenderskim Apeldoornie jest ostatnim, z którego na igrzyska awansować może jakakolwiek europejska reprezentacja. Poprzednią szansę Polki otrzymały w sierpniu, ale na własnym parkiecie uległy – po bardzo dobrej grze – w meczu z Serbkami, późniejszymi mistrzyniami Europy. Zresztą bardzo dobrze nasze zawodniczki grały akurat przez cały sezon, począwszy od Ligi Narodów, aż po mistrzostwa Starego Kontynentu. Jeszcze dwa lata wcześniej nie spodziewalibyśmy się, że mogą odnosić takie rezultaty, jakimi zachwycały nas w tym roku. I one same o tym wiedzą.

– Cieszy sam udział, to, że możemy wygrać i jechać na igrzyska. To chyba nasz najważniejszy turniej w życiu. Wielu rzeczy się nie obawiam, bo jestem bardzo pozytywnie nastawiona do zmagań. Przed nami rywalizacja z bardzo mocnymi zespołami ​– Holandią, Niemcami czy Turcją ​–​ ale jesteśmy na tyle dobrą drużyną, że będziemy walczyć. Do Apeldoornu nie jedziemy jako team do bicia. Każdy przeciwnik obawia się reprezentacji Polski. To już nie jest ta sama kadra, co pięć, sześć lat temu – mówiła TVP Sport Magda Stysiak.

Zapraszamy na Weszło.fm na studio (godz. 15:00)
i transmisję meczu Polska – Bułgaria (od godz. 16:00).

Jej zdanie potwierdzają koleżanki i eksperci. O szanse kadry w rozpoczynającym się jutro turnieju zapytaliśmy choćby Milenę Sadurek, byłą reprezentantkę Polski, dziś m.in. komentatorkę. – Na pewno nasze siatkarki nie są faworytkami, aczkolwiek należą do grona drużyn, które mają szanse na awans. I to spore. Wiadomo, że to jeden turniej, liczyć się będzie dyspozycja dnia. Widzieliśmy, jak mało brakowało do zwycięstwa z Serbkami w poprzednim turnieju kwalifikacyjnym. Podobną opinię w tym temacie ma zresztą też Piotr Makowski, poprzednik Jacka Nawrockiego na stanowisku trenera kadry. – Szanse? Myślę, że są takie same, jak i innych ekip. Wiadomo, że dwójka faworytów to Holandia i Turcja. Polska jest jednak zespołem, który może sprawić niespodziankę w ewentualnym półfinale oraz finale i pokonać którąś z tych ekip.

Sponsorem polskiej siatkówki jest PKN ORLEN.

Powtórzmy jeszcze raz: w tym roku Polki weszły na poziom, na którym nie były od dawna. Wygrały prestiżowy Volley Masters Montreux, zagrały w Final Six Ligi Narodów, a w mistrzostwach Europy walczyły o medale. Ostatecznie skończyły turniej jako czwarta ekipa, ale w kraju taki wynik i tak przyjęto brawami. Zresztą całkiem słusznie. Od ery Złotek minęło już przecież sporo czasu, a w ostatniej dekadzie wyniki były – delikatnie rzecz ujmując – dużo słabsze.

Wciąż jednak, co też już podkreślono, nie są głównymi faworytkami do awansu na igrzyska. Gdyby w Tokio było więcej miejsc dla ekip z Europy, pewnie spokojnie by tam weszły. A tak, mogą się tam nie znaleźć i… nie będzie tragedii. Nikt nie wymaga od nich, że na igrzyskach muszą zagrać. I to też może być ich atutem, dać im nieco, potrzebnego do odniesienia sukcesu, luzu. – Mniejsza presja to dobra rzecz. Choć wiadomo, że nie ma meczów bez stresu. On jest nieodłącznym składnikiem sportu, każdej dyscypliny. Wygra ten, kto poradzi sobie z tym lepiej. To jest klucz do sukcesu. Polki zagrały fajny sezon reprezentacyjny, zdobyły dużo doświadczenia i pewności siebie. Zgranie zespołu może spowodować, że będą czuły się pewnie i awansują dalej – mówi Makowski.

