Pocisk w końcu wystrzelił. Mark Cavendish znowu wygrywa

Pocisk w końcu wystrzelił. Mark Cavendish znowu wygrywa

Najlepszy sprinter w historii. Tak mówiono i pisano o nim już dekadę temu. A on wcale nie zwalniał. W kolejnych latach wciąż wygrywał, pobijał rekordy, przechodził do historii kolarstwa. Aż przyszło załamanie. Upadki, choroby, depresja. Skumulowało się wszystko. Przez ponad trzy lata Mark Cavendish nie wygrał ani razu. Czy to całego wyścigu, czy sprintu na jednym etapie, od czego zawsze był specjalistą. Aż przyszło Tour of Turkey. Na osiem etapów, „Pocisk z Wyspy Man” najlepszy okazał się czterokrotnie. Mark Cavendish wrócił.

W maju, za nieco ponad miesiąc, skończy 36 lat. Sporo, zwłaszcza jak na sprintera. Inna sprawa, że Mark zawsze był wyjątkowy. Sam często powtarzał, że nie jest przesadnie utalentowany, ale dwie rzeczy sprawiają, że wygrywa. Po pierwsze, zawsze miał (i nadal ma) niesamowity zmysł tego, jak ustawić się w peletonie, którędy pojechać, żeby przekroczyć linię mety na pierwszym miejscu. Po drugie – nakręcały go porażki. Nie potrafił ich akceptować. – Wyścigi, gdzie mogłem zaprezentować się lepiej, a tego nie zrobiłem… One zżerały mnie od środka – mówił.

Codziennie wieczorem, bywało że i przez kilka godzin, studiował oficjalną książkę wyścigu, czytając o kolejnym dniu. Nawet jeśli rozgrywany był wtedy etap górski, na którym wiadomo było, że przyjedzie jako jeden z ostatnich, chciał wiedzieć, gdzie może nadrobić minuty, sekundy, by zmieścić się w limicie czasu. Był perfekcjonistą. Z czasem nieco się to zmieniło, dziś – starszy – jeździ bardziej z miłości dla kolarstwa. Wciąż jednak kocha wygrywać. A przecież pod koniec 2020 roku mówił, że być może przejdzie na emeryturę. Po nieudanym wyścigu Gent-Wevelgem ze łzami w oczach mówił dziennikarzom, że nie wie, czy zobaczą go w peletonie w kolejnym sezonie.

Ostatecznie zdecydował, że zobaczą. I chyba wszyscy są z tego powodu zadowoleni.

Inwestor potrzebny od zaraz

Rok 2020 nie rozpieszczał Marka Cavendisha. W ekipie Bahrain McLaren, do której przeszedł przed tamtym sezonem, nie potrafił udowodnić, że wciąż jest zawodnikiem wysokiej klasy. Ani razu nie zafiniszował nawet w najlepszej dziesiątce kolarzy. W żadnym wyścigu. Podkreślmy: piszemy tu o człowieku, który w swojej karierze odniósł 150 zwycięstw w zawodowych wyścigach. W samym Tour de France ma ich aż 30.

Nic dziwnego, że Brytyjczyk mówił o możliwym końcu kariery. Nic dziwnego, że w te słowa wierzono. Wielu sądziło, że Mark nie ma już nic w zanadrzu, sądził tak nawet – przez moment – on sam. Zdecydował jednak, że to jeszcze za wcześnie. Uwierzył, że nogi mogą go powieźć ku kolejnym sukcesom, choć musiał się nad tym długo zastanowić. Na tyle długo, że wiele klubów miało już ustalone składy na nowy sezon. I Mark Cavendish znalazł się w trudnej sytuacji – brakowało dla niego miejsca.

To ostatecznie się znalazło. W Deceuninck-Quick Step, ekipie, którą dobrze znał, a przede wszystkim – bardzo lubił się z Patrickiem Lefevere’em, szefem zespołu. Cav jeździł w Quick Stepie w latach 2013-2015. Wrócił więc na stare śmieci. – Najlepszą część mojej kariery przeżyłem w tym zespole. To było jedyne miejsce, do którego chciałem iść. Najszczęśliwszy byłem właśnie tu, możliwość powrotu to marzenie, nieważne czy będę jeździć jeszcze przez miesiąc, czy przez 10 lat. Spróbowałem innych rzeczy, ale patrząc w przeszłość życzyłbym sobie, bym mógł spędzić tu całą karierę – mówił.

To jednak nie tak, że Cavendish od razu został przyjęty. Pierwotnie usłyszał, że nie ma na to szans, bo budżet zespołu jest już spięty co do dolara. A Lefevere to akurat człowiek, który o finansach mówi otwarcie i można mu w takich sytuacjach wierzyć. Z Markiem obaj jednak porozmawiali i doszli do rozwiązania – jeśli Brytyjczyk zapewni sobie prywatnego inwestora, który wspomoże finansowo zespół, to Deceuninck-Quick Step przyjmie go z otwartymi ramionami i da szanse na szosie. Udało się.

Ze swoim doświadczeniem i charyzmą, Mark zasługuje na miejsce w zespole. Cieszę się, że udało nam się dojść do takiego rozwiązania – mówił Lefevere. Wszyscy w DQS się zresztą ucieszyli. Bo i faktycznie, trudno o bardziej doświadczonego kolarza, który wciąż miałby w nogach pewne możliwości. Z perspektywy Cavendisha trudno było za to o lepszy zespół – Quick Step powszechnie znany jest z tego, że doskonale potrafi wyprowadzić swoich sprinterów na końcowych metrach, a do tego lubi walczyć o etapowe zwycięstwa, niekoniecznie klasyfikację generalną (choć i do tego tej ekipie często coraz bliżej).

Cavendish po podpisaniu kontraktu z miejsca wyglądał jak inny człowiek. Bardziej uśmiechnięty, spokojniejszy, pewny siebie, ale i patrzący realistycznie na swoje możliwości. – Gdybym powiedział, że chcę wygrać sześć etapów Tour de France, tkwiłbym w świecie iluzji. Jestem realistą. Nie szukam magicznego końca kariery. Ale wiem, że nadal jestem dobry. Jacy są obecni sprinterzy? Nie wiem! Przez cały poprzedni rok nie byłem blisko nich. [śmiech]

Żart, na który sobie pozwolił, wyraźnie wskazywał, że coś się zmieniło. Deceuninck-Quick Step w pewnym sensie odzyskał Cavendisha dla fanów. Jego charakter zawsze był wyjątkowy, ale w ostatnich sezonach to był inny, znacznie bardziej przygnębiony Mark. Trzy lata bez zwycięstwa mocno na niego wpłynęły. Powrót do DQS sprawił, że Brytyjczyk odzyskał pewną radość z samej jazdy. I to, jak się potem okazało, miało być kluczowe.

Jeszcze nie na tyle, by mówić, że wrócił najlepszy Mark Cavendish. Bo najlepszy Mark Cavendish był nie do dogonienia.

Geniusz

Urodził się na Wyspie Man, należącej do Wielkiej Brytanii. Nie jest to raczej miejsce znane z wybitnych sportowców. Mark też długo raczej nie zapowiadał się wyjątkowo. Zaczynał od jazdy na BMX-ach, potem spodobało mu się kolarstwo górskie. Przegrywał jednak wszystkie wyścigi, a przez to śmiała się z niego podobno… własna matka. Powiedział jej wtedy: „oni mają górskie rowery, ja nie” i poprosił o taki na urodziny. Dostał go i od razu wygrał pierwszy z wyścigów, w którym na nim wystartował.

Wtedy spotkał też Davida Millara, brytyjskiego kolarza, którego traktował jak inspirację. Wkręcił się w kolarstwo. Już nie było odwrotu. Skończył szkołę, był amatorskim… tancerzem, do tego przez dwa lata pracował w banku, by tak zarobić na zawodową karierę. Tę zaczynał jednak nie od szosy czy gór, a toru. W międzyczasie trafił pod skrzydła brytyjskiego programu rozwoju młodych talentów. Sam wspominał, że gdyby nie to, pewnie pojechałby do Belgii i „starym sposobem” próbował przebić się do zawodowego peletonu.