Jeśli już czegoś oczekiwać, to wyjścia z grupy. To powinien być cel minimum na ten turniej dla naszej kadry. Opcjonalny półfinał to już inna historia, nie wspominając nawet o finale, tam porażka nie będzie sensacją. Ale w fazie pucharowej holenderskiego turnieju Polki powinny się znaleźć. – W mistrzostwach Europy pokonałyśmy m.in. Włoszki (3:2), a w całym sezonie inne liczące się drużyny, które wcześniej trudno było nam “ugryźć”. To dodaje nam pewności siebie. Idziemy do przodu i mam nadzieję, że pokażemy to w Apeldoorn – mówiła Agnieszka Kąkolewska, kapitan kadry, na łamach PAP.

Swoje dodała też liderka zespołu, Malwina Smarzek-Godek, która w rozmowie z TVP powiedziała: – To jest turniej, w którym nikogo nie można zlekceważyć. Żaden zespół nie może sobie na to pozwolić i nie mówię tylko o nas. Do każdego meczu trzeba będzie podejść na 100 procent i z takim samym zaangażowaniem. To będzie dla nas duży test, ponieważ faza grupowa jest bardzo ważna i nie można pozwolić sobie na słabszy dzień. Ale ja wierzę, że jesteśmy na to gotowe i na pewno damy z siebie wszystko.

Nie sposób się ze zdaniem obu naszych siatkarek nie zgodzić. Polki wiedzą, na co je stać i wierzą w sukces. Wiedzą też jednak, że o jego osiągnięcie nie będzie łatwo. Tym bardziej że łatwo nie było też w ogóle się do tych rozgrywek przygotować.

Czas gonił

Pierwsze siatkarki na zgrupowaniu w Spale zjawiły się przed Świętami. Ale na ich czas dostały wolne. Liderki naszej kadry przyjechały jednak później. Bo w okresie bożonarodzeniowym rozgrywały swoje spotkania w lidze włoskiej. Mowa tu o Malwinie Smarzek-Godek, Magdzie Stysiak, Agnieszce Kąkolewskiej i Joannie Wołosz. Wychodzi więc na to, że tak naprawdę w kilka – w porywach do kilkunastu – dni trzeba było wypracować zgranie i formę pod najważniejszy turniej sezonu. Oczywiście, inne reprezentacje mają podobny problem. Pytanie brzmi więc: co można zrobić w takim czasie?

– Skupiliśmy się na tym, żeby przypomnieć sobie to wszystko, co robiliśmy we wrześniu, przed mistrzostwami Europy, oraz w trakcie przygotowań letnich: w czasie Ligi Narodów czy poprzedniego turnieju kwalifikacyjnego. Na bazie tego próbujemy ułożyć tę grę teraz. Skupiliśmy się na taktyce i na tym, żeby dziewczyny „poczuły się” na poszczególnych pozycjach i na powrót się zgrały – mówi Jacek Nawrocki, trener kadry. I tak naprawdę to wszystko, co dało się zrobić – utrwalenie dobrze znanych schematów i sprawienie, by dziewczyny znów stały się dobrze funkcjonującą machiną. Bo o żadnych nowościach nawet nie mogło być mowy. Termin był przecież na tyle niefortunny, że Polki z konieczności mierzyły się w dwóch sparingach z Azerkami (wygrały 5:0 i 3:1), z którymi… zagrają też w grupie w Apeldoornie.

A skoro już o tym mowa, co dały te mecze? – Nie traktowaliśmy tych spotkań jako takich, w których szukamy odpowiedzi na pytania czy decydujemy o selekcji zawodniczek. To były sparingi, które miały służyć jeszcze mocniejszemu zgraniu w warunkach meczowych i ten cel spełniły. Tak się to wszystko poukładało, że zagraliśmy z rywalkami z turnieju. Patrząc na logistykę czy wygodę, to jest to dobre rozwiązanie. Inne zespoły też grały ze sobą, a będą rywalizować w eliminacjach. Myślę, że nie ma to większego znaczenia i nie będzie miało przełożenia na to, co stanie się w meczu grupowym – twierdzi Nawrocki.