Brytyjczycy chcieli jednak wychować przyszłych mistrzów i uznali, że Cavendish może być jednym z nich. Trafili idealnie, choć na początku Mark nieco odstawał od grupy. Brakowało mu szczególnie przygotowania fizycznego i kondycyjnego. Braki szybko jednak nadrabiał. Dobrze czuł się w ścisłym reżimie treningowym, lubił narzucone mu zasady. Wspominał potem, że wiedział, po co to wszystko robi – żeby stać się wielkim kolarzem. To go motywowało. Tym bardziej, że efekty przychodziły. Mark zaczynał zdobywać medale. Najpierw juniorskie, a potem i wśród seniorów.

Pierwszy wielki sukces odniósł na mistrzostwach świata w Los Angeles. Torowych. Wraz z Robem Haylesem został wtedy złotym medalistą w madisonie, choć w ogóle nie planowano, że tam pojedzie. Geraint Thomas, normalnie partner Haylesa, doznał jednak poważnego upadku na treningu kilka tygodni wcześniej. Hayles i Cavendish na szybko się dogrywali, a potem pojechali genialnie, finiszując o okrążenie toru przed rywalami.

Ukończyliśmy ten wyścig wykończeni. Płakałem. Czułem wielką dumę i ulgę, że to się skończyło – wspominał Mark. Miał wtedy 19 lat i dla wszystkich stało się jasne, że rodzi się nowa gwiazda. Choć tak naprawdę widać to było już wcześniej. Jako amator niemal nie przegrywał, gdy przychodziło do sprintów. W 2007 roku wreszcie dostał szansę przejścia do World Touru, którą podarowała mu ekipa T-Mobile (później Columbia, a jeszcze później HTC-High Road). Skorzystał z miejsca. I szefostwo zespołu z pewnością tego nie żałowało.

Wypisywanie jego wszystkich sukcesów nie ma sensu. Ma ich zbyt wiele. Ważnych jest kilka, choćby pierwszy – zwycięstwo w klasyku Scheldeprijs w Belgii. Ponoć po latach było to jedyne trofeum, jakie trzymał w domu. Reszta, jak mówił, by go rozpraszała, ale to jedno chciał mieć, żeby pamiętać, jak to się zaczęło. Potem przyszły kolejne sukcesy i szybko zaczęto mówić, że ten gość to jeden z najlepszych sprinterów, jacy kiedykolwiek jeździli. A on to tylko potwierdzał. W Wielkich Tourach łącznie ma 48 wygranych indywidualnych etapów. Wszędzie po razie zgarniał koszulkę dla najlepiej punktującego zawodnika.

Na Tour de France gonił ją przez kilka lat. Zresztą podobnie jak tytuł szosowego mistrza świata. Obie te rzeczy zgarnął w jednym sezonie – 2011. Był już wtedy w wielu rankingach nazywanym najlepszym w historii, gdy przychodziło do sprintu. A po tamtym roku nikt nie miał wątpliwości, że należy mu się pierwsze miejsce. Zieloną koszulkę wygrał w wielkim stylu. W 2009 roku przegrał przez dyskwalifikację na 14. etapie. Rok później też się nie udało. Gdy jednak przyszedł sezon 2011, „Pocisk” był nie do zatrzymania.

Zwycięstwo w klasyfikacji punktowej potwierdził na ostatnim etapie, fantastycznie finiszując na Polach Elizejskich w Paryżu i zostawiając rywali daleko z tyłu. Wygrywał tam zresztą cztery razy z rzędu. Ten triumf był jednak najważniejszym. – Próbowałem zdobyć zieloną koszulkę od kilku lat, to specjalny dzień. Mam niesamowite szczęście, że otaczała mnie grupa kolegów, którzy byli skoncentrowani na to, bym wygrywał etapy. To się opłaciło. Nie mogę opisać, jak szczęśliwy jestem. Nie byłbym w stanie zrobić tego sam. Jestem bardzo emocjonalny i niesamowicie szczęśliwy – mówił dziennikarzom.

Nie miał jednak zamiaru odpuszczać.

Po Tour de France od razu skierował swój wzrok na mistrzostwa świata. Trasa w Kopenhadze miała mu sprzyjać. Ale to samo mówiono rok wcześniej, a wtedy się nie udało. – Nie mam limitów. Zbyt wielu kolarzy zadowala się wygraniem wyścigu, a potem spędza resztę czasu, oglądając się za siebie. Ja chcę zapisać swoje nazwisko w historii obok takich kolarzy jak Eddy Mercx, Bernard Hinault czy Lance Armstrong [wtedy jeszcze przed odebraniem mu tytułów, co ironiczne, bo Cavendish zawsze był wielkim wrogiem dopingu – przyp. red.]. Nie wiem, ile nazwisk do tej pory tu jest, ale chcę, żeby moje znalazło się w gronie mistrzów świata – mówił.

Do Danii ruszał więc w bojowym nastroju i z doskonałym zespołem skoncentrowanym na pomocy mu. Nie było wyjścia. Musiał wygrać. I zrobił to, na linii mety wyprzedzając Matta Gossa i Andre Greipela. Brytyjska ekipa przez cały wyścig kontrolowała wszystko, co działo się wtedy na trasie. Aż do ostatnich kilometrów, gdy Cavendish nagle zgubił się jego pomocnikom, którzy mieli wyprowadzić go na końcowy sprint. Mark nie były jednak najlepszym sprinterem w historii, gdyby w takiej sytuacji nie umiał się odnaleźć. Utrzymał się więc na kołach rywali, a potem sam ruszył do przodu, jakimś cudem odnajdując lukę w sporej grupie, która dojeżdżała na metę. Nikt nie był w stanie go dogonić.

To było coś niesamowitego. Od startu do mety wszystko rozegraliśmy świetnie. Nie mogę w to uwierzyć. Trzy lata temu, gdy ogłoszono trasę, ułożyliśmy plan, żeby złożyć zespół z naszych najlepszych kolarzy. To były trzy lata pracy i widzieliście, że wszyscy jechali niesamowicie. Jestem po prostu dumny. Na początku sezonu mówiłem, że mam dwa cele: zieloną koszulkę na Tour de France i tęczowe paski mistrza świata. Teraz będę jeździć w tych drugich przez kolejny rok – mówił.

Tamte mistrzostwa to był popis Brytyjczyka. Świadomości taktycznej, umiejętności znajdowania miejsca, a w końcu – genialnego przyspieszenia na finiszu. Jeszcze jakieś 20 sekund przed tym, jak kolarze wjechali na metę, wydawało się, że nie ma możliwości, by Mark to wygrał. A potem nagle to on był z przodu, choć jeszcze chwilę wcześniej rywale go zamykali. Cavendish tamtego dnia pokazał cały swój geniusz. Nikt nie mógł się z nim równać, gdy był w formie.

A w formie bywał często i w kolejnych latach. Choć mistrzem świata na szosie już nigdy nie został. Najbliżej był w 2016 roku, wtedy przegrał z Peterem Saganem i zdobył srebro. Choć sam mówił, że czuje raczej, że „przegrał złoto”. Jego ambicja nie pozwalała mu uznać srebrnego medalu za sukces. Wciąż szukał wyzwań. Wciąż nakręcały go kolejne wygrane. Na Tour de France dobił do 30 etapowych triumfów. Osiągał sukcesy na torze, w 2016 roku został mistrzem świata w parze z Bradleyem Wigginsem. Mark nie miał zamiaru zwalniać.

W końcu jednak okazało się, że o ile on sam nie chce, o tyle niezależne od niego okoliczności sprawiły, że na drodze wyrosło mu sporo progów zwalniających. I każdy kolejny zdawał się większy.

Igrzyska rozczarowań

Zanim jednak o tym, cofnijmy się nieco w czasie i napiszmy o igrzyskach olimpijskich. Bo jeśli gdzieś szukać rys na karierze Marka Cavendisha, to tylko tu. Do igrzysk miał pecha. Przebił się do grona najlepszych kolarzy niespełna rok po ateńskich, na których zresztą Rob Hayles – ten sam, z którym rok później zostawał mistrzem świata – zgarniał dwa medale. W Pekinie Cavendish był za to wielkim faworytem rywalizacji w madisonie, w parze z Bradleyem Wigginsem.

Tyle że tam wszystko się sypnęło.

Wiggins był już zmęczony. Na tamtych igrzyskach jeździł w wielu konkurencjach. Co zresztą mu się opłaciło, bo do Wielkiej Brytanii przywiózł dwa złote medale. W konsekwencji jednak nie był w stanie pomóc Cavendishowi. Mark, w szczycie formy, obszedł się więc smakiem, nie stanął nawet na podium. Wiggins jechał wtedy nieźle, ale nie był w stanie odskoczyć rywalom i nabijać, potrzebnych w madisonie, punktów. Sam Cavendish w tej sytuacji też niewiele mógł zrobić.