Sprawę nieco ułatwiał naszej ekipie fakt, że trzon zespołu, z naciskiem na pierwszą szóstkę, raczej pozostał bez zmian. O powołaniach (jak i ich braku) jednak później, a teraz pomówmy jeszcze o tym, jak dziewczyny przygotowywały się do turnieju. Trenowały dwa razy dziennie, w różnych konfiguracjach. To raz na siłowni, a raz siatkarsko, to dwukrotnie na hali. Sparingi z Azerkami rozegrano 3 i 4 stycznia, jeszcze w szerszym składzie, z kilkoma zawodniczkami, które ostatecznie nie wsiadły na pokład samolotu do Holandii. Jaki był tego cel? Raz, że inne zawodniczki oswoiły się z kadrą, a dwa, że w razie kontuzji którejś z podstawowych siatkarek reprezentacji, mogłyby wejść do gry.

Wspomnianym samolotem Polki leciały wczoraj. W Holandii od razu miały odprawy wideo (zespołowe i indywidualne) oraz trening. Uwagę w trakcie przygotowań poświęca się też bowiem w dużej mierze na taktyczne rozpracowanie rywalek. Znaleźć ich słabe punkty i je wykorzystać – tyle można, a wręcz należy zrobić. Na szczęście dla trenera Nawrockiego i kadry, sztab Polski nie musiał radzić sobie z żadnymi poważniejszymi urazami. A wiadomo, że w środku sezonu ligowego różnie z tym bywa.

Polki mogą więc przystąpić do rywalizacji z pełnym zaangażowaniem. A z kim rozegrają mecze grupowe?

Rywalki

Bułgaria, Holandia i wspomniany Azerbejdżan. Z tymi ekipami Polki zmierzą się w grupie. Faworytki? Łatwo wskazać. Gospodynie turnieju i jedna z najlepszych drużyn na Starym Kontynencie. Czyli Holenderki. To czwarty zespół igrzysk w Rio i czwarty z ostatnich mistrzostw świata. Do tego srebrne medalistki mistrzostw Europy z 2015 i 2017 roku. Kilka miesięcy temu sukcesu nie powtórzyły, bo w ćwierćfinale lepsza okazała się Turcja.

Kiepsko było też w Lidze Narodów – tam zajęły dopiero 11. miejsce, zresztą Polki wygrały z nimi wówczas 3:1, a mecz rozegrano w… Apeldoornie. Inna sprawa, że wtedy w zespole nie grało sporo z najlepszych zawodniczek. Choćby takie gwiazdy jak Celeste Plak czy Lonneke Sloetjes (która jednak w tym sezonie stosunkowo często przegrywa walkę o skład w klubie z Magdą Stysiak!). Holenderki grające w pełnym składzie to jednak znakomita ekipa, a niesiona dopingiem własnej publiki może być nie do zatrzymania. Poza wspomnianymi siatkarkami ma przecież w ekipie jeszcze choćby Robin de Kruijf, która w trakcie niedawnych Klubowych Mistrzostw Świata została uznana najlepszą środkową imprezy.

– Holenderki grają u siebie, to po pierwsze. Myślę, że są faworytkami imprezy. Skład, który wystąpi w turnieju kwalifikacyjnym, już od siedmiu czy ośmiu lat gra ze sobą w takim zestawieniu, dobrze się znają. To jest naprawdę mocny zespół z wielkimi nazwiskami. Przyjeżdżamy tu też po to, żeby szukać swojej szansy. Będzie to jednak arcywymagający rywal – mówi Nawrocki, a jego zdanie, w rozmowie z TVP Sport, podzielała też Joanna Wołosz. – Głównym rywalem powinny być Holenderki. Do drużyny wróciło kilka zawodniczek między innymi Floortje Meijners, która powinna wnieść dużo spokoju i doświadczenia.