Inna sprawa, że – choć było to spore rozczarowanie, bo ten duet był zdecydowanie wymieniany wśród faworytów do złota – Mark niespecjalnie tą porażką się przejął. A to było dla niego nietypowe, wynikało jednak z tego, co mówił jeszcze przed igrzyskami. – Dla mnie igrzyska nie są nawet w pierwszej „10” tego, co możesz osiągnąć w kolarstwie. Powiedz to jednak typowemu kibicowi w Wielkiej Brytanii, a spojrzy na ciebie, jakbyś był szalony. W tym sezonie wygrałem już sześć czy siedem wyścigów. Zapytajcie jakiegokolwiek kolarza – to przykrywa igrzyska, gdy jesteś wyczynowym zawodnikiem – mówił.

Ale cztery lata później zmienił zdanie. Igrzyska były w Londynie, tam Brytyjczycy chcieli mieć swojego mistrza olimpijskiego na szosie. I dostali go – Bradley Wiggins okazał się najlepszy w jeździe indywidualnej na czas. W wyścigu ze startu wspólnego królować miał jednak Mark Cavendish. Jeszcze w 2011 roku okazał się najlepszy w trakcie próby przedolimpijskiej na tej samej trasie.

Kibice byli fantastyczni przez całą drogę. Można było poczuć, czym będzie wyścig w 2012 roku, a do tego przejechać i nauczyć się tej trasy, co jest dobre. Na igrzyskach będzie nerwowo, ale to niezła trasa. Wiadomo jednak, że start na igrzyskach będzie zupełnie inny – będzie dziewięć okrążeń, nie dwa, a do tego mnóstwo trudnych rywali. Będę się przygotowywać specjalnie pod to jeszcze przed Tour de France – mówił Cavendish.

Przygotowania miał dobre. Był w formie. Ale coś nie wypaliło. O ile na Tour de France jechał jak to on – zgarnął trzy etapy, tyle samo wcześniej na Giro d’Italia – o tyle na igrzyskach był dopiero 29. i mógł tylko przyglądać się, jak złoto odbiera Aleksandr Winokurow. – Pojechaliśmy dokładnie taki wyścig, jak chcieliśmy. Długo kontrolowaliśmy sytuację, ale jesteśmy ludźmi, w pewnym momencie nie mogliśmy już tego robić. Czterem gościom, którzy pracowali cały dzień, zabrakło sił. Jestem z nich jednak dumny. Jestem dumny ze swojego kraju, bo wsparcie było niewiarygodne. Chłopaki nie mają już niczego w baku, zużyli całą energię. Niesamowite widzieć, co z siebie dali dla tego wyścigu – mówił.

Zadecydowały wtedy ataki pod koniec. Odrywały się grupki, kolejni faworyci. Cavendish tym razem nie wyczuł momentu. Winokurow i Rigoberto Uran oderwali się od reszty kolarzy, pierwszy finiszował lepiej. Cavendish dojechał niedługo potem, w większej grupie. Nie wyszedł mu ten wyścig, po prostu. Zdarza się.

W Rio Mark widział swoją ostatnią szansę na olimpijski medal. Tym razem wrócił na tor, wiedział, że trudna trasa na szosie mu nie sprzyja. Opuścił nawet szybciej Tour de France, po czterech etapowych zwycięstwach, żeby nie jechać przez góry i przygotować się do brazylijskich igrzysk. – Po upale i intensywności poprzednich etapów przeanalizowałem sytuację z zespołem i doszliśmy do wniosku, że jestem w miejscu, w którym mój poziom zmęczenia może mieć wpływ na moje kolejne cele, na czele z igrzyskami. To nie była łatwa decyzja – mówił w oficjalnym oświadczeniu.