Spokojnie jednak – do półfinału da się wejść nawet z drugiego miejsca. A by tam się znaleźć, trzeba będzie po prostu wygrać z Azerkami i Bułgarią. Najlepiej jak najwyżej. Tyle powinno wystarczyć. Groźniejszym rywalem spośród tych dwóch ekip wydają się być Bułgarki, dysponujące choćby znakomicie grającą Elicą Wasiliewą, odpowiedzialną za nabijanie punktów i często świetnie wywiązującą się z tego zadania. – W tej chwili skupiamy się właśnie na tym meczu, bo to nim rozpoczynamy turniej. Nie wybiegamy w przód. Po tym spotkaniu mamy dzień przerwy, będzie czas na dobrą analizę ekipy Holandii. Bułgarki to zespół, który bardzo dobrze zagrał w mistrzostwach Europy, gdzie odpadł dopiero w ćwierćfinale po meczu z Serbią. Wasiliewa jest ich absolutną liderką, ale w Lidze Narodów grali bez niej i prezentowali się dobrze [choć ostatecznie Bułgaria wygrała tylko dwa mecze i wypadła z rozgrywek – przyp. red.]. To nie będzie łatwy rywal – mówi Nawrocki.

Na Wasiliewą odpowiedzią może być Malwina Smarzek. W poprzednim meczu między tymi reprezentacjami – zresztą rozegranym w… Apeldoornie – nasza atakująca nabiła 42 punkty, ustanawiając rekord Ligi Narodów i nic nie robiąc sobie z tego, że Bułgarki bardzo dobrze grają blokiem, co pokazały później, w trakcie mistrzostw Europy. A jak one same oceniają swoje szanse na awans?

– Byłyśmy blisko awansu na igrzyska olimpijskie w meczu z USA. Jesteśmy świadome straconej szansy. Gdybyśmy wtedy wygrały, nie musiałybyśmy grać w turnieju, który jest kilkukrotnie trudniejszy. W Apeldoornie zagrają mocne drużyny. To będzie walka na śmierć i życie. Byłyśmy zaledwie dwa punkty od Tokio, nie udało się. Teraz mamy kolejną szansę – mówiła Wasiliewa. I normalnie pewnie życzylibyśmy jej, żeby szansę wykorzystała. Ale nie teraz, gdy grać będą z Polkami.

Nie życzymy też tego Azerkom, prawdopodobnie najsłabszej ekipie w naszej grupie, na którą też jednak trzeba uważać i nie wolno jej zlekceważyć. Nawet jeśli kilka dni wcześniej wygrało się z nią dwa mecze towarzyskie. – W sparingach z nami Azerbejdżan wystąpił bez dwóch ważnych zawodniczek, grających w kadrze w ostatnich latach. Przez to ta ekipa wyglądała inaczej – mówi Nawrocki. W pełnym składzie Azerki to solidny średniak. Wystąpiły w dwóch ostatnich mistrzostwach świata, na mistrzostwach Europy grają regularnie i osiągają niezłe wyniki – w 2017 roku, jako gospodynie, były nawet czwarte. Po drodze pokonały zresztą Polskę. Jeśli już trzeba tu na kogoś zwrócić uwagę, to tą osobą jest zdecydowanie Polina Rahimowa, grająca w lidze włoskiej.

To tyle w grupie, ale wypada napisać jeszcze o jednej ekipie – Turcji. To, zdaniem wielu, faworytki całego turnieju. Choć Jacek Nawrocki nie do końca się z tym twierdzeniem zgadza. – Czy Turcja jest faworytem? Ostatnio zostały wicemistrzyniami Europy, pokonując po drodze Holandię, to fakt. Ale z kolei w tym składzie, w którym teraz wystąpią, Holenderki dwukrotnie zdobywały na tej imprezie medale. Były też w czwórce igrzysk olimpijskich, grały na mistrzostwach świata… To doświadczenie będzie mieć niebagatelne znaczenie. Oczywiście, oba te zespoły są na tyle mocne, że wszystkie wyniki są możliwe. Każdy zespół przyjeżdża tu grać o swoje marzenia i pewnie każdy będzie wydobywać z siebie maksimum swoich możliwości. Z pewnością są to drużyny mające olbrzymie potencjały.