Ryzykował sporo. Ale się opłaciło. Z Rio wrócił ze srebrnym medalem wywalczonym w omnium. Jedynym w jego olimpijskim dorobku. Po drodze zaliczył jeszcze kraksę, za którą przepraszał, mówiąc, że to jego wina. Usprawiedliwiał go jednak złoty medalista, Elia Viviani, twierdząc, że Cavendish jechał poprawnie i nie zrobił nic, co przesądziłoby o jego winie. Sędziowie uznali podobnie, nie zdyskwalifikowali Brytyjczyka. Ten mógł więc cieszyć się ze srebrnego medalu.

Pokonał mnie najlepszy gość, jaki tu był. Na mnie zwracano nieco większą uwagę, niż na innych. Robiłem wszystko, co mogłem w tym wyścigu, dałem z siebie dosłownie wszystko, nie miałem więcej energii. Muszę być zadowolony. Elia był najsilniejszy we wszystkich konkurencjach, czapki z głów. Jestem nieco rozczarowany, że moja postawa nie wystarczyła do wygranej. Mam jednak swój medal olimpijski. Cieszę się nim, ale złoto uzupełniłby kolekcję – mówił Cavendish.

Złota jednak nie zdobył, a – jak się potem okazało – tamten medal w dużej mierze wyznaczał koniec okresu wielkiego Marka Cavendisha. Choć w Rio naprawdę nikt nie mógł tego podejrzewać.

W (nieudanej?) pogoni za Eddym

Kiedyś powiedział, że nigdy nie gonił rekordu Eddy’ego Mercxa, a ludzie „po prostu o tym gadali”. Gdy jednak ten stał się realistycznym celem, nagle zapragnął go pobić. On miał 30 etapów Tour de France i był drugi na liście wszech czasów. Eddy Merxc, genialny „Kanibal”, jeden z największych, o ile nie największy kolarz w historii, na Tour de France wygrywał 34 razy.

Tyle że gdy Mark Cavendish już się do niego zbliżył, zaczęły się problemy.

Jak wspomnieliśmy – rok 2016 był ostatnim wielkim sezonem Marka Cavendisha. W 2017 jeszcze sobie radził, ale głównie na początku. A potem poszło. Zaczęły się choroby, kraksy, kontuzje. Dalej odnosił dobre rezultaty, ale czuł się coraz gorzej. Nie był w pełni sił. Zdiagnozowano u niego wirus Epsteina-Barr, wywołujący choćby mononukleozę (która u Cavendisha faktycznie się rozwinęła). Na tę chorobę nie ma lekarstwa, każdy doktor powie to samo – potrzeba odpoczynku. Kanapa, telewizor, dobre jedzenie. Kilka tygodni, aż samo przejdzie. Tak należy to zwalczyć. I tak też musiał zrobić Mark Cavendish.

Dla zawodowego sportowca w środku sezonu to jednak często dramat. Mark był już jednak wtedy po Tour de France, zresztą zakończonym przedwcześnie przez kontuzję ramienia, więc uznał, że może sobie na to pozwolić. Tamten Tour był wielkim rozczarowaniem. Wszyscy liczyli, że Cavendish zbliży się do Mercxa, tymczasem szybko wypadł (za spowodowanie kraksy zdyskwalifikowano potem Petera Sagana) i nie miał nawet przesadnej szansy powalczyć o rekord wygranych etapów. Nawet gdyby jednak jechał do końca to, z powodu choroby, byłoby mu trudno.

Przez cały sezon czułem, że fizycznie nie jestem sobą. Osiągałem dobre wyniki na rowerze, ale czułem, że coś jest nie tak. Po przyjściu moich wyników jestem zadowolony. W końcu wiem, o co chodziło i dlaczego nie mogłem rywalizować na najwyższym poziomie – mówił. Skorzystał więc z rad lekarzy, odpoczął, a potem wrócił na rower. Liczył, że rok 2018 będzie należeć do niego. Tyle że tak się nie stało. W lutym tamtego roku odniósł ostatnie zwycięstwo – w Dubaju.

A potem? Przypałętały się wszystkie nieszczęścia. Na Abu Dhabi Tour zaliczył poważny upadek, spowodowany przez jedno z oficjalnych aut wyścigu, poruszających się w kolumnie. Wrócił na Tirreno-Adriatico, znów upadł i to na pierwszym etapie. Złamał żebro. W Mediolan-San Remo, w którym wystartował głównie jako wsparcie dla kolegów, przydarzyła się kolejna kraksa. Złamał kolejne żebro i doznał urazu kostki. Mimo tego wszystkiego pojechał na Tour de France, ale nie wygrał żadnego etapu, a w końcu gdy wyścig wjechał w góry, nie zmieścił się w limicie czasu.