O sile tej ekipy przekonały się Polki, które uległy im w półfinale mistrzostw Europy. Tam jednak Turczynki niesione były żywiołowym dopingiem swoich kibiców. Teraz ten atut został im zabrany. Pozostały jednak inne – choćby znakomite zgranie, ale też przebojowość takich zawodniczek jak Kubra Akman, Naz Aydemir Akyol czy fenomenalnej Ebrar Karakurt. Z Turcją graliśmy w zeszłym sezonie zresztą dwukrotnie, ale w Lidze Narodów też nie udało się nam ich pokonać, choć mecz trwał aż pięć setów. Być może zwyciężyć uda się teraz w Holandii.

A skoro już pisaliśmy o tym, co w zanadrzu mają inne ekipy, wypada też wspomnieć o tym, czym straszyć mogą Polki.

Siła rażenia i trochę kontrowersji

Zacznijmy od najbardziej oczywistego stwierdzenia – siła naszego zespołu będzie w głównej mierze zależeć od dyspozycji Malwiny Smarzek-Godek i Magdy Stysiak. To one mają punktować. Jeśli będą w formie w meczach z najtrudniejszymi rywalkami, możemy dostać sporo powodów do zadowolenia. – Obie na pewno będą bardzo ważnymi elementami naszego zespołu, jeśli tylko będą w gazie. Malwina rozgrywa bardzo dobry sezon, choć akurat ostatni mecz miała słaby. Miejmy nadzieję, że zbierała wtedy siły na kwalifikacje. Magda Stysiak spisuje się wręcz nad wyraz dobrze, nikt się nie spodziewał, że będzie aż tak świetnie grać. Jeżeli te dwie zawodniczki będą miały dobry dzień, to na pewno dużo nam dadzą – mówi Milena Sadurek.

Ze Stysiak jest tylko jeden problem. W klubie gra jako atakująca, w kadrze za to wróci na pozycję przyjmującej, na której grała w trakcie mistrzostw Europy. Przestawienie jej było jednym z zadań, jakie czekało na sztab szkoleniowy w trakcie przygotowań. A, jak już pisaliśmy, czasu nie było dużo. – Faktycznie mieliśmy bardzo mało czasu na to, żeby Magdę zaadaptować na nowo do przyjęcia zagrywki. Magda zagrała w Scandicci kilka spotkań i to bardzo dobrze, ale na innej pozycji niż to przewidziano w reprezentacji. I o ile przed mistrzostwami Europy czy kwalifikacjami olimpijskimi mieliśmy całe miesiące przygotowań, tak teraz było to zaledwie kilka dni. Musimy po prostu liczyć na to, że Magda sobie poradzi – mówi Nawrocki.

Sama Stysiak, w rozmowie z TVP Sport, do sprawy podchodziła raczej pozytywnie, choć z pewną dozą ostrożności, spowodowanej pewnie głównie tym, że wypowiadała się po zaledwie jednym dniu przygotowań. A co powiedziała? – Nie tylko na mnie będzie spoczywał duży ciężar, ponieważ w zespole są również Malwina Smarzek-Godek czy Maria Stenzel, która będzie musiała przyjmować na połowie boiska. To gra zespołowa, więc indywidualnie nic nie osiągniemy. Jedynie jako drużyna możemy wygrać. […] ostatnie miesiące spędziłam we włoskim klubie jako atakująca. Ciężko mi się przestawić, ale zrobię wszystko, by jak najszybciej “ogarnąć się” na tej pozycji. Najtrudniejsze są samo przyjęcie i orientacja w obronie. Pierwszy trening minął nam spokojnie, ale wiem, że przede mną jeszcze sporo video i sprawdzanie poszczególnych ustawień, żebym zapamiętała, gdzie mam stać w konkretnej sytuacji. To podstawy, ale, niestety, dawno w ten sposób nie grałam i wiele rzeczy zapomniałam.

Oczywiście, idealnie nie będzie. Ale coś za coś. Ze Stysiak na przyjęciu zyskujemy za to dodatkowy atut w ataku. Bo nawet jeśli Magda przyjmie niezbyt dokładnie, to atakiem potrafi potem taki błąd naprawić. Szczególnie, że dogrywać jej piłki będzie Joanna Wołosz, która niedawno znalazła się w drużynie marzeń Klubowych Mistrzostw Świata, gdzie – wraz z Imoco Volley Conegliano – triumfowała. Sęk w tym, że to był wyczerpujący turniej. Do tego dochodzą mecze w lidze włoskiej i europejskich pucharach. Wołosz, o czym sama mówi, ma prawo czuć się zmęczona.

– Nie wiem, jak przetrwam drugi tak wymagający turniej w ciągu miesiąca od klubowych mistrzostw świata. Chciałoby się rozegrać w Apeldoornie pięć meczów. Skupiam się na tym, aby przygotować się na to fizycznie i mentalnie. Przed nami najtrudniejszy turniej w kadrowym kalendarzu, a z europejskiej czołówki na igrzyska wejdzie tylko zwycięzca imprezy. Każdy ma tak samo mało czasu na przygotowania, więc pewnie będzie decydować dyspozycja dnia. […] Ogólnie jestem bardzo zmęczona w porównaniu do zeszłego roku, gdy czułam się dużo lepiej po przerwie od występów w reprezentacji. Wykonujemy jednak świetną pracę z moim sztabem w Conegliano i łatamy, co się da – mówiła w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Jak przekonuje nas jednak Maciej Trąbski, dziennikarz Onetu, regularnie oglądający mecze ligi włoskiej, nie powinniśmy się martwić ani o przygotowanie Wołosz, ani o wspomnianą wcześniej formę Malwiny Smarzek-Godek, która jest przecież trzecią najlepiej punktującą zawodniczką ligi włoskej, najmocniejszej na świecie. – To prawda, że Joasia jest kapitanem i pierwszym wyborem trenera Santarelliego na każdym froncie. Biorąc jednak pod uwagę jej pozycję na boisku oraz indywidualne podejście trenera Nawrockiego do siatkarek, to o jej świeżość bym się nie martwił. To zbyt doświadczona zawodniczka, by nagle obniżyć formę w tak istotnym momencie. Jej dyspozycja, podobnie jak Malwiny, nie powinna budzić wątpliwości. Obie prezentują się w tym sezonie bardzo dobrze. Większym znakiem zapytania jest forma Magdy Stysiak i Agnieszki Kąkolewskiej. Obie ostatni mecz od deski do deski rozegrały 1 grudnia. W kolejnych pojawiały się tylko epizodycznie.

Generalnie pierwszej szóstki naszej reprezentacji – nawet jeśli trener Nawrocki nie chciałby jej podać – powinniśmy móc się domyślić. W kadrze utrzymano zresztą większość zawodniczek z mistrzostw Europy. Dla kilku z nich zabrakło jednak miejsca. I to wzbudziło wspomniane już kontrowersje. Wypadły bowiem Katarzyna Zaroślińska-Król, Martyna Grajber czy Paulina Maj-Erwardt. Grajber zresztą zdążyła to wszystko skomentować, mówiąc, że nie powinna znaleźć się poza składem, bo była w dobrej formie.

Największe zaskoczenie budzi jednak absencja Pauliny Maj-Erwardt. To libero, najbardziej doświadczona ze wszystkich siatkarek, którymi dysponował Jacek Nawrocki. A do tego zawodniczka, która ze swej roli do tej pory wywiązywała się naprawdę dobrze. Sam trener nie chce dyskutować o tym, dlaczego powołał dane zawodniczki. Spytaliśmy więc o tę decyzję Milenę Sadurek. – Nie jesteśmy w skórze Jacka Nawrockiego, możemy jedynie oceniać ze swojej perspektywy. Wiadomo, że było dosyć dużo zamieszania i smrodu wokół żeńskiej reprezentacji w ostatnim czasie. Sama uważam, że brak Pauliny będzie dużym osłabieniem. Tym bardziej że była w bardzo dobrej formie, co pokazywała w trakcie sezonu reprezentacyjnego. A poza tym jest najbardziej doświadczoną zawodniczką, a młode siatkarki powinny mieć obok siebie taki wzorzec.