A żeby go dobić – wrócił wirus Epsteina-Barra. – Zalecono mi okres kompletnego odpoczynku, żebym w pełni wyzdrowiał. Postanowiłem się zastosować do tych rad. Będę odpoczywać tak długo, jak będzie to potrzebne, by wrócić do stuprocentowej sprawności – mówił. Do treningów powrócił po kilku tygodniach, ale nie spieszył się, wycofał z kilku zaplanowanych startów. Chciał się dobrze przygotować.

Miał jednak i inne problemy. W międzyczasie ujawnił choćby, że zupełnie zmieniła się jego pozycja przybierana do jazdy na rowerze, co było skutkiem kontuzji ramienia. W rozmowach z dziennikarzami mówił też, że nie jest już tym samym sprinterem – kiedyś nie czuł strachu, teraz zaczął. Myślał o rodzinie, dzieciach, które czekały na niego w domu. Dodawał, że minęły dni, gdy był wściekły i koniecznie chciał wygrywać, teraz jego pasja objawiała się zupełnie inaczej. Może było to lepsze dla Cavendisha-człowieka, ale cierpiał Cavendish-kolarz. Nie był w stanie osiągać takich rezultatów, jak jeszcze dwa lata wcześniej.

Mówił, że w dalszym ciągu chciałby osiągnąć 34 wygrane etapy na Tour de France. Ale pojawiały się kolejne problemy. Kraksy, urazy. W 2019 roku, po raz pierwszy od lat, nie pojechał do Francji, jego drużyna zdecydowała, że go tam nie zabierze, a on sam pisał na Twitterze, że ma „złamane serce” przez tę decyzję. Zamiast tego pojawił się na Tour de Pologne… i upadł na jednym z etapów. Bez poważniejszych konsekwencji, ale coś wyraźnie było nie tak. Rok później, w covidowym sezonie, też nie został wzięty na francuski tour. Uznano, że jeździ zbyt słabo, nie jest w formie.

Z czasem ujawnił, że cierpiał na depresję. – Nie walczyłem tylko ze swoim ciałem przez ostatnie lata. Toczyłem dość ciężką walkę z depresją. Zdiagnozowano ją u mnie w sierpniu 2018 roku. Nie brałem leków. Nie chciałem. Odbywałem za to terapię. Byłem w naprawdę ciemnym miejscu, ale teraz jestem już po drugiej stronie. Myślę, że z tego wyszedłem. Dobrze jest to czuć i móc znów patrzyć na pozytywy – mówił.

Rod Ellingworth, który dał mu miejsce w zespole Bahrain-McLaren, mówił, że gdy Mark do nich przyszedł, był w formie, którą opisałby jako „dwa na dziesięć”. Z czasem jednak się poprawiał i gdyby nie COVID, być może pojechałby nawet w najważniejszych wyścigach. Pandemia storpedowała jednak sezon, a wraz z nim – plany Marka Cavendisha. Na tyle, że ten myślał nawet o końcu kariery.

Do tego, jak już jednak wiecie, nie doszło. Brytyjczyk zmienił ekipę i wrócił do wygrywania. Przynajmniej w jednym wyścigu, ale to już coś.

Powrót

Cztery etapy na osiem. Doskonały dorobek, choć dodać trzeba, że Tour of Turkey to nieprzesadnie duży wyścig, a rywalami Brytyjczyka nie byli raczej typowi sprinterzy. Niemniej jednak – Mark Cavendish w tym sezonie się odnalazł. – Moja pewność siebie wciąż musi wrócić, ale dziś mam jej już więcej niż wczoraj i wiem, że mogę znów walczyć o zwycięstwa. To był trudny finisz, wszyscy ciężko pracowali. Udało się – mówił po drugim wygranym etapie.