Dziwi też, że nie znalazło się miejsce dla Zaroślińskiej-Król, a powołana została choćby Martyna Łukasik, która w Chemiku Police gra w tym sezonie stosunkowo słabo. Pojawiły się też inne, młode zawodniczki, choćby Zuzanna Górecka, piąta z dziewczyn z ligi włoskiej. Sęk w tym, że w ekipie Igor Gorgonzola Novara obserwować ją da się głównie na treningach. W meczach nasza przyjmująca niemal nie występuje. – Na pewno nie ułatwia jej to podtrzymania formy ani podniesienia swoich umiejętności. Ufam jednak, że Nawrocki widzi na treningach znacznie więcej i jego decyzja obroni się w Apeldoornie – mówi Trąbski.

Poza Górecką, na przyjęcie powołanie otrzymała też Monika Fedusio, grająca w Bydgoszczy. To też mała niespodzianka, ale tu oddać trzeba trenerowi, że wielu sugerowało mu sięgnięcie po tę zawodniczkę. Przyjęcie sprawiało nam przecież sporo problemów, a Fedusio rozgrywa aktualnie bardzo dobry sezon. Sęk w tym, że można się zastanawiać, czy turniej kwalifikacyjny do igrzysk jest odpowiednim momentem na dawanie jej szansy.

– Przyjęcie było najsłabszym elementem naszej reprezentacji, to zdecydowanie. Ale Fedusio i Górecka? Ręki za obie te zawodniczki nie dałabym sobie uciąć. Co prawda nie widziałam zbyt wielu meczów obu w tym sezonie, bo ligi polskiej oglądam mało, a Górecka w klubie po prostu nie gra. W meczach o taką stawkę dochodzi jednak spory stres, a myślę, że to jeszcze nie zawodniczki, które moglibyśmy dać na boisko w kluczowym momencie i być pewnym tego, że przyjmą dobrze. Podejrzewam wręcz, że one same nie byłyby tego pewne. Aczkolwiek na przyjęciu trener Nawrocki nie ma też zbyt dużego pola manewru. Ostatecznie zweryfikują go wyniki. Jeżeli będzie awans, to nikt nie powie złego słowa. To nie jest jednak czas na eksperymenty, tak myślę – mówi Sadurek.

No właśnie, wyniki. Wydaje się, że na osiągnięcie naprawdę dobrych, mamy sporą szansę. Bo, powtórzmy, trzon zespołu został zachowany i jest już zgrany na odpowiednim poziomie, a zawodniczki pokazały w zeszłym roku kilkukrotnie na co je stać. I wszystko byłoby świetnie… gdyby nie pozostawała kwestia atmosfery.

Konflikt

Nie da się tej sprawy pominąć, choć tak naprawdę wciąż wiemy o niej niewiele. Przypomnijmy tylko, że w kadrze siatkarek wybuchła w listopadzie afera, w której zawodniczki oskarżyły trenera o wiele nieodpowiednich zachowań czy zaniedbania w kwestii utrzymywania kontaktu z nimi, przy okazji wyprowadzając też ciosy w stronę związku. Trener odpowiedział, broniąc się, a związek… cóż, tylko zaognił atmosferę. Ostatecznie Nawrocki ruszył na misję ratunkową do Włoch, gdzie rozmawiał z każdą z liderek kadry, oraz do klubów rodzimej ligi, gdzie spotkał się z kolei z pozostałymi zawodniczkami. Sytuację udało się opanować na tyle, że obie strony zgodziły się współpracować na czas kwalifikacji olimpijskich. Co będzie potem – na razie nie wiadomo. Trzeba jednak postawić ważne pytanie: czy w takiej sytuacji misja o kryptonimie „igrzyska” ma prawo wypalić?

Odpowiedź brzmi: tak się wydaje. Bo o ile sam Nawrocki pytań o konflikt raczej unika i mówi po prostu, że to „zamknięty temat, do którego nie chce wracać”, o tyle zawodniczki są nieco bardziej wylewne. Choć i one bronią się przed ujawnianiem szczegółów, twierdząc, że rozmowy między nimi a trenerem pozostaną w tej sprawie prywatne. Kilka z nich – jak choćby Zuzanna Górecka, która w samym konflikcie nie brała udziału – podkreśla jednak, że dobrze współpracuje im się z Nawrockim i sporo się od niego uczą.