Następnego dnia wygrał trzeci. A potem, po kilkudniowej przerwie, dołożył czwarty. Już wcześniej pojawiały się jednak oznaki tego, że w Deceuninck-Quick Step odżywa. Zimą dobrze wyglądał na treningach, potem zaliczył kilka wysokich miejsc, choćby drugą lokatę w Grote Prijs Jean-Pierre Monsere. Był blisko triumfów. W Tour of Turkey wreszcie się przełamał. Pozostają jednak pytania. Takie jak: czy Mark Cavendish byłby w stanie pokonać najlepszych sprinterów świata? Czy dalej zalicza się do ich grona? Czy wysłany na większą imprezę, też byłby w stanie odnieść sukces?

Na razie tego nie wiemy. Patrick Lefevere wyraźnie oszczędzał Cavendisha, dając się mu odbudować. Sprinterskie grono w ekipie DQS jest zresztą naprawdę mocne i na ten moment trudno myśleć o tym, by inni mieli pracować na weterana na przykład na trasie Tour de France. Ale jeśli Brytyjczyk nie zwolni tempa, to… kto wie?

Niedawno mówił, że inspiracją jest dla niego Fabio Jakobsen, kolega z zespołu, który w Tour of Turkey wrócił do peletonu po fatalnej kraksie z Tour de Pologne. Jeszcze nie ze wszystkim zębami, ale już wspomagający Marka w rywalizacji o triumfy. Do tego Cavendishowi, co sam przyznał, bardzo pomaga zaufanie. – Nieważne, ile mam zwycięstw z rzędu. Po prostu dobrze jest znów wygrać. Dobrze czuć, że zespół we mnie wierzy – mówił.

To nie są słowa tego Marka Cavendisha, który rządził światowym sprintem dekadę wcześniej. Tamten przez wielu uważany był za egocentryka. Często mówiono, że brakuje mu skromności, że niepotrzebnie mówi wszystko, co myśli. Ale z drugiej strony – to właśnie czyniło go wielkim. Kiedyś stwierdził, wywołując kontrowersję, że nigdy nie zdobędzie nagrody BBC dla „Sportowej osobistości roku”, bo jest kolarzem, a kolarstwu brakuje aż takiego rozgłosu. Dwa lata później, po zielonej koszulce Tour de France i mistrzostwie świata, odbierał właśnie to wyróżnienie.

W tamtym okresie był wszędzie. Znali go wszyscy Brytyjczycy, którzy interesowali się sportem. Stał się najlepszym kolarzem w historii tego kraju, miał najwięcej wygranych. Nie było mu równych. Dziś jest starszy, dziś jest po przejściach, dziś nikt nie stawiałby na niego pieniędzy w rywalizacji z najlepszymi sprinterami. Równocześnie jednak Mark Cavendish zdaje sobie z tego sprawę. Nie pcha go do przodu żądza zwycięstw. Pcha go miłość do kolarstwa. Dlatego wciąż jeździ. No i dlatego, że czuje, że wciąż ma nieco sił w nogach.

Ale czy będzie wygrywać? Tego nie wie. I nie czuje potrzeby, by tę wiedzę mieć. Kiedyś odchodził z Team Sky, bo czuł, że nie dostaje wystarczającego wsparcia, gdyż zespół ukierunkowany jest na wygrywanie w klasyfikacji generalnej. Dziś cieszy się, że w ogóle ma zespół i to taki, który mu zaufał. Nie wie, jak długo jeszcze będzie jeździć. Ale nie obchodzi go to, po prostu jest zadowolony, że wciąż może to robić.

I, co by nie mówić, to taka odmiana jest kolejnym zwycięstwem Marka Cavendisha. To ona przyniosła mu sukcesy w Tour of Turkey. Być może na tym nie koniec. Może najlepszy sprinter w historii jeszcze ma nieco paliwa w baku. Może nawet na najważniejsze wyścigi.

Może.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Źródła: Revolution, Guardian, BBC, Rouleur, Independent, Cycling News, Cycling Weekly, Road, Daily Sabah, NaSzosie, Cycling Tips, Sky Sports, Peloton Magazine, CNN, Sticky Bottle, oficjalne strony Tour de France i Giro d’Italia, oficjalny kanał igrzysk olimpijskich na YouTubie, “Boy Racer” – biografia Marka Cavendisha, Eurosport, oficjalna strona Cavendisha oraz jego profile w social mediach, The Telegraph.  


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Pavol
Pavol
24 dni temu

Świetny tekst – czytałem z przyjemnością! 🙂

Aktualności

Kalendarz imprez