Inne, te od lat grające w kadrze, które podpisały się pod listem do PZPS, a potem wystosowały w całej sprawie oświadczenie, też twierdzą, że atmosfera nie jest problemem. – Panuje tu między nami bardzo dobra atmosfera – mówiła po prostu Malwina Smarzek w rozmowie z TVP. A Agnieszka Kąkolewska uzupełniała. – Kiedy przyjechałyśmy na zgrupowanie, trener Nawrocki powiedział nam, że najważniejszy jest cel. Na nim się skupiamy. […] Największa siła kadry? Mam nadzieję, że będzie nią zespołowość.

Słowa o celu nie są tu pustym frazesem. Wszystkie zawodniczki, które Nawrocki powołał, bez słowa stawiły się na zgrupowaniu. – Nietrudno sobie wyobrazić, że nie jest łatwo pracować w takiej kadrze. Sporo było tych zarzutów z jednej i drugiej strony, a teraz trzeba walczyć o jeden cel. To jest niezwykle trudne. Pozostaje nam mieć nadzieję, że awans będzie. Umówmy się jednak – zawodniczki to profesjonalistki. Kadra to nie jest byle co. Każdy zdaje sobie sprawę, że to spory prestiż. Gdyby dziewczyny były „rozkapryszonymi gwiazdkami”, jak czasem je przedstawiano, to po prostu nie przyjechałyby na zgrupowanie. A one się na nim stawiły – mówi Sadurek.

Smarzek-Godek podkreślała jednak, że problem nie zniknął i nikt o nim nie zapomniał. Siatkarki szanują jednak trenera, a on szanuje je, więc teraz pora zagrać o swoje marzenia. Innymi rzeczami będzie można zająć się potem. I to jest postawa, jakiej po naszych siatkarkach należy oczekiwać. Oby zaowocowała sukcesem.

SEBASTIAN WARZECHA

 

Reprezentacja Polski kobiet na Europejski Turniej Kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich Tokio 2020

Środkowe:
Klaudia Alagierska ( ŁKS Commercecon Łódź)
Agnieszka Kąkolewska (Savino Del Bene Scandicci, Włochy)
Anna Stencel (Bank Pocztowy Pałac Bydgoszcz)

Przyjmujące
Monika Fedusio (Bank Pocztowy Pałac Bydgoszcz)
Zuzanna Górecka (Igor Gorgonzola Novara, Włochy)
Natalia Mędrzyk (Grupa Azoty KPS Chemik Police)
Aleksandra Wójcik (ŁKS Commercecon Łódź)

Rozgrywające
Marlena Kowalewska (Grupa Azoty KPS  Chemik Police)
Joanna Wołosz (Imoco Volley Conegliano, Włochy)

Atakujące
Martyna Łukasik (Grupa Azoty KPS Chemik Police)
Malwina Smarzek-Godek (Zanetti Bergamo, Włochy)
Magdalena Stysiak (Savino Del Bene Scandicci, Włochy)

Libero
Maria Stenzel (Grot Budowlani Łódź)
Monika Jagła (Bank Pocztowy Pałac Bydgoszcz)

 

Harmonogram turnieju:

7 stycznia (wtorek)

13:00 Niemcy – Turcja
16:00 Polska – Bułgaria
19:30 Azerbejdżan – Holandia

8 stycznia (środa)

13:00 Chorwacja – Turcja
16:00 Belgia – Niemcy
19:30 Bułgaria – Holandia

9 stycznia (czwartek)

13:00 Belgia – Chorwacja
16:00 Bułgaria – Azerbejdżan
19:30 Holandia – Polska

10 stycznia (piątek)

13:00 Niemcy – Chorwacja
16:00 Turcja – Belgia
19:30 Polska – Azerbejdżan

11 stycznia (sobota)

17:15 półfinał 1
20:45 półfinał 2

12 stycznia (niedziela)

17:30 FINAŁ

 

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez